Strony .

niedziela, 19 stycznia 2014

It's so easy, so fuckin' easy.. ale czy na pewno?

       McRivery po całonocnej nieobecności wróciła przed południem do Hellhouse. McKagan czekał na nią przez całą tę noc w salonie. Był wściekły, że znowu nie wróciła do domu.
- Gdzie byłaś? - warknął, gdy zdjęła ramoneskę i w końcu zorientowała się, że nie jest sama. Dziewczyna nie miała chęci na rozmowę. Gitarzysta też nie. Ale potrzebował wyjaśnień. Dash odpowiedziała nonszalancko:
- Nigdzie.
- Znowu u niego?!
- U kogo?
- Nie udawaj idiotki!
- Nie udaję. Duff, no ogarnij się, o co ci do chuja chodzi?
- Gdzie byłaś? Spałaś z nim znowu? Odpowiedz - szarpnął jej ramię - chcę wiedzieć!
- Z nikim nie spałam, o czym ty gadasz? Odpierdala ci. Znowu piłeś. - stwierdziła, widząc prawie pustą butelkę wódki.
- Nie zmieniaj tematu, co? Tak trudno ci się przyznać, że się kurwisz?
- Duff, nic takiego nie robię. A może to ty chodzisz na panienki, i żeby nie budzić podejrzeń mówisz, że to ja się z kimś pieprzę, co?! - wrzasnęła, wyrywając się z jego uścisku. Zaśmiał się zdenerwowany.
- Chyba sobie żartujesz. Normalna jesteś? Ja cię nie zdradzam. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o tobie, bo..
- Bo co? - przerwała. Zabolało ją, że jej chłopak ma o niej takie zdanie. Nie zdradzała go. Często nie było jej nocami, bo się kłócili, nie wytrzymywała tego. Wolała wyjść, połazić po mieście, uspokoić się, niż toczyć coraz to większe wojny. - No co? Nagle nie masz nic do powiedzenia? Wiesz co, nie masz żadnych argumentów, by mnie osądzać, ale skoro już to robisz, to może lepiej zróbmy sobie przerwę, albo się rozstańmy. To nie ma sensu, Duff, ciągle mnie oczerniasz. Niestety, bezpodstawnie.
- Ja? A ty co robisz? Codziennie mnie opierdalasz, że rano wychodzę i późno wracam, że piję. Wystarczy jedno piwo, a ty już robisz aferę, jakbym nie wiadomo co zrobił!
- Jedno piwo? Proszę cię, a od kiedy ty wypijasz jedno piwo?! U ciebie na jednym nigdy, NIGDY się nie kończy. Do tego fajki. Cała masa tego cholernego Marlboro, Duff!
- Dobra, coś jeszcze masz do powiedzenia? - wykrzyczał prosto w twarz, patrząc agresywnie na dziewczynę - Nie? Świetnie. Wychodzę. - założył kurtkę i chwycił za klamkę. Wkurwiona krzyknęła:
- Idź w cholerę!
- Suka. - syknął, trzaskając drzwiami. Załamana kolejną kłótnią blondynka usiadła w fotelu, wyciągnęła rękę po paczkę określonego przed chwilą mianem "cholernego" Marlboro, należącego do Duffa, wyjęła jednego papierosa, włożyła w usta i próbowała podpalić zapalniczką, a za chuja nie mogła tego zrobić. Po kilku bezowocnych próbach poddała się, rzuciła fajkę i zapalniczkę na podłogę, zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać. Była bezbronna.

     McKagan był wściekły, tak cholernie zły na swoją dziewczynę. Uważał, że ciągle go zdradza, ona często myślała o nim to samo. Ale oboje nie mieli racji. Popadali w paranoje i wykańczali się nawzajem. Chłopak wsiadł do auta i zapalił papierosa, jednego z czterech, jakie mu zostały. Pełną paczkę zostawił w domu. Przekręcił kluczyk i ruszył przed siebie.

     Deszcz padał od prawie 30 minut. Duff jechał drogą dosłownie zawaloną samochodami, kiedy udało mu się wyminąć korek, rozpędzony tir, jadący z naprzeciwka walnął w jego auto. Może gdyby pogoda była lepsza, a basista nie siedziałby w kłębach dymu papierosowego, nie klął na samochody jadące w korku i patrzył przed siebie, a nie na boki, zdążyłby zjechać na pobocze. Jedyne co zobaczył to ciemność, a ostatnia rzecz, jaką usłyszał, to dźwięki lecące z radia, dźwięki  "Tears in heaven" Claptona.

     Izzy i Brack wrócili z Rainbow, brunetka w nieco gorszym stanie, niż jej chłopak. Właściwie w bardzo nietrzeźwym stanie, więc w prawdzie o wiele gorszym, niż on. Natychmiast położyła się na kanapie, Stradlin powędrował do kuchni, po wodę dla dziewczyny. Kiedy wychodził, zadzwonił telefon. Gitarzysta odstawił szklankę na stolik i znudzony podniósł słuchawkę:
- Słucham? Co.. yy, tak, mieszka tu, ale.. Gdzie? Oczywiście.. - powoli odłożył słuchawkę, Dash zeszła na dół.
- Izzy, kto dzwonił? Ej, co się stało? - zapytała, widząc wyraz twarzy przyjaciela.
- Dash, usiądź.
- Co jest? Izzy?
- Duff miał wypadek. Jest..
- Co? - zapytała nie dowierzając - To jakiś żart? Tak? - zaśmiała się nerwowo. Rytmiczny przecząco pokręcił głową, a jej oczy napełniły się łzami. - Izzy..
- Jest w ciężkim stanie. Dash.. ale nie płacz. - przytulił blondynkę. Dziewczyna po chwili otarła łzy.
- Gdzie on jest? - nerwowo szukała kluczyków od samochodu.
- W szpitalu. Ale teraz tam nie pojedziesz. Nie w takim stanie.
- Izzy, muszę.
- Zawiozę cię.

     McRivery i Stradlin po 45 minutach jazdy, pojawili się w szpitalu. Natychmiast pobiegli do recepcji i zapytali o McKagana. Dash, kiedy tylko dowiedziała się, gdzie leży jej chłopak, od razu do niego poszła, Izzy rozmawiał z lekarzem. Dziewczyna bała się wejść do sali, nie wiedziała co ją czeka. Zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i przekroczyła drzwi. I mimo, iż kłócili się ostatnio bez przerwy, zrywali i wracali do siebie, by znów nocami się obrażać i wyganiać z pokoju, to widok Duffa leżącego pod kroplówką i respiratorem, z zamkniętymi oczami, nieprzytomnego, spoczywającego bez ruchu, tak bardzo nieobecnego sprawiał, że nie wiedziała, co ma robić, załamać się i płakać, czy wręcz przeciwnie - walczyć. Walczyć dla niego. Dla siebie. Dla nich. Była zrozpaczona. Kochała go, ale ostatnio coś się spieprzyło, wzajemnie (chociaż bezpodstawnie) oskarżali się o zdrady, kłamstwa i jakieś nałogi. Niszczyli się od środka, tracili coś, na co tak długo pracowali, i czego tak mocno pragnęli. Tracili miłość. Chociaż Dash uważała, że może ten niefortunny, cholerny wypadek jakoś wszystko naprawi. Ponownie zbliży ich do siebie. Czuła, że musi się polepszyć, że ten wypadek nie wydarzył się tak po prostu - Ten na górze coś planuje.. - myślała. Cierpiała, patrząc na miłość swojego życia w takim stanie. Momentami wolała być na miejscu McKagana, chciała, aby to jej przydarzył się ten wypadek. Żeby to w jej samochód uderzył ten tir. Przez głowę przelatywało jej wszystko, każde wspomnienie, każda chwila spędzona z nim. Ostatnia kłótnia bardzo utkwiła jej w pamięci. Chociaż zdarzały się gorsze i to wcale nierzadko. Słyszała każde słowo, każdy wrzask. Czuła złość i bezbronność przeszywającą ją wtedy; tak bardzo chciała cofnąć czas, zmienić zdania, które wypowiedzieli. A najbardziej chciała się teraz przytulić do basisty. Chwyciła jego dłoń, ze szklistymi niebieskimi oczami, łamiącym się głosem wyszeptała:
- Kocham cię, skarbie. I w głębi serca wiem, że ty mnie też. - musnęła ustami jego dłoń i delikatnie położyła na niej głowę.

8 komentarzy:

  1. Matko, poryczałam się. Cholernie pieką mnie teraz oczy. Nie wiem jak ty to robisz, ale zachwycasz mnie za każdym razem kiedy tu tylko wejdę!
    Ostatnimi czasy zauważyłam, że często ryczę nawet minimalnie smutnych momentach. To chyba przez moją chorobę psychiczną, ale nieważne. Nie będę przecież o tym pieprzyć :)

    Kochana co do dodatku, to bardzo mi się spodobał. Na początku było tak drastycznie. Związek w którym osoby się nie dogadują, wszystko się jebie, ale pomimo to oni dalej się kochają. Do tego ten wypadek. Myślałam, że mi serce stanie. Dlaczego zazwyczaj doceniamy coś po fakcie, w tym przypadku był to właśnie wypadek. Dopiero on utwierdza nas w przekonaniu jak bardzo kogoś kochamy.

    Czekam na ciąg dalszy tej historii, bo mnie wciągnęła. Może tak part II ? :)

    Pozdrawiam cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejciu, jak się cieszę (znaczy nie cieszę się, że pieką Cię oczy, czy coś). Cieszę się, że Cię zachwycam. <3 Chorobę psychiczną? To ja chyba też jakąś mam, bo ostatnio się wzruszam i ryczę z byle powodu.

      Nie wiem, dlaczego, ale niestety tak zazwyczaj jest. Chyba trudno jest docenić to, co się ma, jeśli się wie, że się tego nie straci. A tu nagle boom! I zdajesz sobie sprawę, że wszystko może zniknąć.. To trochę smutne.

      Hm.. w sumie, why not? Może coś wykombinuję. :) ;*

      Usuń
  2. Bardzo fajna historia pary kochającej się nad życie, jednak ich kłótnie i brak zaufania nie zmienia faktu że bardzo zależy im na sobie i troszczą się bardzo o sobie. Naprawdę bardzo fajna historia ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. jejku, wzruszyłam się *____* jakie to prawdziwe i smutne, że niektórych ludzi doceniamy wtedy, gdy zaczynamy ich tracić...

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowne, naprawdę cudowne!!! Uwielbiam wątki z Dash i Duffem, nawet takie jak ten - smutne, pełne kłótni, ale i wzruszające. Ja również jestem za tym, abyś to kontynuowała, bo jest niezłe. Pozdrawiam :*
    PS. Jeżeli będziesz miała chwilkę to zapraszam na swojego bloga. Dopiero zaczynam i potrzebuję opinii. Mile widziane komentarze :))
    http://gunsnrosesdreams.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapraszam na bloga, ze zmienionym adresem :)
    http://november-rain-story.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. bardzo fajny rozdział polecam tego bloga innym osoba , i chciałam jeszcze polecić mojego bloga http://our-rock-history.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń