OSTRZEŻENIE!

Wszystkie sytuacje zawarte w zakładce ExtraGuns. nie mają żadnych powiązań z opowiadaniem głównym. Bez obaw. :)

niedziela, 19 stycznia 2014

It's so easy, so fuckin' easy.. ale czy na pewno?

       McRivery po całonocnej nieobecności wróciła przed południem do Hellhouse. McKagan czekał na nią przez całą tę noc w salonie. Był wściekły, że znowu nie wróciła do domu.
- Gdzie byłaś? - warknął, gdy zdjęła ramoneskę i w końcu zorientowała się, że nie jest sama. Dziewczyna nie miała chęci na rozmowę. Gitarzysta też nie. Ale potrzebował wyjaśnień. Dash odpowiedziała nonszalancko:
- Nigdzie.
- Znowu u niego?!
- U kogo?
- Nie udawaj idiotki!
- Nie udaję. Duff, no ogarnij się, o co ci do chuja chodzi?
- Gdzie byłaś? Spałaś z nim znowu? Odpowiedz - szarpnął jej ramię - chcę wiedzieć!
- Z nikim nie spałam, o czym ty gadasz? Odpierdala ci. Znowu piłeś. - stwierdziła, widząc prawie pustą butelkę wódki.
- Nie zmieniaj tematu, co? Tak trudno ci się przyznać, że się kurwisz?
- Duff, nic takiego nie robię. A może to ty chodzisz na panienki, i żeby nie budzić podejrzeń mówisz, że to ja się z kimś pieprzę, co?! - wrzasnęła, wyrywając się z jego uścisku. Zaśmiał się zdenerwowany.
- Chyba sobie żartujesz. Normalna jesteś? Ja cię nie zdradzam. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o tobie, bo..
- Bo co? - przerwała. Zabolało ją, że jej chłopak ma o niej takie zdanie. Nie zdradzała go. Często nie było jej nocami, bo się kłócili, nie wytrzymywała tego. Wolała wyjść, połazić po mieście, uspokoić się, niż toczyć coraz to większe wojny. - No co? Nagle nie masz nic do powiedzenia? Wiesz co, nie masz żadnych argumentów, by mnie osądzać, ale skoro już to robisz, to może lepiej zróbmy sobie przerwę, albo się rozstańmy. To nie ma sensu, Duff, ciągle mnie oczerniasz. Niestety, bezpodstawnie.
- Ja? A ty co robisz? Codziennie mnie opierdalasz, że rano wychodzę i późno wracam, że piję. Wystarczy jedno piwo, a ty już robisz aferę, jakbym nie wiadomo co zrobił!
- Jedno piwo? Proszę cię, a od kiedy ty wypijasz jedno piwo?! U ciebie na jednym nigdy, NIGDY się nie kończy. Do tego fajki. Cała masa tego cholernego Marlboro, Duff!
- Dobra, coś jeszcze masz do powiedzenia? - wykrzyczał prosto w twarz, patrząc agresywnie na dziewczynę - Nie? Świetnie. Wychodzę. - założył kurtkę i chwycił za klamkę. Wkurwiona krzyknęła:
- Idź w cholerę!
- Suka. - syknął, trzaskając drzwiami. Załamana kolejną kłótnią blondynka usiadła w fotelu, wyciągnęła rękę po paczkę określonego przed chwilą mianem "cholernego" Marlboro, należącego do Duffa, wyjęła jednego papierosa, włożyła w usta i próbowała podpalić zapalniczką, a za chuja nie mogła tego zrobić. Po kilku bezowocnych próbach poddała się, rzuciła fajkę i zapalniczkę na podłogę, zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać. Była bezbronna.

     McKagan był wściekły, tak cholernie zły na swoją dziewczynę. Uważał, że ciągle go zdradza, ona często myślała o nim to samo. Ale oboje nie mieli racji. Popadali w paranoje i wykańczali się nawzajem. Chłopak wsiadł do auta i zapalił papierosa, jednego z czterech, jakie mu zostały. Pełną paczkę zostawił w domu. Przekręcił kluczyk i ruszył przed siebie.

     Deszcz padał od prawie 30 minut. Duff jechał drogą dosłownie zawaloną samochodami, kiedy udało mu się wyminąć korek, rozpędzony tir, jadący z naprzeciwka walnął w jego auto. Może gdyby pogoda była lepsza, a basista nie siedziałby w kłębach dymu papierosowego, nie klął na samochody jadące w korku i patrzył przed siebie, a nie na boki, zdążyłby zjechać na pobocze. Jedyne co zobaczył to ciemność, a ostatnia rzecz, jaką usłyszał, to dźwięki lecące z radia, dźwięki  "Tears in heaven" Claptona.

     Izzy i Brack wrócili z Rainbow, brunetka w nieco gorszym stanie, niż jej chłopak. Właściwie w bardzo nietrzeźwym stanie, więc w prawdzie o wiele gorszym, niż on. Natychmiast położyła się na kanapie, Stradlin powędrował do kuchni, po wodę dla dziewczyny. Kiedy wychodził, zadzwonił telefon. Gitarzysta odstawił szklankę na stolik i znudzony podniósł słuchawkę:
- Słucham? Co.. yy, tak, mieszka tu, ale.. Gdzie? Oczywiście.. - powoli odłożył słuchawkę, Dash zeszła na dół.
- Izzy, kto dzwonił? Ej, co się stało? - zapytała, widząc wyraz twarzy przyjaciela.
- Dash, usiądź.
- Co jest? Izzy?
- Duff miał wypadek. Jest..
- Co? - zapytała nie dowierzając - To jakiś żart? Tak? - zaśmiała się nerwowo. Rytmiczny przecząco pokręcił głową, a jej oczy napełniły się łzami. - Izzy..
- Jest w ciężkim stanie. Dash.. ale nie płacz. - przytulił blondynkę. Dziewczyna po chwili otarła łzy.
- Gdzie on jest? - nerwowo szukała kluczyków od samochodu.
- W szpitalu. Ale teraz tam nie pojedziesz. Nie w takim stanie.
- Izzy, muszę.
- Zawiozę cię.

     McRivery i Stradlin po 45 minutach jazdy, pojawili się w szpitalu. Natychmiast pobiegli do recepcji i zapytali o McKagana. Dash, kiedy tylko dowiedziała się, gdzie leży jej chłopak, od razu do niego poszła, Izzy rozmawiał z lekarzem. Dziewczyna bała się wejść do sali, nie wiedziała co ją czeka. Zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i przekroczyła drzwi. I mimo, iż kłócili się ostatnio bez przerwy, zrywali i wracali do siebie, by znów nocami się obrażać i wyganiać z pokoju, to widok Duffa leżącego pod kroplówką i respiratorem, z zamkniętymi oczami, nieprzytomnego, spoczywającego bez ruchu, tak bardzo nieobecnego sprawiał, że nie wiedziała, co ma robić, załamać się i płakać, czy wręcz przeciwnie - walczyć. Walczyć dla niego. Dla siebie. Dla nich. Była zrozpaczona. Kochała go, ale ostatnio coś się spieprzyło, wzajemnie (chociaż bezpodstawnie) oskarżali się o zdrady, kłamstwa i jakieś nałogi. Niszczyli się od środka, tracili coś, na co tak długo pracowali, i czego tak mocno pragnęli. Tracili miłość. Chociaż Dash uważała, że może ten niefortunny, cholerny wypadek jakoś wszystko naprawi. Ponownie zbliży ich do siebie. Czuła, że musi się polepszyć, że ten wypadek nie wydarzył się tak po prostu - Ten na górze coś planuje.. - myślała. Cierpiała, patrząc na miłość swojego życia w takim stanie. Momentami wolała być na miejscu McKagana, chciała, aby to jej przydarzył się ten wypadek. Żeby to w jej samochód uderzył ten tir. Przez głowę przelatywało jej wszystko, każde wspomnienie, każda chwila spędzona z nim. Ostatnia kłótnia bardzo utkwiła jej w pamięci. Chociaż zdarzały się gorsze i to wcale nierzadko. Słyszała każde słowo, każdy wrzask. Czuła złość i bezbronność przeszywającą ją wtedy; tak bardzo chciała cofnąć czas, zmienić zdania, które wypowiedzieli. A najbardziej chciała się teraz przytulić do basisty. Chwyciła jego dłoń, ze szklistymi niebieskimi oczami, łamiącym się głosem wyszeptała:
- Kocham cię, skarbie. I w głębi serca wiem, że ty mnie też. - musnęła ustami jego dłoń i delikatnie położyła na niej głowę.

wtorek, 14 stycznia 2014

R.52

ROZDZIAŁ 52

   Kiedy Dash, Mary i Popcorn byli na zakupach, Duff i Izzy gadali między sobą o tym, że trzeba jakoś zorganizować dzisiejszy dzień, bo lipa przesiedzieć go od świtu do nocy w domu. Tak, czy owak deszcz pokrzyżował każde możliwe plany i ugrzęźliśmy w chacie. Biedny Steven odzyskiwał już siły, nawet zaczął powoli żartować. Kiedy go opatrywałyśmy, rozmawiałam z kioskarką, opowiedziała mi, co się dokładnie stało, ten jej mąż to jakiś wredny, niedorozwinięty chuj! Nawet nie zna Adlera, a i tak nie przeszkodziło mu to w pobiciu niewinnego perkusisty.. szkoda gadać. Kurwa, że też nie pojechał z nimi żaden z Gunsów, może wtedy ten typek nie pobiłby Steve’a ? Ale dobrze, że chociaż Dash tam była, gdyby nie ona to ten skurwysyn mógłby go zabić, bo nie wydaje mi się, żeby Mary mogła coś zdziałać. A propos  Dash – coś za bardzo się z Duffem chyba lubią. Tak dokładnie, to leżą razem na kanapie (znaczy McKagan leży na kanapie, Dash leży na nim), przez co reszta musi się gnieździć na fotelach, krzesłach i ewentualnie podłodze.. znaczy, żeby nie było, ja się bardzo cieszę, że między nimi jest tak, jak jest, ale no naprawdę, kanapę to mogliby udostępnić!
- To co robimy? – zapytał znudzony wokalista. Siedział na parapecie, patrząc na deszcz padający za oknem.
- Może coś obejrzymy? – zaproponowała Mary.
- Świetny pomysł! Ktoś wziął jakiś horror?
- Brack, ty? Taka strachliwa i pytasz o horror? Axl coś pakował. – cicho oznajmił Popcorn.
- Ja? Nie, nic nie wziąłem. – Rudy przejechał palcem, podążając za kroplą deszczu, spływającą po drugiej stronie szyby.
- Ja mam. – odezwał się wcześniej jakby wycofany Hudson. Siedział pod ścianą, a spod jego kłaków widać było jedynie pełne, czerwone usta, przytrzymujące papierosa oraz nos z kolczykiem lekko odbijającym światło lampy, stojącej obok gitarzysty.
- Nie mam ochoty na film. – McRivery usiadła na oparciu kanapy.
- Trudno, Dash. Większość ma, więc będziesz musiała się dostosować. A ty Izzy? Co myślisz? – zapytałam swojego chłopaka. Zrobiłam to całkiem spokojnie i trochę mnie to zdziwiło, ale to teraz nieistotne. Stradlin siedzi zamyślony, ręką podpierając głowę. Stanęłam przed nim, jego oczy wydawały się być nieobecne, w ogóle On cały wydawał się być nieobecny. – Stradlin!
- Yy, co? – zapytał wybudzony „z transu”. Uśmiechnęłam się przechylając głowę w lewo.
- Co myślisz o obejrzeniu filmu?
- Taa.. no może być.
- Świetnie! - klasnęłam w dłonie i wstałam, by poszukać jakiejś kasety w torbie Slasha.
- Ale musimy?
- Izzy, przecież przed chwilą powiedziałeś, że może być, to o co chodzi?
- No tak, jak Dash nie mam ochoty na film.
- Ale przed chwilą miałeś!
- Ale Brack, już nie mam! Kurwa, nie mam ochoty na żaden jebany film, rozumiesz?!
- Izzy. - wyszeptała zdziwiona Dash, reszta siedziała z otwartymi ustami. Gdyby taka nagła zmiana nastroju pojawiła się u Axla, to nikt by się jakoś specjalnie nie zdziwił, ale Izzy? (Prawie zawsze) oaza spokoju?
- Co?!
- Co ci odwala? - zapytała nadal ściszonym głosem blondynka.
- Nic kurwa, nic.
- Czemu Ty się na nas wyżywasz, Stradlin? - Rose spuścił nogę z parapetu, pytając głosem pełnym wyrzutów.
- Ja się nie wyżywam, ja..
- To jak to nazwiesz? - przerwał wokalista, nie zmieniając ani o połowę tonu swego głosu. - Przecież jeszcze chwilę temu było dobrze.
- Axl, czy ja nie mogę raz w życiu się wkurwić albo obrazić? Wy wszyscy możecie, a ja nie!
- Izzy, raz w życiu? - zapytałam zdenerwowanego chłopaka, patrzącego na nas pytającym głosem. - Chyba kilka razy. Przynajmniej ostatnio.
- Dobra, skończmy tą do niczego nieprowadzącą rozmowę. To nie ma sensu. Udajmy, że nic się nie stało, cofam wszystko, co powiedziałem i co mogło WAS w jakikolwiek sposób urazić, ok? - wszyscy (chociaż niektórzy niepewnie) pokiwaliśmy głowami.
- Nie, nie ok. - Mulat zgłosił sprzeciw. Wstał z podłogi i zwracając się do nas mówił głosem zdenerwowanym, pełnym obłędu, urazy ale także troski. - Od jakiegoś czasu nic nie jest ok. Nie zauważyliście tego? Wszystko się pieprzy i tylko pozornie jest dobrze. Kurwa! Od kiedy ten jebany Jeremy się do nas przypieprzył tyle się wydarzyło - ściszył głos i sięgnął do kieszeni koszuli, by wyjąć z niej fajki i zapalniczkę - napadli mnie i Steve'a, Brack była w szpitalu, Dash zgwałcona, ja zgwałciłem kobietę Sabo, siedziałem w areszcie, Stradlin, ty uderzyłeś Bracket, własną kobietę, która niby cię zdradziła, Dash była więziona przez tego psychopatę, teraz Steven znowu jest poszkodowany i między nami się wszytko pierdoli..! - nerwowo próbował odpalić papierosa, ale kończący się gaz na to nie pozwolił - Kurwa! Pieprzone kurewstwo! - ciężko oddychając rzucił zapalniczką o ścianę.
- Saul, spokojnie, chyba.. trochę przesadzasz - próbowałam jakoś załagodzić całą sytuację, pozbyć  Hudsona tych złych emocji. - między nami nie jest aż tak źle.. przecież.. dogadujemy się, no nie jest źle.
- Tak? To po co tu przyjechaliśmy? Żeby pogodzić Ciebie i Stradlina, a on się jeszcze na wszystkich drze!
- Dobra, Slash, przepraszam, nie chciałem, po prostu jestem przemęczony i trochę zdenerwowany.. przepraszam. - rytmiczny spuścił wzrok i przygryzł dolną wargę, reszta się nie odzywała, Hudson westchnął tylko i usiadł na podłodze w kącie pokoju. Axl dalej obserwował krople deszczu, uderzające o szybę, Duff i Dash siedzieli na kanapie, patrząc na każdego po kolei, Popcorn i Mary zastygli na fotelach z grobowymi minami, a ja nie wiedząc, co zrobić poszłam do kuchni i próbowałam nie myśleć o tym, co powiedział gitarzysta. Tylko, że on raczej miał rację.

   Dwie godziny później deszcz dalej padał jak pierdolnięty, a żadne z nas nie miało ochoty się odezwać. Czasami słychać było tylko pojedyncze westchnięcia, chrząknięcia, no i Mulat bawił się opakowaniem Marlboro, otwierając je i zamykając co chwilę, ale tak poza tym, to nic.
- A może zagramy w karty? - zapytałem niepewnie, poprzedzając pytanie serią mocniejszych chrząknięć. Po uderzeniach od męża kioskarki jeszcze trochę bolała mnie głowa, więc bałem się, że niezadowolony Saul albo Izzy z wyjątkowo zmiennym humorem mi przyjebie, ale na szczęście tak się nie stało. Gitarzyści podnieśli tylko jednocześnie głowy i zwrócili je w moim kierunku. Nieco zdenerwowany uśmiechnąłem się, szczerząc zęby i przymykając oczy w obawie, że jednak któryś z nich zmieni zdanie i mi przywali.    
- W karty powiadasz? - zapytał z udawanym zainteresowaniem Stradlin - Nie mam ochoty! - odwrócił głowę w drugą stronę i podparł ją ręką, spoczywającą na kolanie. Gadał coś jeszcze do siebie, akcentując niektóre słowa głośniejszym ich wypowiedzeniem.
- Kurwa, znowu będziecie się kłócić?! To nie ma sensu.. i jak nasz pobyt tutaj ma tak wyglądać, to ja wracam do Hellhouse. - McRivery wstała z kanapy i w pośpiechu zbierała swoje rzeczy, na co natychmiast zareagował McKagan.
- Dash, nie wygłupiaj się, deszcz pada.
- Pierdoli mnie to. - odpowiedziała wychodząc z domku.
- No brawo, mądrzy jesteście. Brawo kurwa, brawo. - basista wybiegł za dziewczyną.

   Wyszedłem z domu za Dash. Dziewczyna siedziała w swoim samochodzie z dłońmi na kierownicy i głową spuszczoną lekko w dół. Otworzyłem drzwiczki.
- Dash, co jest?
- Nic.
- Jakby nic nie było, to byś tu nie siedziała.
- Najwyraźniej każdy z nas ma dzisiaj gorszy dzień. Nie zauważyłeś tego?
- Wiesz co, rano było dobrze, więc nie wiem, skąd się tak nagle wziął u was ten zły nastrój. Wracaj do środka i w końcu zacznijmy się zachowywać normalnie. - powiedziałem w nadziei, że dziewczyna wyjdzie z auta i wrócimy do domu, bo ten deszcz cholernie padał.
- Nie.
- Jeju, Dash.. kurwa - przeszedłem przed samochodem, by usiąść na miejscu pasażera, ten deszcz mnie dobijał - czemu nie? - zamknąłem drzwi.
- Bo nie chcę. Chcę jechać do Hellhouse. - powiedziała niczym mała dziewczynka i wyszła z auta.
- Idę do domu. - powiedziałem, idąc w stronę drzwi. Blondynka stała obojętnie, oparta o samochód.
- To idź.
- Idę.
- To idź.
- To idę - chwyciłem za klamkę, westchnąłem. - będziesz tu tak mokła?
- Tak.
- Dash.
- Co? Idę się przejść. - oznajmiła zrezygnowanym głosem.
- Idę z tobą. - poszliśmy w stronę lasu.

   - Izzy.. - zapukałam do drzwi pokoju, w którym od 15 minut siedział rytmiczny. Słyszałam, jak brzdąkał coś na gitarze, zapukałam jeszcze raz.
- Kto?
- Bracket..
- Wejdź.
- Izzy, co jest?
- Nic. - odpowiedział, nie przerywając gry.
- No jak nic? Co piszesz? - zainteresowała mnie kartka leżąca na łóżku obok chłopaka.
- To jest.. - zawahał się - To piosenka .. - westchnął - piosenka dla Ciebie, Brack. - dokończył zamykając oczy.
- Dla mnie?
- Tak. Zrobisz z nią co zechcesz. Możesz wyrzucić, przeczytać, albo nie, zostawić, spalić.. jest dla ciebie. - odłożył gitarę i wyszedł z pokoju. Wzięłam kartkę z tekstem, podeszłam do okna i usiadłam na parapecie. Wczytałam się w słowa:

I say baby you've been lookin' real good
You know that I remember when we met
It's funny how I never felt so good
It's a feeling that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared - 
is lovin' that'll last forever

There wasn't much in this heart of mine
There was a little left and babe you found it
It's funny how I never felt so high
It's a feelin' that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared -
is lovin' that'll last forever

I think about you
Honey all the time my heart says yes
I think about you
Deep inside I love you best
I think about you
You know you're the one I want
I think about you
Darlin' you're the only one
I think about you

I think about you - You know that I do
I think about you - All with love - only you
I think about you - Ooh, it's true
I think about you - Ooh, yes I do

Somethin' changed in this heart of mine
And you know that I'm so glad that ya showed me
Honey now you're my best friend
I wanna stay together till the very end
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared
is lovin' that'll last forever

I think about you
Honey all the time my heart says yes
I think about you
Deep inside I love you best
I think about you
You know you're the one I want
I think about you
Darlin' you're the only one
I think about you


   Chodziliśmy po tym lesie z dobre 25 minut, zrobiło się zimniej, deszcz stale padał, ale dzięki drzewom i innym roślinom, nie był jakoś specjalnie uciążliwy. Nagle, w krzakach coś się poruszyło, albo mi się tylko wydawało, sama nie wiem, bo chwilę później zobaczyłam tam jakby twarz, maskę, nie mam pojęcia, co to było, możliwe, że jedynie moja wyobraźnia. Podbiegłam i przytuliłam się do McKagana.
- A co ty się tak do mnie tulisz? - zapytał lekko zdziwiony. W sumie miał do tego prawo, jeszcze chwilę temu szłam kilka metrów za nim.
- A to źle, że się do ciebie tulę?
- Dobrze. Ale tak nagle ci się na czułości zebrało..?
- Niee.. tylko.. zimno mi. - objął mnie mocniej, uniosłam głowę do góry i spojrzałam w jego oczy. - Wracajmy.

   No nieźle, Izzy napisał dla mnie piosenkę. To swoiste wyznanie miłości. No.. albo jej potwierdzenie. Jedno jest pewne: po takim prezencie nie mogę się już na niego w żaden sposób gniewać i muszę się z nim ostatecznie pogodzić. Po tych przemyśleniach zeszłam do przyjaciół siedzących w salonie, Duff i blondynka już wrócili, trochę mokrzy od deszczu. Stradlin siedział w fotelu, jak wcześniej: z głową podpartą na łokciach, spoczywających na kolanach.
- Izzy, możesz tu przyjść? - zapytałam gniewnym (aby od razu nie zorientował się, o co może chodzić) tonem, stojąc na schodach. Chłopak wstał i westchnął, podchodząc do mnie z miną, jak na ścięcie.
- O co cho.. - nie dokończył, bo bez zbędnego gadania wpiłam się w jego usta. - Czym sobie zasłużyłem..? - uśmiechnął się i spojrzał podejrzliwie. Złapałam jego dłoń.
- Ta piosenka.. Izzy, jejku, dziękuję, jest IDEALNA!
- Naprawdę? Cieszę się, że ci się podoba.  
- I.. jest jeszcze jedna rzecz.. - wbiłam wzrok w podłogę. Gitarzysta ścisnął mocniej moją dłoń.
- No.. jaka?
- Chciałabym, żeby między nami było.. - ściszyłam głos, chłopak delikatnie uniósł moją twarz, zmuszając mnie tym, do spojrzenia w jego oczy i dokończył za mnie.
- Żeby było dobrze, Brack? Też tego chcę. - patrzyliśmy na siebie przez chwilę, następnie rytmiczny przytulił mnie i dodał. - Cholernie.

    Skoro teraz już wszyscy są w miarę szczęśliwi i w miarę opanowani, a pogoda nadal jest taka, jaka jest, mam propozycję. Tylko czy ktoś poza Mary będzie mnie słuchać? Dobra, to się zaraz okaże.
- Ej, mam pomysł i musicie się zgodzić, nie macie innegokurwawyjścia.
- Czekaj Steve, najpierw idź po alkohol i fajki, później pogadamy - syknął Axl - są w aucie Dash. I nie Steve, nie burz się, nie masz innegokurwawyjścia. - zawtórował mi, śmiejąc się.
- Ale dlaczego ja..?
- Ja chciałam iść, ale Duff mi nie pozwala, no nie chce mnie puścić.
- Bo jednak nadal się boję Dash, że będziesz chciała tak po prostu wrócić do Hellhouse.
- Oj daj spokój, na razie mi przeszło.
- Widzisz Duff, przeszło jej!? Nie wróci do Hellhouse! Może iść do samochodu.
- A ty jeszcze tutaj? Popcorn, zapierdalaj po wódkę!
- No pierdolę, zawsze ja, kurwa wasza mać, nikomu się nie chce tyłka ruszyć, to Popcorn zapierdala, jeszcze w taką pogodę..! Noż kurwa.. - wyszedłem z chatki, klnąc i trzaskając drzwiami, ale musiałem się wrócić, bo samochód był zamknięty - Dash, klucze! - blondynka rzuciła mi kluczyki, ponownie wyszedłem na dwór, deszcz, co ja mówię: deszcz? Ulewa, kurwa! .. zdążyła sprawić ze mnie mokrego pudla w nie dłużej niż 20 sekund, ale i tak będę bohaterem, bo przyniosę im alkohol i papierosy. Będą mnie kochać. Oh yeah, oh yeah, Steven-bohater, Steven-bohater! Chyba uczynię z tego mój hymn.

   Kiedy Adler męczył się przy samochodzie, zaczęło się błyskać. Pojedyncze wiązki światła niespodziewanie wpadały do nas przez okno, a zacieszający Hudson stwierdził, co zresztą później wielokrotnie powtarzał, że "robią nam zdjęcia!".  Z lekka wystraszony perkusista wleciał do domu, krzycząc:
- Aaa! Wojna! Albo obcy! Atakuuują! - odłożył butelki, rzucił w Slasha trzema paczkami czerwonego Marlboro, zamknął drzwi na klucz i schował się po stołem, zakrywając rękami głowę.
- Adler, ale my ci kazaliśmy tylko te butelki przynieść, a nie opróżniać ich zawartość.. - powiedział zszokowany Izzy.
- Ale.. ale ja - położył jedną rękę na podłodze, otworzył prawe oko, ostrożnie spojrzał w lewo, w prawo, odetchnął i wychylił głowę z mokrą czupryną spod stołu. - ja nie piłem, nie zdążyłem nawet, przysięgam.
- To co ci odpierdala..?
- Nic. - wyszedł spod stołu jak gdyby przed chwilą nic dziwnego się nie stało, ostentacyjnie otrzepał koszulkę i spodnie i gwiżdżąc powędrował na piętro do łazienki. - Idę się wysuszyć. Wiem, że będziecie tęsknić. - spojrzeliśmy po sobie, wzruszając ramionami.
- Mary, a on mocno dostał od twojego męża..? - McKagan zapalił papierosa.
- Nie jestem pewna, ale najwyraźniej tak. - kobieta z lekkim niedowierzaniem w głosie kiwnęła głową - Myślicie, że powinnam się martwić?- Perkusista wrócił po 20 minutach (bez koszulki, zapewne by prezentować swój "dywan"), usiadł na kanapie obok drugiego blondyna, spojrzał na niego i zaczął się szczerzyć jak niedorozwój.
- No i co się cieszysz?
- NIIIC. - wzruszył ramionami i zaczął nasłuchiwać, co dzieje się na podwórku - Słyszeliście to? Chyba będzie burza.. to kto gra w karty? - zapytał ponownie zacieszając.
- Ja.. idę się położyć, źle się czuję. - Mary ucałowała Adlera, życzyła nam dobrej nocy i poczłapała na górę. Chyba nie jest taka najgorsza. Slash zgasił kolejnego papierosa i wypuszczając dym z ust, zostawił go w popielniczce. Zataczając się nieco wstał z podłogi i mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem ruszył w stronę drzwi, widząc to Axl zeskoczył z parapetu i powoli podążył za gitarzystą.
- Hudson, co ty tam mówisz? - zapytał Izzy.
- Idę spać. Czy ja niewyraźnie mówię? - warknął zbulwersowany. Rose poklepał go po ramieniu i uśmiechając się, przecząco pokręcił głową.
- Ja zrozumiałem.
- Ej, też wam się wydaje, że Rudy coś czuje do Saula..? - Brack przytuliła rytmicznego, stojącego przy schodach i nasłuchującego, co dzieje (a raczej, co może się dziać) na górze.
- Myślisz, że Axl jest.. gejem? - zapytałam trochę rozbawiona pytaniem przyjaciółki.
- No nie wiem, ale wydaje mi się, że ostatnio dziwnie się zachowuje w stosunku do niego.. wiesz, łazi za nim, siedzi z nim, no nie opuszcza go prawie na krok.. i jeszcze to, jak czasami na niego patrzy. I to jego zamyślenie..
- Coś w tym jest.. Dash, pamiętasz, jak miał pretensje, że nie wzięliśmy go wtedy ze sobą.. wtedy, jak byliśmy u Slasha w areszcie.
- No pamiętam.. Ale serio? Myślicie, że coś..? Nie, niemożliwe. Pewnie się boi.. wiecie przecież, że Axl jest uczuciowy, może boi się, że Slash znowu trafi za kratki, po prostu nie chce stracić przyjaciela..
- Nie wiem, może. To kto gra? - wtrącił Steven.
- Ja.
- Ja też. - usiadłam z Adlerem i basistą na podłodze, przy stoliku stojącym między fotelami.
- A ja nie. - Stradlin położył się na kanapie, brunetka również nie wyraziła zainteresowania grą, wyraziła je za to rytmicznym; położyła się obok niego, kładąc głowę na ramieniu chłopaka. Perkusista potasował i rozdał karty. Graliśmy w różne gry, zmieniając je średnio co 5-7 minut, bo szybko zaczynały nam się nudzić; nagle błysnęło się i zgasło światło. Chwyciłam Duffa za rękę. I kolejny błysk. A ja jakbym zauważyła za oknem człowieka. Blondyn szepnął mi do ucha:
- Nie bój się, pewnie wywaliło korki. - kiwnęłam głową i mocniej ścisnęłam jego dłoń.

_______________________________________
Przepraszam, że tak długo, mam nadzieję, że się podoba. :) Nie wiem, co jeszcze napisać, możecie mnie ukrzyżować, ukamienować, podpalić, albo załaskotać na śmierć za to, że dopiero wstawiłam rozdział. No cóż, miałam wstawić wczoraj, ale brat prosił o neta, bo miał niby jakąś sprawę do przyjaciela i nijak inaczej nie mógł się z nim skontaktować. A mnie nie chciało się siedzieć na lapku do 11 w nocy, a później przez kolejne pół godziny sprawdzać i wstawiać post (co w sumie zajęłoby mi pewnie więcej czasu, bo znając mnie weszłabym na fb i gg a to zawsze wiąże się z tym, że ktoś może napisać..). Chyba powinnam (znowu) podziękować Wam za wytrwałość, za to że piszecie, ciągle czytacie, obserwujecie mojego bloga, więc : dziękuję. :]  
btw. chciałam wstawić jeszcze jedno świąteczne opowiadanie i również jedno sylwestrowe, ale wyszło jak wyszło i chuj. Doesn't matter. Love you all! <3

Dash.

P.S. Nie wydaje wam się, że ten rozdział jest jakiś taki.. krótki?