OSTRZEŻENIE!

Wszystkie sytuacje zawarte w zakładce ExtraGuns. nie mają żadnych powiązań z opowiadaniem głównym. Bez obaw. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ExtraGuns.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ExtraGuns.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 kwietnia 2014

It's so easy, so fuckin' easy.. ale czy na pewno? Cz.2


     Od wypadku McKagana minęły ponad 2 tygodnie, a chłopak nadal był w śpiączce. Gunsi musieli wstrzymać prace nad nową płytą, bo przecież basista nie mógł wejść do studia. W gazetach zaczęły pojawiać się plotki o rozpadzie zespołu, a nawet o śmierci Duffa. Coraz częściej sami muzycy zastanawiali się nad wstrzymaniem, albo nawet zakończeniem kariery. W licznych wywiadach, których wtedy udzielali (zwłaszcza Slash), a które zazwyczaj kończyły się już po dwóch pytaniach : Czy to prawda, że zakończyliście rozdział pod tytułem "Guns n' Roses"? ;  Wiadomo już, co było powodem wypadku, a co za tym idzie śmierci Waszego basisty, Duffa McKagana? - wszyscy udzielali zgodnych odpowiedzi, zaprzeczając rzekomej śmierci blondyna, a także jakimkolwiek rozpadom w zespole. Raz, gdy Axl i Dash wychodzili ze szpitala, jakiś natrętny dziennikarz nie dawał im spokoju, pytając o to, co zwykle od tygodni, Rose nie wytrzymał i rzucił się z pięściami na mężczyznę. Wrzeszcząc i wyzywając roztrzaskał aparat o głowę dziennikarza. Następnego dnia w gazecie, w której pracował irytujący mężczyzna ukazał się artykuł o "Niepohamowanej agresji wokalisty Guns n' Roses". Kiedy McRivery, Bracket i reszta mieszkańców Hellhouse czytali o wyczynach Rudego, ten siedział w studiu. Wrócił koło 15, wkurwiony i mokry od deszczu. 
- Widzieliście to?! - rzucił gazetę na stół.
- Tak Axl, czytaliśmy. Chyba trochę przesadziłeś..
- Adler, przesadziłem? Chuj sam się prosił. - warknął - Dash już nie daje rady, nikt z nas nie umie sobie z tym poradzić, a on tak bezczelnie znowu pyta o to samo. Duff żyje! A oni wszyscy go uśmiercają! Tak nie można.. - bezsilnie opadł na fotel, Dash po kilku niespokojnych ruchach z płaczem pobiegła na górę. Bracket natychmiast poszła za nią. 
- Czyli rozumiem, że będziemy się sądzić, tak? - Steven zatarł ręce. - Jak ten dziennikarz się nazywa? 
- Anthony Tasso. 
- Stradlin, a ty skąd wiesz?
- Gdybyś przeczytał artykuł do końca, też byś wiedział..
- Dobra, nieważne, nie chciało mi się. Ale ten Anthony zapłaci za swoje. - Adler podszedł do okna. 

     Gdy Bracket weszła do pokoju, na początku nie mogła ogarnąć, gdzie jest jej przyjaciółka, bo Dash siedziała skulona przy łóżku. Od razu jak ujrzała blond włosy, podeszła do dziewczyny. 
- Tu jesteś kochana.. musisz się chować? - uklęknęła przy niej, uśmiechając się, ale dziewczyna nawet na nią nie spojrzała, wręcz przeciwnie - odwróciła głowę w prawą stronę i dłonią zakrytą rękawem siwej bluzy McKagana (od ponad tygodnia nie mogła się z nią rozstać, nie chodziła w niej tylko wtedy, kiedy musiała ją wyprać) wytarła z policzka łzę czarną od tuszu do rzęs. - Płaczesz? Dash, nie masz powodu, będzie dobrze, zobaczysz.
- Brack? Dobrze? Ty chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz. A gdyby Izzy leżał w szpitalu? Nie płakałabyś? - zapytała z wyrzutem, a z jej oka ponownie spłynęła łza, którą natychmiast wytarła. Brunetka przytuliła McRivery.
- Pewnie, że bym płakała, kochanie, wiem, że to dla ciebie trudne. Dla nas wszystkich. Ale to nie koniec świata, musisz wierzyć, że on z tego wyjdzie. - Brack sama nie wierzyła. Nie tak mocno, jak na początku. Z każdym nowym dniem, wątpiła coraz bardziej. Ale musiała pocieszać Dash. Musiała ją motywować. W przeciwnym razie, gdyby basista nie przeżył, straciłaby dwójkę przyjaciół, którzy są dla niej, jak rodzina. To tak, jakby straciła rodzeństwo, którego na dobrą sprawę nigdy naprawdę nie miała.
- Tak. Wiem. - odpowiedziała oschle, wstając - Wiesz, idę się przejść. - wyszła z pokoju, Brack wyszła chwilę później i stanęła na schodach, by obserwować przyjaciółkę.
- O której wrócisz?
- Nie wiem. - założyła ramoneskę  i wyszła.
- Myślę, że nie powinniśmy jej samej zostawiać. Trzeba mieć na nią oko, bo jeszcze coś sobie zrobi. Pójdę za nią. - Slash wziął kurtkę, fajki i powoli wyszedł.

     Hudson szedł za blondynką od dobrych 20 minut. Zapalił już trzeciego papierosa. Dziewczyna snuła się po Sunset, nie wiedząc gdzie iść, po czym udała się do parku. Chodziła uliczkami, nie zawracając uwagi na ludzi i na deszcz. Szła bez celu. Saul stale jej pilnował. Spotkał Larsa, wracającego z zakupów. Perkusista Metalliki chwilę wcześniej zagadał do dziewczyny, ale nie odpowiedziała, nie zatrzymała się, nawet nie spojrzała na Ulricha.
- Siema, Saul. Co jej? Naćpała się..? - zapytał nieco rozbawiony, wskazując ruchem głowy na blondynkę. Mulat westchnął.
- Nie. Wiesz w jakim stanie jest Duff.. ona sobie z tym nie radzi. Słuchaj Lars, jeśli nie masz nic do roboty i chcesz ze mną porozmawiać, to chodź, muszę jej pilnować, boję się, że coś sobie zrobi. Nawet niechcący, bo skoro ominęła cię, nawet nie patrząc, to..
- Jasne, rozumiem. Nie mam nic do roboty, tylko James i Kirk będą siedzieć w chacie głodni.. ale chuj, Dash jest ważniejsza. Nic im się nie stanie, jak trochę pogłodują, nie?
- No raczej. - zaśmiali się i podążyli za McRivery.

     Muzycy stale pilnowali Dasshy. Dziewczyna weszła do Roxy, wyszła, poszła do Troubadour'a, nie zabawiła tam jednak dłużej, niż 10 minut i opuściła budynek. Kręciła się po Sunset.
- Lars, chuju, gdzie ty się do cholery jasnej szlajasz? Kiszki nam z głodu marsza grają. - James wyleciał z Rainbow.
- Właśnie kurwa, co ty sobie myślisz? - Hammett opuścił bar.
- O Jezu, no pilnuję Dash.
- Pilnujemy. - poprawił Slash, rozglądając się za dziewczyną. - I chyba ją.. zgubiliśmy.
- Widzicie?! To przez was! Się sracie z tym żarciem. Wyszliście do Rainbow, to o jakąś budkę z hamburgerami też mogliście zahaczyć, nie?
- Jasne. A ty, skoro już zaoferowałeś się, by zrobić zakupy, mogłeś je chociaż do domu dostarczyć, nie? 
- Dobra Kirk, daj spokój. Czemu właściwie pilnujecie Dash? Coś się stało?
- Wiesz James, strzeżonego Pan Bóg strzeże, jak to się mówi. Wolę mieć ją na oku, nie wiadomo, co teraz chodzi jej po głowie. 
- Ach tak, ta sprawa z Duffem. Kurwa, przecież on żyje. Nie rozumiem, dlaczego media podają informacje o jego "śmierci", szukają sensacji, a nie myślą, co czują jego bliscy.
- Chcą się wzbogacić czyimś kosztem. - Kirk uzupełnił wypowiedź Hetfielda.
- Właśnie.. - gitarzysta Guns n' Roses skupił wzrok na jednym punkcie - chłopaki, ja lecę, bo Dash mi ucieka. Cześć. - szybkim krokiem opuścił Metallikę i podążył za blondynką. McRivery zatrzymała taksówkę i wsiadła do niej. 

     Dziewczyna, z głową pełną myśli wsiadła do auta. Kiedy taksówkarz kolejny raz zapytał o cel, podniosła wzrok i wybełkotała nazwę szpitala. Mieli już odjeżdżać, ruszyli powoli i ktoś nagle otworzył tylne drzwiczki. Wystraszony kierowca i zdziwiona, wybudzona z transu Dash krzyknęli razem "Co do cholery?" w odpowiedni dla swojego stanu sposób. Slash wsiadł do samochodu.
- Spokojnie, ja do przyjaciółki. Cześć Dash. 
- Saul, co ty tu robisz?
- Pilnuję cię.
- A! Teraz poznaję, Slash, tak? - kierowca odwrócił głowę do tyłu, po chwilowym wpatrywaniu się w lusterko. - Czy Kirk? Nigdy was cholera nie mogę rozróżnić..
- Tak, Slash. - chłopak nie spuszczał wzroku z blondynki.
- Czyli.. Guns n' Roses, czy Metallica?
- Kurwa, ogarnij się pan! Slash=Gn'R, Kirk=Metallica! Chyba logiczne, nie?! 
- Dobra, rozumiem. Po prostu obaj tacy trochę pudlowaci jesteście. Nieważne. Przyjmij moje najszczersze kondolencje. - Dash, po usłyszeniu słów mężczyzny, nic nie mówiąc wyszła z taksówki. 
- Kurwa, ale Duff żyje! ŻYJE! Nie róbcie z niego trupa, bo to rani. - wyleciał za przyjaciółką. - Dash, poczekaj - chwycił ją za rękę - poczekaj. Uspokój się.
- Daj mi spokój. - wyszarpała się. W tej chwili miała w sobie naprawdę dużo siły, wystarczająco, żeby wyrwać się z dość mocnego uścisku Mulata. Niestety psychicznie była słaba. Słaba na tyle, że bez większego zastanowienia wbiegła na ruchliwą ulicę. Slash na chwilę stracił ją z oczu, ale gdy już ją znalazł, dostrzegł, że przed dziewczyną, z piskiem opon, zatrzymuje się osobowe auto. Właściciel wychyla się przez otwarte okno i krzyczy na blondynkę. Dziewczynę stojącą w bezruchu, oddychającą szybko, niespokojnie. 
- Porąbało cię? Jak leziesz idiotko?
- Dobra, zamknij się, palancie - gitarzysta wbiegł na ulicę - chodź - i ściągnął z niej McRivery. - Co ty wyprawiasz? Oszalałaś? Chcesz się zabić? - wrzasnął z wyczuwalną troską w głosie.
- Rozumiesz, że nie ma szans, żeby się wybudził?
- Są.
- Lekarze mówią, że to jakiś 1% .
- Ale jednak zawsze. Dash, trzeba wierzyć. A co jeśli się zabijesz, a on z tego wyjdzie? Jak będzie bez ciebie żył? 
- A jak ja mam żyć bez niego?
- Dash, on żyje! - mocno przytulił płaczącą już przyjaciółkę. Dłonią gładził jej włosy i szeptał, że wszystko będzie dobrze. - Pojedźmy do niego, co? Obiecuję, że wszystko będzie dobrze. Złapali kolejną taksówkę i pojechali do szpitala. Po upływie 45 minut byli już na miejscu. Udali się na odpowiednie piętro, dziewczyna od razu pobiegła do basisty, Saul natomiast zagadał lekarza, który wyszedł przed chwilą od McKagana.

    - Duff, kochanie. Proszę cię, zrób coś, obudź się do cholery, bo już nie daję rady. Nie wytrzymam bez ciebie dłużej. Boże, to moja wina - mówiła coraz mniej słyszalnym szeptem, powstrzymując łzy - gdyby nie ta kłótnia, nigdzie byś nie pojechał, nie wsiadłbyś do tego cholernego samochodu. Duff, przepraszam.. Otwórz oczy, proszę. Otwórz. - położyła głowę na jego ręce i pozwoliła płynąć łzom. Poczuła ucisk na dłoni. Myślała, że tylko jej się wydaje, ale ucisk był coraz mocniejszy, podniosła głowę i poczuła go po raz kolejny. Duff. To on ściskał jej rękę. Kolejny raz. Mocniej. Odwróciła głowę i zawołała Slasha. Pochłonięty rozmową z lekarzem, nie zwrócił uwagi na krzyki dziewczyny. 
- Slash! - zawołała jeszcze raz. Spojrzał w jej stronę, ale nie przyszedł. Uwolniła dłoń z niemożliwe silnego uścisku McKagana, wybiegła z sali ku Slashowi i doktorowi. - Slash! Duff..! Duff, on ścisnął moją dłoń!
- Dash, kochanie wiem, że byś tego chciała, ale na pewno ci się wydawało. - ochłodził entuzjazm blondynki, lekarz również nie wyglądał na kogoś, kto uwierzył w historię McRivery.
- Co.. nie! Nie, Saul. Dlaczego mi nie wierzycie? Przysięgam, przysięgam, że to zrobił, ścisnął moją dłoń!
- To jest.. przepraszam. - lekarz wbiegł do sali, w której leżał gitarzysta. Dash miała rację. Duff ścisnął jej dłoń. Doktor wbiegł do sali, bo zauważył, że Duff otworzył oczy. Dziewczyna i Mulat chcieli tam wejść, ale zatrzymała ich wezwana przed chwilą przez lekarza pielęgniarka. Dash usiadła na podłodze, oparła się o ścianę. Hudson patrzył co dzieje się z jego przyjacielem. Po kilkunastu minutach czekania, pozwolono im do niego wejść. Lekarz ostrzegł, że basista może być mało rozmowny i oszołomiony, ponieważ mimo wszystko jest osłabiony i nie do końca wie, co się wydarzyło.    

________________________________________
Nie wiem, co dalej będzie z tym dodatkiem. Może powstanie kolejna część? Nie wiem. Whatever. Mam nadzieję, że w jakimś tam stopniu się podobało. Za ewentualne błędy przepraszam. Proszę, zostawcie komentarz po przeczytaniu, zależy mi na tym, a wam nie zajmie to wiele. :) I przepraszam za tak długą przerwę. :(

But touch my tears with your lips, touch my world with your fingertips.. Yy, sorry, wsłuchałam się w Queen..

                                                                                                                              Peace        
Dash. 

niedziela, 9 marca 2014

Breakdown.

     Gunsi, Dash i Mary wyszli do Rainbow. Ja miałam dołączyć godzinę temu, ale za cholerę nie mogłam znaleźć mojej ukochanej ramoneski, a bez niej o wyjściu nie ma nawet mowy. Po kilku bezowocnych próbach poszukiwań w salonie, pokoju moim i Dash, a potem u Izzy'ego straciłam nadzieję, że jeszcze dziś uda mi się ją znaleźć, byłam tak zdesperowana, że szukałam w łazience, a nawet (3 razy!) w kuchni i to uwaga.. w lodówce! I jedyne, co mi to dało, to wizyta w toalecie, bo w ciągu tych "wypadów" do kuchni wypiłam 2 butelki jakiegoś soku. No ale nieważne, bo coś mnie podkusiło, żeby zajrzeć do sypialni Rudzielca i - boom! Rękaw mojej kurtki wystawał spod kołdry. Nie wiem, co Axl z nią robił i obawiam się, że nie chcę, ale skoro w końcu ją znalazłam, to może nie będę już myśleć, założę ją i po prostu WYJDĘ?

     Bracket miał przyjść godzinę temu, ale nadal jej nie ma. Stradlin najwyraźniej znudził się czekaniem, bo podszedł do baru, bajerować jakieś laski. Swoją drogą - obie rude, czyżby jakieś kuzynki Axla? Nawet charakterki podobne, z tego,co zauważyłem, bo dziewczyny teraz śmieją się, jakby nie wiadomo jakie kawały rytmiczny opowiadał, a chwilę temu rzucały w  barmana kieliszkami i darły na niego ryje, co zresztą oburzony Rose skomentował jako "nieodpowiedzialne, szczeniackie wybryki". Ha, śmieszne!

     - O kurwa, jak tu w Rainbow wiruje.. - Dash z Adlerem wrócili z podwórka - i stolik jakiś niestabilny - przyłożyła dłoń do czoła, przymykając oczy. Pociągnąłem ją za rękę, niemal bezwładnie upadła na moje kolana i automatycznie skryła głowę w zagłębieniu mojej szyi.
- Co ci tu wiruje, mała?
- Wszystkoo..
- Adler, ona coś brała? - rzuciłem podejrzliwe spojrzenie dziwnie spokojnemu perkusiście. Zaprzeczył, kręcąc głową.
- No coś ty? Co miałbym jej niby dać? Już się tym nie zajmuję, prędzej Izzy.. ostatnią działkę wziąłem w tamtym tygodniu.
- W tamtym tygodniu - zawtórowałem - a dziś Steve mamy poniedziałek, ale nieważne. Zrozum, że się martwię - westchnąłem - nie zrozumiesz. Widzieliście chociaż Brack?
- Nie. Chcę pić. - McRivery wstała gwałtownie i równie szybko wróciła na swoje dotychczasowe miejsce.
- Dash, dobrze się czujesz?
- Co.. y no tak, tak - świetnie. - uśmiechnęła się, ale na krótko.
- Poczekaj, zaraz coś ci przyniosę. Pilnujcie jej. - Zamówiłem wodę i zwróciłem Izzy'emu uwagę, żeby zostawił już te nowe koleżanki, bo w każdej chwili może tu wpaść Brack, ale gitarzysta zbył mnie ruchem ręki, spojrzał nonszalancko i skierował się wraz z dziewczynami (bo jakże inaczej?) w stronę toalet w wiadomym celu. Wróciłem do stolika i podałem blondynce szklankę.
- Co to? Woda? Nie chcę wody.
- Skarbie, nie marudź, woda na razie powinna ci wystarczyć.
- Jasne - musnąłem ustami jej czoło. Wzięła kilka łyków i przytuliła się do mnie, kładąc przy tym nogi na moich udach - zimno tu. - jęknęła. Okryłem ją swoją ramoneską, leżącą obok Saula. Coś dziwnego się z nią dzieje : ma zawroty głowy, zimno jej, a przecież w Rainbow jest w chuj gorąco i to wszystko po tym, jak wróciła z podwórka.

     Izzy zwinął się gdzieś z laskami, na szybki numerek.. w toalecie, jak mniemam. Idiota. Przecież Brack w każdej chwili może tu przyjść. Póki co idzie Bach, ale to dobrze, może w końcu będzie z kim pogadać, bo od jakiegoś czasu siedzimy - mimo że przy jednym stoliku - w jakichś grupkach : Steven i Mary (aż uwierzyć nie mogę, że Popcorn jeszcze nie spierdolił!), no Duff próbuje dogadać się z zasypiającą (albo tracącą przytomność) blondynką, Axl położył głowę na stole i poszedł w kimę, a Izzy się zabawia. Ja natomiast nie mam do kogo gęby otworzyć. 15 minut temu starałem się zagadać do każdego po kolei, ale efektów żadnych, więc się poddałem.
- Cześć wszystkim, mogę się przysiąść? - Seba nie czekając na odpowiedź, zajął miejsce obok Rudego. - A gdzie Izzy i Bracket?
- Brack w domu, chociaż ponad godzinę temu miała przyjść, a Izzy - zawiesiłem się.
- A Izzy..?
- A Izzy najprawdopodobniej rucha jakieś nowo poznane laski. - odpowiedział jakby niczym niewzruszony Adler.
- Co ty gadasz? To teraz tylko czekać, aż Brack się o tym dowie. Biedna dziewczyna, myślałem, że Stradlin już się ogarnął z tymi zdradami.. skoro się oświadczył.
- Cicho, Brack idzie. - zauważył McKagan. Brunetka podeszła do naszego stolika, zmierzyła go wzrokiem i podejrzliwie zapytała.
- Gdzie Izzy? - spoglądaliśmy na siebie niespokojnie. Dziewczyna zapytała ponownie. - Ej, gdzie Izzy? Jest tu w ogóle? Co się z wami kurwa dzieje? Może byście odpowiedzieli? - wskazaliśmy z Bachem palcami, żeby spojrzała za siebie, ale w sumie niepotrzebnie, bo zdążyła już usłyszeć chichoty rudych koleżanek Stradlina. Odwróciła się i zobaczyła swojego chłopaka, obejmującego nieznane jej kobiety. Co więcej, pewnie szybko domyśliła się, że musiało do czegoś dojść, bo gitarzysta miał rozpiętą koszulę, a dziewczyny potargane włosy.
- O, Brack - chrząknął i natychmiast zsunął ręce z ciał koleżanek. - co ty tu robisz, kochanie?
- Kochanie? - fuknęła - Przyszłam. Bo miałam do was dołączyć, pamiętasz? Jak mogłeś znowu mi to zrobić? Obiecałeś.. - jej oczy zaszkliły się od łez, a głos zaczął drżeć.
- Skarbie, to nie tak. Przecież ja tylko z nimi rozmawiałem. Poza tym, prawie nie było o czym, to idiotki.
- Słucham? Idiotki? - oburzyła się jedna z rudych. - Ale żeby nas wyruchać, to nasz "idiotyzm" ci nie przeszkadzał, tak?! - wymierzyły mu liście, odwróciły się na pięcie i wyszły z Rainbow.
- Nie wierzę, ty naprawdę to zrobiłeś. A jeszcze łudziłam się, że może mówisz prawdę. Nienawidzę cię, Izzy. Nienawidzę. To - zdjęła z palca pierścionek zaręczynowy.. - koniec - .. i rzuciła nim w zaskoczonego rytmicznego - KOCHANIE.
- Nie zrobisz tego. Nie odejdziesz.
- Odejdę. - udała się w stronę wyjścia, pchnęła drzwi i opuściła budynek.
- Kurwa, Brack! Nie możesz, kochasz mnie przecież! Ja cię też, mieliśmy wziąć ślub! - krzyczał, ale dziewczyna - chociaż drzwi jeszcze się nie zamknęły - pewnie go już nie słyszała. - No Brack.. kurwa! - uderzył ręka w ścianę, osunął się na podłogę i schował twarz w dłoniach.

______________________________________
Miałam dodać tydzień temu, ale limit się skończył.. pierdolca można dostać z tym netem. -.-
Mam nadzieję, że się spodobało. :) Jeśli są błędy, to przepraszam. :3

+ proszę o komentarze. :)
Dash.

niedziela, 19 stycznia 2014

It's so easy, so fuckin' easy.. ale czy na pewno?

       McRivery po całonocnej nieobecności wróciła przed południem do Hellhouse. McKagan czekał na nią przez całą tę noc w salonie. Był wściekły, że znowu nie wróciła do domu.
- Gdzie byłaś? - warknął, gdy zdjęła ramoneskę i w końcu zorientowała się, że nie jest sama. Dziewczyna nie miała chęci na rozmowę. Gitarzysta też nie. Ale potrzebował wyjaśnień. Dash odpowiedziała nonszalancko:
- Nigdzie.
- Znowu u niego?!
- U kogo?
- Nie udawaj idiotki!
- Nie udaję. Duff, no ogarnij się, o co ci do chuja chodzi?
- Gdzie byłaś? Spałaś z nim znowu? Odpowiedz - szarpnął jej ramię - chcę wiedzieć!
- Z nikim nie spałam, o czym ty gadasz? Odpierdala ci. Znowu piłeś. - stwierdziła, widząc prawie pustą butelkę wódki.
- Nie zmieniaj tematu, co? Tak trudno ci się przyznać, że się kurwisz?
- Duff, nic takiego nie robię. A może to ty chodzisz na panienki, i żeby nie budzić podejrzeń mówisz, że to ja się z kimś pieprzę, co?! - wrzasnęła, wyrywając się z jego uścisku. Zaśmiał się zdenerwowany.
- Chyba sobie żartujesz. Normalna jesteś? Ja cię nie zdradzam. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o tobie, bo..
- Bo co? - przerwała. Zabolało ją, że jej chłopak ma o niej takie zdanie. Nie zdradzała go. Często nie było jej nocami, bo się kłócili, nie wytrzymywała tego. Wolała wyjść, połazić po mieście, uspokoić się, niż toczyć coraz to większe wojny. - No co? Nagle nie masz nic do powiedzenia? Wiesz co, nie masz żadnych argumentów, by mnie osądzać, ale skoro już to robisz, to może lepiej zróbmy sobie przerwę, albo się rozstańmy. To nie ma sensu, Duff, ciągle mnie oczerniasz. Niestety, bezpodstawnie.
- Ja? A ty co robisz? Codziennie mnie opierdalasz, że rano wychodzę i późno wracam, że piję. Wystarczy jedno piwo, a ty już robisz aferę, jakbym nie wiadomo co zrobił!
- Jedno piwo? Proszę cię, a od kiedy ty wypijasz jedno piwo?! U ciebie na jednym nigdy, NIGDY się nie kończy. Do tego fajki. Cała masa tego cholernego Marlboro, Duff!
- Dobra, coś jeszcze masz do powiedzenia? - wykrzyczał prosto w twarz, patrząc agresywnie na dziewczynę - Nie? Świetnie. Wychodzę. - założył kurtkę i chwycił za klamkę. Wkurwiona krzyknęła:
- Idź w cholerę!
- Suka. - syknął, trzaskając drzwiami. Załamana kolejną kłótnią blondynka usiadła w fotelu, wyciągnęła rękę po paczkę określonego przed chwilą mianem "cholernego" Marlboro, należącego do Duffa, wyjęła jednego papierosa, włożyła w usta i próbowała podpalić zapalniczką, a za chuja nie mogła tego zrobić. Po kilku bezowocnych próbach poddała się, rzuciła fajkę i zapalniczkę na podłogę, zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać. Była bezbronna.

     McKagan był wściekły, tak cholernie zły na swoją dziewczynę. Uważał, że ciągle go zdradza, ona często myślała o nim to samo. Ale oboje nie mieli racji. Popadali w paranoje i wykańczali się nawzajem. Chłopak wsiadł do auta i zapalił papierosa, jednego z czterech, jakie mu zostały. Pełną paczkę zostawił w domu. Przekręcił kluczyk i ruszył przed siebie.

     Deszcz padał od prawie 30 minut. Duff jechał drogą dosłownie zawaloną samochodami, kiedy udało mu się wyminąć korek, rozpędzony tir, jadący z naprzeciwka walnął w jego auto. Może gdyby pogoda była lepsza, a basista nie siedziałby w kłębach dymu papierosowego, nie klął na samochody jadące w korku i patrzył przed siebie, a nie na boki, zdążyłby zjechać na pobocze. Jedyne co zobaczył to ciemność, a ostatnia rzecz, jaką usłyszał, to dźwięki lecące z radia, dźwięki  "Tears in heaven" Claptona.

     Izzy i Brack wrócili z Rainbow, brunetka w nieco gorszym stanie, niż jej chłopak. Właściwie w bardzo nietrzeźwym stanie, więc w prawdzie o wiele gorszym, niż on. Natychmiast położyła się na kanapie, Stradlin powędrował do kuchni, po wodę dla dziewczyny. Kiedy wychodził, zadzwonił telefon. Gitarzysta odstawił szklankę na stolik i znudzony podniósł słuchawkę:
- Słucham? Co.. yy, tak, mieszka tu, ale.. Gdzie? Oczywiście.. - powoli odłożył słuchawkę, Dash zeszła na dół.
- Izzy, kto dzwonił? Ej, co się stało? - zapytała, widząc wyraz twarzy przyjaciela.
- Dash, usiądź.
- Co jest? Izzy?
- Duff miał wypadek. Jest..
- Co? - zapytała nie dowierzając - To jakiś żart? Tak? - zaśmiała się nerwowo. Rytmiczny przecząco pokręcił głową, a jej oczy napełniły się łzami. - Izzy..
- Jest w ciężkim stanie. Dash.. ale nie płacz. - przytulił blondynkę. Dziewczyna po chwili otarła łzy.
- Gdzie on jest? - nerwowo szukała kluczyków od samochodu.
- W szpitalu. Ale teraz tam nie pojedziesz. Nie w takim stanie.
- Izzy, muszę.
- Zawiozę cię.

     McRivery i Stradlin po 45 minutach jazdy, pojawili się w szpitalu. Natychmiast pobiegli do recepcji i zapytali o McKagana. Dash, kiedy tylko dowiedziała się, gdzie leży jej chłopak, od razu do niego poszła, Izzy rozmawiał z lekarzem. Dziewczyna bała się wejść do sali, nie wiedziała co ją czeka. Zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i przekroczyła drzwi. I mimo, iż kłócili się ostatnio bez przerwy, zrywali i wracali do siebie, by znów nocami się obrażać i wyganiać z pokoju, to widok Duffa leżącego pod kroplówką i respiratorem, z zamkniętymi oczami, nieprzytomnego, spoczywającego bez ruchu, tak bardzo nieobecnego sprawiał, że nie wiedziała, co ma robić, załamać się i płakać, czy wręcz przeciwnie - walczyć. Walczyć dla niego. Dla siebie. Dla nich. Była zrozpaczona. Kochała go, ale ostatnio coś się spieprzyło, wzajemnie (chociaż bezpodstawnie) oskarżali się o zdrady, kłamstwa i jakieś nałogi. Niszczyli się od środka, tracili coś, na co tak długo pracowali, i czego tak mocno pragnęli. Tracili miłość. Chociaż Dash uważała, że może ten niefortunny, cholerny wypadek jakoś wszystko naprawi. Ponownie zbliży ich do siebie. Czuła, że musi się polepszyć, że ten wypadek nie wydarzył się tak po prostu - Ten na górze coś planuje.. - myślała. Cierpiała, patrząc na miłość swojego życia w takim stanie. Momentami wolała być na miejscu McKagana, chciała, aby to jej przydarzył się ten wypadek. Żeby to w jej samochód uderzył ten tir. Przez głowę przelatywało jej wszystko, każde wspomnienie, każda chwila spędzona z nim. Ostatnia kłótnia bardzo utkwiła jej w pamięci. Chociaż zdarzały się gorsze i to wcale nierzadko. Słyszała każde słowo, każdy wrzask. Czuła złość i bezbronność przeszywającą ją wtedy; tak bardzo chciała cofnąć czas, zmienić zdania, które wypowiedzieli. A najbardziej chciała się teraz przytulić do basisty. Chwyciła jego dłoń, ze szklistymi niebieskimi oczami, łamiącym się głosem wyszeptała:
- Kocham cię, skarbie. I w głębi serca wiem, że ty mnie też. - musnęła ustami jego dłoń i delikatnie położyła na niej głowę.

środa, 25 grudnia 2013

Last Christmas I gave you my heart, but the very next day you gave it away - nie mam pomysłu na tytuł.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałam Wam życzyć (ha! i tu jest mały problem, bo nie jestem dobra w składaniu życzeń i zazwyczaj ograniczam się do czegoś w stylu "Dziękuję i wzajemnie", ale tu nie mam się do czego odnieść, żeby napisać "wzajemnie".) więc chciałam Wam życzyć, żeby te święta były cudowne, pełne prezentów i fajnie spędzonych chwil, żeby Wasze marzenia się spełniły no i najważniejsze - cierpliwości do mnie :D . No i czego tam sobie jeszcze chcecie. Aa no i jeszcze życzę Wam, sobie i każdemu fanowi Gn'R, żeby chłopcy jeszcze chociaż raz zagrali w składzie : Rose, Slash, McKagan, Stradlin i Adler. 
Wesołych Świąt! 

Dash.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ * * * ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

***

   Boże Narodzenie - ah, jak ja kocham święta! - pomyślałem, wesoło zeskakując ze schodów. Z kuchni dobiegały mnie krzyki, mącące moje zadowolenie. Przekraczając drzwi, a raczej miejsce, w którym powinny być, ujrzałem rytmicznego i jego dziewczynę, wściekłą zresztą, bo to głównie Ona krzyczała.
- Co się tak wydzieracie od rana? Brack, makowiec nie wyszedł? Karpia nie będzie? - zaśmiałem się.
- Adler, zamknij się, bo Ci zaraz przypierdolę. - warknęła i z zaciśniętą pięścią zbliżała się w kierunku mojej skromnej, biednej i nadzwyczaj słodkiej osoby.
- Brack, zostaw.. - Izzy próbował zatrzymać brunetkę, chwytając nadgarstek jej uniesionej ręki, odwróciła się gwałtownie.
- Nie dotykaj mnie, Stradlin!
- O co Ci chodzi? Okres masz? - gitarzysta próbował zażartować.
- O nic! Po prostu.. o nic. - wyszła z kuchni, a później z domu.
- O co Ona się tak focha? - zapytałem przyjaciela, równie zmieszanego, jak ja. Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, o to, że zjadłem kawałek ciasta? Przecież to głupie.
- Dziewczyny są głupie.. Dobra, nie przejmuj się, święta są. Chodźmy przebrać Saula za świętego Mikołaja! Chodźmy, chodźmy. - ponagliłem.

   - Saul, Saul! No chodź, Izzy, chooodź!
- Idę przecież.. - ze snu wyrwały mnie śmiechy perkusisty i przeciągane, jakby niechętne odpowiedzi rytmicznego. Gitarzysta i ten drugi oszołom, wbiegli do mojego królestwa, rozwalając na wstępie fortecę z poduszek, ustawioną przy i trochę na moim łóżku (wczoraj był u nas Martin z synem, a ja bawiłem się z małym).
- Hudson! Wstawaj, leniuszku!
- Leniuszku? I po chuj mam wstawać, jak jest.. - urwałem i wymacałem zegarek stojący na szawce, ukryty pod wczorajaszą koszulką - 9:57..? Chłopaki! Kurwa, czego Wy ode mnie chcecie prawie nad ranem?!
- Nie denerwuj się. - uroczy Adlerek próbował załagodzić sytuację i uśmiechając się przyjaźnie usiadł na moim łóżku. Wgapiał się we mnie, prawie że maślanymi, świecącymi oczkami, nie mówiąc ani słowa, powodując tym u mnie wielką niezręczność.
- No co? Co tak patrzysz? Wiem, że jestem przystojny, ale na Boga, Adler! Ja naprawdę nie jestem gejem!
- Ale czy ja coś mówię? - zapytał, kładąc dłoń na klacie w geście zaskoczenia.
- No właśnie nic.. I to mnie - szczerze mówić PRZERAŻA! Adler!
- Mrrrauu..! - zamruczał, robiąc dziwnie koci ruch ręką i szczerząc przy tym zęby, zatrzepotał uwodzicielsko rzęsami.
- Adleeer!
- O tak, skarbie, tak będziesz krzyczał w nocy.
- Geju, wypierdalaj mi stąd! Nic nie będę krzyczał. - próbowałem zepchnąć go z łóżka, ale widząc jego miny, zacząłem się śmiać i nie miałem siły, by cokolwiek zrobić.
- Ale kochanie, no kotek, podsuń się, poleżymy razem. - perkusista również zaczął charakterystycznie dla siebie zacieszać i nawet Stradlin, jak dotąd wycofany, siedzący pod ścianą się rozpogodził. I to tak, że tarzał się po podłodze, wydając przy tym dziwne dźwięki.
- O kurwa, pedały! Kocham Was!
- Czyli też jesteś pedałem! Wskakuj do nas, przecież się zmieścimy. No i w trójkę będzie ciekawiej! - blond pudel zachęcał, poklepując ręką po kołdrze.
- Nie Stevie, ja mam dziewczynę.
- Ale chwilowo jej nie ma.
- Sorki chłopaki. - uśmiechnął się.
- Oh, no dobra.. a mogło być tak pięknie. Ahh. - Popcorn się rozmarzył.
- Ej, ale poważnie. Co chcecie?  - zapytałem, gdy wszyscy trochę się uspokoiliśmy i nie śmialiśmy się już tak, jak wcześniej.
- Mamy dla Ciebie propozycję.. nie do odrzucenia! - od razu zaznaczył blondyn.
- Ale jaką?
- Noo.. przebierzemy Cię za świętego Mikołaja, prawie się nadajesz, może trochę za chudy jesteś, ale to się jakoś nadrobi, wpieprzysz wszystko, co dziewczyny zrobiły na święta, popijesz wódą, to Ci wszystko w środku spęcznieje i powinno być ok, a jak nie, to dokleimy Ci poduszkę, czy coś. - mówił na jednym wdechu perkusista.
- Dobra, ale pod jednym warunkiem - uniosłem nieco palec wskazujący ku górze. Zgodziłem się. Pewnie nie myśleli, że tak szybko mnie namówią. No ale, oferują wódkę, więc jak tu się nie zgodzić? - będziecie moimi elfami. - no przecież sam z siebie nie będę debila robił.
- Izzy. - popatrzyli na siebie, zabawnie pokiwali głowami "porozumiewając się" i odpowiedzieli razem:
- Zgoda! Ale wódkę dzielimy na trzech.
- O Jezu, to kupi się więcej. Stoi? - wyciągnąłem rękę do gitarzysty.
- Jasne. - podał mi dłoń.
- Steve?
- Spoko. Jej, ale będzie fajnie! - zacieszał, zacierając ręce.

   Wyszedłem z pokoju wkurwiony, bo ktoś mnie obudził. A sen miałem całkiem fajny - koncert na Wembley, stadion cały wypełniony fanami, wszyscy już są na scenie, tylko ja rucham się z jakąś panienką. Kurwa, to było takie piękne, takie realistyczne.. ale nie, ktoś musiał mi to przerwać!
- Zaraz, zaraz.. co ja słyszę? - szepnąłem do siebie i przybliżyłem ucho do drzwi pokoju McKagana.
- Michael.. - usłyszałem ciężko oddychającą, wręcz momentami jęczącą Dash, ale kim u diabła jest Michael?! Wbiłem do pokoju, nie zważając na krzyki i protesty kochanków.
- Axl! - McRivery zeszła z blondyna i zakryła się kołdrą.
- Duff?!
- A kogo się spodziewałeś? Erica Claptona? - basista wygiął kącik ust w geście uśmiechu.
- No.. nie, bardziej Jacksona, przecież Dash powiedziała "Michael".
- No ja mam na imię Michael, debilu. - oburzył się. Przyłożyłem dłoń do czoła.
- Faktycznie..! Dash, to już nie mogłaś wysapać "Duff"? Wystraszyłem się.
- Wypierdalaj! - rzuciła we mnie poduszką i zaczęła muskać ustami szyję basisty.
- No niee.. mogę popatrzeć? Ja sobie tu, o tu - usiadłem po turecku przed łóżkiem - usiądę i będę cichutko, jak myszka obserwował Wasze poczynania, co? Kto wie, może później napiszę o tym piosenkę? - uśmiechnąłem się zachęcająco.
- Wypierdalaj, Rose! - krzyknęli oboje.
- A gdybym tak sobie stanął za drzwiami i posłuchał troszeczkę Waszych jęków? To takie podniecające..
- Idź stąd świrze!
- Dobra. Nie to nie.- zrobiłem naburmuszoną minę i skrzyżowałem ręce na brzuchu - I znowu będę musiał oglądać filmy dla dorosłych.. CAŁKIEM SAM! - zaakcentowałem i wyszedłem, trzaskając drzwiami. - Wy nie macie serca!

   - Chłopaki, jesteście pewni, że to dobry rozmiar? - Slash próbował wcisnąć się w kostium "tego od prezentów" .
- Pewnie.. - perkusista zachowywał spokój, ale: - Izzy, pomóż! - Popcorn potrzebował pomocy przy zapięciu guzika. Cała sytuacja wyglądała, jak na żywca wyjęta z komedii : siedzieliśmy w trójkę, w jednej małej, ciasnej przymierzalni, Adler nogę miał opartą o ścianę, przed którą stał gitarzysta, obie ręce na guziku, ja trzymałem ubrania Slasha, bo "pod żadnym pozorem nie mogą leżeć na tej zasyfionej podłodze! Nie wiadomo, kto próbował się tu bzykać."
- Ale jak, przecież ubrania..?
- Oj, jebnij to tam. - wskazał na mały stołeczek w jednym z rogów "pomieszczenia".
- Ja Ci dam "jebnij to tam"! Jeszcze jedno zbędne słowo i Ty zostaniesz świętym Mikołajem!
- Dobrze Saul, nie denerwuj się tak, bo się nie dopniesz.
- Ughh..!
- Wciągnij brzuch.
- Ejj, nie uważacie, że to "I Ty zostaniesz świętym Mikołajem" zabrzmiało trochę jak w reklamie?
- Ale masz zapłon, Izzy. Brawo.
- Nie chciałem Wam po prostu przeszkadzać, Hudson.
- Jasne.
- Dobra, bierzemy to, lepszego rozmiaru nie znajdziemy. Zdejmujesz i zakładasz znowu w domu, czy tak wracasz do Hellhouse?
- Stradlin..
- Ok, rozumiem, że tak wracasz.
- W sumie - westchnął - jak mam się w to cholerstwo później jeszcze raz wbijać, to może rzeczywiście lepiej w tym zostanę. - wyszedł z przymierzalni, ja wyszedłem za nim.
- Saul, a Twoje ciuchy?
- Trzymałeś je tak długo, że te kilka minut w kolejce i droga do samochodu nie powinny Ci sprawić problemu, skarbie.
- Jasne.. o, Adler, potrzymaj. - wcisnąłem szmaty Slasha w ręce perkusisty, wychodzącego z przymierzalni i wesoło podgwizdując ruszyłem w stronę kasy i Slasha bajerującego sprzedawczynię.
- Aaaa, dostałem 25% zniżki, czaisz?! - wyszeptał gitarzysta.
- To normalne, święta są, czym Ty się podniecasz, debilu?
- Taa, no święta, ale świąteczna zniżka wynosi 15%, a ja dostałem 25!
- Zaśpiewałeś kolędę? Powiedziałeś wierszyk do świętego?
- Nie, to zniżka za wygląd, za moją śliczną twarzyczkę.
- Za wygląd, hm.. mogę się z tym zgodzić, nie codziennie w L.A. widzi się Mulata przebranego za świętego Mikołaja, w dodatku w sklepie, ale co do tej Twojej twarzyczki.. no stary, nie wiem, czy przećpane oczy są śliczne.
- Nie mam przećpanych oczu - podbiegł do najbliżej stojącego lusterka i zaczął się przyglądać swojej twarzy. - no jak Boga kocham, nie mam.
- Zacznijmy od tego, czy kochasz..
- Co?
- Nic, tak tylko do siebie gadam.. gdzie ten Adler?
- Jestem, jestem.
- Łoo.. co Ci się stało?
- Co?
- No to .- zaprowadziłem go do lustra, przy którym nadal stał Slash.
- I kto tu ma przećpane oczy? - prychnął.
- Slash, ja nie o oczach mówię, chociaż.. faktycznie - Steven, brałeś coś teraz?
- Nie, no skąd, co miałbym wciągnąć w sklepie?
- Nie wiem, nieważne. Czemu Ty masz granatową twarz?!
- Nie wiem..
- Gdzie jest ten pieprzony blondyn, który mnie podglądał? - usłyszeliśmy nieco piskliwy głos i po chwili naszym oczom ukazała się supermodelka Stephanie Seymour - prawdopodobny powód granatowości Adlerka.
- Ups, mnie tu nie ma i nigdy nie było. - schował się za manekinem.
- Gdzie.. czy ja Was przypadkiem nie znam? - kobieta zatrzymała się przed nami i przejechała palcem po dolnej wardze.
- Możliwe, że gdzieś nas widziałaś - uśmiechnął się Slash. - albo słyszałaś.
- Czekaj, czekaj, Wy jesteście.. jak Wy się nazywacie.. zaraz sobie przypomnę.. - nawinęła kosmyk włosów na palec - wiem! - wskazała na nas palcem, ale natychmiast przyłożyła go do ust, uśmiechaliśmy się, kiwając głowami - Metallica?
- Jezu.. - Adler zza manekina westchnął cicho i uderzył dłonią w czoło.
- Metallica, tak?
- Nie, ale zgaduj dalej.
- Yyym, ok - położyła dłoń na karku i znowu zaczęła bawić się włosami. - Skid Row? - pokręciliśmy przecząco głowami - Bon Jo.. niee, ich ostatnio widziałam, wyglądali inaczej, no nie wiem, Iron Maiden? Led Zeppelin? - Ona chyba nie wie, co mówi, wymienia po prostu zespoły, których nazwy gdzieś usłyszała.
- Nie.
- Queen? - no teraz to pojechała! Nie wierzę. Chyba czas zakończyć ten cyrk.
- Nie, nie Queen. Jesteśmy troszkę młodsi. To może mała podpowiedź, co? - zapytałem.
- Nie! Poczekaj, ja wiem! - pisnęła i podskakując klasnęła w dłonie.
- No, słuchamy..
- Aerosmith!? Tak, Aerosmith, prawda? Od razu poznałam!
- Nie, Aerosmith też nie. Jesteśmy Guns n' Roses.
- Aaa, no tak, głupia ja. - o, serio? - Macie takiego fajnego wokalistę, jak on ma.. ten, no - zaczęła kręcić dłonią - Morrison? Nie, to w Bee Gees. On się nazywał..
- Yyym, wiesz, Morrison to jednak The Doors. - słusznie zauważył "święty".
- Ah tak, The Doors, no przecież. Swoją drogą nieźle się ten Morrison trzyma. A ten Wasz wokalista, to Alex.. Alex..
- Axl. Axl Rose.
- No tak, nie mam pamięci do nazwisk.
- I do zespołów. - szepnąłem do gitarzysty.
- A więc Axl Rose.. przystojny mężczyzna. I taki słodki.. - zrobiła rozmarzoną minę i przygryzła dolną wargę, pomalowanych mocno czerwoną szminką ust.
- Tak, bardzo słodki.. - powiedziałem ironicznie. - nie znasz go, jak się wkurzy, to już taki słodki nie jest.
- No nie wiem, może Wy go znacie lepiej. Ten blondyn, który mnie podglądał też jest od Was?
- Tak, to nasz perkusista, prywatny, domowy pudel.. ale jego tu wcale nie było..! - szybko zaprzeczył Hudson.
- Jasne, miło było Was poznać chłopaki. Pozdrówcie Alexa.
- Axla.
- Tak, właśnie jego. Axla - zachichotała. - i tego podglądacza też. Paa.
- Narka. - odpowiedzieliśmy, próbując odwzorować jej piskliwy i słodki do bólu głosik. - Adler, możesz wyjść. Jak Ty żeś ją podglądał?
- Oj, no normalnie, tyle, że ta zasłona chuj wie czemu farbuje i stąd ta moja granatowa mordka. Ależ irytująca jest ta panienka, nie? Jak można nas pomylić z Zeppelinami albo Queenem? Albo może raczej, jak można ich pomylić z nami.
- Dla nas to zaszczyt.
- Tak, ale to nie zmienia faktu, że Ona jest MEGA GŁUPIA.
- Chodźmy stąd, nie mam ochoty na jeszcze jedną rozmowę z nią, a właśnie się tu zbliża. - powiedziałem i wychodząc, pociągnąłem za sobą przyjaciół.
- Zaraz, a co z Waszymi strojami elfów? - zapytał Saul, gdy wsiadaliśmy do auta.
- Odwiedzimy inny sklep, na pewno nie wrócimy tam, gdzie jest ta cała Seymour.. chyba, że bardzo chcesz, Steve.
- Nie, nie trzeba, jeszcze mnie oskarży, że ją prześladuję, czy coś..

    Myślicie, że elfy mają granatową skórę? - perkusista przyłożył głowę do szyby.
- Już bardziej gobliny, nie Izzy?
- Możliwe.
- Ej, ale ta Stephanie ma niezłą dupę i nogi całkiem.. fajne.
- Czy ja wiem, Adler, to i tak nie zmienia faktu, że wydaje mi się pusta. Jeszcze ten jej piskliwy głosik.. masakra.
- Ej, ale przecież Dash i Brack też są śliczne - aż dziwi mnie, że Izzy o tym nie wspomniał, w końcu Brack jest jego dziewczyną. - i też robiły w tej samej branży, co Seymour.
- Ale kiedy to było, Hudson. Już pewnie o tym nie pamiętają..
- Może. O patrzcie: Świąteczne stroje, prezenty i inne... Izzy, skręć tutaj. - wskazałem palcem na zjazd, prowadzący do sklepu. Gitarzysta zaparkował na parkingu i wyszedł z auta, za nim wyszedł Popcorn.
- Slash, idziesz?
- Zostaję, nie będę łaził w tym stroju po sklepie. - Po 10 minutach muzycy dalej nie wracali, podgłośniłem radio, bo właśnie leciało "Last Christmas" Wham, rozglądałem się na prawo i lewo, obserwując ludzi ganiających do sklepu i wybiegających z niego, aż w pewnym momencie ujrzałem, że z auta, które przed chwilą ktoś zaparkował obok naszego wozu wysiada nie kto inny, jak nasza kochaana, uroczaa, najmądrzeejsza, jedyna w swoim rodzaju Steph Seymour! Ona nas śledzi, czy jaki chuj? Jak ja się cieszę, że nie poszedłem z nimi. Po mniej więcej kwadransie wróciły moje elfy. Weszli pośpiesznie do auta.
- Mamy te kostiumy, kupiliśmy dwa ostatnie. - zacieszał Adler.
- Zgadnij kogo spotkaliśmy..
- Seymour.
- Skąd wiesz? - nie dowierzał Steven.
- Widziałem ją.
- Nie mogłeś nas jakoś ostrzec? Ona ryje mi psychikę. - Stradlin schował twarz w dłoniach. - Pierdolę, wracajmy do domu. - przekręcił kluczyk w stacyjce i pojechaliśmy do Hellhouse.

    - Chłopaki, gdzie Brack? - McRivery zeskoczyła ze schodów i podbiegła do McKagana, siedzącego na fotelu. Blondyn złapał ją za rękę i posadził na kolanie.
- Nie wiem, ale wcześniej słyszałem, jak kłóciła się z Izzym. - wyszedłem z kuchni i rzuciłem się na kanapę.
- Właśnie, a Izzy, Adler i Slash? Gdzie ich wszystkich wymiotło? Przecież już prawie 20! Trzeba zacząć już wszystko ustawiać, pomożecie mi?
- Jasne, tylko mów, co mamy robić.
- Na początek mnie puść. - uśmiechnęła się, basista mocniej zacisnął ręce na jej brzuchu i z uśmiechem spojrzał głęboko w jej niebieskie oczy.
- Muszę?
- Nie, ale jeśli będziemy tu tak siedzieć, to będziesz głodny.
- Mogę być. Zresztą, kto powiedział, że nic nie zjem? Axl, poradzisz sobie sam? - rzucił mi pytające spojrzenie. Wstałem z kanapy.
- Pewnie, tylko Dash będzie mnie musiała trochę poinstruować.
- Słyszałaś? Powiesz mu tylko, co ma zrobić i On to zrobi, wszystko przygotuje! - Duff odgarnął włosy zakrywające szyję oraz dekolt dziewczyny i zaczął składać pocałunki na miejscach jeszcze chwilę temu zakrytych blond włosami. Zostawiłem ich i poszedłem do kuchni. Wyjąłem talerze, wziąłem sztućce i wróciłem do salonu.
- Dash, a gdzie ja właściwie mam to rozkładać?
- Nie wiem, zmieścimy się w salonie?
- Chuj, rozkładaj to tu, najwyżej się przeniesie. I idź już, proszę. - basista.. no jednym słowem zaczął macać blondynkę. Wróciłem do kuchni, zaniosłem do pokoju wszystko, co było przyszykowane.
- Dash, a ciasto?
- Ciasto nie.
- Ok. - nigdzie nie mogłem znaleźć alkoholu, więc stając przy wyjściu, znowu krzyknęłem - Daaash, gdzie wódka? - dziewczyna przewróciła oczami.
- To pytanie chyba do Duffa, nie? W lodówce. Daniels w szafce. Czegoś jeszcze nie wiesz?
- Nie, wszystko już wiem. Nie przeszkadzajcie sobie, gołąbeczki.
- Zaraz znowu przylezie.. - gitarzysta położył głowę w zagłębieniu szyi dziewczyny, Ona gładziła jego włosy.
- Na pewno.
- Daash!
- Co?!
- A nic, sprawdzam łączność. - zaśmiałem się.

   Axl krząta się po kuchni, a ja i Dash mamy czas dla siebie, no chyba, że ta sierota ma pytania. Usłyszałem silnik samochodu i do domu wbili zaginieni: Steven, Izzy i.. Slash? Tak, to chyba On.Tylko czemu jest przebrany za świętego Mikołaja? Nieważne.
- Jest Brack? - Stradlin wszedł do kuchni.
- Nie ma.
- Cholera jasna.. - szurając nogami poszedł na górę. Slash wyjął z lodówki puszkę coca coli, otworzył ją, wszedł do salonu i upadł na fotel, zanurzając usta w napoju. Adler z jakąś paczką poszedł do łazienki.
- Slash, właściwie czemu Ty jesteś przebrany za świętego Mikołaja?
- Bo są święta, Dash.
- Ok, ale czemu akurat Ty, a nie Popcorn albo na przykład Duffy?
- Właśnie, dlaczego nie ja?
- Nie nadajesz się.
- Pff, bo Ty się nadajesz.
- Słyszałem, że tak. Znaczy, prawie się nadaję. Zazdrościsz, nie? Mam własne elfy.
- Co?
- No elfy mam. Prywatne. Dwa.
- Co? - powtórzyłem.
- No Izzy i Steve robią za moich pomocników. - wyszczerzył zęby.
- Hudson, bierz mi stąd te buciory! - Rose ręką zepchnął ze stołu nogi gitarzysty.
- A renifery gdzie masz?
- A renifery zrobię sobie z Ciebie i Bracket. - uśmiechnął się.
- No na pewno.. nie pozwolę z mojej Dash zrobić jakiegoś renifera. No chyba, że mojego. - spojrzała na mnie z wyrzutem, delikatnie musnąłem jej usta - No przecież żartuję. - dalej patrzyła na mnie, jak wcześniej - Wesołych świąt, kochanie! - rozłożyłem ręce i wyszczerzyłem zęby.
- Idiota.. - pocałowała mnie. Adler wyszedł z łazienki, dopiero teraz zauważyłem, że ma granatowy ryj.
- Saul, to się nie zmywa. - zrobił smutną minę. Zabawnie wygląda w tym zielonym stroju elfa. - A jak ja już taki zostanę?
- Trudno, będziesz miał nauczkę, żeby więcej nie podglądać. No i dalej będziemy Cię kochać.
- Kogo On podglądał? - zapytała blondynka.
- Aaa zgadnij.
- No nie wiem. Ciebie?
- Nie. Stephanie Seymour. A właśnie, Axl, masz pozdrowienia.
- Co? Ale.. no jak? Gdzie Wy ją spotkaliście?
- W sklepie, jak szukaliśmy dla mnie stroju. Poszliśmy z Izzym do kasy, a ten niewyżyty seksualnie pudel poszedł gdzieś pod przymierzalnie, w której była Steph i nawet nie chcę wiedzieć, co prócz podglądania tam robił..
- Zamknij się, musiałbym mieć Twój charakter.
- Jakie pozdrowienia? Od kogo? - rudzielec wynurzył się z kuchni.
- Od Stephanie Seymour, maleńki.
- Od kogo?
- Od tej supermodelki, no Stephanie Seymour, Axl,przecież wiesz, która to.
- No coś kojarzę. Ale co.. przecież Ona mnie nie zna, to jakie pozdrowienia? - usiadł na oparciu fotela, w którym siedział Slash.
- Osobiście może Cię nie zna, ale.. uważa, że jesteś przystojny i taaki słodki, nie Adler?
- No pewnie. Boże, Ona jest taka tępa.. Axl, bierz się za nią, mózgi macie podobne.
- Bardzo śmieszne, Steve. Bardzo.
- No ja się uśmiałem.
- Tak? A spójrz w lustro.
- Spadaj.
- Chłopaki, no nawet w Wigilię musicie? Slash, bo dalej nie rozumiem, skąd u Stevena ten granatowy kolor?
- A więc już Ci mówię Dash.. nic niezwykłego, poprostu zasłona farbowała. W ogóle - Kudłaty zaczął się śmiać . - rozwala mnie to, co powiedziała.
- Czyli co? - zapytał Rudy.
- "Morrison całkiem nieźle się trzyma."
- Przecież On od 16 lat nie żyje. - słusznie zauważyła Dasshy.
- A dla Seymour żyje i ma się dobrze. Szkoda mi jej, żyje w takim kłamstwie, biedaczka.. To kiedy jemy?
- Wołaj swojego drugiego elfa i zaczynamy. - powiedziałem. Dash walnęła mnie w ramię.
- A Brack? Nie zaczekamy a nią?
- Pewnie zaraz przyjdzie. Izzy, elfie! Złaź na dół. - krzyknął Slash. Rytmiczny zszedł tak jak wszedł, czyli szurając nogami, z głową spuszczoną ku dołowi, ale już w stroju pomocnika świętego Mikołaja. - Gdzie Twoja dziewczyna?
- Nie wiem. - smutny usiadł przy stole. - Zaczynamy bez niej?
- Oj, na pewno zaraz wróci. Głodny jestem, dzielmy się już tym opłatkiem. - zachęcił Axl. Złożyliśmy sobie życzenia, zjedliśmy, dobraliśmy się do alkoholu, Slash poszedł pod choinkę.
- Ho ho ho! Elfiki moje, czy są tu jakieś grzeczne dzieci? - mówił niskim głosem. - Oj, elfie Izzy, nie smuć się tak, Twoja księżniczka zaraz wróci.
- Oby..
- Dobra, rozdawaj te prezenty, przygłupie!
- Uuu, ktoś tu dostanie rózgę i tym kimś będzie wredna RUDA MAŁPA!
- Ty, święty! Ty się lepiej nie odzywaj i dawaj prezenty!
- Nie ma mowy, Ty nie dostaniesz, jesteś niegrzeczny!
- Wal się, poczekam, aż pójdziesz spać. - uśmiechnął się i przyłożył butelkę Danielsa do ust. Slash chwycił jeden z prezentów. - O, to dla Adlera.. chcesz teraz?
- Dawaj. - zacieszał.
- Ten jest dla.. o! Dla mnie! Wzruszyłem się.. - Hudson udał, że wyciera łzę. W tej chwili do domu weszła Bracket. Izzy wstał z podłogi, zdjął z głowy zieloną czapkę i natychmiast podszedł bo brunetki, objął ją w pasie i spojrzał w jej oczy.
- Gdzie byłaś? Martwiłem się.
- Przepraszam. I za tą dzisiejszą kłótnię też przepraszam. Nic nie zrobiłeś, a ja się na Ciebie wydarłam.. - spuściła wzrok, chłopak uniósł jej twarz, chwytając delikatnie za podbródek i chciał pocałować, ale się odsunęła - Mam coś dla Ciebie, Izzy - wyciągnęła pudełeczko, wręczyła je gitarzyście i przytuliła go - wesołych świąt, kochanie.

_______________________________________________
Taki mały prezent - miał być fajny, a wyszedł.. sami oceńcie. A ja idę spać xd dobranoc. I sorry za błędy lub niezrozumiałe fragmenty (jak są). 

Eee, tak wgl ten blog o Bieberze już nie istnieje ( ;D ) , nie wiem, czy wspominałam.. XD

Dash.