Przepraszam, że dodaję rozdział z tak wielkim opóźnieniem, ale jakoś nie było czasu, ostatnio tyle rzeczy się wydarzyło no i oczywiście leń w dupie xd Dziękuję za wytrwałość ;*
Możliwe, że teraz rozdziały będą pojawiać się częściej, bo rodzice w końcu kupili mi laptopa (!), a jedyną przeszkodą może być internet ( brat mi go zabiera, bo mu mniej muli w grach -.-), ale nie ma co się teraz tym przejmować :]
Nie wiem, jak wyszedł mi ten rozdział, może Wam się spodoba.. Życzę miłego czytania! Kocham Was <3
Dash.
btw. kupiłam sobie ostatnio kubek z AC/DC xD
ROZDZIAŁ 47
- Ej Brack, kochanie, otwórz - pisnął cieniutkim głosem Bach
- Jasne. Seba przestań udawać, wcale nie brzmisz jak Dash
- Ale Brack, przecież to ja. Dash McRivery. Seba poszedł do domu.. - powiedział, nakręcając kosmyk włosów na palec
- Tak, to Dash i mówi prawdę, Bach polazł do domu - rzekłem jak najbardziej przekonywująco
- Jasne. Dopóki PRAWDZIWA Dash tu nie przyjdzie, nie wyjdę!
- Ale to naprawdę ja! - Sebastian nie dawał za wygraną.
- Yy.. ej Seba, ja wcale tak nie mówię - oburzyła się Dash, która dopiero wpadła do domu
- Nie? - blondynka pokręciła głową. Zrezygnowany Sebastian zrobił smutną minkę
- Dash! - Bracket wybiegła z łazienki, chwyciła dziewczynę za rękę i pociągnęła za sobą.
Dopiero wróciłam. Usłyszałam, że na górze gada się o mnie, więc pobiegłam to sprawdzić no i od razu Brack pociągnęła mnie do łazienki.
- Co jest?
- Dash, Izzy.. - dziewczyna zaczęła płakać, przytuliłam ją
- Co Izzy?
- On.. on..
- No co On?
- Uderzył mnie - wykrztusiła i znów zaczęła płakać. Oderwałam ją na chwilę od siebie i przyjrzałam się. Dopiero teraz zobaczyłam ślad po uderzeniu.
- Ale dlaczego? Brack czy Ty spałaś z Larsem?
- Nie - odsunęła się ode mnie - Ja tylko spałam u niego w pokoju
- A On?
- No z Hammettem.
- To dlaczego ten idiota Cię uderzył?
- Bo - zaczęła siadając na szafce - wróciliśmy do domu i On chciał się bzykać, ale ja nie chciałam, pokłóciliśmy się, nazwał mnie dziwką, a później uderzył.. - z jej oczu ponownie wypłynęły łzy. Stradlin darł japę, wołając mnie. Zostawiłam Bracket na chwilę samą i wyszłam z łazienki sprawdzić, czemu On tak krzyczy.
Siedziałem w salonie z Izzym, na górze Axl, Dash, Brack i chyba Bach coś do siebie krzyczeli. Dopiero wróciliśmy, a Oni już drą japy. Co za ludzie. Z kim ja mieszkam?! Alkoholicy i awanturnicy. Steven jeszcze nie wrócił z tej całej randki z Mary. Biedak, dobrze by było, gdyby wrócił cały i zdrowy.. no i w żaden sposób niewykorzystany seksualnie. Pijany Stradlin mruczał pod nosem coś, że Brack go zdradziła, że ją uderzył, że jednak nie jest pewny, czy na pewno z kimś spała i tysiące innych dziwnych rzeczy, a w międzyczasie zadzwonił telefon, który zagłuszył rytmicznego. No dom wariatów
- No? - podniosłem słuchawkę, wyrywając wódkę z ręki przyjaciela
- Siema, jest Dasshy? - usłyszałem znajomy głos w słuchawce, ale nie mogłem skojarzyć z kim gadam, po chwili zorientowałem się, że to gitarzysta Metalliki
- Cześć Kirk, no jest, a co?
- Zawołasz ją?
- Ale jest teraz zajęta.. trochę.. Izzy, odsuń się - poprosiłem gitarzystę, który chcąc podsłuchać rozmowę, przykleił się do mnie i chuchał w moją twarz dymem z papierosa, którego przed chwilą z wielkim trudem zapalił ( nie obeszło się bez przekleństw i wyzywania zapalniczki)
- Daaaaaash - wrzasnął Stradlin
- Izzy, kurwa, nie drzyj mi się nad uchem, chuju! - warknąłem, odsuwając go od siebie
- To co, przyjdzie, czy nie? - zapytał zniecierpliwiony Hammett
- Nie wiem, jak pewnie słyszałeś, Izzy ją wołał, więc..
- Mam wołać Dash? - zapytał zadowolony rytmiczny - Kurwa, McRivery, mam Ci zaproszenie wysłać? Chodź tu - krzyknął ponownie, nie licząc się z moimi protestami. Prawie ogłuchłem przez te jego dzikie krzyki
- Dobra, to powiedz jej, że ze mną wychodzi. Będę za pół godziny. Cześć - rozłączył się
- Co chcieliście? - po jakichś 5 minutach blondynka zbiegła na dół
- Kirk dzwonił. Przyjdzie po Ciebie za 30 minut
- Ok. Stradlin, musimy porozmawiać. Dlaczego do cholery jasnej uderzyłeś Bracket?! - zapytała podchodząc do gitarzysty
- Nie muszę Ci się tłumaczyć - warknął - ale dobrze, jeśli chcesz wiedzieć.. zdradziła mnie suka! - usiadł w fotelu i ukrył twarz w dłoniach
- Stradlin, idioto, czy Ty jesteś normalny?! Nie zdradziła Cię!
- Jasne. Przecież wiadomo, że będziesz jej bronić,jesteście jak siostry, wiadomo, że jej nie wsypiesz - mówił zdenerwowany
- Nie.. Ty pojebany jesteś - powiedziała, jakby nie dowierzając - No jebnięty. Ona Cię kocha!
- Pewnie. Dobra, wiesz co Dash? Weź się odpierdol - wyszedł popychając blondynkę.
- Izzy! - wrzasnęła, ale nawet się nie zatrzymał.
- Stevenku, kochanie - zatrzymaliśmy się na światłach - A może wrócimy do mnie? - szepnęła mi do ucha, a jej dłoń zacisnęła się delikatnie na moim karku
- Nie. Jak nie masz apetytu, to nie musimy jeść, po prostu zawieź mnie do domu
- Mam apetyt.. ale na Ciebie - szepnęła, lekko gryząc mnie w ucho. Skąd Ona te teksty w ogóle bierze?
- A ja mam apetyt na destrukcję.. najlepiej na samodestrukcję - fuknąłem i odwróciłem głowę w stronę okna
- Och skarbie..
- Zielone! - wrzasnąłem, wskazując palcem na sygnalizację
- Co? - zapytała zdezorientowana?
- No jeeeedź.. - odpowiedziałem znudzony.
Kiedy Stradlin wychodził z Hellhouse, do naszych drzwi zawitał Kirk Hammett. Chłopak minął się z Izzym w progu i bez słowa rzucił się na fotel
- Hej Kirk, co jest? Co Cię do mnie sprowadza? - zapytałam
- Wyjdziesz się napić?
- Ale miałeś być za pół godziny..
- Wiem, ale.. stęskniłem się za Tobą - podszedł bliżej, obejmując mnie
- Coś się stało, Kirk? - zapytałam zdziwiona zachowaniem gitarzysty
- Eee.. nie, ja tylko chcę się napić - odpowiedział po dłuższym zastanowieniu się
- No to co się do mnie tulisz? Myślałam, że coś się stało!
- Tulę się, bo lubię. A poza tym, potrzebowałem tego - oznajmił uśmiechając się szatańsko
- Ach, potrzebowałeś. Czyli wszystko z Tobą w porządku..- udawałam zamyślenie
- Tak. W porządku. Idziemy?
- Za chwilę, pójdę tylko do Brack i wychodzimy
- Spoko. Tylko się pospiesz, bo ja nadal potrzebuję przytulania się do Ciebie
- Jasne - uśmiechnęłam się i pobiegłam na górę, Brack przeniosła się już z łazienki do naszego pokoju. Siedziała na łóżku i patrzyła przed siebie, na bliżej nieokreśloną dla mnie rzecz.
- Brack, dobrze się czujesz?
- Powiedzmy, że nie najgorzej.. - odpowiedziała cicho, nie spuszczając wzroku ze zdjęcia. Zdjęcia, na którym była razem ze Stradlinem.
- Ale.. to znaczy.. mogę Cię zostawić na kilka godzin? Bo Kirk chce się ze mną napić. Wydaje mi się, że coś się stało, jest jakiś dziwny.. trochę
- Jasne, przecież nie musisz ze mną ciągle siedzieć. Zresztą, chcę się przespać - odpowiedziała kładąc się powoli
- Ale na pewno? Jak nie, to powiem Hammettowi, że zostaję w domu
- Idź, bo się rozmyślę - wymusiła na sobie uśmiech i rzuciła w moją stronę poduszką. Wyszłam z pokoju zamykając drzwi i zeszłam na dół. Hammett i McKagan siedzieli na kanapie, gadając o gitarach
- Kirk, idziemy?
- Jasne - wstał i ruszył za mną.
Pałętałem się z Bachem po ulicach Los Angeles bez celu. Pomyśleliśmy, że skoro i tak nie mamy co robić, a co za tym idzie - nudzimy się, pójdziemy do jakiegoś baru, czy sklepu i Sebastian odkupi Jack'a Danielsa. Weszliśmy do pierwszego lepszego OTWARTEGO sklepu, ale nie dostaliśmy tego, czego chcieliśmy.
- Axl, a może pójdziemy się zabawić? - zaproponował całkiem poważnym głosem
- Seba, niedawno jęczałeś, że Bolan się do Ciebie dobierał, a sam co mi proponujesz?! - wrzasnąłem, odsuwając się od niego na w miarę bezpieczną odległość
- O jeny Axl, wiem, że Ci się podobam - zbliżył się do mnie, uśmiechając się - ale nie o to mi chodziło
- Uff - wypuściłem powietrze z ulgą i otarłem ręką czoło - To co kombinujesz, przyjacielu?
- No nie wiem, zamówmy sobie jakieś dziwki, albo pójdźmy do klubu ze striptizem, co?
- To może striptiz, bo na dziwki to może mi kasy nie starczyć. Nawet mi się bzykać nie chce, samo patrzenie wystarczy..
- No to chodź - pociągnął mnie za sobą i zacieszajac śpiewał coś pod nosem.
- Steven, jesteś pewien, że chcesz zostać w domu? - Mary zatrzymała samochód pod Hellhouse
- Tak, jestem pewien - oznajmiłem otwierając drzwiczki
- Czekaj.. Pamiętaj, że jutro nasz ślub - szepnęła mierzwiąc moje włosy
- Mary, ja z Tobą nie wezmę ślubu. Ja Cię nie kocham
- Kotku, ja wiem, że ta cała Dash Cię opętała. Ja to nawet rozumiem, ale proszę, daj nam szansę
- Mary, proszę Cię.. - wyszedłem z auta
- Przyjadę po Ciebie jutro, skarbie.
Siedzę z Kirkiem w Roxy już 20 minut a nie zamieniliśmy przez ten czas właściwie ani jednego słowa. Jest jakiś taki cichy, przygaszony, zamyślony.. no jakby nieobecny.
- Kirk, coś się stało? - zapytałam, siadając bliżej gitarzysty
- Nie
- To czemu taki smutny jesteś?
- Nie wiem, jakiś taki dzień chyba, bo od rana taki jestem.. odwrócił twarz w moją stronę, a jeden z niesfornych kosmyków jego kręconych włosów zabawnie opadł mu na oczy. Przypominał mi Slasha, brakowało tylko cylindra i fajki w ustach. Uśmiechnęłam się - Co? - zapytał zmieszany
- A nic, przypominasz mi trochę Slasha
- A wiesz, że czasem nas mylą ? - na jego twarzy pojawił się długo przeze mnie oczekiwany uśmiech, kiwnęłam głową, przytakując
- Kiedyś, jak jechałam z Saulem samochodem, to policjanci pomylili go z Tobą. Zabawna sytuacja, chociaż trochę mnie wtedy wkurzyli
- Saul coś kiedyś wspominał.. Kiedy go wypuszczą?
- Nie wiem.. - spuściłam głowę - Obiecał, że szybko wyjdzie, a nie ma go już kilka dni
- Nie martw się, poradzi sobie - objął mnie
- Wiem - położyłam głowę na jego ramieniu, zamknęłam oczy i powtórzyłam ciszej - wiem.
Weszliśmy do Troubadour'a. Sebastian od razu upatrzył sobie jakąś laskę - wysoką brunetkę z dużym biustem, która kręciła tyłkiem przed grupką napalonych facetów. Mój wzrok przykuła znajoma sylwetka. Podszedłem bliżej przywołując do siebie Baz'a, który nie był tym faktem jakoś specjalnie zadowolony, ze względu na brunetkę, kręcącą się teraz obok niego. Znajomym osobnikiem okazał się być nie kto inny, jak mój rytmiczny - Izzy Stradlin. Chuj zostawił Brack samą w domu i zabawia się z jakąś tanią dziwką. Na pewno tanią, bo ostatnio nie jesteśmy przy kasie. Dziewczyna siedziała na nim okrakiem, dłonie miała wplecione w jego włosy, On natomiast ręce miał oparte na jej biodrach a głowę pochyloną tak, by usta mogły całować jej szyję. Seba, który przyjrzał się im lepiej, zauważył, że ta dziewczyna, to Lucy, była laska Larsa. Nie lubię jej, zresztą nawet nie znam jej zbyt dobrze, w przeciwieństwie do Bacha. Lucy przychodziła kiedyś do Skid Row, kręciła się nawet koło Dave'a, zresztą nieważne, przecież pogonili ją, kiedy sprowadziła im do chaty swoich pierdolniętych znajomych (oraz znajomych znajomych) i ukradła im kasę
- Stradlin, co Ty wyprawiasz?! - szarpnąłem nim
- Odpierdol się, nie Twoja sprawa - warknął i wpił się w usta szatynki
- Izzy, no co do cholery się z Tobą dzieje? Wyżywasz się na Bracket, a później zabawiasz się z jakąś dziwką?!
- Tylko nie dziwką! - oburzyła się towarzyszka gitarzysty
- Z Tobą nie rozmawiam. Izzy, wracaj do domu i zadbaj, by Brack w końcu poczuła się przy Tobie dobrze! - krzyknąłem, by zagłuszyć tą pieprzoną sukę, która szeptała coś Stradlinowi do ucha
- Rose, zajmij się swoimi sprawami, co?
- Ale Izzy, zrozum z łaski swojej, Ona Cię kocha, Ty ją chyba też, więc może ruszysz swój PODOBNO zgrabny tyłek, pójdziesz do Hellhouse i ją przeprosisz!
- Już przepraszałem.. - wstał, odpychając od siebie szatynkę
- Ii..?
- I co? I nic. Pytałeś, co się ze mną dzieje - nie wiem, ale czuję, że zaczynam wszystko pieprzyć - oznajmił skruszony
- To zacznij naprawiać - niedobrze, chyba włączył mi się syndrom psychologa - idź do domu i zajmij się Brack
- Przecież Ona nawet nie będzie chciała ze mną gadać.. na pewno
- Izzy.. - Seba objął go ramieniem - jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Już, zmykaj do niej
- No idź - ponagliłem. Gitarzysta bez słowa dosłownie wybiegł z budynku. Mam nadzieję, że do domu.
Kurwa, latam po całym Sunset jak pojebany, szukając Dasshy i Hammetta. Nigdzie ich nie ma a do sprawdzenia zostało mi tylko Rainbow i Roxy, no i Troubadour. Jak ich tam nie znajdę, to chyba będzie oznaczało tylko jedno. Wszedłem do Rainbow, rozejrzałem się, ale ich nie zobaczyłem. Wyszedłem i zobaczyłem biegnącego Stradlina
- Izzy, gdzie Ty lecisz? - zatrzymałem przyjaciela
- Do domu
- Coś się stało?
- Nie. Tak. To zależy. Nieważne. Sorry, muszę porozmawiać z Bracket - powiedział łapiąc oddech i pobiegł dalej. Wstąpiłem do Roxy i bum! Są! Znalazłem McRivery i Hammetta, trochę jakby przytulonych do siebie
- O, tu jesteście. Myślałem, że będziecie w Rainbow..
- Duffie! - blondynka otworzyła oczy i uśmiechnęła się entuzjastycznie
- Z mojego przyjścia się tak cieszysz, mała?
- Tak! Bo się stęskniłam
- Ej, brałaś coś?
- Nie
- Piłaś?
- Jeszcze nie.. znaczy, no wcześniej z Tobą ale..
- To co jest?
- No nic
- Na pewno? - zapytałem podejrzliwie, dziewczyna kiwnęła głową
- Kirk, co żeś Ty jej zrobił?
- No nic, naprawdę.
- Tak? Dobra. Wiesz co Dash.. trzeba się chyba przejść do Saula
- Racja.. tylko kiedy? Oni nas w ogóle do niego wpuszczą?
- Muszą, tylko trzeba się chyba umówić, czy coś
- A będę mógł iść z Wami? - zapytał Kirk
- Jasne
- I trzeba zrobić coś z Brack i Izzym - oznajmiła blondynka
- Przed chwilą widziałem Stradlina biegnącego do domu, mówił, że musi porozmawiać z Bracket
- No i świetnie. Tylko co, jak się nie pogodzą? - zapytała zatroskana, Hammett poszedł zamówić coś do picia
- Nie wiem.. a może.. nie to głupie
- Ale co? Duff, powiedz
- Może wyjechalibyśmy gdzieś wszyscy na kilka dni?
-Jak? Przecież nie mamy kasy.. - oparła łokcie na stole
- Ale taki wyjazd nad jezioro.. właściwie nic nie kosztuje
- Duff! Jesteś genialny! - rzuciła mi się na szyję - .. chyba, bo całkiem za darmo, to on nie będzie..
- Jakąś kasę wykombinujemy - uśmiechnąłem się
- A co ze ślubem Stevena i Mary..? - zapytała z rozbrajającą miną
- Hmm.. nie wiem, coś się wymyśli. Albo nie weźmiemy Stevena, albo nie będzie ślubu..
- Ta.. Mary na to nie pozwoli
- Coś wymyślimy - objąłem przyjaciółkę, Hammett przyniósł Danielsa, którego piliśmy prawie bez przerwy przez mniej więcej 2 godziny (a najwięcej wypiła Dash).



