OSTRZEŻENIE!

Wszystkie sytuacje zawarte w zakładce ExtraGuns. nie mają żadnych powiązań z opowiadaniem głównym. Bez obaw. :)

sobota, 2 listopada 2013

R. 51

ROZDZIAŁ 51

   Pierwsza noc minęła bez większych ekscesów, nawet Brack przespała ją całą spokojnie, leżąc przy moim boku (nieświadomie, ale zawsze). Był tylko jeden problem - kiedy wszedłem do domku, biedny Steve uciekał i chował się przed wredną Mary. Aż mi się go szkoda zrobiło. No i nie dają mi spokoju koszmary Duffa. Obudził się raz, czy dwa, wrzeszcząc (co dziwne, nikt prócz mnie go nie słyszał). Nie wszyscy już wstali, moja brunetka siedziała przed domkiem, więc postanowiłem do niej wyjść.
- Cześć. - rzuciłem, siadając na bujanym fotelu, stojącym na czymś w stylu tarasu, czy też może bardziej werandy.
- Hej. - odpowiedziała krótko. Wygląda tak ślicznie w jasnych, krótkich szortach, w za dużej (bo mojej) bluzce z logo Rolling Stones i włosami spiętymi w kucyk.
- Mogę? - zapytałem, wskazując kubek stojący na poręczy przed dziewczyną. Kiwnęła głową. Zbliżyłem naczynie do ust i gdy otworzyły się drzwi, nie mogłem uwierzyć. Z tej mojej niewiary mało nie zadławiłem się herbatą! Z domku wyszedł sam Saul Hudson! Skąd On się tu w ogóle wziął? - Bracket? Co było w tej herbacie?
- Nie wiem, ale na mnie chyba też zadziałało.
- Weź mnie uszczypnij. - dziewczyna spełniła moją prośbę, szczypiąc mnie w przedramię. - Aałł! Ale nie tak mocno. - rozmasowałem obolałą rękę. 
- Przepraszam, ale chciałeś.. - spojrzała na mnie wzrokiem pełnym wyrzutów sumienia.
- Cześć. - powiedział krótko Mulat, unosząc przy tym lekko otwartą dłoń.
- Cześć? - odparliśmy razem. - O kurwa - złapałem się za głowę - mocna ta herbata musiała być! Ja nie tylko widzę, ale i słyszę człowieka, który siedzi w areszcie kilka godzin drogi stąd! - z niedowierzaniem, pełen wątpliwości potrząsnąłem kilka razy głową, przetarłem oczy myśląc: Spoko, otworzę oczyska i będzie dobrze, przecież go tu nie ma. To jakaś ściema. Ale jak się okazało, nawet owe przetarcie oczu i kilka mocniejszych potrząśnięć głową nie wystarczyło, bo Saul nadal stał przede mną i szczerzył zęby.  
- Noo.. cześć, hej, siema, hejo, hejka, witajcie, dzień dobry, serwus, się macie..?! Co jeszcze mam powiedzieć, żebyście zrozumieli? - zaatakował nas chyba każdym możliwym powitaniem, a my i tak staliśmy wryci. Dosłownie jak byśmy zobaczyli ducha. - Czołem skurwiele! - no nie, nie każdym. - No powiecie coś, czy będziecie tak stać? Ej? No.. - uciął i pomachał nam dłońmi przed oczami.
- Slash? - niepewnie zapytała dziewczyna. Chłopak delikatnie pokiwał głową, odwracając twarz lekko w lewo, a jego usta układały się w coraz śmielszy uśmiech. - Slash! Co Ty tu robisz? - nagle rzuciła mu się w ramiona. 
- No.. jestem.
- Ale jak? Dlaczego? A areszt?
- Oj Izzy, jak się ma znajomości, to nawet z aresztu da się wyjść. - zażartował. A przynajmniej jego zachowanie na to wskazywało.
- Slash, a jakie Ty masz znajomości? - brunetka oderwała głowę od jego torsu, następnie uniosła ją do góry, by zmierzyć gitarzystę dociekliwym wzrokiem. Chłopak pogładził jej włosy i uśmiechnął się.
- Martin mnie wyciągnął. Głównie dzięki Dash i McKaganowi.
- Co? To Dash i McKagan o tym wiedzieli? Czy tylko my nie wiedzieliśmy, że Cię wypuścili i że przyjechałeś? - zapytała dziewczyna.
- No gdyby nie Oni, nie wyszedłbym tak szybko, albo nie wyszedłbym wcale. Poza Wami i nimi tylko Axl wie, że tu jestem. No, i Martin, ale przecież go tu nie ma.
- Tylko. - prychnąłem. - Czyli wychodzi na to, że tak na dobrą sprawę teraz tylko Steven nic nie wie.
- Tak? No możliwe. - zacieszał.

   Przed chwilą się obudziłem. Ku mojemu zdziwieniu spałem na podłodze.. i chuj wie czemu, na moich kolanach spoczywała głowa Mary!
- Adler, Adler - szturchnąłem rękę perkusisty, zwisającą z łóżka. - weź, z łaski swojej ze mnie swoją kobietę.
- Coo? - Wybudzony ze snu Steven podniósł głowę.
- Ej, Steve, z drugiej strony jestem.
- Aa.. - odwrócił łeb w moją stronę i spojrzał nieprzytomnym wzrokiem. Wyglądał jak taki słodki, nieogarnięty pudel. - AAA! - wrzasnął. - Co Ona Ci robi?!
- No właśnie to próbuję ogarnąć. Leży na moich kolanach, tylko nie wiem dlaczego, ale dojdę do tego, bo boję się, że w nocy mogła mnie wykorzystać. Takie z niej zwierzę drapieżne!
- Ciebie. Dobrze, że nie mnie. - wtulił głowę w poduszkę. - Dobranoc.
- Pudlu, dobranoc? Noc? Jest po dziesiątej! Rano!
- Iii..? - poduszka stłumiła pytanie blondyna. 
- Śniadanko! - klasnąłem i zacząłem zacierać ręce.
- Śniadanko? - ponownie uniósł głowę - Jest śniadanko? -  zapytał z zacieszem na ryju.
- Noo nie, trzeba zrobić..
- Spoko, obudź mnie jak już zrobisz. - włożył ręce pod poduszkę i zakończył rozmowę, dosłownie wciskając głowę w poduchę. No ale przecież ja nie będę robić śniadania. O nie, nie, nie. Nie jestem kucharką, pomyślałem więc, że obudzę Duffa lub Dash. Poszedłem do pokoju obok, bo w tym ich nie było.
- Dash, Dasshy. - szepnąłem, szturchając ramię blondynki śpiącej na brzegu łóżka.
- Axl, spierdalaj stąd. - syknął basista. - Daj spać.
- Śpij, nie Ciebie budzę. - odparłem półtonem.
- Zostaw ją, co chcesz? - zsunął moją dłoń z ciała dziewczyny. 
- Chcę żeby mi coś zrobiła.
- Sam sobie zrób!
- No nie mogę.
- Twój problem, Ona niczego Ci nie będzie robić.
- Ale to tylko śniadanko. McKagan, spokojnie, ja wiem o czym sobie pomyślałeś. Znam Cię. Ale to nie to. - wyszczerzyłem zęby i rozczochrałem i tak już potargane włosy gitarzysty. Swoją drogą, ciekawe co Oni robili, że On taki potargany jest..
- Niczego sobie nie pomyślałem.
- Taa, jasne, wmawiaj to sobie.
 - No o niczym nie pomyślałem. A śniadanie sam sobie zrób. Albo poproś Brack, ewentualnie Mary, chociaż jej to bym nie radził, chyba, że chcesz, żeby Cię przypadkiem otruła. Dobra, dobre rady udzielone, a teraz spieprzaj. Życz mi słodkich snów. Albo zboczonych. Jak wolisz. - odwrócił się i schował głowę pod poduszkę.
- Dobra, idę. Zboczonych snów, McKagan. - wyszedłem z pokoju w poszukiwaniu Brack, bo rzeczywiście, spożycie posiłku, zrobionego przez Mary mogłoby być ryzykowne. Swoją drogą śniło mi się chyba, że Slash tu był. A może to nie był sen? Czułem jego obecność, dotyk. Kurde. Zszedłem na dół po drewnianych schodach i wyjrzałem przez uchylone drzwi. Stradlin, wyglądający na głęboko zamyślonego, w miarę możliwości bujał się na fotelu, popijając herbatę, a Bracket przytulała się do Hudsona. Hudson! Czyli to nie był sen! O kurwa. A ja mu powiedziałem, że go kocham.
- Cześć wszystkim. Ktoś chętny zrobić mi śniadanko? - uśmiechnąłem się szeroko i zatrzepotałem rzęsami, nawijając kosmyk swoich zajebiście rudych włosów na palec.
- A co Axelku? Rączek nie masz? - zapytał rytmiczny.
- A no nie mam.
- To spieprzaj do McRivery i McKagana. - warknął.
- Coś Ty taki nieprzyjemny? Byłem u nich, ale Duff mnie wyjebał i kazał zostawić Dash..
- Duff Cię.. - na twarzy Slasha pojawił się dziwny uśmiech. - WYJEBAŁ? - Powoli kiwnąłem głową, ale za chwilę zorientowałem się, o co mu chodzi i zacząłem kręcić nią przecząco.
- Nie w tym sensie, Saul! Wyjebał, ale nie tak, jak myślisz. Slash, zboczeńcu, no z czego się tak śmiejesz?
- Z niczego. Powiedz mi tylko, czy bolało.
- Nie. Ej! Ale czemu miałoby boleć? Nie wyruchał mnie przecież!
- Sam przed chwilą powiedziałeś, że Cię wyjebał.
- Ale nie w dupę! Znaczy.. ugh! Nie doszło między nami do żadnego stosunku! Saul, rozumiesz? Nie było seksu analnego - chłopak chciał coś wtrącić, ale go uprzedziłem. - i oralnego też nie! Saul, żadnego. Ż A D N E G O. Żadnego. Żadnego. - powtarzałem ciągle, chodząc w kółko i gestykulując. Przyjaciele zaczęli się ze mnie śmiać. Zatrzymałem się i spojrzałem po kolei na każdego z nich. - Co?
- Nic, nic. - odpowiedział kudłaty gitarzysta, tylko On był w stanie cokolwiek powiedzieć. Izzy i Brack prawie pękli ze śmiechu. - Chodź, zrobimy to śniadanie. - Wróciliśmy do środka i poszliśmy do kuchni. - Wiesz Rudy, gdybyś siedział w areszcie z jakimś kolesiem i nie miał kogo nawet pocałować, to też słowo "wyjebał" kojarzyłbyś tylko z jednym. 

   Po wizycie Rose'a, dalej walnąłem się spać. Nie mogłem zasnąć, wyjąłem głowę spod poduszki, spojrzałem na zegarek wiszący na ścianie, naprzeciwko łóżka. Obraz mi się rozmazywał. Przetarłem oczy. 11:17. No pięknie. Pół dnia stracone. Spojrzałem na blondynkę. Może i stracone, ale w końcu Dash śpi obok. Nie jest tak źle. - pomyślałem. Tylko kurwa dobrze byłoby już wstać. Trzeba pomyśleć nad jakimiś atrakcjami, żeby przez cały dzień nie siedzieć na dupie w chacie. Wyszedłem z łóżka tak, żeby nie obudzić Dasshy i powędrowałem na dół w poszukiwaniu mojej torby z ciuchami. Była w salonie. Albo raczej - saloniku. Małe to cholerstwo. Ale przytulne, jak na pomieszczenie w domku osadzonym praktycznie w lesie. Wyjąłem z torby między innymi skórzane spodnie i poczłapałem do łazienki. Umyłem się, ubrałem i wróciłem do salonu. Rudy i Slash urzędowali w kuchni, co wyglądało nieco chaotycznie - wszędzie porozwalane żarcie, brudne talerze, nawet nie wiem jakim cudem w tak krótkim czasie zabrudzili ich tyle! Mimo chaosu i dzikich wrzasków chłopaków, odważyłem się zapytać:
- Co robicie?
- Śniadanko! - Axl entuzjastycznie zaklaskał w ręce.
- Taa.. - smętnie dodał Slash. - Syf się zrobił, żarcia tyle, jak dla tabunu żołnierzy, wracających z poligonu, kto to zje? I kto posprząta? - zaczął marudzić.
- No my! My to zjemy! - entuzjazm wokalisty mnie powala. Z czego ten chuj tak się cieszy? No gorzej niż Adler. - A do sprzątania zatrudnimy ukochaną Stevenka. W końcu COŚ tu robić musi, nie? No, mądry ja. - rudzielec pogłębił się w samouwielbieniu, wychwalając siebie i wszystkie swoje czyny. Przykład? Proszę bardzo:
- Axl, co będzie na śniadanie? - zapytałem.
- Jajecznica, zrobiona przeze mnie, do tego kanapeczki z : serem, pomidorem, ogórkiem, ewentualnie dżemem-również mojego autorstwa (!) oraz herbata lub kawa-jak kto woli- też zrobiona przez moją niewiarygodnie skromną osobę..
- A w takim razie, co robił Slash?
- Nic, ja tylko.. - zaczął.
- Łaziłeś za mną ze ściereczką i marudziłeś, że syfię. - wtrącił Rose, Mulat przewrócił oczami.
- .. ja tylko poprawiałem to, co Axl spieprzał, czyli dosmażyłem jajek, bo Rudy zrobił porcję jakby tylko dla siebie, dałem więcej masła na kanapki, bo Rose stał się strasznie oszczędny i - zamieszał termosem - posłodziłem herbatę, bo ktoś tu o tym zapomniał.   
- Ale i tak głównie łaziłeś ze ściereczką. - wokalista zostawał przy swoim.
- Dobra, wszystko gotowe? Można jeść? - spojrzałem na chłopaków.
- Na mnie nie patrz. - Hudson uniósł ręce do góry. - W końcu to Axl jest tu WIELKIM kucharzem i doskonale o wszystkim wie. - dodał z przekorą w głosie. Zwróciłem się wyłącznie do Axla, chłopak wzruszył ramionami.
- To ja idę ich obudzić.. - poszedłem na górę. 

   - Dash - ktoś dotknął mojego ramienia. - wstawaj, śniadanie. - otworzyłam oczy, Duff delikatnie odsłaniał mi twarz z włosów, które ją zakryły.
- Ale śniadanie..  mam zrobić? - zapytałam mało ogarnięta, no ale przecież dopiero wstałam.
- Nie! Nie, nie.. - uśmiechnął się. - Wszystko już jest, więc za 10, no góra 15 minut widzę Cię na dole, mała. - basista wyszedł z pokoju i poczłapał do pomieszczenia obok. Usłyszałam krzyki Mary, typu "Wyjdź stąd! Nie jestem ubrana!" , "ZBOCZENIEC! Steven, zrób coś!" a po chwili śmiech McKagana, wyrzuconego z pokoju, oczywiście przez "uroczą" kioskarkę, wyklinającą pod adresem gitarzysty. Chłopak zszedł na dół. Zeszłam za nim, wzięłam z salonu torbę z ubraniami i wróciłam na górę, do łazienki. Umyłam się i kiedy stałam w samej bieliźnie Mary postanowiła wbić mi do łazienki. Drzwi oczywiście były zamknięte, ale kobieta nie dawała za wygraną i krzyczała, szarpiąc klamkę.
- Wpuść mnie gówniaro!
- No chyba śnisz. - jęknęłam. - Muszę się ubrać.
- Otwórz drzwi!
- Nie.
- Otwórz.
- Jezu.. - przekręciłam klucz. - Zadowolona? - odwróciłam się i zaczęłam szperać w torbie.
- Bardzo. Tylko gdybyś tak jeszcze wyszła..
- Jasne.
- No więc.. - wskazała drzwi.
- Nie.
- Nie?
- Nie, nie wyjdę, póki się nie ubiorę.
- To się ubieraj. Szybciej! Nie mam czasu.
- Nie masz czasu? A co niby robisz, hę? Dołujesz Stevena? Tylko to potrafisz.
- Nie Twoja sprawa co robię. Ja się w Twoje życie, dziecko nie wtrącam. 
- Oh, skończ już.. - pospiesznie wyszłam z łazienki, zabierając ze sobą wszystkie swoje rzeczy.  Na korytarzu trafiłam na Pudla, który we mnie wpadł. Jak zwykle z zacieszem na twarzy.  Oczywiście stałam w bieliźnie.
- O Dasshy, jak Ty ślicznie dziś wyglądasz.. - przyjrzał mi się dokładnie, a jego usta wyginały się w dziwny uśmiech.
- Daruj sobie. Wyglądałabym o niebo lepiej, gdybym się ubrała..
- To w czym problem? Czemu się nie ubrałaś?
-  Czemu? Bo Twoja towarzyszka życia wpieprzyła mi się do łazienki, bezczelnie mnie poganiając! - wykrzyczałam, gestykulując.
- Nie przejmuj się, tak jest dobrze. Jak dla mnie możesz chodzić nawet nago. - zaśmiał się i objął mnie w pasie. Walnęłam go lekko w głowę.
- Niestety, przy Tobie chodzić nago nie może. To byłoby dla niej niebezpieczne. - McKagan wyszedł z pokoju.
- Niebezpieczne? - zapytał perkusista, nie wypuszczając mnie z rąk.
- No tak. Taki niewyżyty pudel, który nie ma nikogo, kogo mógłby bzykać, nie przepuści żadnej okazji, czyż nie? - wyjaśnił.
- Wiesz Duff? Rozgryzłeś mnie, nie przepuszczę żadnej! - śmiejąc się szaleńczo złapał mnie za tyłek. Basista natychmiast oderwał ode mnie jego ręce i spojrzał na chłopaka wzrokiem, z którego można było wyczytać : Nie rób tego. Nie masz prawa. - Spokojnie obrońco, spokojnie, nie zgwałcę jej.
- No nie wiem. Dash, idź się ubrać. - posłał mnie do pokoju i zszedł z blondynem do kuchni.   

   Zebraliśmy się wszyscy w kuchni. Niby miło i fajnie, ale Dash musiała poruszyć temat wczorajszej butelki Beam'a.
- Mary, nie wiem, czy pamiętasz, ale wczoraj wylałaś zawartość NIENARUSZONEJ butelki Jima Beam'a i ..
- Iii..? - przerwała kobieta.
- I chcę Ci uświadomić, że Twoim zasranym obowiązkiem jest mi ją odkupić.
- Moim przepraszam czym?
- Obowiązkiem. Wylałaś-odkupujesz, proste?
- A czemu ja? Kim Ty w ogóle jesteś dziecko, by mi rozkazywać? - zdenerwowana uniosła głos, który stał się nieco piskliwy.
- Słuchaj, odkupujesz, albo wylatujesz, dotarło?
- Może.
- Może? To już - złapała ja za przedramię - bierz kasę i zasuwaj do najbliższego sklepu z alkoholem! - popchnęła ją przed siebie.
- Nie ma mowy, sama nie pojadę! Nie znam się na tym Waszym winie..
- Jim Beam to NIE WINO. - odpowiedziała z zażenowaniem blondynka. - Steve, pojedziesz z nią?
- Muszę?
- Nie musisz.
- To dobrze. - odetchnął z uśmiechem, odstawiając kubek z herbatą.
- Ale.. - McRivery stanęła za perkusistą siedzącym na krześle i oparła ręce na jego ramionach. - ..Cię o to proszę.
- Dobra, ale jedziesz z nami. Tak do towarzystwa.
- No niech Ci będzie.
- I jedziemy Twoim autem, nie tym różowym gównem Mary, bo wstyd! - Adler podszedł do drzwi, Mary pierdoliła coś pod nosem.
- Ok. - odpowiedziała śmiejąc się Dash. Cała trójka wyszła z domu. Usiadłem na podłodze obok Duffa. Chłopak wyjął z kieszeni fajki, otworzył pudełko i wyciągnął je w moją stronę, poczęstowałem się papierosem i podziękowałem, basista również wziął jednego, włożył w usta i sięgnął do kieszeni swojej koszuli. Chyba nie znalazł tego, czego szukał, bo przewrócił oczami i rękoma zaczął poklepywać kieszenie spodni.
- Ty, Izzy, masz ognia? - wycedził z papierosem w ustach.
- Nie, chyba.. - przeleciałem kieszenie. - Nie.
- Chłopaki?
- Ja nie mam. - odezwał się Axl siedzący z Saulem na schodach.
- Poczekajcie, ja mam. - oznajmił Mulat. Zaczął sprawdzać kieszenie. Nic. Pusto. Wstał i podszedł do okna, przy którym, na ścianie wisiała jego ramoneska. Wsadził dłoń do kieszeni. Wyjął i nic. Obmacał dokładnie kurtkę. - A nie, jednak nie mam.
- Kurwa, Izzy! - blondyn spojrzał na mnie, nadal siedział z papierosem w ustach.
- Myślisz, że jeszcze są?
- Nie wiem, samochodu jeszcze nie słyszałem.
- Módlmy się, aby byli! - wstaliśmy z podłogi i pospiesznie wybiegliśmy z domku. - Dash! - dziewczyna dopiero wsiadała do auta.
- Co jest?
- Masz zapałki, czy coś?
- Nie, a co, palić się zachciało i nie ma ognia?
- No. - odpowiedzieliśmy chórem.
- Nie mam.
- Nosz kurwa mać. - załamałem ręce. - To kupcie i wracajcie szybko.
- Jasne. 

   W drodze do sklepu byliśmy świadkami wypadku. Policja, straż, karetka.. dwa samochody. Jeden-większy, czarny, w stylu busa, roztrzaskany na drzewie, drugi-czerwony, który zapewne dachował, leżał do połowy w rowie. Straż rozcinała karoserię czarnego auta, by wyjąć ciało kierowcy. Dash powoli przejeżdżała przez miejsce zdarzenia, by w końcu zatrzymać się kilka metrów przed wypadkiem. Policjant nadzorujący ruchem podszedł do wozu dziewczyny i kazał odjechać. Ta przez chwilę jakby nie słyszała, co mundurowy do niej mówi. 
- Dash - położyłem rękę na jej kolanie, dziewczyna, jak wybudzona z jakiegoś transu, potrząsnęła głową i spojrzała na mnie. - jedź.
- Tak.. tak. - kiwnęła głową i przekręciła kluczyk.
- Jak myślicie, co tam się stało? - zapytała Mary.
- A nie widziałaś? Wypadek był. - warknęła blondynka.
- Naprawdę? To dobrze, że powiedziałaś, bo chyba bym nie zauważyła. - prychnęła.
- Cieszę się, że mogłam Ci jakoś pomóc. - uśmiechnęła się sztucznie. - Po chuj zadajesz tak tępe pytania?
- Nie wiem.
- To się nie odzywaj.
- Nie będę.
- I dobrze!
Po 25 minutach dojechaliśmy do najbliższego sklepu –jak się okazało - wielobranżowego Dash, została w samochodzie, ja i Mary poszliśmy do sklepu. Kobieta wydawała się nie odnajdywać w tej sytuacji, błądząc między półkami, zachowywała się jak dziecko we mgle.
- Steven, czego ja miałam szukać? – zapytała zakłopotana, rozglądając się dookoła.
- Wódki, Danielsa i przede wszystkim Jima Beam’a.
- Co.. o Boże! – schowała się za mną i spuściła głowę w dół.
- Co się stało?
- Powiedz mi, że się przewidziałam.
- Ale co? Kogo zobaczyłaś? – nieco spanikowałem, bo od razu przypomniał mi się Jeremy.
- Powiedz mi, czy tam jest mój mąż? – zapytała drżącym głosem, wskazując na wejście do budynku.
- Nie wiem, nie znam Twojego męża. Masz męża?!
- Mam.
- Nie jesteś rozwódką?
- Widzisz, tak jakoś.. no nie. – ściszyła głos.
- Zajebiście, to mnie tu nie ma i nigdy nie było! – ruszyłem przed siebie.
- Steven, ale kochanie, nie zostawiaj mnie. Steven! Steve.
- Eh.. Adler, będziesz tego żałować. – powiedziałem do siebie. Przypomniałem sobie, jak Axl kiedyś mówił, że pobił go jakiś gach pewnej dziwki, z którą zresztą chyba chciał być. Odwróciłem się na pięcie. – Co?
- No proszę, nie zostawiaj mnie samej..
- Nie jesteś sama. Jesteś w sklepie. Tu jest mnóóóstwo ludzi.
- Steve. Proszę. Ja się go boję.
- Boisz się? Ale czego? Przecież to Twój mąż.
- Ale On mnie bił. Dlatego od niego odeszłam.
- Wiesz, przykro mi, że Cię to spotkało, ale co ja mam do tego? Co mam zrobić?
- Po prostu tu bądź.
- Ale..
- Moją córkę też bił.. i nie tylko.
- Co znaczy nie tylko? Mary? – oczy kioskarki nagle zrobiły się szkliste. – Co znaczy nie tylko? Odpowiedz.
- On.. – zaczęła płakać, pierwszy raz zrobiło mi się jej szkoda, dlatego ją przytuliłem. - .. ja nie mogłam nic.. nie mogłam nic zrobić. Kilka razy wylądowałam w szpitalu, ale i tak najbardziej skrzywdził naszą córkę. Ja naprawdę chciałam go powstrzymać, ale nie mogłam, naprawdę. Nie potrafiłam, nie.. – tłumaczyła, łkając.
- Spokojnie.. – kątem oka zobaczyłem, że jej mąż idzie w naszym kierunku. Odsunąłem ją od siebie. Jak mam dostać w ryj, to już mimo wszystko lepiej, żeby On nie dostała.
- Kogo moje piękne oczy widzą? Mary, kochanie! – wysoki brunet, około 50-tki nachylił się, by pocałować żonę w policzek. – Dlaczego płaczesz? – otarł łzę z jej twarzy. Kobieta ostrożnie odchylała głowę do tyłu i zapewne bojąc się uderzenia, przymknęła oczy. – Czy ten młodzieniec coś Ci zrobił, skarbie? – położył dłoń na jej ramieniu i spojrzał na mnie, jak na mordercę. – Pytałem, czy coś Ci zrobił! – szarpnął nią tak, że prawie straciła równowagę.
- Ej! A może mną tak szarpniesz? – zareagowałem na nagły przypływ agresji.
- Z chęcią! Ale może później, najpierw zajmę się SWOJĄ żoną, powinna wiedzieć, gdzie jej miejsce. – ponownie zaczął nią szarpać, wrzeszczał a ludzie robiący zakupy nawet nie zareagowali, nie słyszeli? A może nie chcieli nic usłyszeć? Kurwa, czy tu nie ma nawet ochrony?

   Jezu, jakoś długo ich nie ma. Nie chcę siedzieć tu sama, za dużo myślę. Ciekawi mnie ten wypadek. Wyszłam z auta i weszłam do sklepu. Nudną, słodką muzyczkę, lecącą z radia zagłuszały jakieś krzyki. Ale o co chodzi? Sprzedawczynie stoją normalnie przy ladach, klienci też zachowują się spokojnie, to co jest? Weszłam w głąb i między półkami z włoskim winem, a psim żarciem (dziwny układ mają w tym sklepie) zobaczyłam blond czuprynę, łudząco przypominającą mi kłaki Adlera. Ale co On miałby robić? Bić się z Mary? Nie. Podbiegłam do spanikowanej Mary, kobieta zalewała się łzami, zakrywając co chwilę oczy. Jakiś mężczyzna okładał Popcorna pięściami. Tak nie może być! Perkusista leżał na podłodze, próbując rękoma chronić głowę przed ciosami. Tajemniczy brunet siedział na nim a nikt nawet nie zwrócił uwagi? Czy ci ludzie są ślepi?! Jakiś koleś stoi kilka metrów dalej i przygląda się, jakby był w kinie na pieprzonym filmie! Dosłownie, tylko popcornu i fotela brakuje.
- Hej! Co Ty robisz? Zejdź z niego! – doskoczyłam do przyjaciela i jak się okazało, męża Mary. Próbowałam odciągnąć mężczyznę, ale był zbyt silny. Nie dawałam rady, podeszłam do chłopaka, który się przyglądał. – No co tak stoisz? Czemu ich nie rozdzielisz?!
- Bo to nie moja sprawa, po co mam się mieszać? – odpowiedział z kpiącą miną.
- Po co masz się mieszać? Może po to, żeby się NIE POZABIJALI skurwielu?! Zresztą mniejsza z tym, jesteś zwykłym dupkiem, cholernym idiotą! – wykrzyczałam mu to prosto w twarz i wróciłam do mężczyzn. – Zostaw go, słyszysz? Zostaw!       
- Odsuń się, bo Ty też dostaniesz! – warknął mężczyzna.
- W dupie to mam, jeżeli jeszcze raz go uderzysz, to obiecuję, że własnoręcznie Cię uduszę, a reszta Gunsów tak skopie Ci dupę, że do końca życia nie usiądziesz!!    
- Pewna jesteś? To lepiej uważaj, bo mogę Cię tak przeruchać, że to TY do końca życia nie usiądziesz, rozumiesz laluniu? – złapał dłonią mój podbródek.
- Nie. – uderzył mnie w twarz. Nagle obudziła się we mnie jakaś lwica, czy coś podobnego. Nie mówię, że nie lubię się czasem z kimś pobić, ale z takim kolesiem..? Chyba mnie pojebało. – Wiesz co, przesadziłeś skurwysynie. Lepiej z niego zejdź, bo naprawdę coś może Ci się stać!
- Nie rozśmieszaj mnie maleńka. – ponownie jego pięść przywitała się z twarzą blondyna. Niewiele myśląc, złapałam jakąś puszkę z piwem, ale zorientowałam się, że może lepsza będzie szklana butelka. Wzięłam jedną i roztrzaskałam ją na głowie męża kioskarki. Mężczyzna wstał, odwrócił się w moją stronę i śmiejąc się, wziął zamach, żeby mnie walnąć, ale otworzyłam puszkę i prysnęłam w niego jej zawartością. Brunet zaczął przecierać oczy, wykorzystując to, że nic nie widzi, najmocniej jak tylko na daną chwilę potrafiłam kopnęłam go centralnie w to miejsce, które raczej trzeba chronić przed jakimikolwiek mocnymi uderzeniami. Zgiął się, wtedy kopnęłam go w kolano, upadł na podłogę.
- Mary, biegnij po ochronę!
- Ale Steven..
- Idź! – wrzasnęłam. – Steven, kurwa żyjesz? – zapytałam półprzytomnego przyjaciela. Ten wydobył z siebie tylko jakiś jęk. Mary przyszła z ochroną, strasznie „zaangażowaną” zresztą. No kurwa, wyglądali, jakby mieli jakieś pretensje, że ktoś w ogóle śmiał ich wezwać. – Możecie ruszyć tyłki?! Kurwa, co z Wami wszystkimi jest?
- Czemu się pani tak denerwuje? – zapytał jeden z ochroniarzy.
- Ja pierdolę, żartujesz sobie ze mnie? Czy Wy do chuja pana jesteście normalni? Jesteście ochroną. Ochrona jest po to, by pilnować porządku! Zabierzcie stąd tego popaprańca! – wskazałam na mężczyznę leżącego na podłodze.   
- Skoro od tego jesteśmy.. Chodź Mark. – wyższy z ochroniarzy ręką dał koledze znak, by podszedł z nim do mężczyzny. Mimo tego, że mąż Mary się burzył, pomogli mu wstać.
- To kurwa karygodne, że ochrona ma w dupie bezpieczeństwo klientów sklepu! – ponownie zaczęłam ich opierniczać. – Steven, wstaniesz? – zapytałam zamroczonego blondyna, siedzącego pod półką, o którą się opierał.
- Nie mamy w dupie bezpieczeństwa klientów. – łagodnie odpowiedział szatyn. – Nikt nas wcześniej nie poprosił o pomoc, nawet nie zawiadomił, więc nie interweniowaliśmy..
- Kurwa co? Nikt Was nie poprosił? Nie zawiadomił? Przecież łazicie po całym sklepie! Nic nie zauważyliście? Nie wierzę. Ciągle się opierdalacie. Nawet teraz. Powinniście z nim coś zrobić, bo może Wam uciec. Idioci. Chodź Steve. Mary, pomóż mi go podnieść.
- Już. – ciągle spanikowana i wystraszona kioskarka nachyliła się, by Adler mógł się o nią oprzeć. Zrobiłam to samo, powoli wyszliśmy ze sklepu. Wpakowałyśmy jakoś Adlera do samochodu, na tylne siedzenie. Mary usiadła obok niego. Kurwa, byłam tak zdenerwowana, że musiałam zapalić.
- Poczekajcie tu, zaraz wrócę. – przeszłam przez parking, pchnęłam ciężkie, szklane drzwi, ochroniarze rozmawiali ze sprawcą bójki, brunet, gdy mnie zobaczył, posłał mi szyderczy uśmiech.
- Pamiętasz, co powiedziałem? Jak Cię dopadnę, to już nigdy nie usiądziesz. – zagroził.
- Nie rozśmieszaj mnie. Weźcie go stąd, to psychopata. – zwróciłam się do ochrony.
- Tak kochanie, obiecuję, znajdę Cię. – uśmiech nie znikał z jego twarzy.
- Pierdol się człowieku. – warknęłam i podeszłam do lady.
- Z Tobą chętnie. Już niedługo, maleńka.
- Jasne. – prychnęłam.
- Coś podać?
- Butelkę Danielsa, Jim Beam’a i 2 paczki Marlboro. A i wódkę. Swoją drogą powinniśmy Was pozwać. Mój przyjaciel jest półprzytomny.
- A co się stało? – zapytała słodka blondyneczka i podała mi zakupy.
- No nie mogę, jak co się stało? Czy Wy naprawdę jesteście ślepi? Jacyś nierozgarnięci. Ten idiota – głową wskazałam męża Mary – pobił mojego przyjaciela. – nie pytając, ile mam do zapłaty, rzuciłam kasą w sprzedawczynię, mówiąc – Reszty nie trzeba. – schowałam papierosy do kieszeni, wzięłam 2 butelki whiskey, wódkę i wyszłam z budynku. Poszłam do samochodu, otworzyłam drzwiczki, wsiadłam. Odłożyłam butelki na siedzenie i spojrzałam do tyłu, na Stevena. Nie wyglądał dobrze: przymknięte, lekko opuchnięte oczy, rozcięta warga, potargane włosy, porwana koszulka. Odwróciłam się i przekręciłam kluczyk.

   Moja głowa.. co się stało? Chyba.. no nic nie pamiętam. Byłem w sklepie, spotkaliśmy męża Mary i co? On mnie pobił? I jak znalazłem się w samochodzie? Kurwa!  

   Siedziałem z Saulem w salonie, Rudy, Izzy i Bracket grali na górze w karty. Do domu wpadła Mary..
- Chłopaki! Pomóżcie!
- Co się stało? – wstaliśmy z kanapy. Kobieta wybiegła na dwór, wyszliśmy za nią, stała przy aucie Dash. – Ej, co się stało?
- Mąż Mary pobił Stevena. – beznamiętnie odpowiedziała blondynka.
- Ale.. jak to..? – Slash zajrzał do środka. – Popcorn? Żyjesz? Kurwa, weź się odezwij.
- Chodź, może go jakoś wyciągniemy. – zaproponowałem. Wyjęliśmy perkusistę z wozu i zaprowadziliśmy do domu. Położyliśmy go na kanapie. Hudson zawołał Brack. Dziewczyna razem z Mary zajęła się obolałym blondynem. Wyszedłem na dwór, do blondynki. Siedziała na masce samochodu. – Co się dokładnie stało?
- Sama do końca nie wiem, Mary i Steve poszli do sklepu, długo nie wracali, więc poszłam sprawdzić, co z nimi. Weszłam tam, usłyszałam jakieś krzyki, ale nikt, zrozum, dosłownie nikt nie zwracał na to uwagi. Ten głupi chuj okładał pięściami Adlera! Nie wiem tylko dlaczego.. – wyjęła z kieszeni kurtki paczkę Marlboro. Wyciągnęła jednego papierosa, włożyła w usta i próbowała go podpalić. Dłonie jej się cholernie trzęsły a zapalniczka nie chciała działać. Zdenerwowana rzuciła nią o ziemię. – A miałam kupić zapalniczkę.. - Wyjąłem wcześniej znalezioną w torbie zapalniczkę ze spodni i przykładając do papierosa przekręciłem kółko, by go zapalić.
- Dash, przecież Ty nie palisz. – stwierdziłem.
- Tym razem muszę. Wiesz, jak jechaliśmy do sklepu, trafiliśmy na wypadek. Ktoś rozbił się na drzewie, drugi samochód wleciał do rowu, ogólnie chujowy dzień.. – pokiwała głową, ściszając głos. Przysunąłem się do niej i objąłem ją, opierając dłoń nad jej biodrem.
- Ale mała, dzień się jeszcze nie skończył.        
- Wiesz co jej mąż mi powiedział? Że.. to śmieszne, ale powiedział, że mnie wyrucha tak, że do końca życia nie usiądę, groził, że mnie znajdzie, już niedługo.. – wtuliła głowę w moje ramię.
- Słuchaj, jeżeli coś takiego zrobi, to obiecuję, że ja i każdy kolejny Guns zrobi z nim to samo. – musnąłem ustami jej czoło. Dziewczyna zamknęła oczy. Siedzieliśmy w milczeniu, w idealnej ciszy, którą śmiał przerwać grzmot. Chwilę później błysnęło. I znowu cisza.
- Nie chce mi się już palić, chcesz? – zapytała. Kiwnąłem głową i wziąłem papierosa. Pojedyncze kropelki deszczu zaczęły spadać z nieba. Spaliłem go szybko i poszliśmy do domku. Deszcz rozpadał się na dobre.   

_________________________________________________
W końcu! Kurwa, w końcu udało mi się wstawić rozdział! Kurde, przepraszam, że to tak długo trwało. Normalnie już pierdolca dostawałam przez tego głupiego neta! Gdyby nie on, notka pojawiłaby się kilka dni wcześniej..  
Dziękuję, że o mnie nie zapomnieliście (Boże, który raz już Wam za to dziękuję..?) i mam nadzieję, że rozdział się spodobał. 
P.S. przepraszam za ewentualne błędy + bardzo proszę o komentarze - bardzo motywują i przywracają wiarę w bloga i chęć do kontynuowania historii. :)

btw. Od czwartku mam biografię Axla autorstwa Micka Walla. :D Ktoś jeszcze jest w jej posiadaniu? :p

Dash.

poniedziałek, 14 października 2013

No dobra, dobra, przecież wiem..

Więc tak : chcę wszystkich przeprosić za te moje długotrwałe znikanie z bloggera (no i dziękuję, że nie zapomnieliście - głównie Michelle Rose, która mnie tu zastrasza xd) , ale brak czasu i chęci. -.-  Oczywiście piszę, jak tylko mam czas, więc myślę, że rozdział powinien niedługo się pojawić, ale NIC nie obiecuję. Ogólnie trudno mi się skupić i myśleć o pisaniu, bo moje myśli wciąż kręcą się wokół pewnych wydarzeń, które nie dają mi spokoju.. cholera, nie mogę zapomnieć. Ale (możliwe) będą one też częścią wątków którychś bohaterów - tego jeszcze nie wiem, może coś z własnych doświadczeń (tych akurat) kiedyś wykorzystam.

Wgl zostałam poproszona o pomoc przy blogu mojej przyjaciółki (link xd) - jedyny problem to fakt, iż jest On o ... Justinie Bieberze! .. tak, ja też nie mogę uwierzyć, że dałam się w to wciągnąć, z drugiej strony jednak sama zaproponowałam jej prowadzenie bloga, w sensie prowadzenie przez nią. Tak nieskromnie powiem, że tworzyłam cały wygląd bloga i jestem odpowiedzialna za dwie z czterech głównych postaci oraz pewnie niektóre wydarzenia w kolejnych rozdziałach. Niemniej jednak chcę zapewnić, że patience&communityproperty stawiam i zawsze stawiać będę na pierwszym miejscu, więc nie martwcie się, że go porzucę albo jeszcze bardziej zaniedbam.  

Chyba wszystko - jak nie, zrobię reedit . 


No i reedit. xd Właśnie mi się przypomniało, że mam małą prośbę (dla mnie wielką), a więc : apeluję o pozostawianie komentarzy, to dla mnie BARDZO ważne! Dziękuję za uwagę. :p 

*reedit again. Przypomniało mi się coś, mianowicie Liebster Blog Award - kurde, powinnam odpowiedzieć na pytania, dać pytania i nominować blogi. Nie było okazji i czasu do tego, teraz już raczej tego nie zrobię (nie wiem nawet, czy to jeszcze aktualne) ale na pewno nominowałabym Michelle Rose i jej blog oraz Your-Sweet-Child z jej blogiem.
PEACE .

Dash.

niedziela, 15 września 2013

R.50


Ja pierdolę, no przepraszam, że aż tyle czekaliście. Przez tą jebaną szkołę nic mi się nie chce, trudno mi się zabrać do pisania + jeszcze różne prywatne sprawy, przez które nie mogę się na niczym skupić. 
Dziękuję bardzo za nominacje od Michelle Rose oraz Your-Sweet-Child do Liebster Blog Award (chociaż za cholerę nie wiem o co chodzi ;D nawet co do nazwy nie jestem pewna XD), ale na to poświęcę kolejną notkę (jak mi się uda, to jeszcze dzisiaj), bo teraz nie mam czasu. Nie wiem też, czy nie zawieszę bloga - oczywiście bardzo bym tego nie chciała. ;c
A. - możesz mnie zabić, miałam dodać nowy wczoraj..
Jeszcze raz bardzo przepraszam no i co? I życzę miłego czytania. I sorry za błędy, jak jakieś są. 

Dash.
____________________________________________

ROZDZIAŁ 50

   Jedziemy już godzinę a ja nie mogę usnąć. Niewygodnie mi, kręcę się, wiercę i przekręcam a i tak  w żadnej pozycji nie jest mi wygodnie. Szlag by to trafił! Wymyślili sobie wyjazd nad jezioro! Rano, kurwa! Jakby nie wiedzieli, że śpię..
- Rose, co się tak wiercisz? - Duff kontrolował moje ruchy, spoglądając w lusterko.
- Kierujesz, to kieruj.. Wiercę się, bo mi niewygodnie! - warknąłem, kładąc nogę na oparciu fotela Dash.
- Kurwa, Rose weź nogę i przestań kopać w moje oparcie! - oburzyła się blondynka.
- Nie!
- Axl!
- Nie, bo nie mogę zasnąć!
- I co, myślisz, że jak położysz nogę przy mojej głowie, to chuju zaśniesz?!
- Taak! - walnąłem szeroki uśmiech, pokazując wszystkie zęby.
-  A spójrz na Brack, siedzi w jednym miejscu, nie rzuca się na wszystkie strony, śpi spokojnie, nie uprzykrzając innym życia, Rose! Bierz z niej przykład.
- Nie uprzykrza innym życia?! Mnie uprzykrza! Śpi, a ja nie mogę!
- Axl, nie drzyj tak tej japy, bo kierowcy dziwnie się patrzą..
- Ty tam kierujesz, to kieruj, dobrze? - jedyna odpowiedź, na jaką było mnie stać, jeśli chodzi o McKagana. - Bracket! Budź się, jesteśmy na miejscu! - szturchnąłem dziewczynę, na co Dash odwróciła się i pierdolnęła mnie butelką.
-  Debilu.. - syknęła. - Nie budź jej!
- Dobra. - przyłożyłem głowę do szyby. - Duff, włącz radio.
-  Przecież jest włączone.
- To czemu nic nie słyszę?! - wrzasnąłem i zamachałem rękoma.
- Bo ciągle krzyczysz! Zamknij się, to posłuchamy muzyki.
- Dobra, nic kurwa nie można powiedzieć, bo od razu "zamknij mordę, ciągle krzyczysz"! Pewnie, jasne, nie będę się odzywać, bo po co? A dajcie Wy mi wszyscy spokój! - mówiłem sam do siebie.. no, a przynajmniej tak mi się przez chwilę wydawało, później zwątpiłem, bo basista i McRivery zaczęli śmiać się jak pojebani, spojrzałem na Brack i Ona też się śmiała, a raczej uśmiechała .- Ty, ej Brack, wcale nie śpisz!
- Śpię.
- Nie pierdol, nie śpisz!
- Rose, no co Ty mówisz, przecież Ona śpi. - wtrąciła Dash.
- Nie śpi!
- No śpi. - potwierdził McKagan.
- Nie róbcie ze mnie wariata! Nie śpi!
- Ale kto tu z Ciebie robi wariata, słonko? - zaśmiała się dziewczyna Izzy'ego.
- Ty! Oni! Wasza diaboliczna trójka!
- Uspokój się rudy świrze.. - podsumował blondyn.

   Izzy siedzi kompletnie nieobecny z policzkiem przyklejonym do szyby. Żadne słowa do niego nie docierają. Mary wyklepuje o kierownicę rytm jakiegoś szajsu lecącego w radiu, a ja się cholernie nudzę, już nie mogę się doczekać, kiedy będziemy na miejscu. Chociaż, jakby się tak zastanowić, jak sobie pomyślę, że prawdopodobnie będę musiał spać w jednym domku z Mary, to wcale mi się nad to jezioro nie spieszy.
- Izzy, nie nudzisz się? - spróbowałem jeszcze raz zagadać do przyjaciela, ten wydał z siebie tylko jakiś dziwny jęk, który miał chyba zaprzeczyć. - To nudzisz się, czy nie?
- No przecież Ci mówię, że nie. - z lekką pretensją w głosie oderwał się od okna.
- Pogadajmy, co?
- O czym? - zapytał znudzony, podpierając głowę ręką spoczywającą na kolanie.
- O naszym ślubie! - wtrąciła czarownica. Wziąłem głęboki oddech, by nie powiedzieć czegoś niepotrzebnego i wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
- Mary, nie rozmawiam teraz z Tobą, ROZUMIESZ?! Izzy, pograjmy w coś.
- Nie mam ochoty, z wiedźmą, yy znaczy ze swoją przyszłą, kochaną żoną pograj.
- Nie.. -  wcisnąłem się w siedzenie i skrzyżowałem ręce na brzuchu.
- No nie obrażaj się, Popcorn. Pozbędziemy się jej. - szepnął i uśmiechnął się blado. Westchnąłem.
- Pogadajmy o Tobie i Brack. - zaproponowałem.
- A o czym tu gadać? Chyba ma mnie centralnie w dupie. Nie chce ze mną rozmawiać, patrzeć na mnie, przebywać w moim towarzystwie.. i to wszystko moja wina. Boję się, że będzie chciała to skończyć, że ze mną zerwie.. - stopniowo ściszał głos, a ostatnie słowa były prawie niesłyszalne.
-  Jak ja bym chciał, żeby Mary nie chciała ze mną gadać, patrzeć i ze mną przebywać.. eh, marzenia. - spuściłem głowę w dół, ale natychmiast ją podniosłem i spojrzałem na smutnego przyjaciela, próbując go pocieszyć, uśmiechnąłem się i powiedziałem najbardziej wiarygodnie, jak tylko potrafiłem. - Stradlin, do góry łeb, będzie dobrze, nie zerwie z Tobą. Kocha Cię. To tylko taki Wasz mały kryzys, zobaczysz.. niedługo znowu będziecie tak szczęśliwi, że będziesz miał ochotę rzygać tęczą!
- Mam nadzieję.. - spojrzał na mnie z wymuszonym uśmiechem.

   - Slash - usłyszałem głos Martina. - wyłaź, wracasz do domu.
- Już, zaraz! - krzyknąłem i usiadłem obok Travisa. - No Bam.. to czas się żegnać, miło było Cię poznać - wyciągnąłem do niego rękę.- gdyby nie Ty, pewnie bym tu z nudów zwariował, a tak to chociaż było zabawnie.. czasami.
- Mi również było miło. - uścisnął moją dłoń. - Wiesz.. - zaczął cicho i spojrzał mi w oczy. - będzie mi Cię brakować, naprawdę będę tęsknić.    
- No przestań, Bam, no co Ty.. oj, no chodź tu. - przytuliłem go, zwykły przyjacielski uścisk, co w sumie chyba nie było najlepszym pomysłem, bo skoro to gej, mogłem mu tym dać na coś nadzieję.. no ale co miałem zrobić? Jeszcze by mi się chłopak rozpłakał. - Przecież stąd wyjdziesz, a później będziesz mógł nas odwiedzać, kiedy tylko będziesz chciał.
- Naprawdę? Wpuścisz mnie do domu? - uśmiechnął się, a jego oczy nagle stały się radosne i świecące.
- No pewnie! Kolegi miałbym nie wpuścić? Zresztą, poczekaj.. - zapytałem policjanta, gadającego z bratem Dash, czy ma jakąś kartkę i długopis. Gliniarz wręczył mi to, czego potrzebowałem, wróciłem do Travisa. Położyłem kartkę na kolanie i zacząłem pisać nasz numer, a pod nim dopisek: Hellhouse :) - Trzymaj, zadzwoń kiedy Cię wypuszczą.
- Dzięki. Zadzwonię od razu jak wyjdę. - chłopak ponownie wylądował w moich ramionach, tym razem z własnej inicjatywy. Długo nie mógł ich opuścić, a ja też nie chciałem go odpychać, bo myślę, że On właśnie tego potrzebował.
- Hudson!
- No już idę, Martin. - Delikatnie odkleiłem od siebie Travisa, uśmiechnąłem się i potargałem mu grzywkę. - Cześć. - rzuciłem odchodząc.
- Saul..
- Tak?
- Kocham Cię. - wyszeptał.
- Trzymaj się. - odpowiedziałem nieco zmieszany.

   - Już? Już jesteśmy? - Rose nagle zmienił podejście do wyjazdu i z bycia wrednym stał się strasznie podekscytowany, niemalże skakał na siedzeniu. Za oknami, po każdej stronie pojawiały się coraz piękniejsze widoki, Axl siedział, przyklejony do szyby i zadowolony jak mały dzieciak, co chwilę klaskał w ręce, pokazywał palcem i pytał, czy widzimy to, czy tamto. Chyba dawno go takiego nie widziałem.
- Nie Axl, jeszcze nie jesteśmy.
- A długo jeszcze?
- Z pół godziny.. mniej więcej. - McRivery zamknęła oczy i rozmasowała skronie.
- Axl.. aa co Ty robisz? - spytałem, widząc jak rudzielec klęczy, odwrócony tyłem na siedzeniu i macha sobie do (prawdopodobnie) kochanego Adlerka.
- Macham. - odpowiedział zadowolony.
- No to widzę, ale.. dlaczego?
- O jeny, McKagan, po co tyle pytań? - jego głos już nie był tak radosny. - Macham, bo chcę porozumieć się z Popcornem.
- Machając? To o czym tam gadacie? - zapytałem.
- Nie gadamy, tak sobie machamy. - znowu brzmiał radośnie.
- Ej, ale nie podrywaj go, On się żeni. - zaśmiała się Brack.
- Wiem, wiem. - zacieszał Rose.

   W końcu jestem w Hellhouse! Droga do domu ciągnęła się niemiłosiernie, już myślałem, że wyskoczę z samochodu i pobiegnę do chaty! Nawet nie pamiętam ile siedziałem w areszcie. Pierwsze co zrobiłem, to polazłem do kuchni, do lodówki bo prawie mnie w tym burdelu nie karmili, pewnie schudłem i wcale mnie to nie cieszy.
- Slash, tu jest chyba kartka do Ciebie.. - Martin usiadł na kanapie.
- Już idę. - wyjąłem z lodówki puszkę coli, ser i masło, zrobiłem sobie kanapki i poczłapałem do salonu. - Pokaż. - Wyciągnąłem ręką po kartkę trzymaną przez policjanta.
Siema Slash! Masz tu mapę, myślę, że trafisz. Weź ciuchy i wszystko co Ci potrzebne na 4 dni (no może więcej) i jak możesz weź moją gitarę, no i Stradlina też, bo nie mieliśmy na nie miejsca, a Izzy pisze jakąś piosenkę.. Dobra, chuj, nieważne. Uważaj na siebie. 
Duff 
No spoko, mam zabrać gitary, mam mapę, mogę jechać! Chuj, najwyżej zbłądzę, no trudno. Tylko co ja mam jeszcze wziąć? Kurde..
- Mogę?
- Yy co? A, tak. - odparłem widząc, dłoń brata blondynki nad talerzem z kanapkami. - Poczekaj tu, idę się spakować.
- Spoko. Zostawić Ci coś?
- Jedz. Ale colę mi zostaw, albo.. wezmę ją ze sobą. Jak coś to kuchnia jest do Twojej dyspozycji. - Pobiegłem na górę do swojego pokoju. Wyciągnąłem jakąś torbę, kilka koszulek, choć pewnie będę chodził bez nich, skórzane spodnie, 3 pary spodenek, bieliznę, buty miałem na sobie, wziąłem tylko klapki, z których i tak pewnie nie skorzystam, ale lepiej mieć, niż nie mieć. - Cholera.. - powiedziałem do siebie. - A śpiwór mam brać? Kurna no nie wiem. Dobra, wezmę, i tak jadę samochodem, więc nie zrobi mi to większej różnicy. - Wyciągnąłem śpiwór spod łóżka, pobiegłem jeszcze tylko do łazienki po szczoteczkę do zębów i już byłem gotowy. No nie, nie byłem. Jeszcze fajki, ale to załatwię jak będę jechał. Zniosłem bagaże do samochodu, później wróciłem po gitary. Martin już zdążył się zadomowić, bo rozłożył się na kanapie i otoczony był przeróżnym żarciem.  Ale nie przeszkadza mi to, w końcu wyciągnął mnie z aresztu.
- Gotowy?
- Tak, ale chyba jeszcze trochę odpocznę. Jest coś w TV? - usiadłem obok mężczyzny i dopchałem się do ciastek, które jadł.
- Nie wiem, szukam.
- To szukaj.. - wgryzłem się w ciastko z czekoladowym nadzieniem. - Wiesz Martin, nie mam pojęcia jak miałbym Ci się odwdzięczyć..
- Nie musisz, zrobiłem to głównie dla Dash.
- No tak, wiem, ale.. jak będziesz miał do mnie jakąś sprawę, to wal od razu, ok? Mam u Ciebie ogromny dług wdzięczności.

    Za jakieś 15 minut będziemy na miejscu. Nie mogę się doczekać, tak bardzo chcę, żeby między mną a Brack się ułożyło. Kiedy tracimy ważną osobę, dopiero wtedy uświadamiamy sobie, jak bardzo jest dla nas ważna. W czasie drogi złapałem wenę i napisałem kilka wersów do nowej piosenki:
I say baby you been lookin' real good
You know that I remember when we met
It's funny how I never felt so good
It's a feeling that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember 
Ooh, and the love we shared-
is lovin' that'll last forever.
- Co tam bazgrzesz? - Machający (niezmiennie od jakichś 15 czy 20 minut) Adler, spojrzał na mnie kątem oka.
- Nic, tak tylko.. coś piszę.
- Aha. Patrz, jaki ten rudzielec jest zabawny, ciągle do mnie macha.
- No.. widzę. - Przyłożyłem twarz do szyby.

   Jejku, jejku, jejku! Już prawie jesteśmy! Ale fajnie, cieszę się jak mały dzieciak. Właśnie przejeżdżamy obok jeziora, już widzę domki, jeszcze chwila i będziemy na miejscu!
- Kurwa, co jest?! - wrzasnąłem, gdy coś uderzyło w tył samochodu. Odwróciłem się i zobaczyłem, że różowe auto Mary jest jakoś zbyt blisko wozu Dash. Czyli w nas uderzyła.. dobrze, że jesteśmy już na miejscu.
- Nie, no nie wierzę. - Cicho jęknęła blondynka. Wyszła z samochodu, podeszła do auta kobiety i otworzyła drzwiczki. Mary siedziała, patrząc tępo przed siebie z dłońmi na kierownicy.  - Co Ty zrobiłaś?! Nie umiesz jeździć? Kurwa, no ja nie mogę.
- Prze-przepraszam Cię Dash.. ja.. nie chciałam. - Powiedziała załamującym się głosem.
- Nie chciałaś.. kurwa! - McRivery podeszła do swojego samochodu, by sprawić ewentualne szkody. - Masz szczęście, że tak lekko walnęłaś i to tylko zadrapanie, bo chyba bym Cię zabiła.
- Dasshy, nie denerwuj się. Jesteśmy nad jeziorem, mamy się bawić, będzie fajnie! - Próbowałem ją zarazić swoim entuzjazmem.
- Wiem Axl, nie denerwuję się. - Uśmiechnęła się. - Ale przyjechaliśmy tu głównie po to, by pogodzić Izzy'ego i Brack.
- Co Brack? - Zapytała brunetka.
- A nic, nic. - Objąłem ją na chwilę. - To co, rozpakowujemy się? Kto z kim w domku? Układ jak w czasie podróży?  
- Axl, czy Ty masz ADHD? - Zapytał wyższy z blondynów. - Cieszysz się, jakbyś pierwszy raz nad jeziorem był. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo z ust ukochanej Stradlina wydobyło się coś w stylu propozycji.
- To może dziewczyny w jednym domku, a Gunsi w drugim?
- Oj nie, ja muszę być z moim Stevenkiem! - Oburzyła się wiedźma.
- Ej, ale może ja NIE CHCĘ być z Tobą w jednym domku, co?
- Mnie średnio się ten Twój układ podoba, Bracket. - Odezwał się rytmiczny.
- Są trzy domki.. - Zaczął Duff. - Nie kurwa, co ja pierdolę? - Uderzył się otwartą dłonią w czoło. - Cztery domki są! Proponuję więc, by zrobić tak, że mieszkamy w dwóch domkach, a dwa, które zostaną puste zajmą ewentualnie ci, którzy będą chcieli trochę.. prywatności. - Duff z jakimś dziwnym uśmiechem spojrzał na Dash, Izzy na Brack. Czyli co? 2 domki, teoretycznie puste są już zajęte? - To kto z kim?
- Ja z Dash na pewno! - Określiła się dziewczyna.
- Ej, może rzeczywiście zrobimy tak, że dziewczyny w jednym, chłopcy w drugim? - Zaproponowała blondynka.
- Dobra. I tak będziemy spać tam, gdzie zaśniemy. - W wypowiedzi Adlera usłyszałem nutkę nadziei.
- Dobra, Popcorn ma rację, nie ma co się zastanawiać i tak będziemy spać, tam gdzie zaśniemy, więc może przestaniemy nad tym myśleć, rozpakujemy jakoś rzeczy, czy tam po prostu zaniesiemy je do którejś chaty i zrobimy ognisko, czy coś, co? - Izzy otworzył bagażnik i zaczął wyjmować torby. McKagan natychmiast mu pomógł. Ja z blond pudlem poszedłem szukać jakichś gałęzi na ognisko. Obok jeziora, za domkami jest las, więc nie trudno było znaleźć jakieś drewno. Dziewczyny zajęły się jedzeniem i co dużo ważniejsze-alkoholem.

  Dobra, jesteśmy na miejscu, tylko szkoda, że nie śpię w jednym domku z Dasshy.. no ale jak to powiedział nasz w chuj mądry Adler: i tak będziemy spać tam, gdzie zaśniemy, więc jest szansa, że zasnę gdzieś blisko niej. Jezu, ja ją kocham, ale Ona pewnie będzie zajęta godzeniem Brack i Stradlina. Mogliby sobie sami poradzić, w końcu nie są już dziećmi, a Dash mogłaby zająć się mną. A właśnie, ciekawe kiedy Saul dotrze na miejsce.. i czy dotrze w ogóle?

*w tym samym czasie*
   Wyjechałem z Hellhouse około 18:20, wstąpiłem do sklepu po kilka paczek papierosów oraz kilka butelek czegoś mocniejszego (chociaż pewnie Duff o tym pomyślał.. no ale-nie zmarnuje się przecież!). Jadąc ulicami Los Angeles ujrzałem dość ciekawy widok: Kirk, idący podtrzymując się każdej napotkanej ściany oraz Lars na plecach Hetfielda. Kilka metrów za nimi ciągnęło się Skid Row, ale nie całe, tylko Baz i Scotti.
- Gdzieś Was podwieźć chłopaki? - Zapytałem, zatrzymując się przy Metallice. W prawdzie miałem tylko dwa wolne miejsca, ale skoro Ulrich i James tak się lubią, to jakoś się razem z tyłu zmieszczą. Kirk z dziwnym uśmiechem, kręcąc głową, usiadł pod jakimś budynkiem, Lars kategorycznie zaprzeczył, grożąc palcem, a James zaczął wydawać z siebie jakieś dziwne dźwięki, jak zapytałem, co mu jest, odpowiedział:
- Lars. Lars mi jest. Dupę ma ciężką!
- Kto?!
- No Ty, grubasie!
- Tylko nie grubasie, dobrze? - Oburzony perkusista walnął wokalistę po głowie.
- Lars, kurwa! Bo Cię zrzucę!
- James, pocałujesz mnie?
- Zrzucę Cię..
- Ok. Ale pocałujesz? - Chłopak ułożył usta w dzióbek i zaczął cmokać.
- Nie! Nie jestem jakimś pieprzonym pedałem, rozumiesz? - Wszyscy wokół Metalliki nagle się zatrzymali i spojrzeli na Jamesa.
- Ja też nie.. nie jestem. - Oznajmił na wszelki wypadek Ulrich. - Ale pocałujesz? - Szepnął.
- Ale możesz się odpierdolić?!
- Ale muszę?
- Ale wkurwiasz, wiesz?
- Ale ja lubię wkurwiać. - Zacieszał perkusista.
- A w ryj chcesz? - Zagroził mu blondyn.
- Kto się lubi, ten się czubi! - Ni stąd ni zowąd zakrzyknął Scotti.
- Jasne..
- Tak James, tak, Hill ma rację! - Uśmiechnięty Lars przytulił (tak jak tylko pozwalały mu na to warunki) się do przyjaciela, obejmując jego szyję i kładąc dłonie, na jego klacie.
- Dobra, idźcie się pedalić gdzie indziej. - Rzucił Seba.
- A czy ktoś tu się chce pedalić?! - Patrzeć na tych debili-no bezcenne!
- Tak drogi Hetfieldzie. Ty i Lars, czy też jak Ty go pieszczotliwie nazywasz-Grubas.. - Zaśmiał się Hammett. A ja myślałem, że On już nie kontaktuje.
- Hammett, czy Ty nie chcesz przypadkiem dostać w..
- Dobra, ej, to podwieźć kogoś? - Przerwałem wokaliście Metalliki, bo robiło się niebezpiecznie. Seba i Kirk podnieśli łapy do góry. - Dobra, wbijać. A Ty James, gdybyś niczego do Larsa nie czuł, już dawno kazałbyś mu zejść. - Zacząłem się śmiać. Hammett i Bach wsiedli do samochodu, w równie świetnym humorze, jak ja, a Hetfield, którego twarz nabrała jak na razie lekko czerwonej barwy, dosłownie zrzucił z siebie perkusistę, zdjął buta (tylko nie wiem czemu buta Larsa) i rzucił w moje auto.. no, a przynajmniej próbował, ale zdążyłem odjechać i owy but nie doleciał.

   Ta Mary nam tu tylko przeszkadza. Plącze się po kuchni, rządzi się i mądrzy. Szkoda mi Adlerka, biedak musi się z nią męczyć. No i martwię się o McKagana, te jego nocne koszmary..
- Nie Mary, oddaj mi to! - Usłyszałam jak Dash krzyczy do kobiety. - No daj!
- Nie ma mowy! Żadnego alkoholu, rozumiesz gówniaro? - Warknęła.
- Nie, nie rozumiem. Oddaj mi to! Oddaj.
- Nie.
- No daj to kurwa! - Blondynka zaczęła szarpać się z Mary. Kobieta jakimś cudem odeszła od dziewczyny i ostentacyjnie wylała zawartość butelki do zlewu. - No co Ty zrobiłaś? Pojebało Cię?! - Podeszła i szarpnęła wiedźmę, zaciskając dłoń na jej nadgarstku.
- Zostaw mnie! To boli!
- Tak? A może mnie zabolało, jak wylewałaś Jima Beam'a, co? Nie pomyślałaś o tym?!
- Dash, uspokój się. - Podeszłam do przyjaciółki i delikatnie odciągnęłam ją od kioskarki. - Nic takiego się nie stało, mamy tego od chuja, jedna butelka mniej czy więcej nie zrobi różnicy.
- Brack! - McRivery położyła dłonie na moich ramionach i spojrzała prosto w oczy. - TO BYŁA JEDNA Z DWÓCH, POWTARZAM DWÓCH (!) BUTELEK JIMA, ROZUMIESZ?!
- Jedna z dwóch?! To została tylko jedna? - Zapytałam. Dash pokiwała głową. - Kurwa, no Mary, jaka Ty głupia jesteś.. - Przetarłam twarz dłonią. Blondynka usiadła na podłodze i skryła twarz w dłoniach.
- Przecież mówiłam! Od początku mówiłam, że Ona nie jest normalna! Mary, nie potrzebujemy Cię tu, Steve Cię nie kocha, zrozum to w końcu..
- Kłamiecie! Nie lubicie mnie, dlatego tak mówicie. Steve mnie kocha, nie może beze mnie żyć..
- Chyba z Tobą.. - Poprawiła dziewczyna.
- Słucham?
- Powiedziałam, że.. - wzięła głęboki oddech, zamknęła oczy, próbowała się uspokoić. - Nie ważne. Już nic.

  Gdy już wybraliśmy dokładne miejsce na ognisko, ułożyliśmy drewno i jakieś gazetki Mary, żeby łatwiej było rozpalić, Adler zapytał:
- Rudy, a masz zapałki, czy coś? - Zacząłem przeszukiwać kieszenie.
- No.. nie.. ale zaraz się skombinuje. Izzy, daj zapałki.
- Aktualnie nie mam przy sobie.
- Kurwa. Duff, chodź tu. Zapałki dawaj.
- Łap. - Basista rzucił pudełeczko w naszą stronę. Popcorn wyjął jedną zapałkę i przejechał nią po boku pudełka. Zgasła. Druga-zgasła. Trzecia. To samo.
- Oh, daj to sieroto! - Wyrwałem zapałki z rąk perkusisty. - Widzisz, jak to się robi?
- O Jezu, bo Ty w innym miejscu siedzisz.
- A co to ma do tego?
- Wiatr Ci zapałek nie gasi. - Wytłumaczył.

   Siedziałem ze Stradlinem na moście centralnie nad wodą, Adler z Rosem coś do siebie krzyczeli, śmiali się a my od kilku minut siedzieliśmy w milczeniu. Postanowiłem to przerwać.
- Izzy..
- Tak?
- Poradzisz sobie sam z Bracket?
- To znaczy? - Odwrócił twarz w moją stronę i odgarnął włosy opadające mu na oczy.
- To znaczy.. Dash będzie Ci potrzebna?
- A co? Masz co do niej jakieś.. plany? - Uśmiechnął się podejrzliwie i uniósł brew.
- Nie.. dlaczego? - Kurwa, no rozgryzł mnie.
- Widziałem, jak na nią spojrzałeś, gdy mówiłeś o tych wolnych domkach i prywatności.
- Eh. To jak, potrzebujesz jej?
- Nie wiem. Ale nawet jeśli będzie mi pomagać, to co? Przecież Tobą też może się zająć.
- Ta, no jasne.
- Izzy, Duff! -  Zacieszający Popcorn zaczął nas wołać. Poszliśmy do przyjaciół. I Mary.
- Duff. - Szturchnął mnie rytmiczny. - A Ty nie potrzebujesz jakiejś pomocy z Dash?
- Pomocy? Ale co Ty możesz zrobić?
- Mogę z nią porozmawiać..
- Nie Izzy, to się może źle skończyć. Nie chcę, żebyście wylądowali w łóżku.
- Jak chcesz. Ale jakby coś, to mów.
- Dzięki. Będę pamiętać. - Odszedłem od gitarzysty. Podszedłem do dziewczyn. Gadały o Izzym. Brack nie jest zdecydowana  w kwestii związku z rytmicznym. - Dash, możemy pogadać?
- Możemy. - Odparła jakby zdenerwowanym głosem. - Co jest?
- Wkurzona jesteś. - Stwierdziłem. - Coś się stało?
- Mary mnie wkurwia. Nie ważne. Chciałeś coś ode mnie? Bo jak nie to.. wiesz, próbuję gadać z Brack na temat Izzy'ego.
- Pogodzą się. Myślę nawet, że sami dadzą sobie radę..
- Może.. - Odwróciła się, by odejść. Przeszła kilka kroków, stanęła i powoli odwróciła głowę w moją stronę. - Duff, czy ja Ci się wczoraj.. jakoś.. narzucałam?
- No trochę byłaś natrętna - Zaśmiałem się. - no ale natrętności Mary, to Ty skarbie nie pobijesz!
- Jezu Duff, przepraszam. Nie pomyśl sobie o mnie czegoś złego..
- Nie przepraszaj, przecież nie masz za co. Znam Cię i niczego złego o Tobie nie pomyślałem i nie pomyślę, chodzi tylko o to, że nie chciałem, żebyś tego później żałowała..
- Ale.. nie no doba, już nic. Chodź, bo wypiją całą wódkę! - Złapała mnie za rękę i pociągnęła do siedzących przy ognisku przyjaciół.

   Kurwa, ściemnia się, a ja pomyliłem drogę i oczywiście dopiero w jej połowie zorientowałem się, że kurwa źle jadę! No chuj by to zajebał, teraz się wracaj człowieku! Ja nie wiem, czy ja już nawet z mapy korzystać nie umiem?

   - Duff, Slash miał dzisiaj przyjechać? - Szepnęłam do blondyna tak, by nikt nie usłyszał, w końcu przyjazd Hudsona miał być dla reszty wielką niespodzianką. - Ciemno się robi, a jego wciąż nie ma.
- Nie wiem, zależy o której go wypuścili. Może chciał się przespać w domu i przyjedzie jutro. Będzie na pewno, wie jak tu przyjechać.

   Siedzimy przy tym ognisku już z 2 godziny, a mnie dosłownie zżerają komary! Wiem, że jestem słodki, ale chcę jeszcze pożyć, najlepiej z dala od tych małych latających krwiopijców. (I od tej paskudnej wiedźmy-siedzi, przyklejona do mojego ramienia, mimo tego, iż wiele razy odpychałem ją i dawałem do zrozumienia, żeby przestała mnie dotykać.) I tylko do mnie tak lecą? No przynajmniej nie widzę, żeby ktoś jeszcze tak chaotycznie jak ja machał rękami, głową i czym tylko się jeszcze da. Izzy próbuje zagadać do Brack, ale ta raczej go zbywa. Dash i Duff gadają coś cicho między sobą, nie wiem, czy coś się między nimi dzieje? Bo siedzą jakoś blisko, Dasshy położyła głowę na jego ramieniu, blondyn bawi się jej włosami.. Swoją drogą, to dziwne-powinna być jedna osoba nie pijąca w tym towarzystwie (Mary), a są dwie. Czemu Dash nie pije? Może.. może rzeczywiście jest w ciąży? Myślę, że w żadnym innym wypadku nie odmawiałaby alkoholu. Poczułem, że muszę to sprawdzić.
- Stradlin, McKagan, pozwólcie na chwilę. - Wstałem z wielkim trudem odpychając kioskarkę. Przyjaciele podążyli za mną do domku, w którym od niedawna odpoczywał Rose. - Słuchajcie.. - zacząłem.
- Co jest? - Zapytał Izzy.
- Nie mogłeś zamarzyć sobie rozmowy z nami w innym momencie? Fajnie mi się siedziało z Dash. Mogłem sobie pomarzyć, pofantazjować.. ale nie, Ty musiałeś coś wymyślić.
- Dobra Duff.. Tu właśnie o Dash chodzi. Nie uważacie, że to dziwne, że Ona nie pije?
- Rzeczywiście, już kilka razy odmówiła jakiegokolwiek alkoholu..
- Nie wypiła nic, oprócz soku. - Słusznie zauważył rytmiczny.
- Chłopaki, a może Ona jest.. w ciąży?! Przyznawać się, który z Was mógł coś zmajstrować? - Zapytałem zatroskany o przyszłość przyjaciółki i oczywiście o samą przyjaciółkę.
- Co na nas patrzysz? Rose ostatni z nią spał.. - Stradlin wskazał palcem na Axla leżącego na łóżku z rękoma pod poduszką. - Znaczy pod uwagę można wziąć jeszcze Jamesa.. nie wiem, czy kogoś jeszcze.. no ewentualnie można pomyśleć o całej Metallice, nie wiem, może ktoś ze Skid Row?
- Izzy, nie rób z niej dziwki, ok? - Oburzył się basista.
- Ok, nie robię przecież. Ja tylko próbuję odgadnąć, co się mogło stać.
- Ja nic nie zrobiłem. - Rose w końcu postanowił zabrać głos w tej sprawie i oczywiście ratować swój tyłek, twierdząc, że jest niewinny.
- Nie ma co, trzeba zapytać Brack, Ona powinna wiedzieć. Pójdę po nią. - Izzy wyszedł z domku, a po chwili wrócił z dziewczyną, która nie była skora do rozmowy z nim, On mimo to próbował zacząć ich temat.
- Izzy, daj mi spokój. Jeżeli przyprowadziłeś mnie tu po to, żeby gadać o NAS, to ja stąd idę! - Skrzyżowała ręce na brzuchu i spuściła głowę w dół.
- Nie denerwuj się Brack, chcemy tylko zapytać o Dash. - Uspokoiłem sytuację.

   No zajebiście Gunsi poszli do domku, zapierdolili mi Brack ale zostawili Mary. No świetnie! Jak ja się z jej towarzystwa cieszę.. aż mam ochotę się pociąć łyżeczką.
- Myślisz, że Steven bardzo mnie kocha? - Kioskarka odrywała kolejne płatki z jakiejś stokrotki.
- Taa, jasne.
- To cudownie!
- Kobieto, On Cię przecież nienawidzi. Daj mu spokój..

   - Co? Dash w ciąży? Pojebało Was? - Zaczęłam się śmiać, bo to było śmieszne.
- No tak. Znaczy "tak", że Dash jest w ciąży, nie że nas pojebało. - Wyjaśnił Popcorn.
- A niby czemu miałaby być w ciąży..?
- No NIC NIE PIŁA! Znaczy nie piła alkoholu. - Mniejszy z blond pudli sprostował swoją wypowiedź. - I to mnie niepokoi. Nigdy nie odmawia. Nigdy.
- Jejku Steven, Ty naprawdę myślisz, że jak raz odmówiła picia, to jest w ciąży..?
- No a nie?! No przecież Ona już powinna być nawalona! A jest trzeźwa jak noworodek!
- Steven.. noworodek? Yy no nieważne. Ale to, że jest trzeźwa nic nie znaczy, może w tej chwili nie ma ochoty na picie, co?
- A masz pewność, że to tylko brak ochoty? Masz pewność, że Ona czegoś przed nami nie ukrywa? - Głos w rozmowie zabrał Pan Rose. - Zresztą, Ona zawsze ma ochotę, żeby się napić!
- Chłopaki, uspokójcie się. Dzisiaj Dash prawie pobiła Mary i to dlatego, że wylała jedną z dwóch butelek Jima Beam'a. Wystarczy Wam ta informacja? Już wierzycie, że nie jest w ciąży?
- Mary wylała? - Zapytał mój JESZCZE chłopak. Kiwnęłam głową, nawet na niego nie patrząc.
- I Dash prawie ją pobiła? Czemu prawie? Nie mogła jej PRAWIE zabić?
- Nie Stevie, nie mogła. A prawie pobiła, bo ją w odpowiednim momencie odciągnęłam.
- No dziękuję bardzo. A mogłem mieć takie piękne życie, gdybyś tego nie zrobiła. - Rozczarowany perkusista wyszedł z domku. Zaraz za nim chłopcy, a na końcu ja. Tylko Rose został, tłumacząc, że boli go głowa i chce się przespać. McKagan ponownie usiadł obok Dash, która chyba zaczęła przysypiać, Steven usiadł jak najdalej Mary, ale ta i tak go dopadła, a Izzy próbował zbliżyć się do mnie.

   - Poopowiadajmy sobie może jakieś straszne historie, co? - Zaproponowała Bracket.
- Tak, to dobry pomysł! Lubię się bać, kiedy wiem, że mogę skryć się w bezpiecznych ramionach ukochanego! - Uśmiechnięta Mary spojrzała w ciemne niebo, na którym zaczęły pojawiać się już gwiazdy.
- Że niby kto jest tym Twoim ukochanym? - Zapytał Adler.
- No Ty, kochanie.
- Ja.. idę spać. - Wstał i lekko pijany szurając nogami, poczłapał do domku.
- Ja chyba też. - Brack chciała wstać, ale blondynka dosłownie ściągnęła ją na dół.
- Sieeedź. Chciałaś strasznych historii.
- Dobra, ale muszę Ci coś powiedzieć. - Westchnęła i zaprowadziła McRivery z dala od ogniska. Po kilku minutach wróciły. Dash ponownie usiadła obok mnie, a Brack jak najdalej od Stradlina. Blondynka, biorąc butelkę Danielsa, dołączyła do grona pijących.  

   Jak Oni mogli pomyśleć, że jestem  w ciąży? To zabawne. Przecież to, że nie piłam, nie musiało oznaczać, że jestem w ciąży. Mogło to być zaskoczeniem, mogli być w lekkim szoku - oczywiście, ale żeby od razu podejrzewać, że będę matką?
- Dash, o czym tak myślisz? - Szturchnął mnie dziwnie szczęśliwy basista.
- A o niczym..
- To czemu się tak uśmiechasz? - Rytmiczny pociągnął z butelki pokaźny łyk Danielsa i z racji tego, że był już nawalony, zaczął śpiewać (choć w tym stanie, to może bardziej wyć) kawałki Stonesów i Aerosmith. Duff, który też już trochę wypił (choć nie aż tyle, ile Stradlin) śmiał się i sam nie wiedział z czego. Mary uznała, że wszyscy jesteśmy bandą pijaków i w złym humorze poszła spać.. oczywiście - na nieszczęście Stevena - do domku, w którym schował się perkusista. Zostaliśmy w czwórkę, ale wydaje mi się, że Brack też zaraz się zmyje, bo zasypia.
- A czemu On tak się śmieje? - Wskazałam na chichoczącego blondyna.
- Bo jestem pojebany! - Zrobił smutną minę, ale zaraz znowu zaczął się śmiać.
- Brack, uśmiechałam się? - Brunetka zaprzeczyła i wstała.
- Idę spać, dobranoc wszystkim.. Tobie Izzy też. - Zaspana poszła do domku - tego w którym byli już Adler, Rose i Mary. Oznacza to chyba, że wszyscy będziemy tam spać.
- To ja też już pójdę. Może Bracket pozwoli mi się położyć obok niej, albo chociaż pod jej łóżkiem.. Dobranoc. - Chłopak zataczając się poszedł do domku. Zostaliśmy przy ognisku sami - tylko ja i Duff. I ciemna, wyjątkowo chłodna noc.
- Jak myślisz, pogodzą się?
- Nie wiem, pewnie tak. Ale wydaje mi się, że muszą zrobić to sami, poradzą sobie bez nas. Już samo to, że wymyśliliśmy to jezioro wystarczy, dalej naprawdę nie musimy im pomagać.
- Tak myślisz?
- Tak myślę. - Objął mnie, przeszedł po mnie jakiś dziwny dreszcz. Usłyszeliśmy skrzypnięcie otwierających się drzwi i ujrzeliśmy postać. Axl, jeszcze dobudzający się wyszedł z domku z głową spuszczoną w dół i rękoma w kieszeniach bluzy McKagana, która sięgała mu do połowy ud i skutecznie zakrywała prawie całe spodenki wokalisty.
- Co tam, Axl? - zapytałam.
- Niiic.. - odpowiedział przeciągając i usiadł przy dogasającym już ognisku. Siedziałam z Duffem w milczeniu, obserwując Rose'a, który wyglądał na smutnego. Chłopak patrzył na iskry, lecące czasem z ogniska. W pewnym momencie uniósł nieco twarz do góry, chyba poczuł, że na niego patrzymy. - Co? - zapytał niepewnym głosem. Przez chwilę żadne z nas nic nie odpowiedziało, nagle postanowiłam coś powiedzieć.
- Yy. No nic. Smutny jesteś?
- Nie.
- To co jest? - odezwał się basista.
- Słyszałem, że byliście u Saula.. - zamilkł i ponownie zatrzymał się wzrokiem na ogniu. - Czemu mnie nie wzięliście?
- Nie było czasu. Axl, spałeś.
- To trzeba było mnie obudzić.
- Ale mogłeś go odwiedzić.. kiedy tylko chciałeś, mogłeś pójść.
- Dobra, nie ważne. - westchnął. I znowu siedzieliśmy w milczeniu.

    Ee, no co to ma być? Mieliśmy być sami, a ktoś mi się tu jakimś rzęchem wpieprza! Nie, to nie rzęch. Ej no kurwa, nie wierzę, widzę loki Slasha?! A.. ja przecież nic nie piłem.
- Dash. - szturchnąłem blondynkę. - Czy Ty widzisz to co ja?
- No pewnie. -wstała i podbiegła do gitarzysty. - Saul, przyjechałeś. - zacieszała, rzucając mu się na szyję.
- Hej mała.
- No co tak stoisz, Axl? Chodź. - Duff pociągnął mnie w stronę przyjaciół.
- Odsuń się.. - szepnąłem, odsuwając McRivery od Hudsona i sam uwiesiłem mu się na szyi, po czym oplotłem nogami jego biodra, gdy uniósł mnie lekko do góry. Nie mogłem uwierzyć, dopiero co narzekałem, że McKagan i Dasshy nie wzięli mnie ze sobą, żeby odwiedzić Kudłatego, a teraz jestem do niego przyklejony. Zatopiłem dłoń w jego ciemnych włosach.
- Cześć.. Axl. - powiedział niepewnie gitarzysta. Chciał mnie puścić, ale na to nie pozwoliłem, przytuliłem się do niego mocniej.
- Ciiii.. - ułożyłem głowę na jego ramieniu. - Cieszę się, że jesteś. - Hudson przeniósł mnie bliżej ogniska i usiadł na ławce,a ja na jego kolanach. - Saul, kocham Cię. - szepnąłem niezrozumiale, kładąc głowę w zagłębieniu jego szyi.
- Co?
- A nie, nic.

piątek, 9 sierpnia 2013

R.49

ROZDZIAŁ 49

   - .. i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.  - po tych słowach wyszliśmy z kościoła, ludzie zaczęli gratulować, sypać ryżem, wsiedliśmy do auta, pięknego, białego Rolls Royca. Po niespełna 20 minutach dojechaliśmy do przepięknego, starego dworka, w którym miało się odbyć nasze wesele. Moje i mojej kochanej Dasshy. Impreza miała być na dworze. Piękna, słoneczna pogoda. Stoły porozstawiane w kilku rzędach, tworzyły razem całkiem duży prostokąt. Na jednym ze stołów stał ogromny, kremowy tort, cały ozdobiony cukrowymi różyczkami, oraz nasze figurki na jego szczycie. Stanąłem trochę za żoną i razem ukroiliśmy pierwszy kawałek tortu, Dash delikatnie mnie nim nakarmiła, później ja umieściłem kawałek ciasta w jej ustach. Goście śmiejąc się razem z nami, zaczęli bić brawo. Każdy, kto trzymał w ręku szampana (a poza  dziećmi, nie było chyba nikogo, kto go nie miał) wzniósł toast, zainicjowany długą i jakże wzruszającą przemową Slasha. Dash ubrana była w długą, czarną suknię, odsłaniającą jej smukłe, opalone ramiona, czyli wręcz przeciwnie do ślubu, na którym była w białej sukience odsłaniającej  kolana i z nieco dłuższym (bo aż do ziemi) tyłem, a jej twarz osłaniał welon. Zaczął się pierwszy taniec, później tańczył już każdy, a co najlepsze Steven tańczył z Hudsonem. Rose, odbijając mi blondynkę, poprosił ją do tańca, ja zabrałem Stradlinowi Brack. Chwilę później jasne jak dotąd niebo przybrało ciemne barwy, rozświetliło się na chwilę, zaczęło grzmieć, nagle zerwał się silny wiatr. Rozpętała się burza, ludzie zaczęli uciekać, chować się pod stołami, w budynku, ktoś wpadł w tort przeskakując przez stół. - Gdzie Dash?! - krzyczałem, pytając przyjaciół, nikt nie wiedział, gdzie jest blondynka. - Gdzie jest moja żona?! - Nagle ciemność. Tak jakbym obudził się w kościele. Reszta Gunsów i Brack siedziała ze mną w ławce. Przed ołtarzem stała otwarta trumna. Podszedłem bliżej i nie mogłem uwierzyć. Leżała w niej moja żona, moja mała Dash, z którą niedawno wziąłem ślub. I znowu ciemność. Cmentarz. Zmrok. Klęczę w deszczu nad wykopanym dołem, a w nim ta sama trumna, na którą nie wiadomo skąd spadł ślubny bukiet kwiatów.. 
- Nieee! Dash! - obudziłem się wystraszony i cały spocony. Deszcz uderzał o szyby. Oddychałem szybko, nieregularnie, już trzeci raz tej nocy budzę się w takim stanie. Śnią mi się same koszmary. Najpierw śniło mi się, że jechałem z Dash samochodem i nagle wypadliśmy z drogi, auto dachując, spadło kilkadziesiąt metrów w dół, McRivery trafiła do szpitala pod jakąś kroplówkę i chuj wie co jeszcze, ja.. umarłem. Kolejny sen to kłótnia. Popchnąłem na ścianę blondynkę, chcącą wyrwać mi z dłoni pistolet. Znowu ciemność. Dash leży na łóżku z raną postrzałową. Sine usta i ziemista skóra wskazują na to, że jest martwa. Broń leży niedaleko jej zimnego ciała. I to wszystko, te wszystkie koszmary śnią mi się jednej nocy. Pytanie: dlaczego? Czy one coś znaczą? Po ostatnim najciężej mi było zasnąć. Poszedłem do łazienki i opłukałem twarz zimną wodą, wyjąłem z szafki jakieś proszki nasenne, z kuchni wziąłem szklankę wody i wróciłem do pokoju. Usiadłem na łóżku, otworzyłem pudełeczko, wysypałem kilka tabletek, które natychmiast połknąłem. Położyłem się i nie mogąc zasnąć, przewracałem się z boku na bok. Chujowe te tabletki. W niczym nie pomagają, wręcz przeciwnie. Gdy zamykam oczy, widzę Dash leżącą w trumnie.

   - Kochanie, śpisz?
- Śpię - odpowiedziała brunetka
- To czemu odpowiadasz? - zapytałem z lekkim zacieszem i delikatnie przejechałem palcem po jej ramieniu
- Bo pytasz. Sorry Izzy, ale chcę spać
- Ok. Idę do kuchni, chcesz coś?
- Spać!
- No dobrze, dobrze, czyli rozumiem, że nic nie przynosić
- Jakiś Ty mądry - fuknęła sarkastycznie i zakryła się kołdrą. Przechodząc obok pokoju McKagana usłyszałem jakieś.. takie jakby stłumione krzyki, więc zajrzałem do niego. Basista wił się na łóżku, ściskając dłońmi kołdrę i poduszkę na przemian. Nieco zaspany chyba trochę spanikowałem i pobiegłem do pokoju.
- Brack! - kucnąłem przy łóżku i lekko szturchnąłem dziewczynę - Coś się dzieje z Duffem!
- Co?
- N chodź - wyciągnąłem zdezorientowaną Bracket spod kołdry i pociągnąłem do pokoju gitarzysty. - Zobacz
- Rzeczywiście - stwierdziła, przecierając oczy - Może coś mu się śni. Lepiej go nie budźmy, bo źle się to może skończyć..
- Ale dlaczego? Jeszcze coś mu się stanie. Obudźmy go
- Nie Izzy.. - próbowała mnie powstrzymać, ale jej się nie udało, bo zdążyłem kilka razy trącić blondyna. Obudził się i momentalnie usiadł, podpierając się z tylu rękoma. Cały zlany potem, ciężko oddychał.
- Duff, stary, co Ci jest? - spytałem zaniepokojony, wystraszonego (chociaż sam nie wiem, może był po prostu oszołomiony) przyjaciela. Ten machnął ręką i jak gdyby nigdy nic położył się, wkładając ręce pod poduszkę
- Nic.. - odpowiedział zobojętniałym głosem.
- Nie kłam - brunetka usiadła na brzegu łóżka - Powiedz prawdę, co się dzieje? Duff.. - chłopak westchnął
- Boję się.. - odpowiedział cicho - Wiem, że to głupie
- Nie rozumiem.. boisz się? Ale czego?
- Przez całą noc mam koszmary, zresztą nieważne. Idźcie spać, bo musimy w miarę wcześnie wyjechać. Dobranoc.
- Ale.. - chciałem dopytać, o co konkretnie chodzi z tymi koszmarami
- Izzy, zostaw.. wiem, że chcesz pomóc, ale lepiej go zostaw - szepnęła brunetka - Chodźmy spać. - wyszliśmy i udaliśmy się w stronę naszego pokoju
- Ja idę jeszcze do kuchni, to chcesz coś? - pokręciła głową i zniknęła w naszej sypialni - Dobra, jak nie to nie. Steven, a Ty coś chcesz? - krzyknąłem, bo akurat u niego drzwi były otwarte
- Nie.. - odpowiedział mi zachrypnięty głos. Zszedłem do salonu, przeszedłem obok kanapy, udałem się do kuchni.. Ale zaraz, zaraz.. Cofnąłem się. Patrzę na kanapę: blond czupryna i koc. I nic więcej. Odchylam koc i nasz Adlerek słodko sobie śpi. No nie mogę, to do kogo ja mówiłem? I co ważniejsze, kto mi odpowiedział?! - Kurwa - syknąłem. Steven powoli otworzył jedno oko
- Nie, nie kurwa, Steven. - zamknął oko a po chwili otworzył drugie - Stradlin..? Czemu stoisz nad moją głową?
- Ktoś jest w Twoim pokoju, Popcorn
- Co?! Gdzie?! Kto?! Izzy, prowadź! - podnosząc się na łóżku wskazał palcem na schody. Schodząc z kanapy zaplątał się w koc i wleciał pod stół. Wstał, otrzepał się, poprawił koszulkę, podciągnął spodnie i gotowy na wojnę poczłapał za mną do swojego pokoju. - Izzy, wchodzimy na trzy. To raz, dwa.. trzy! - wbiegliśmy do środka, jak pojebani.
- Jak myślisz? Kto śpi w Twoim łóżku?
- Nie mam zielonego pojęcia, kurde. Ale oby to była jakaś seksowna, spragniona laska. Miło by było - razem podnieśliśmy kołdrę. Oczywiście nie odbyło się bez hałasu, bo ta sierota ze strachu wpadła w perkusję. Siedział z pałeczkami w dłoni i talerzem na głowie.
- Kto to? - w tych egipskich ciemnościach nie potrafiłem ocenić, kim jest osoba panosząca się w łóżku Stevena.
 - Nie wiem, Mary chyba
- Mogę? - zapytałem, wskazując na pałeczki. Adler, nie znając moich zamiarów, wręczył mi jedną, a ja walnąłem go nią w głowę, a raczej w talerz znajdujący się na jego blond kłakach.
- Ałł. Za co? - niezdarnie rozmasowywał sobie obolałe miejsce
- Za.. - nie dokończyłem, bo do pokoju weszły dziewczyny
- Co Wy do chuja pana odwalacie? - Dash, wyglądająca na lekko skacowaną, zakryła usta Popcornowi, rozpaczającemu nad tym, że dostał w łeb i że będzie musiał oddać perkusję do naprawy.
- Patrzymy, kto śpi u Adlera - odpowiedziałem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie
- Mary. Przecież to jasne - prychnęła blondynka
- Serio? Ja chyba nawet nie wiedziałem, że Ona jest w Hellhouse!
- Widzisz, a ja się najebałam i jakoś ją zauważyłam. Idiioooci..
- Tak - stanowczo przytaknęła Brack - Chodźmy spać
- Już idę kochanie
- Mówiłam do Dash
- Dobranoc chłopaki! - blondynka porwała Bracket do ich wspólnej sypialni. Ja pierdolę, no zabrała mi dziewczynę!
- Steven.. wygodnie Ci na tej kanapie?
- Da się wytrzymać, a co?
- Nie no, nic. Tylko wiesz, ja mam dzisiaj wolną połowę łóżka, więc możesz tej nocy spać ze mną.. jeśli chcesz, oczywiście
- A co? Nie masz się do kogo przytulić? - zapytał podejrzliwie
- No.. tak jakby
- W sumie, co mi zależy? Idę. Tylko nikomu nie mów, że się zgodziłem
- Jasne, nikomu nie powiem, że ze mną spałeś - wypchnąłem go z pokoju i walnąłem szeroki uśmiech.

   Ja pierdolę, chyba o mnie zapomnieli, a ten dwumetrowy chuj - Duff, obiecał, że przyjdą! Dobrze, że chociaż ten Travis tu jest, na początku uważałem, że to psychopata i.. w sumie nic się nie zmieniło, nadal tak uważam. Ale cieszę się, że tu jest, bo bez niego pewnie ja też zmieniłbym się w żądnego krwi i kobiecych ciał (co w sumie nie byłoby chyba takie złe) psychola. A tak, to przynajmniej mam z kim pogadać, Travis może nie gada zbyt dużo, ale lubi słuchać. Problem w tym, że ja też, więc czasem nasze konwersacje dochodzą do tego momentu, w którym jeden z nas nie wie już, co ma gadać, drugi nie ma czego słuchać, a przy okazji sam nie jest skory do zwierzeń.
- Hudson, śpisz? - zapytał blondyn z czerwoną grzywką
- No
- Śpisz?!
- Noc jest, więc to chyba normalne
- O czym myślisz?
- Nie myślę. ŚPIĘ.  - odparłem, modląc się, by dał mi już święty spokój i pozwolił mi zasnąć
- Ej, a może - usiadł na moim łóżku - może byśmy stąd jakoś uciekli?
- Jaja sobie robisz? - oparłem się na łokciach, odrywając twarz od poduszki i odwróciłem głowę, by spojrzeć na wariata, z którym dzielę celę - Policjant śpi przy kratkach
- No właśnie, śpi - zaczął się szczerzyć - Ma mocny sen, nie usłyszy
- No i jak chciałbyś uciec, co? Nawet nie ma okna.. Bam, daj spokój, idź spać bo gadasz głupoty - ponownie wtuliłem twarz w poduszkę, wkładając pod nią ręce
- Dlaczego głupoty? Masz pilnik do paznokci, albo jakikolwiek inny?
- Ta, może piłę od razu? - zapytałem z irytacją w głosie
- Nie, pilnik by wystarczył
- Travis, Ty naprawdę uważasz, że takim byle gównem przeciąłbyś kraty?
- No, a co, Ty tak nie uważasz? - zapytał zdziwiony, pokręciłem głową. Zaczął się śmiać
- Co?
- Nabrałeś się. Ja wcale nie chciałem uciekać, zastanawiam się tylko, czy któryś z gliniarzy mógłby nam dać jakieś karty, czy coś, bo nie ma co robić.
- Karty, to dobry pomysł. Pytaj, pytaj, ja idę spać. Dobranoc. - odwróciłem się twarzą do ściany, przykryłem kocem i próbowałem zasnąć. Travis przez chwilę gadał coś do siebie i również wskoczył do swojego łóżka.

   Wstałam, zbudzona ze snu jakimś hukiem, coś jakby ktoś rzucał talerzami i.. patelnią? Zeszłam na dół, Duff siedział przy telefonie, jakby czekał, aż ktoś zadzwoni, nawet mnie nie zauważył. Weszłam do kuchni i zobaczyłam Stevena klęczącego na podłodze. Jak się okazało, patelnia leżała obok szafki, Adler sprzątał z ziemi rozbity talerz, a po całej kuchni walała się jajecznica
- Hej Steven, co się stało?
- Robiłem śniadanie i wypadł mi talerz - odpowiedział, nie spuszczając wzroku z naczynia
- I patelnia..
- Wszystko mi z rąk dzisiaj leci.. kurwa, o ja pierdolę, Dash, straciłem pół palca! - zaczął wrzeszczeć, widząc krew
- Pokaż - przykucnęłam obok blond pudla trzymającego palec w ustach - No pokaż. Nic Ci nie jest, panikujesz jak zwykle - potargałam mu włosy, poszłam po wodę utlenioną i jakiś plaster, żeby ta sierota przestała jęczeć, że umiera. Później sprzątnęłam rozbity talerz, a resztę kazałam posprzątać blondasowi, w końcu jajecznicą i patelnią pociąć się nie mógł.
- Steven, właściwie czemu Ty robiłeś śniadanie o 6 rano?
- Bo ja wiem, nie mogłem spać
- Dobra, mniejsza z tym - machnęłam ręką - Co chcesz zjeść, naleśniki, czy jajecznicę?
- Naleśśśniki - zaklaskał w dłonie, ciesząc się jak dzieciak. Jaki ten nasz Adlerek słodki, szkoda, że nie jest młodszy, fajnie byłoby mieć takiego mini Stevenka biegającego po domu. Eh, marzenia.. Wyjęłam wszystkie potrzebne składniki, zmieszałam je i zaczęłam produkcję naleśników. - Dash, wiesz, że bardzo seksownie w tej chwili wyglądasz?
- Też byś tak wyglądał, jakbyś smażył naleśniki
- No wiem - wstał i zaczął się wyginać na wszelkie możliwe strony - w końcu mam taki seksowny tyłeczek
- Pewnie
- Dash, mogłabyś tu przyjść? - a może jednak pan McKagan mnie zauważył?
- Już idę. Popcorn, pilnuj naleśników
- Po co? Same się pilnują
- Adler.. - weszłam do salonu - No co jest, Duff?
- Chyba trzeba się przejść do Saula, nie? - zapytał dalej czatując przy telefonie
- No przydałoby się, rozmawialiśmy już o tym.. tylko kiedy?
- Dzisiaj
- Ale.. no Duff, a jezioro? A Brack i Izzy..?
- Wyjedziemy kilka godzin później, nic się nie stanie. Obiecałem Kudłatemu, że go odwiedzimy.. więc jak, idziesz ze mną?
- Jeszcze pytasz?! Pewnie, że idę! Sorry, muszę wracać do kuchni, bo Ta sierota pewnie siedzi na dupie i..
- Jeżeli już, to na seksownym, zgrabnym tyłeczku! - wtrącił perkusista
- Tak, tak.. ale siedzisz? No właśnie.. i za karę nie dostaniesz żarcia. - wróciłam do robienia śniadania - Duff, chcesz naleśnika?
- Jeszcze pytasz?! - krzyknął uśmiechnięty - Tylko jak możesz, to weź mi przynieś, bo ja czekam na telefon
- Pewnie.. zrób, podaj i może jeszcze zjedz? - mówiłam do siebie - Adler, zanieś mu to, tylko nie podjadaj! - podałam talerz z naleśnikami perkusiście, który - jak to ta sierota ma w zwyczaju - prawie się wraz z tymi naleśnikami przywitał z podłogą. Prawie, bo na szczęście nasz super-pudel ma całkiem sprawną koordynację ruchową i zdążył ręką złapał klamkę, co automatycznie pozwoliło mu przeżyć tą "jakże trudną i pełną przygód" drogę do salonu.

   Powoli obudziło mnie coś, co łaskotało, a raczej drażniło mój nos. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Bama, siedzącego na moim łóżku z jakimś cholernym piórkiem w łapie. Jezu, oby On nie był jakiś homoseksualny, bo mój tyłek mógłby tego nie wytrzymać, nie chcę, żeby jakiś prawie nieznany mi koleś, który nawet NIE KOJARZY GNR, pchał mi się w dupę. Mniejsza o to.. ale czemu On trzyma rękę na moim udzie i dziwnie się uśmiecha?!
- Travis, co Ty robisz? Pojebało Cię?!
- Chciałem Cię obudzić, słońce tak pięknie świeci.. chyba nie chcesz przespać tak idealnego dnia? - zapytał ze słodkim uśmiechem
- Tak, chcę. Właśnie chcę przespać tak IDEALNY dzień. Travis, Ty coś brałeś? Masz tu narkotyki? Weź się podziel, co?
- Nie mam nic. Po prostu chciałem Cię obudzić
- Po cholerę? - w moim głosie mocno wyczuwalne było błaganie połączone z pretensją
- Przepraszam - powiedział cicho, spuszczając głowę w dół - Chciałem usłyszeć Twój głos - wgapiałem się w niego przez chwilę, a później zacząłem się śmiać
- Jaja se robisz?
- Nie Saul, naprawdę chciałem Cię usłyszeć
- Weź spieprzaj człowieku! - przestraszony zsunąłem jego rękę z mojej nogi i odwróciłem się do niego tyłem. Ale pomyślałem, że to w zaistniałej sytuacji może nie jest najlepszy pomysł i przewracając się na drugi bok, kazałem mu spadać z mojej poniekąd pryczy. Posłusznie z niej zszedł, usiadł na podłodze w kącie i bacznie mnie obserwował. Zaczął mnie trochę przerażać, od początku mówiłem, że to psychopata! I to gorszy nawet od Rose'a!

   Blondyni jedli na dole śniadanie a ja postanowiłam się w końcu ubrać. Poszłam na górę, ale łazienka była zajęta, więc zapukałam kilka razy. Po chwili wyszła z niej moja współlokatorka z łóżka.
- Hej Dash, Ty już na nogach? - zapytała, jeszcze nie do końca przebudzona i przetarła oczy
- Tak, Steven trochę hałasował.. nie słyszałaś?
- Nie. A co zrobił?
- Nic tylko.. stłukł talerz, spadła mu patelnia i przy okazji zapaćkał całą kuchnię jajecznicą.. w sumie nic takiego - machnęłam ręką
- Taa, cały Steven. Chyba trzeba budzić chłopaków, nie uważasz?
- Nie. Niech śpią, Ty też się jeszcze połóż
- Czemu?
- Musimy z Duffem coś jeszcze załatwić..
- Idziecie do Saula? - przytaknęłam, wchodząc do łazienki - Poszłabym z Wami, ale dla mnie 6:40 to stanowczo za wcześnie.. Ale pozdrówcie go ode mnie - uśmiechnęła się i nucąc coś wróciła do naszego pokoju. Zamknęłam się w łazience, rozebrałam i wskoczyłam pod prysznic. Gorąca woda. Uwielbiam stać pod gorącą wodą, jakoś tak mnie odpręża. Miałam dziwnym sen, śniło mi się, że próbowałam zaciągnąć McKagana do łóżka, a On kompletnie nie chciał o tym słyszeć. Chociaż, może to nie był sen? Najebałam się tak, że teraz sama dokładnie nie wiem, co wczoraj robiłam, aż dziwne, że głowa jakoś specjalnie mnie nie napierdala.
- Dash, wyłaź! -usłyszałam lekko zdenerwowany głos perkusisty
- Co? Przecież dopiero weszłam
- Muszę skorzystać. Wyłaź - powiedział błagalnie
- Na dole też masz łazienkę!
- Ta, dzięki. Zepsuta jest
- Popcorn, tam tylko wody nie ma w kranie
- No właśnie, a chcesz, żebym ręce wodą z kibla mył?!
- Ty i tak nie myjesz - zaśmiałam się
- Myję - warknął oburzony - Wyłaź!
- Idź na dwór
- Nie. Chyba, że mnie z chaty wyniesiesz, albo wyrzucisz przez okno. Dash, no proszę Cię wyłaź, dłużej nie wytrzymam!
- O matko - niechętnie wyłączyłam wodę, owinęłam się ręcznikiem i otworzyłam drzwi. Adler gorączkowo przestępował z nogi na nogę, zaciskając przy tym zęby - Steven, Steven..
- Siiikuuu.. - poleciał do kibla, trzaskając drzwiami. Zeszłam do salonu i usiadłam na oparciu kanapy
- Dash - basista odwrócił głowę w moją stronę - O Dash, jak Ty ładnie wyglądasz, taka mokra w tym ręczniku..
- Wal się - uśmiechnęłam się delikatnie i usiadłam obok blondyna - Chciałeś coś?
- Tak. Dzwonił wujek Richard i mamy to jezioro tyko dla siebie na całe cztery dni.. znaczy wstępnie są to cztery dni, ale zawsze można przedłużyć.. cieszysz się? - zapytał, obejmując mnie
- No pewnie. Boże, jak ja tak dawno tam nie byłam.. mam nadzieję, że nadal jest tam tak pięknie - rozmarzyłam się, wtulona w ramiona McKagana.
- No, już jestem. Tęskniliście? - Steven ze swoim wiecznym zacieszem rozsiadł się w fotelu
- Jasne.. - potwierdziłam sarkastycznie.
- Taa -  dodał McKagan
- Dobra, idę się ubrać i wychodzimy, Duff
- A musisz się ubierać? Nie możesz iść tak? - zapytał zacieszając niczym Adler.
- Duff, brałeś coś dzisiaj?
- No nie
- Mam nadzieję. - poszłam na górę.

   Wyszliśmy z Dash z domu. Po tych nocnych koszmarach wolałem iść z buta, zamiast wsiadać z nią do samochodu. Co prawda blondynka jakiś czas się burzyła, że nie chce iść piechotą, ale jakoś ją przekonałem. - Duff, ale Oni nas do niego wpuszczą?
- Bo ja wiem. Chyba nie mają innego wyjścia. - wchodząc na komisariat, przepuściłem dziewczynę w drzwiach. - Przecież Twój brat jest policjantem
- Ale nie tutaj
- Ale jest
- Ale nawet nie ma go w L.A. ..
- Jest
- Co? - zatrzymała się na środku korytarza
- Widziałem go wczoraj, jak szukałem Ciebie i Kirka.
- To czemu mi nic nie powiedziałeś?
- Przepraszam, wypadło mi to z głowy.
- Dobra, chodź - powiedziała oschle. Idąc, spotkaliśmy jakiegoś policjanta i zapytaliśmy, czy możliwe jest odwiedzenie przyjaciela. Gdy dowiedział się, że z nikim tego wcześniej nie ustaliliśmy, powiedział, że nie i pomimo naszych pytań (oraz krzyków i protestów Dash), odszedł. Później pytaliśmy jeszcze innych gliniarzy, ale każdy miał nas w dupie i nas zbywał. Zrezygnowani usiedliśmy pod ścianą.
- Siostra? Nie no, nie wierzę, co Ty robisz na komisariacie? - Martin przyklęknął przy blondynce - Duff, co wyście znowu zrobili? - warknął, patrząc na mnie podejrzliwie
- Ej, weź się uspokój, stary. Przyszliśmy do Saula, ale nie chcą nas wpuścić.
- Do Saula? A co On zrobił?
- Zgwałcił dziewczynę Dave'a Sabo.. - odpowiedziała cicho McRivery
- Co? Ale dlaczego?
- Myślę, że to zemsta, za to, że Snake zgwałcił Twoją siostrę, Martin.
- Przecież tak nie może być.. Dash, wracasz do domu, do rodziców! Ewentualnie będziesz mieszkać u mnie
- Co? Ale Martin.. pojebało Cię? Czemu? - zapytała, drżącym głosem
- Nie pozwolę na to, żebyś mieszkała z takimi ludźmi! Gwałty, rzeki alkoholu, podejrzane typy, jakiś Jeremy, porwania, nekrologi, Dash, nie chcę, żeby coś Ci się stało. A Ty Duff, miałeś na nią uważać, obiecałeś, tylko dlatego, mogła z Wami mieszkać. Ale to koniec, wraca do domu - Martin, jak to starszy brat, jest strasznie nadopiekuńczy, ja też nie chcę, żeby coś jej się stało, ale nie wyobrażam sobie, że miałaby się od nas wyprowadzić..
- Martin.. ale ja nie chcę! -  próbowała być stanowcza i się nie rozkleić, ale i tak zaczęła płakać, głupio się czuję w takich sytuacjach, nie wiem co mam robić, tym bardziej, że dużo zrobić nie mogę, bo przecież Oni są rodzeństwem, moje zdanie najmniej się liczy
- Nie rycz.. mała, no nie płacz. To dla Twojego dobra - chciał ją przytulić
- Dla mojego dobra?! Dla mojego dobra chcesz, żebym wyprowadziła się od przyjaciół? Dobrze wiesz, że są dla mnie jak rodzina  - odepchnęła go
- Porozmawiamy o tym później, jak chcecie to zaprowadzę Was do Slasha - powiedział spokojnie, pomagając wstać siostrze
- Później wyjeżdżamy - odpowiedziała ozięble i ruszyła przed siebie
- McKagan, gdzie jedziecie? - szepnął, gdy szliśmy kilka kroków za Dash
- Nad jezioro, chcemy naprawić związek Stradlina i Bracket. Martin, proszę, nie zabieraj jej do domu, pozwól jej zostać, naprawdę obiecuję.. przysięgam, że się nią zaopiekuję
- Już kiedyś mi to obiecałeś. Nie chcę jej narażać
- Obiecuję, że już nic jej się nie stanie
- Dobra, chodź
- Czyli zostaje w Hellhouse?
- Jeszcze nad tym pomyślę. Poczekajcie tutaj - podszedł do jakiegoś policjanta siedzącego przy biurku, Dash opierając się o parapet, patrzyła przez okno.
- Nie uważasz, że to niesprawiedliwe, że jedziemy bez Saula? - zapytała
- Trochę na pewno, ale co mamy zrobić? Przecież go nie wypuszczą
- Wiem. Duff, ja chyba nigdzie nie jadę..
- Jedziesz. I nawet nie chcę słyszeć sprzeciwów, rozumiesz?
- Ale..
- Dash, rozumiesz? - kiwnęła głową
- Dobra, chodźcie
- Czekaj! Przecież Kirk miał iść z nami! - przypomniała Dash - Gdzie tu jest jakiś telefon?
- Za Tobą, mała - dziewczyna odwróciła się, podniosła słuchawkę i wykręciła numer do Metalliki. Rozmawiała chwilę, a później oświadczyła, że Hammett za jakieś pół godziny będzie na miejscu. Gitarzysta, jak obiecał, tak też zrobił. Pojawił się na komisariacie 30 minut po rozmowie z McRivery.
- To możemy już iść? - zapytał Martin, po czym wskazał nam drogę do Hudsona.

   - Hudson gwiazdorze, do Ciebie.. po autografy - zawołał kpiąco jeden z policjantów i otworzył drzwi "klatki"
- Wal się chuju - powiedziałem do siebie - Kto?
- Kto? - zawtórował mi gliniarz
- McRivery, McKagan i Hammett - usłyszałem głos blondynki, a po chwili zobaczyłem ją przepychającą się przez mur stworzony przez dwóch policjantów - Oj, no przepuście mnie - powiedziała błagalnie i pojawiła się przed moimi oczami - Cześć Saul
- Panno McRivery, nie będziecie tu gadać, pójdziecie do specjalnej sali - wtrącił starszy z mundurowych
- Pierdol się. Travis?! - zapytała z niedowierzaniem, przechylając się lekko w bok, Bam wyszedł przede mnie a uśmiech to miał tak szeroki, jakby miał banana w ustach
- A no Travis. Chodź tu mała, dawno Cię nie widziałem! - rozłożył ręce, a blondynka wylądowała w jego ramionach
- Co? Skąd Wy się kurwa znacie?!
- Z Seattle, Saul - Duff podszedł do mnie, trącąc policjantów, Kirk szedł za nim utorowaną drogą. Basista dosłownie mnie przytulił - Sorry, że tak późno - szepnął. Teraz przyszedł czas na Dasshy, odkleiła się od Travisa i przytuliła do mnie, Duff natomiast przywitał się z Bamem, Hammett tylko się przyglądał. Kurde, jak ja dawno nie dotykałem dziewczyny, w areszcie sami kolesie.. aż strach się po mydło schylać w trakcie kąpieli
- Zaraz, zaraz.. jesteście znajomymi, a Ty nie znasz Guns n' Roses?! - wrzasnąłem zdziwiony
- Nie powiedziałem, że nie znam Guns n' Roses, tylko, że nie znam kogoś, kim jest Slash
- Jak do chuja, znając Gunsów MNIE możesz nie znać?
- O Jezu, no nie wiem, wcześniej Cię chyba nie widziałem, mogłeś powiedzieć, że grasz z Mike'm
- A skąd miałem wiedzieć, że Ty go znasz?!
- Nie wiem, ale mogłeś powiedzieć chociaż, że grasz w Guns n' Roses
- Nie pytałeś, czy gdzieś gram, więc nie mówiłem, no a skoro nie wiesz kim jest SLASH, to co Ci miałem mówić?
- Saul, daj spokój, Travis słucha i obraca się w gronie punkowców, więc nie miej mu za złe tego, że nie wie kim jesteś - oznajmił McKagan
- Dobra. Tak w ogóle, to cześć Kirk. Masz jakiegoś batonika na zbyciu? Albo cukierka chociaż? Bo trochę głodny jestem
- Dla Ciebie? Stary! Zawsze - wyjął z kieszeni jeszcze nie zaczętą czekoladę
- Ja pierdolę, Hammett, kocham Cię! - pchałem się z pyskiem do jego ust, ale w ostatniej chwili pomyślałem, że to może trochę gejowskie i po prostu poklepałem go po ramieniu. - Duff, pozwól - ruchem głowy przywołałem blondyna pod  ścianę - On jest gejem?
- Ale kto?
- Travis
- No co Ty, Slash, zwariowałeś? Bam gejem? Niee!
- To dobrze - odetchnąłem
- Chociaż.. długo nie mieliśmy kontaktu, wiele się mogło zmienić.. A co Cię naszło na takie pytanie? - uśmiechnął się szeroko i położył dłoń na moim ramieniu
- No bo wiesz.. dzisiaj rano obudził mnie jakimś pieprzonym piórkiem. Jeździł mi nim po nosie.. i miał rękę na moim udzie! A później mi powiedział, że chciał usłyszeć mój głos..
- Wiesz, Ty przed chwilą chciałeś chyba pocałować Kirka, więc..
- Ale z czystej sympatii, znaczy przyjaźni. Dał mi czekoladę!
- Travis siedzi tu tylko z Tobą, to kogo ma budzić?
- No mnie, chociaż nie musi tego robić.. na pewno nie piórkiem
- Saul, długo tu będziesz siedział? - zapytał gitarzysta Metalliki
- Dopóki mnie nie wypuszczą.
- A kiedy Cię wypuszczą?
- Jeju, Kirk.. nie wiem, czy w ogóle..
- Wypuszczą. Załatwię to - Dash podeszła do Martina, rozmawiającego z gliniarzami.

   - Kiedy go wypuścicie?
- Na razie prowadzimy śledztwo
- Jakie kurwa śledztwo? Żałuję, że nie powiadomiłam Was o tym, że Sabo mnie zgwałcił.
- Dash, tym też się zajmiemy - powiedział Martin - ale wydaje mi się, że jest już za późno, niczego mu nie udowodnią. Ale dobrze wiesz, że tego tak nie zostawię, Snake za to zapłaci, jeszcze nie wiem jak, ale zapłaci
- Martin, nie zajmuj się Sabo, wyciągnij stąd Slasha! Proszę..
- Dasshy, uspokój się. - brat mnie przytulił - Chłopaki, da się coś z tym zrobić?
- Jest podejrzany o gwałt. Nie może tak po prostu chodzić sobie po mieście.
- Jaki gwałt?! On by tego nie zrobił, gdyby nie Sabo! - ponownie zaczęłam krzyczeć
- Możecie zapłacić kaucję.. ale jak udowodnimy mu gwałt, będzie musiał wrócić.
- Kaucję? Ile?
- Dash, ja się tym zajmę. Idź, powiedz chłopakom, jaka jest sytuacja - Martin wysłał mnie do muzyków.
- Chłopaki, jest szansa, że Saul wyjdzie
- Co? Ale jak? - ożywił się Hudson
- Trzeba wpłacić kaucję. Tylko, że jak udowodnią Ci gwałt, znowu Cię zamkną..
- Ile wynosi kaucja? - zapytał basista
- Nie wiem. Martin powiedział, że się tym zajmie. Bam, a Ciebie za co zamknęli?
- Za niewinność kurwa. Zgarnęli mnie z ulicy, bez żadnych wytłumaczeń, tak po prostu. Tylko że ja nic nie zrobiłem!
- To tak jak w Seattle kiedyś, pamiętasz? - Duff spojrzał na Travisa - Zamknęli nas, bo szliśmy trochę nawaleni    
- Jak mógłbym zapomnieć? Matka to mnie chciała zabić - chłopak na samo wspomnienie tej sytuacji się uśmiechnął
- Ej, ja tego nie pamiętam.. dlaczego?
- Nie pamiętasz, bo się najebałaś. To był pierwszy raz, kiedy tyle wypiłaś, Dash
- Tak? Ale mnie nie zamknęli, nie?
- No jak nie? Zamknęli, tylko, że jak powiadomili Twoich rodziców, że siedzisz w takim stanie w areszcie, to Oni od razu po Ciebie przyjechali i musieli Cię wypuścić - wytłumaczył Travis
- Aaaa już pamiętam. Miałam karę na wychodzenie z Wami gdziekolwiek, nawet na ogródek nie mogłam.
- Wychodzić.. Ty się z nami spotykać nie mogłaś, dziewczyno!
- Ale Duff i tak do mnie w nocy przychodził..
- Pamiętam. Wchodziłem przez okno.. po drzewie. No i raz musiałem na tym drzewie przez 45 minut bez ruchu siedzieć, bo Twojemu bratu zachciało się z Tobą w karty grać
- No i wtedy wszystko się wydało - dodał Bam - Przyszedłem do Ciebie wieczorem, Twoja mama poszła ze mną do Twojego pokoju, patrzy : otwarte okno, wygląda przez nie, a Ty sobie na drzewie siedzisz - zaczął się śmiać
- Taa.. i wtedy ja miałem karę, bo niby podglądałem Dash
- I wtedy to ja musiałam skakać po drzewach, żeby się do Ciebie dostać. Brakuje mi tych czasów
- Mi też. Ale teraz też jest dobrze, no może z małymi wyjątkami
- Dobra, wszystko załatwione. Jutro wpłacę kaucję, Saul będzie mógł wyjść - oznajmił Martin
- Naprawdę? Dziękuję braciszku! - rzuciłam mu się na szyję
- Dzięki, stary
- Nie ma sprawy, Slash. Tylko więcej nie rób takich głupot
- Się wie
- Dobra, w takim razie my już Cię Saul zostawiamy, bo mamy mały wyjazd. Jutro dołączysz, nie?
- Wyjazd? Ale o czym Ty gadasz, Duff?
- Jedziemy nad jezioro. Dojedziesz do nas jutro, nie mów, że nie
- No dojadę, tylko powiedz, gdzie to jezioro?
- Pamiętasz, jak kiedyś byliśmy z moim wujkiem na wakacjach? To tam, w domu zostawię Ci mapę
- Ok. Podrzućcie mi teraz fajki, bo jeden z tych skurwieli mi zajebał, a ja muszę zapalić.
- Dobra, na razie masz moje - basista wyciągnął z kieszeni koszuli Marlboro i wręczył je Kudłatemu - Dobra, idziemy, bo jak dalej będziemy się tak zbierać, to zajedziemy tam na wieczór. Cześć, chłopaki - pożegnaliśmy się z Travisem i Hudsonem i udaliśmy się do domu.    

   Dzisiaj jedziemy nad jezioro, cholernie się cieszę, bo może Brack w końcu będzie chciała ze mną normalnie gadać. Brakuje mi jej, ale to wszystko przeze mnie, więc nie mogę mieć do nikogo pretensji. Mieliśmy wyjechać rano, a jakoś nie widzę, żeby ktoś się szykował. Za to słyszę jakieś krzyki. Zszedłem na dół, Rose śmiał się jak popierdolony, leżąc na podłodze, uderzał o nią pięściami, Mary siedziała spokojnie na kanapie, malując paznokcie, a Steven stał nad nią, wrzeszcząc i gestykulując
- Przyjmę Twoje nazwisko, kochanie
- No tssaa.. jasne! Jeszcze kurwa tego brakowało, żebyś mi takie zajebiste nazwisko spierdoliła swoją wiedźmowatą osobą!
- Steven, ale nasze dzieci i tak będą nosiły Twoje nazwisko, będziemy rodziną, więc przy swoim nazwisku nie zostanę
- Nie będziemy rodziną! Nie będziemy mieć dzieci! I NIE BĘDZIESZ NOSIĆ MOJEGO NAZWISKA, rozumiesz?! Nie ma mowy, kurwa, nie zgadzam się! - krzyczał, chodząc to w prawą, to w lewą stronę, trzymając się za głowę, wyglądał, jakby chciał wyrwać sobie wszystkie włosy
- Stevenku, ale co Ty mówisz? Będziemy mieli dzieci.. dwójkę, albo trójkę uroczych dzieciaków! - Mary wstała z kanapy i ucieszona przytuliła się do Adlera, który natychmiast ją odepchnął. Upadła na fotel.
- Nie będziemy małżeństwem, jasne?! - poszedł do kuchni. Do Hellhouse wszedł Duff, zaraz za nim Dash, blondynka, słysząc lamentującego perkusistę, od razu udała się do kuchni.
- Wszyscy gotowi? - zapytał basista
- Bo ja wiem, Mary gotowa od wczoraj, Adler ryczy w kuchni, a Brack i Rose.. nie mam pojęcia
- To chodź, sprawdzimy i przy okazji weźmiemy bagaże. - poszliśmy na górę. Jak się okazało, Axl smacznie sobie spał, a Brack siedziała w moim pokoju na parapecie i słuchając jakiejś płyty Aerosmith, patrzyła przez okno.
- Duff, budź rudzielca, a ja zajmę się Bracket. - wszedłem do pokoju, wystraszona dziewczyna spojrzała na mnie i szybkim ruchem otarła łzę, która spadła na jej policzek - Brack, Ty płaczesz?
- Nie. - zeszła z parapetu - Duff i Dash już są?
- Tak. Zaraz wyjeżdżamy, Brack.. - zatrzymałem ją, gdy wychodziła - ..porozmawiaj ze mną
- Nie.
- Ty, Izzy, weź coś zrób, bo Rudy się burzy, nie wiem, wyciągnij go z łóżka, czy coś. Ja idę pozbierać rzeczy dziewczyn - McKagan poszedł do sypialni Dash i mojej dziewczyny. Powlokłem się do Rose'a. Leżał, cały przykryty, spod kołdry widać było tylko kawałek czoła i wystającą, zgiętą nogę.
- Rose, budź się, jedziemy nad jezioro - szturchnąłem jego kolano
- Jezu.. - zaczął mamrotać coś niezrozumiałego, stłumionego kołdrą
- No nie Jezuj mi tu, tylko podnoś tyłek z łóżka, idź się ogarnąć i jedziemy! - jakoś wyszarpałem mu z rąk kołdrę, a jak mnie zignorował, przywaliłem mu po łbie poduszką
- Kurwa, Izzy - usiadł na łóżku - Odpier.. - znowu przyjebałem mu poduszką - Już wstaję - niechętnie zszedł (sturlał się) z łóżka, wziął jakieś ciuchy i poczłapał do łazienki - Moje torby są przy krześle, weź znieś je do samochodu.    
- Jasne.. w końcu po to tu jestem - powiedziałem do siebie, wziąłem bagaże wokalisty i zszedłem na dół.

   - Steven, co jest? - pochyliłam się nad rozpaczającym Popcornem i położyłam dłoń na jego ramieniu
- Mary - odpowiedział krótko
- Oj Steven, potraktuj to jak zabawę, jak wrócimy, to się tym zajmiemy, co? Chodź - wyciągnęłam rękę w jego stronę - No chodź - wyszliśmy z kuchni
- Jak jedziemy? - zapytała brunetka
- Nie wiem Brack, jest nas siódemka, jedziemy moim samochodem i samochodem Mary.. chyba się pomieścimy, nie?
- Ja kieruję Twoim autem - Duff zniósł ostatnie torby do salonu - Więc jadę z Tobą, Brack, zabierasz się z nami? - dziewczyna twierdząco pokiwała głową - Steven jedzie z Mary - perkusista, z wymalowaną na twarzy rozpaczą, kręcił głową - Tak, Steven. Zostaje Izzy i Rose. To jak?
- Obojętnie - Axl odpowiedział znudzony, schodząc powoli po schodach
- To ja jadę z Duffem
- Nie, Dash proszę, niech On jedzie z Mary - szepnęła Bracket
- Sorry Izzy, ale dzisiaj Rose jedzie z nami
- Ale..
- Izzy.. - spojrzałam wzrokiem, który mam nadzieję zrozumiał, bo chciałam go nim przeprosić
- Jasne.. - wyszedł z domu, Duff położył mapę i jakąś kartkę zapewne z wiadomością do Slasha na stole w kuchni, chłopcy wzięli torby i wyszli na dwór, z Brack wyszłyśmy ostatnie, przekręciłam klucz w zamku, Rose i Stradlin wkładali walizki do bagażnika mojego wozu (bo oczywiście Mary cały bagażnik miała zasrany swoimi duperelami), zapakowaliśmy się do aut i wyjechaliśmy.

________________________________________
Przepraszam Was bardzo, że znowu tak długo czekaliście na nowy, nie wiem, dlaczego tak długo zajmuje mi pisanie tych rozdziałów, cholera ;/ W każdym bądź razie, dziękuję, że o moim blogu nie zapomnieliście i czasami tu wchodzicie, jednocześnie proszę Was o komentowanie, taki komentarz to dla Was nic wielkiego, a mnie strasznie cieszy i motywuje. :) Hm, to chyba wszystko na dzisiaj, mam nadzieję, że nie ma błędów (a jak są, to przepraszam) a  rozdział choć trochę się spodobał. Kocham Was ;*

Dash.

niedziela, 4 sierpnia 2013

3.08.13

W związku z tym, że dzisiaj James Hetfield ma urodziny (Jezu, no teraz to już wczoraj kurde, ale jak zaczynałam to jeszcze było dzisiaj), wstawiam to:

 ..wstawiłam też na besty, (na główną pewnie nie ma szans) a później się zorientowałam, że cholera "TH" nie dopisałam, ale chuj tam xD Liczą się chęci ;D 

I to: 


P.S. James miał wczoraj (jak moja mama xd), ja mam dzisiaj ;D
Dash.