OSTRZEŻENIE!

Wszystkie sytuacje zawarte w zakładce ExtraGuns. nie mają żadnych powiązań z opowiadaniem głównym. Bez obaw. :)

wtorek, 14 stycznia 2014

R.52

ROZDZIAŁ 52

   Kiedy Dash, Mary i Popcorn byli na zakupach, Duff i Izzy gadali między sobą o tym, że trzeba jakoś zorganizować dzisiejszy dzień, bo lipa przesiedzieć go od świtu do nocy w domu. Tak, czy owak deszcz pokrzyżował każde możliwe plany i ugrzęźliśmy w chacie. Biedny Steven odzyskiwał już siły, nawet zaczął powoli żartować. Kiedy go opatrywałyśmy, rozmawiałam z kioskarką, opowiedziała mi, co się dokładnie stało, ten jej mąż to jakiś wredny, niedorozwinięty chuj! Nawet nie zna Adlera, a i tak nie przeszkodziło mu to w pobiciu niewinnego perkusisty.. szkoda gadać. Kurwa, że też nie pojechał z nimi żaden z Gunsów, może wtedy ten typek nie pobiłby Steve’a ? Ale dobrze, że chociaż Dash tam była, gdyby nie ona to ten skurwysyn mógłby go zabić, bo nie wydaje mi się, żeby Mary mogła coś zdziałać. A propos  Dash – coś za bardzo się z Duffem chyba lubią. Tak dokładnie, to leżą razem na kanapie (znaczy McKagan leży na kanapie, Dash leży na nim), przez co reszta musi się gnieździć na fotelach, krzesłach i ewentualnie podłodze.. znaczy, żeby nie było, ja się bardzo cieszę, że między nimi jest tak, jak jest, ale no naprawdę, kanapę to mogliby udostępnić!
- To co robimy? – zapytał znudzony wokalista. Siedział na parapecie, patrząc na deszcz padający za oknem.
- Może coś obejrzymy? – zaproponowała Mary.
- Świetny pomysł! Ktoś wziął jakiś horror?
- Brack, ty? Taka strachliwa i pytasz o horror? Axl coś pakował. – cicho oznajmił Popcorn.
- Ja? Nie, nic nie wziąłem. – Rudy przejechał palcem, podążając za kroplą deszczu, spływającą po drugiej stronie szyby.
- Ja mam. – odezwał się wcześniej jakby wycofany Hudson. Siedział pod ścianą, a spod jego kłaków widać było jedynie pełne, czerwone usta, przytrzymujące papierosa oraz nos z kolczykiem lekko odbijającym światło lampy, stojącej obok gitarzysty.
- Nie mam ochoty na film. – McRivery usiadła na oparciu kanapy.
- Trudno, Dash. Większość ma, więc będziesz musiała się dostosować. A ty Izzy? Co myślisz? – zapytałam swojego chłopaka. Zrobiłam to całkiem spokojnie i trochę mnie to zdziwiło, ale to teraz nieistotne. Stradlin siedzi zamyślony, ręką podpierając głowę. Stanęłam przed nim, jego oczy wydawały się być nieobecne, w ogóle On cały wydawał się być nieobecny. – Stradlin!
- Yy, co? – zapytał wybudzony „z transu”. Uśmiechnęłam się przechylając głowę w lewo.
- Co myślisz o obejrzeniu filmu?
- Taa.. no może być.
- Świetnie! - klasnęłam w dłonie i wstałam, by poszukać jakiejś kasety w torbie Slasha.
- Ale musimy?
- Izzy, przecież przed chwilą powiedziałeś, że może być, to o co chodzi?
- No tak, jak Dash nie mam ochoty na film.
- Ale przed chwilą miałeś!
- Ale Brack, już nie mam! Kurwa, nie mam ochoty na żaden jebany film, rozumiesz?!
- Izzy. - wyszeptała zdziwiona Dash, reszta siedziała z otwartymi ustami. Gdyby taka nagła zmiana nastroju pojawiła się u Axla, to nikt by się jakoś specjalnie nie zdziwił, ale Izzy? (Prawie zawsze) oaza spokoju?
- Co?!
- Co ci odwala? - zapytała nadal ściszonym głosem blondynka.
- Nic kurwa, nic.
- Czemu Ty się na nas wyżywasz, Stradlin? - Rose spuścił nogę z parapetu, pytając głosem pełnym wyrzutów.
- Ja się nie wyżywam, ja..
- To jak to nazwiesz? - przerwał wokalista, nie zmieniając ani o połowę tonu swego głosu. - Przecież jeszcze chwilę temu było dobrze.
- Axl, czy ja nie mogę raz w życiu się wkurwić albo obrazić? Wy wszyscy możecie, a ja nie!
- Izzy, raz w życiu? - zapytałam zdenerwowanego chłopaka, patrzącego na nas pytającym głosem. - Chyba kilka razy. Przynajmniej ostatnio.
- Dobra, skończmy tą do niczego nieprowadzącą rozmowę. To nie ma sensu. Udajmy, że nic się nie stało, cofam wszystko, co powiedziałem i co mogło WAS w jakikolwiek sposób urazić, ok? - wszyscy (chociaż niektórzy niepewnie) pokiwaliśmy głowami.
- Nie, nie ok. - Mulat zgłosił sprzeciw. Wstał z podłogi i zwracając się do nas mówił głosem zdenerwowanym, pełnym obłędu, urazy ale także troski. - Od jakiegoś czasu nic nie jest ok. Nie zauważyliście tego? Wszystko się pieprzy i tylko pozornie jest dobrze. Kurwa! Od kiedy ten jebany Jeremy się do nas przypieprzył tyle się wydarzyło - ściszył głos i sięgnął do kieszeni koszuli, by wyjąć z niej fajki i zapalniczkę - napadli mnie i Steve'a, Brack była w szpitalu, Dash zgwałcona, ja zgwałciłem kobietę Sabo, siedziałem w areszcie, Stradlin, ty uderzyłeś Bracket, własną kobietę, która niby cię zdradziła, Dash była więziona przez tego psychopatę, teraz Steven znowu jest poszkodowany i między nami się wszytko pierdoli..! - nerwowo próbował odpalić papierosa, ale kończący się gaz na to nie pozwolił - Kurwa! Pieprzone kurewstwo! - ciężko oddychając rzucił zapalniczką o ścianę.
- Saul, spokojnie, chyba.. trochę przesadzasz - próbowałam jakoś załagodzić całą sytuację, pozbyć  Hudsona tych złych emocji. - między nami nie jest aż tak źle.. przecież.. dogadujemy się, no nie jest źle.
- Tak? To po co tu przyjechaliśmy? Żeby pogodzić Ciebie i Stradlina, a on się jeszcze na wszystkich drze!
- Dobra, Slash, przepraszam, nie chciałem, po prostu jestem przemęczony i trochę zdenerwowany.. przepraszam. - rytmiczny spuścił wzrok i przygryzł dolną wargę, reszta się nie odzywała, Hudson westchnął tylko i usiadł na podłodze w kącie pokoju. Axl dalej obserwował krople deszczu, uderzające o szybę, Duff i Dash siedzieli na kanapie, patrząc na każdego po kolei, Popcorn i Mary zastygli na fotelach z grobowymi minami, a ja nie wiedząc, co zrobić poszłam do kuchni i próbowałam nie myśleć o tym, co powiedział gitarzysta. Tylko, że on raczej miał rację.

   Dwie godziny później deszcz dalej padał jak pierdolnięty, a żadne z nas nie miało ochoty się odezwać. Czasami słychać było tylko pojedyncze westchnięcia, chrząknięcia, no i Mulat bawił się opakowaniem Marlboro, otwierając je i zamykając co chwilę, ale tak poza tym, to nic.
- A może zagramy w karty? - zapytałem niepewnie, poprzedzając pytanie serią mocniejszych chrząknięć. Po uderzeniach od męża kioskarki jeszcze trochę bolała mnie głowa, więc bałem się, że niezadowolony Saul albo Izzy z wyjątkowo zmiennym humorem mi przyjebie, ale na szczęście tak się nie stało. Gitarzyści podnieśli tylko jednocześnie głowy i zwrócili je w moim kierunku. Nieco zdenerwowany uśmiechnąłem się, szczerząc zęby i przymykając oczy w obawie, że jednak któryś z nich zmieni zdanie i mi przywali.    
- W karty powiadasz? - zapytał z udawanym zainteresowaniem Stradlin - Nie mam ochoty! - odwrócił głowę w drugą stronę i podparł ją ręką, spoczywającą na kolanie. Gadał coś jeszcze do siebie, akcentując niektóre słowa głośniejszym ich wypowiedzeniem.
- Kurwa, znowu będziecie się kłócić?! To nie ma sensu.. i jak nasz pobyt tutaj ma tak wyglądać, to ja wracam do Hellhouse. - McRivery wstała z kanapy i w pośpiechu zbierała swoje rzeczy, na co natychmiast zareagował McKagan.
- Dash, nie wygłupiaj się, deszcz pada.
- Pierdoli mnie to. - odpowiedziała wychodząc z domku.
- No brawo, mądrzy jesteście. Brawo kurwa, brawo. - basista wybiegł za dziewczyną.

   Wyszedłem z domu za Dash. Dziewczyna siedziała w swoim samochodzie z dłońmi na kierownicy i głową spuszczoną lekko w dół. Otworzyłem drzwiczki.
- Dash, co jest?
- Nic.
- Jakby nic nie było, to byś tu nie siedziała.
- Najwyraźniej każdy z nas ma dzisiaj gorszy dzień. Nie zauważyłeś tego?
- Wiesz co, rano było dobrze, więc nie wiem, skąd się tak nagle wziął u was ten zły nastrój. Wracaj do środka i w końcu zacznijmy się zachowywać normalnie. - powiedziałem w nadziei, że dziewczyna wyjdzie z auta i wrócimy do domu, bo ten deszcz cholernie padał.
- Nie.
- Jeju, Dash.. kurwa - przeszedłem przed samochodem, by usiąść na miejscu pasażera, ten deszcz mnie dobijał - czemu nie? - zamknąłem drzwi.
- Bo nie chcę. Chcę jechać do Hellhouse. - powiedziała niczym mała dziewczynka i wyszła z auta.
- Idę do domu. - powiedziałem, idąc w stronę drzwi. Blondynka stała obojętnie, oparta o samochód.
- To idź.
- Idę.
- To idź.
- To idę - chwyciłem za klamkę, westchnąłem. - będziesz tu tak mokła?
- Tak.
- Dash.
- Co? Idę się przejść. - oznajmiła zrezygnowanym głosem.
- Idę z tobą. - poszliśmy w stronę lasu.

   - Izzy.. - zapukałam do drzwi pokoju, w którym od 15 minut siedział rytmiczny. Słyszałam, jak brzdąkał coś na gitarze, zapukałam jeszcze raz.
- Kto?
- Bracket..
- Wejdź.
- Izzy, co jest?
- Nic. - odpowiedział, nie przerywając gry.
- No jak nic? Co piszesz? - zainteresowała mnie kartka leżąca na łóżku obok chłopaka.
- To jest.. - zawahał się - To piosenka .. - westchnął - piosenka dla Ciebie, Brack. - dokończył zamykając oczy.
- Dla mnie?
- Tak. Zrobisz z nią co zechcesz. Możesz wyrzucić, przeczytać, albo nie, zostawić, spalić.. jest dla ciebie. - odłożył gitarę i wyszedł z pokoju. Wzięłam kartkę z tekstem, podeszłam do okna i usiadłam na parapecie. Wczytałam się w słowa:

I say baby you've been lookin' real good
You know that I remember when we met
It's funny how I never felt so good
It's a feeling that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared - 
is lovin' that'll last forever

There wasn't much in this heart of mine
There was a little left and babe you found it
It's funny how I never felt so high
It's a feelin' that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared -
is lovin' that'll last forever

I think about you
Honey all the time my heart says yes
I think about you
Deep inside I love you best
I think about you
You know you're the one I want
I think about you
Darlin' you're the only one
I think about you

I think about you - You know that I do
I think about you - All with love - only you
I think about you - Ooh, it's true
I think about you - Ooh, yes I do

Somethin' changed in this heart of mine
And you know that I'm so glad that ya showed me
Honey now you're my best friend
I wanna stay together till the very end
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared
is lovin' that'll last forever

I think about you
Honey all the time my heart says yes
I think about you
Deep inside I love you best
I think about you
You know you're the one I want
I think about you
Darlin' you're the only one
I think about you


   Chodziliśmy po tym lesie z dobre 25 minut, zrobiło się zimniej, deszcz stale padał, ale dzięki drzewom i innym roślinom, nie był jakoś specjalnie uciążliwy. Nagle, w krzakach coś się poruszyło, albo mi się tylko wydawało, sama nie wiem, bo chwilę później zobaczyłam tam jakby twarz, maskę, nie mam pojęcia, co to było, możliwe, że jedynie moja wyobraźnia. Podbiegłam i przytuliłam się do McKagana.
- A co ty się tak do mnie tulisz? - zapytał lekko zdziwiony. W sumie miał do tego prawo, jeszcze chwilę temu szłam kilka metrów za nim.
- A to źle, że się do ciebie tulę?
- Dobrze. Ale tak nagle ci się na czułości zebrało..?
- Niee.. tylko.. zimno mi. - objął mnie mocniej, uniosłam głowę do góry i spojrzałam w jego oczy. - Wracajmy.

   No nieźle, Izzy napisał dla mnie piosenkę. To swoiste wyznanie miłości. No.. albo jej potwierdzenie. Jedno jest pewne: po takim prezencie nie mogę się już na niego w żaden sposób gniewać i muszę się z nim ostatecznie pogodzić. Po tych przemyśleniach zeszłam do przyjaciół siedzących w salonie, Duff i blondynka już wrócili, trochę mokrzy od deszczu. Stradlin siedział w fotelu, jak wcześniej: z głową podpartą na łokciach, spoczywających na kolanach.
- Izzy, możesz tu przyjść? - zapytałam gniewnym (aby od razu nie zorientował się, o co może chodzić) tonem, stojąc na schodach. Chłopak wstał i westchnął, podchodząc do mnie z miną, jak na ścięcie.
- O co cho.. - nie dokończył, bo bez zbędnego gadania wpiłam się w jego usta. - Czym sobie zasłużyłem..? - uśmiechnął się i spojrzał podejrzliwie. Złapałam jego dłoń.
- Ta piosenka.. Izzy, jejku, dziękuję, jest IDEALNA!
- Naprawdę? Cieszę się, że ci się podoba.  
- I.. jest jeszcze jedna rzecz.. - wbiłam wzrok w podłogę. Gitarzysta ścisnął mocniej moją dłoń.
- No.. jaka?
- Chciałabym, żeby między nami było.. - ściszyłam głos, chłopak delikatnie uniósł moją twarz, zmuszając mnie tym, do spojrzenia w jego oczy i dokończył za mnie.
- Żeby było dobrze, Brack? Też tego chcę. - patrzyliśmy na siebie przez chwilę, następnie rytmiczny przytulił mnie i dodał. - Cholernie.

    Skoro teraz już wszyscy są w miarę szczęśliwi i w miarę opanowani, a pogoda nadal jest taka, jaka jest, mam propozycję. Tylko czy ktoś poza Mary będzie mnie słuchać? Dobra, to się zaraz okaże.
- Ej, mam pomysł i musicie się zgodzić, nie macie innegokurwawyjścia.
- Czekaj Steve, najpierw idź po alkohol i fajki, później pogadamy - syknął Axl - są w aucie Dash. I nie Steve, nie burz się, nie masz innegokurwawyjścia. - zawtórował mi, śmiejąc się.
- Ale dlaczego ja..?
- Ja chciałam iść, ale Duff mi nie pozwala, no nie chce mnie puścić.
- Bo jednak nadal się boję Dash, że będziesz chciała tak po prostu wrócić do Hellhouse.
- Oj daj spokój, na razie mi przeszło.
- Widzisz Duff, przeszło jej!? Nie wróci do Hellhouse! Może iść do samochodu.
- A ty jeszcze tutaj? Popcorn, zapierdalaj po wódkę!
- No pierdolę, zawsze ja, kurwa wasza mać, nikomu się nie chce tyłka ruszyć, to Popcorn zapierdala, jeszcze w taką pogodę..! Noż kurwa.. - wyszedłem z chatki, klnąc i trzaskając drzwiami, ale musiałem się wrócić, bo samochód był zamknięty - Dash, klucze! - blondynka rzuciła mi kluczyki, ponownie wyszedłem na dwór, deszcz, co ja mówię: deszcz? Ulewa, kurwa! .. zdążyła sprawić ze mnie mokrego pudla w nie dłużej niż 20 sekund, ale i tak będę bohaterem, bo przyniosę im alkohol i papierosy. Będą mnie kochać. Oh yeah, oh yeah, Steven-bohater, Steven-bohater! Chyba uczynię z tego mój hymn.

   Kiedy Adler męczył się przy samochodzie, zaczęło się błyskać. Pojedyncze wiązki światła niespodziewanie wpadały do nas przez okno, a zacieszający Hudson stwierdził, co zresztą później wielokrotnie powtarzał, że "robią nam zdjęcia!".  Z lekka wystraszony perkusista wleciał do domu, krzycząc:
- Aaa! Wojna! Albo obcy! Atakuuują! - odłożył butelki, rzucił w Slasha trzema paczkami czerwonego Marlboro, zamknął drzwi na klucz i schował się po stołem, zakrywając rękami głowę.
- Adler, ale my ci kazaliśmy tylko te butelki przynieść, a nie opróżniać ich zawartość.. - powiedział zszokowany Izzy.
- Ale.. ale ja - położył jedną rękę na podłodze, otworzył prawe oko, ostrożnie spojrzał w lewo, w prawo, odetchnął i wychylił głowę z mokrą czupryną spod stołu. - ja nie piłem, nie zdążyłem nawet, przysięgam.
- To co ci odpierdala..?
- Nic. - wyszedł spod stołu jak gdyby przed chwilą nic dziwnego się nie stało, ostentacyjnie otrzepał koszulkę i spodnie i gwiżdżąc powędrował na piętro do łazienki. - Idę się wysuszyć. Wiem, że będziecie tęsknić. - spojrzeliśmy po sobie, wzruszając ramionami.
- Mary, a on mocno dostał od twojego męża..? - McKagan zapalił papierosa.
- Nie jestem pewna, ale najwyraźniej tak. - kobieta z lekkim niedowierzaniem w głosie kiwnęła głową - Myślicie, że powinnam się martwić?- Perkusista wrócił po 20 minutach (bez koszulki, zapewne by prezentować swój "dywan"), usiadł na kanapie obok drugiego blondyna, spojrzał na niego i zaczął się szczerzyć jak niedorozwój.
- No i co się cieszysz?
- NIIIC. - wzruszył ramionami i zaczął nasłuchiwać, co dzieje się na podwórku - Słyszeliście to? Chyba będzie burza.. to kto gra w karty? - zapytał ponownie zacieszając.
- Ja.. idę się położyć, źle się czuję. - Mary ucałowała Adlera, życzyła nam dobrej nocy i poczłapała na górę. Chyba nie jest taka najgorsza. Slash zgasił kolejnego papierosa i wypuszczając dym z ust, zostawił go w popielniczce. Zataczając się nieco wstał z podłogi i mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem ruszył w stronę drzwi, widząc to Axl zeskoczył z parapetu i powoli podążył za gitarzystą.
- Hudson, co ty tam mówisz? - zapytał Izzy.
- Idę spać. Czy ja niewyraźnie mówię? - warknął zbulwersowany. Rose poklepał go po ramieniu i uśmiechając się, przecząco pokręcił głową.
- Ja zrozumiałem.
- Ej, też wam się wydaje, że Rudy coś czuje do Saula..? - Brack przytuliła rytmicznego, stojącego przy schodach i nasłuchującego, co dzieje (a raczej, co może się dziać) na górze.
- Myślisz, że Axl jest.. gejem? - zapytałam trochę rozbawiona pytaniem przyjaciółki.
- No nie wiem, ale wydaje mi się, że ostatnio dziwnie się zachowuje w stosunku do niego.. wiesz, łazi za nim, siedzi z nim, no nie opuszcza go prawie na krok.. i jeszcze to, jak czasami na niego patrzy. I to jego zamyślenie..
- Coś w tym jest.. Dash, pamiętasz, jak miał pretensje, że nie wzięliśmy go wtedy ze sobą.. wtedy, jak byliśmy u Slasha w areszcie.
- No pamiętam.. Ale serio? Myślicie, że coś..? Nie, niemożliwe. Pewnie się boi.. wiecie przecież, że Axl jest uczuciowy, może boi się, że Slash znowu trafi za kratki, po prostu nie chce stracić przyjaciela..
- Nie wiem, może. To kto gra? - wtrącił Steven.
- Ja.
- Ja też. - usiadłam z Adlerem i basistą na podłodze, przy stoliku stojącym między fotelami.
- A ja nie. - Stradlin położył się na kanapie, brunetka również nie wyraziła zainteresowania grą, wyraziła je za to rytmicznym; położyła się obok niego, kładąc głowę na ramieniu chłopaka. Perkusista potasował i rozdał karty. Graliśmy w różne gry, zmieniając je średnio co 5-7 minut, bo szybko zaczynały nam się nudzić; nagle błysnęło się i zgasło światło. Chwyciłam Duffa za rękę. I kolejny błysk. A ja jakbym zauważyła za oknem człowieka. Blondyn szepnął mi do ucha:
- Nie bój się, pewnie wywaliło korki. - kiwnęłam głową i mocniej ścisnęłam jego dłoń.

_______________________________________
Przepraszam, że tak długo, mam nadzieję, że się podoba. :) Nie wiem, co jeszcze napisać, możecie mnie ukrzyżować, ukamienować, podpalić, albo załaskotać na śmierć za to, że dopiero wstawiłam rozdział. No cóż, miałam wstawić wczoraj, ale brat prosił o neta, bo miał niby jakąś sprawę do przyjaciela i nijak inaczej nie mógł się z nim skontaktować. A mnie nie chciało się siedzieć na lapku do 11 w nocy, a później przez kolejne pół godziny sprawdzać i wstawiać post (co w sumie zajęłoby mi pewnie więcej czasu, bo znając mnie weszłabym na fb i gg a to zawsze wiąże się z tym, że ktoś może napisać..). Chyba powinnam (znowu) podziękować Wam za wytrwałość, za to że piszecie, ciągle czytacie, obserwujecie mojego bloga, więc : dziękuję. :]  
btw. chciałam wstawić jeszcze jedno świąteczne opowiadanie i również jedno sylwestrowe, ale wyszło jak wyszło i chuj. Doesn't matter. Love you all! <3

Dash.

P.S. Nie wydaje wam się, że ten rozdział jest jakiś taki.. krótki? 

środa, 25 grudnia 2013

Last Christmas I gave you my heart, but the very next day you gave it away - nie mam pomysłu na tytuł.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałam Wam życzyć (ha! i tu jest mały problem, bo nie jestem dobra w składaniu życzeń i zazwyczaj ograniczam się do czegoś w stylu "Dziękuję i wzajemnie", ale tu nie mam się do czego odnieść, żeby napisać "wzajemnie".) więc chciałam Wam życzyć, żeby te święta były cudowne, pełne prezentów i fajnie spędzonych chwil, żeby Wasze marzenia się spełniły no i najważniejsze - cierpliwości do mnie :D . No i czego tam sobie jeszcze chcecie. Aa no i jeszcze życzę Wam, sobie i każdemu fanowi Gn'R, żeby chłopcy jeszcze chociaż raz zagrali w składzie : Rose, Slash, McKagan, Stradlin i Adler. 
Wesołych Świąt! 

Dash.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ * * * ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

***

   Boże Narodzenie - ah, jak ja kocham święta! - pomyślałem, wesoło zeskakując ze schodów. Z kuchni dobiegały mnie krzyki, mącące moje zadowolenie. Przekraczając drzwi, a raczej miejsce, w którym powinny być, ujrzałem rytmicznego i jego dziewczynę, wściekłą zresztą, bo to głównie Ona krzyczała.
- Co się tak wydzieracie od rana? Brack, makowiec nie wyszedł? Karpia nie będzie? - zaśmiałem się.
- Adler, zamknij się, bo Ci zaraz przypierdolę. - warknęła i z zaciśniętą pięścią zbliżała się w kierunku mojej skromnej, biednej i nadzwyczaj słodkiej osoby.
- Brack, zostaw.. - Izzy próbował zatrzymać brunetkę, chwytając nadgarstek jej uniesionej ręki, odwróciła się gwałtownie.
- Nie dotykaj mnie, Stradlin!
- O co Ci chodzi? Okres masz? - gitarzysta próbował zażartować.
- O nic! Po prostu.. o nic. - wyszła z kuchni, a później z domu.
- O co Ona się tak focha? - zapytałem przyjaciela, równie zmieszanego, jak ja. Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, o to, że zjadłem kawałek ciasta? Przecież to głupie.
- Dziewczyny są głupie.. Dobra, nie przejmuj się, święta są. Chodźmy przebrać Saula za świętego Mikołaja! Chodźmy, chodźmy. - ponagliłem.

   - Saul, Saul! No chodź, Izzy, chooodź!
- Idę przecież.. - ze snu wyrwały mnie śmiechy perkusisty i przeciągane, jakby niechętne odpowiedzi rytmicznego. Gitarzysta i ten drugi oszołom, wbiegli do mojego królestwa, rozwalając na wstępie fortecę z poduszek, ustawioną przy i trochę na moim łóżku (wczoraj był u nas Martin z synem, a ja bawiłem się z małym).
- Hudson! Wstawaj, leniuszku!
- Leniuszku? I po chuj mam wstawać, jak jest.. - urwałem i wymacałem zegarek stojący na szawce, ukryty pod wczorajaszą koszulką - 9:57..? Chłopaki! Kurwa, czego Wy ode mnie chcecie prawie nad ranem?!
- Nie denerwuj się. - uroczy Adlerek próbował załagodzić sytuację i uśmiechając się przyjaźnie usiadł na moim łóżku. Wgapiał się we mnie, prawie że maślanymi, świecącymi oczkami, nie mówiąc ani słowa, powodując tym u mnie wielką niezręczność.
- No co? Co tak patrzysz? Wiem, że jestem przystojny, ale na Boga, Adler! Ja naprawdę nie jestem gejem!
- Ale czy ja coś mówię? - zapytał, kładąc dłoń na klacie w geście zaskoczenia.
- No właśnie nic.. I to mnie - szczerze mówić PRZERAŻA! Adler!
- Mrrrauu..! - zamruczał, robiąc dziwnie koci ruch ręką i szczerząc przy tym zęby, zatrzepotał uwodzicielsko rzęsami.
- Adleeer!
- O tak, skarbie, tak będziesz krzyczał w nocy.
- Geju, wypierdalaj mi stąd! Nic nie będę krzyczał. - próbowałem zepchnąć go z łóżka, ale widząc jego miny, zacząłem się śmiać i nie miałem siły, by cokolwiek zrobić.
- Ale kochanie, no kotek, podsuń się, poleżymy razem. - perkusista również zaczął charakterystycznie dla siebie zacieszać i nawet Stradlin, jak dotąd wycofany, siedzący pod ścianą się rozpogodził. I to tak, że tarzał się po podłodze, wydając przy tym dziwne dźwięki.
- O kurwa, pedały! Kocham Was!
- Czyli też jesteś pedałem! Wskakuj do nas, przecież się zmieścimy. No i w trójkę będzie ciekawiej! - blond pudel zachęcał, poklepując ręką po kołdrze.
- Nie Stevie, ja mam dziewczynę.
- Ale chwilowo jej nie ma.
- Sorki chłopaki. - uśmiechnął się.
- Oh, no dobra.. a mogło być tak pięknie. Ahh. - Popcorn się rozmarzył.
- Ej, ale poważnie. Co chcecie?  - zapytałem, gdy wszyscy trochę się uspokoiliśmy i nie śmialiśmy się już tak, jak wcześniej.
- Mamy dla Ciebie propozycję.. nie do odrzucenia! - od razu zaznaczył blondyn.
- Ale jaką?
- Noo.. przebierzemy Cię za świętego Mikołaja, prawie się nadajesz, może trochę za chudy jesteś, ale to się jakoś nadrobi, wpieprzysz wszystko, co dziewczyny zrobiły na święta, popijesz wódą, to Ci wszystko w środku spęcznieje i powinno być ok, a jak nie, to dokleimy Ci poduszkę, czy coś. - mówił na jednym wdechu perkusista.
- Dobra, ale pod jednym warunkiem - uniosłem nieco palec wskazujący ku górze. Zgodziłem się. Pewnie nie myśleli, że tak szybko mnie namówią. No ale, oferują wódkę, więc jak tu się nie zgodzić? - będziecie moimi elfami. - no przecież sam z siebie nie będę debila robił.
- Izzy. - popatrzyli na siebie, zabawnie pokiwali głowami "porozumiewając się" i odpowiedzieli razem:
- Zgoda! Ale wódkę dzielimy na trzech.
- O Jezu, to kupi się więcej. Stoi? - wyciągnąłem rękę do gitarzysty.
- Jasne. - podał mi dłoń.
- Steve?
- Spoko. Jej, ale będzie fajnie! - zacieszał, zacierając ręce.

   Wyszedłem z pokoju wkurwiony, bo ktoś mnie obudził. A sen miałem całkiem fajny - koncert na Wembley, stadion cały wypełniony fanami, wszyscy już są na scenie, tylko ja rucham się z jakąś panienką. Kurwa, to było takie piękne, takie realistyczne.. ale nie, ktoś musiał mi to przerwać!
- Zaraz, zaraz.. co ja słyszę? - szepnąłem do siebie i przybliżyłem ucho do drzwi pokoju McKagana.
- Michael.. - usłyszałem ciężko oddychającą, wręcz momentami jęczącą Dash, ale kim u diabła jest Michael?! Wbiłem do pokoju, nie zważając na krzyki i protesty kochanków.
- Axl! - McRivery zeszła z blondyna i zakryła się kołdrą.
- Duff?!
- A kogo się spodziewałeś? Erica Claptona? - basista wygiął kącik ust w geście uśmiechu.
- No.. nie, bardziej Jacksona, przecież Dash powiedziała "Michael".
- No ja mam na imię Michael, debilu. - oburzył się. Przyłożyłem dłoń do czoła.
- Faktycznie..! Dash, to już nie mogłaś wysapać "Duff"? Wystraszyłem się.
- Wypierdalaj! - rzuciła we mnie poduszką i zaczęła muskać ustami szyję basisty.
- No niee.. mogę popatrzeć? Ja sobie tu, o tu - usiadłem po turecku przed łóżkiem - usiądę i będę cichutko, jak myszka obserwował Wasze poczynania, co? Kto wie, może później napiszę o tym piosenkę? - uśmiechnąłem się zachęcająco.
- Wypierdalaj, Rose! - krzyknęli oboje.
- A gdybym tak sobie stanął za drzwiami i posłuchał troszeczkę Waszych jęków? To takie podniecające..
- Idź stąd świrze!
- Dobra. Nie to nie.- zrobiłem naburmuszoną minę i skrzyżowałem ręce na brzuchu - I znowu będę musiał oglądać filmy dla dorosłych.. CAŁKIEM SAM! - zaakcentowałem i wyszedłem, trzaskając drzwiami. - Wy nie macie serca!

   - Chłopaki, jesteście pewni, że to dobry rozmiar? - Slash próbował wcisnąć się w kostium "tego od prezentów" .
- Pewnie.. - perkusista zachowywał spokój, ale: - Izzy, pomóż! - Popcorn potrzebował pomocy przy zapięciu guzika. Cała sytuacja wyglądała, jak na żywca wyjęta z komedii : siedzieliśmy w trójkę, w jednej małej, ciasnej przymierzalni, Adler nogę miał opartą o ścianę, przed którą stał gitarzysta, obie ręce na guziku, ja trzymałem ubrania Slasha, bo "pod żadnym pozorem nie mogą leżeć na tej zasyfionej podłodze! Nie wiadomo, kto próbował się tu bzykać."
- Ale jak, przecież ubrania..?
- Oj, jebnij to tam. - wskazał na mały stołeczek w jednym z rogów "pomieszczenia".
- Ja Ci dam "jebnij to tam"! Jeszcze jedno zbędne słowo i Ty zostaniesz świętym Mikołajem!
- Dobrze Saul, nie denerwuj się tak, bo się nie dopniesz.
- Ughh..!
- Wciągnij brzuch.
- Ejj, nie uważacie, że to "I Ty zostaniesz świętym Mikołajem" zabrzmiało trochę jak w reklamie?
- Ale masz zapłon, Izzy. Brawo.
- Nie chciałem Wam po prostu przeszkadzać, Hudson.
- Jasne.
- Dobra, bierzemy to, lepszego rozmiaru nie znajdziemy. Zdejmujesz i zakładasz znowu w domu, czy tak wracasz do Hellhouse?
- Stradlin..
- Ok, rozumiem, że tak wracasz.
- W sumie - westchnął - jak mam się w to cholerstwo później jeszcze raz wbijać, to może rzeczywiście lepiej w tym zostanę. - wyszedł z przymierzalni, ja wyszedłem za nim.
- Saul, a Twoje ciuchy?
- Trzymałeś je tak długo, że te kilka minut w kolejce i droga do samochodu nie powinny Ci sprawić problemu, skarbie.
- Jasne.. o, Adler, potrzymaj. - wcisnąłem szmaty Slasha w ręce perkusisty, wychodzącego z przymierzalni i wesoło podgwizdując ruszyłem w stronę kasy i Slasha bajerującego sprzedawczynię.
- Aaaa, dostałem 25% zniżki, czaisz?! - wyszeptał gitarzysta.
- To normalne, święta są, czym Ty się podniecasz, debilu?
- Taa, no święta, ale świąteczna zniżka wynosi 15%, a ja dostałem 25!
- Zaśpiewałeś kolędę? Powiedziałeś wierszyk do świętego?
- Nie, to zniżka za wygląd, za moją śliczną twarzyczkę.
- Za wygląd, hm.. mogę się z tym zgodzić, nie codziennie w L.A. widzi się Mulata przebranego za świętego Mikołaja, w dodatku w sklepie, ale co do tej Twojej twarzyczki.. no stary, nie wiem, czy przećpane oczy są śliczne.
- Nie mam przećpanych oczu - podbiegł do najbliżej stojącego lusterka i zaczął się przyglądać swojej twarzy. - no jak Boga kocham, nie mam.
- Zacznijmy od tego, czy kochasz..
- Co?
- Nic, tak tylko do siebie gadam.. gdzie ten Adler?
- Jestem, jestem.
- Łoo.. co Ci się stało?
- Co?
- No to .- zaprowadziłem go do lustra, przy którym nadal stał Slash.
- I kto tu ma przećpane oczy? - prychnął.
- Slash, ja nie o oczach mówię, chociaż.. faktycznie - Steven, brałeś coś teraz?
- Nie, no skąd, co miałbym wciągnąć w sklepie?
- Nie wiem, nieważne. Czemu Ty masz granatową twarz?!
- Nie wiem..
- Gdzie jest ten pieprzony blondyn, który mnie podglądał? - usłyszeliśmy nieco piskliwy głos i po chwili naszym oczom ukazała się supermodelka Stephanie Seymour - prawdopodobny powód granatowości Adlerka.
- Ups, mnie tu nie ma i nigdy nie było. - schował się za manekinem.
- Gdzie.. czy ja Was przypadkiem nie znam? - kobieta zatrzymała się przed nami i przejechała palcem po dolnej wardze.
- Możliwe, że gdzieś nas widziałaś - uśmiechnął się Slash. - albo słyszałaś.
- Czekaj, czekaj, Wy jesteście.. jak Wy się nazywacie.. zaraz sobie przypomnę.. - nawinęła kosmyk włosów na palec - wiem! - wskazała na nas palcem, ale natychmiast przyłożyła go do ust, uśmiechaliśmy się, kiwając głowami - Metallica?
- Jezu.. - Adler zza manekina westchnął cicho i uderzył dłonią w czoło.
- Metallica, tak?
- Nie, ale zgaduj dalej.
- Yyym, ok - położyła dłoń na karku i znowu zaczęła bawić się włosami. - Skid Row? - pokręciliśmy przecząco głowami - Bon Jo.. niee, ich ostatnio widziałam, wyglądali inaczej, no nie wiem, Iron Maiden? Led Zeppelin? - Ona chyba nie wie, co mówi, wymienia po prostu zespoły, których nazwy gdzieś usłyszała.
- Nie.
- Queen? - no teraz to pojechała! Nie wierzę. Chyba czas zakończyć ten cyrk.
- Nie, nie Queen. Jesteśmy troszkę młodsi. To może mała podpowiedź, co? - zapytałem.
- Nie! Poczekaj, ja wiem! - pisnęła i podskakując klasnęła w dłonie.
- No, słuchamy..
- Aerosmith!? Tak, Aerosmith, prawda? Od razu poznałam!
- Nie, Aerosmith też nie. Jesteśmy Guns n' Roses.
- Aaa, no tak, głupia ja. - o, serio? - Macie takiego fajnego wokalistę, jak on ma.. ten, no - zaczęła kręcić dłonią - Morrison? Nie, to w Bee Gees. On się nazywał..
- Yyym, wiesz, Morrison to jednak The Doors. - słusznie zauważył "święty".
- Ah tak, The Doors, no przecież. Swoją drogą nieźle się ten Morrison trzyma. A ten Wasz wokalista, to Alex.. Alex..
- Axl. Axl Rose.
- No tak, nie mam pamięci do nazwisk.
- I do zespołów. - szepnąłem do gitarzysty.
- A więc Axl Rose.. przystojny mężczyzna. I taki słodki.. - zrobiła rozmarzoną minę i przygryzła dolną wargę, pomalowanych mocno czerwoną szminką ust.
- Tak, bardzo słodki.. - powiedziałem ironicznie. - nie znasz go, jak się wkurzy, to już taki słodki nie jest.
- No nie wiem, może Wy go znacie lepiej. Ten blondyn, który mnie podglądał też jest od Was?
- Tak, to nasz perkusista, prywatny, domowy pudel.. ale jego tu wcale nie było..! - szybko zaprzeczył Hudson.
- Jasne, miło było Was poznać chłopaki. Pozdrówcie Alexa.
- Axla.
- Tak, właśnie jego. Axla - zachichotała. - i tego podglądacza też. Paa.
- Narka. - odpowiedzieliśmy, próbując odwzorować jej piskliwy i słodki do bólu głosik. - Adler, możesz wyjść. Jak Ty żeś ją podglądał?
- Oj, no normalnie, tyle, że ta zasłona chuj wie czemu farbuje i stąd ta moja granatowa mordka. Ależ irytująca jest ta panienka, nie? Jak można nas pomylić z Zeppelinami albo Queenem? Albo może raczej, jak można ich pomylić z nami.
- Dla nas to zaszczyt.
- Tak, ale to nie zmienia faktu, że Ona jest MEGA GŁUPIA.
- Chodźmy stąd, nie mam ochoty na jeszcze jedną rozmowę z nią, a właśnie się tu zbliża. - powiedziałem i wychodząc, pociągnąłem za sobą przyjaciół.
- Zaraz, a co z Waszymi strojami elfów? - zapytał Saul, gdy wsiadaliśmy do auta.
- Odwiedzimy inny sklep, na pewno nie wrócimy tam, gdzie jest ta cała Seymour.. chyba, że bardzo chcesz, Steve.
- Nie, nie trzeba, jeszcze mnie oskarży, że ją prześladuję, czy coś..

    Myślicie, że elfy mają granatową skórę? - perkusista przyłożył głowę do szyby.
- Już bardziej gobliny, nie Izzy?
- Możliwe.
- Ej, ale ta Stephanie ma niezłą dupę i nogi całkiem.. fajne.
- Czy ja wiem, Adler, to i tak nie zmienia faktu, że wydaje mi się pusta. Jeszcze ten jej piskliwy głosik.. masakra.
- Ej, ale przecież Dash i Brack też są śliczne - aż dziwi mnie, że Izzy o tym nie wspomniał, w końcu Brack jest jego dziewczyną. - i też robiły w tej samej branży, co Seymour.
- Ale kiedy to było, Hudson. Już pewnie o tym nie pamiętają..
- Może. O patrzcie: Świąteczne stroje, prezenty i inne... Izzy, skręć tutaj. - wskazałem palcem na zjazd, prowadzący do sklepu. Gitarzysta zaparkował na parkingu i wyszedł z auta, za nim wyszedł Popcorn.
- Slash, idziesz?
- Zostaję, nie będę łaził w tym stroju po sklepie. - Po 10 minutach muzycy dalej nie wracali, podgłośniłem radio, bo właśnie leciało "Last Christmas" Wham, rozglądałem się na prawo i lewo, obserwując ludzi ganiających do sklepu i wybiegających z niego, aż w pewnym momencie ujrzałem, że z auta, które przed chwilą ktoś zaparkował obok naszego wozu wysiada nie kto inny, jak nasza kochaana, uroczaa, najmądrzeejsza, jedyna w swoim rodzaju Steph Seymour! Ona nas śledzi, czy jaki chuj? Jak ja się cieszę, że nie poszedłem z nimi. Po mniej więcej kwadransie wróciły moje elfy. Weszli pośpiesznie do auta.
- Mamy te kostiumy, kupiliśmy dwa ostatnie. - zacieszał Adler.
- Zgadnij kogo spotkaliśmy..
- Seymour.
- Skąd wiesz? - nie dowierzał Steven.
- Widziałem ją.
- Nie mogłeś nas jakoś ostrzec? Ona ryje mi psychikę. - Stradlin schował twarz w dłoniach. - Pierdolę, wracajmy do domu. - przekręcił kluczyk w stacyjce i pojechaliśmy do Hellhouse.

    - Chłopaki, gdzie Brack? - McRivery zeskoczyła ze schodów i podbiegła do McKagana, siedzącego na fotelu. Blondyn złapał ją za rękę i posadził na kolanie.
- Nie wiem, ale wcześniej słyszałem, jak kłóciła się z Izzym. - wyszedłem z kuchni i rzuciłem się na kanapę.
- Właśnie, a Izzy, Adler i Slash? Gdzie ich wszystkich wymiotło? Przecież już prawie 20! Trzeba zacząć już wszystko ustawiać, pomożecie mi?
- Jasne, tylko mów, co mamy robić.
- Na początek mnie puść. - uśmiechnęła się, basista mocniej zacisnął ręce na jej brzuchu i z uśmiechem spojrzał głęboko w jej niebieskie oczy.
- Muszę?
- Nie, ale jeśli będziemy tu tak siedzieć, to będziesz głodny.
- Mogę być. Zresztą, kto powiedział, że nic nie zjem? Axl, poradzisz sobie sam? - rzucił mi pytające spojrzenie. Wstałem z kanapy.
- Pewnie, tylko Dash będzie mnie musiała trochę poinstruować.
- Słyszałaś? Powiesz mu tylko, co ma zrobić i On to zrobi, wszystko przygotuje! - Duff odgarnął włosy zakrywające szyję oraz dekolt dziewczyny i zaczął składać pocałunki na miejscach jeszcze chwilę temu zakrytych blond włosami. Zostawiłem ich i poszedłem do kuchni. Wyjąłem talerze, wziąłem sztućce i wróciłem do salonu.
- Dash, a gdzie ja właściwie mam to rozkładać?
- Nie wiem, zmieścimy się w salonie?
- Chuj, rozkładaj to tu, najwyżej się przeniesie. I idź już, proszę. - basista.. no jednym słowem zaczął macać blondynkę. Wróciłem do kuchni, zaniosłem do pokoju wszystko, co było przyszykowane.
- Dash, a ciasto?
- Ciasto nie.
- Ok. - nigdzie nie mogłem znaleźć alkoholu, więc stając przy wyjściu, znowu krzyknęłem - Daaash, gdzie wódka? - dziewczyna przewróciła oczami.
- To pytanie chyba do Duffa, nie? W lodówce. Daniels w szafce. Czegoś jeszcze nie wiesz?
- Nie, wszystko już wiem. Nie przeszkadzajcie sobie, gołąbeczki.
- Zaraz znowu przylezie.. - gitarzysta położył głowę w zagłębieniu szyi dziewczyny, Ona gładziła jego włosy.
- Na pewno.
- Daash!
- Co?!
- A nic, sprawdzam łączność. - zaśmiałem się.

   Axl krząta się po kuchni, a ja i Dash mamy czas dla siebie, no chyba, że ta sierota ma pytania. Usłyszałem silnik samochodu i do domu wbili zaginieni: Steven, Izzy i.. Slash? Tak, to chyba On.Tylko czemu jest przebrany za świętego Mikołaja? Nieważne.
- Jest Brack? - Stradlin wszedł do kuchni.
- Nie ma.
- Cholera jasna.. - szurając nogami poszedł na górę. Slash wyjął z lodówki puszkę coca coli, otworzył ją, wszedł do salonu i upadł na fotel, zanurzając usta w napoju. Adler z jakąś paczką poszedł do łazienki.
- Slash, właściwie czemu Ty jesteś przebrany za świętego Mikołaja?
- Bo są święta, Dash.
- Ok, ale czemu akurat Ty, a nie Popcorn albo na przykład Duffy?
- Właśnie, dlaczego nie ja?
- Nie nadajesz się.
- Pff, bo Ty się nadajesz.
- Słyszałem, że tak. Znaczy, prawie się nadaję. Zazdrościsz, nie? Mam własne elfy.
- Co?
- No elfy mam. Prywatne. Dwa.
- Co? - powtórzyłem.
- No Izzy i Steve robią za moich pomocników. - wyszczerzył zęby.
- Hudson, bierz mi stąd te buciory! - Rose ręką zepchnął ze stołu nogi gitarzysty.
- A renifery gdzie masz?
- A renifery zrobię sobie z Ciebie i Bracket. - uśmiechnął się.
- No na pewno.. nie pozwolę z mojej Dash zrobić jakiegoś renifera. No chyba, że mojego. - spojrzała na mnie z wyrzutem, delikatnie musnąłem jej usta - No przecież żartuję. - dalej patrzyła na mnie, jak wcześniej - Wesołych świąt, kochanie! - rozłożyłem ręce i wyszczerzyłem zęby.
- Idiota.. - pocałowała mnie. Adler wyszedł z łazienki, dopiero teraz zauważyłem, że ma granatowy ryj.
- Saul, to się nie zmywa. - zrobił smutną minę. Zabawnie wygląda w tym zielonym stroju elfa. - A jak ja już taki zostanę?
- Trudno, będziesz miał nauczkę, żeby więcej nie podglądać. No i dalej będziemy Cię kochać.
- Kogo On podglądał? - zapytała blondynka.
- Aaa zgadnij.
- No nie wiem. Ciebie?
- Nie. Stephanie Seymour. A właśnie, Axl, masz pozdrowienia.
- Co? Ale.. no jak? Gdzie Wy ją spotkaliście?
- W sklepie, jak szukaliśmy dla mnie stroju. Poszliśmy z Izzym do kasy, a ten niewyżyty seksualnie pudel poszedł gdzieś pod przymierzalnie, w której była Steph i nawet nie chcę wiedzieć, co prócz podglądania tam robił..
- Zamknij się, musiałbym mieć Twój charakter.
- Jakie pozdrowienia? Od kogo? - rudzielec wynurzył się z kuchni.
- Od Stephanie Seymour, maleńki.
- Od kogo?
- Od tej supermodelki, no Stephanie Seymour, Axl,przecież wiesz, która to.
- No coś kojarzę. Ale co.. przecież Ona mnie nie zna, to jakie pozdrowienia? - usiadł na oparciu fotela, w którym siedział Slash.
- Osobiście może Cię nie zna, ale.. uważa, że jesteś przystojny i taaki słodki, nie Adler?
- No pewnie. Boże, Ona jest taka tępa.. Axl, bierz się za nią, mózgi macie podobne.
- Bardzo śmieszne, Steve. Bardzo.
- No ja się uśmiałem.
- Tak? A spójrz w lustro.
- Spadaj.
- Chłopaki, no nawet w Wigilię musicie? Slash, bo dalej nie rozumiem, skąd u Stevena ten granatowy kolor?
- A więc już Ci mówię Dash.. nic niezwykłego, poprostu zasłona farbowała. W ogóle - Kudłaty zaczął się śmiać . - rozwala mnie to, co powiedziała.
- Czyli co? - zapytał Rudy.
- "Morrison całkiem nieźle się trzyma."
- Przecież On od 16 lat nie żyje. - słusznie zauważyła Dasshy.
- A dla Seymour żyje i ma się dobrze. Szkoda mi jej, żyje w takim kłamstwie, biedaczka.. To kiedy jemy?
- Wołaj swojego drugiego elfa i zaczynamy. - powiedziałem. Dash walnęła mnie w ramię.
- A Brack? Nie zaczekamy a nią?
- Pewnie zaraz przyjdzie. Izzy, elfie! Złaź na dół. - krzyknął Slash. Rytmiczny zszedł tak jak wszedł, czyli szurając nogami, z głową spuszczoną ku dołowi, ale już w stroju pomocnika świętego Mikołaja. - Gdzie Twoja dziewczyna?
- Nie wiem. - smutny usiadł przy stole. - Zaczynamy bez niej?
- Oj, na pewno zaraz wróci. Głodny jestem, dzielmy się już tym opłatkiem. - zachęcił Axl. Złożyliśmy sobie życzenia, zjedliśmy, dobraliśmy się do alkoholu, Slash poszedł pod choinkę.
- Ho ho ho! Elfiki moje, czy są tu jakieś grzeczne dzieci? - mówił niskim głosem. - Oj, elfie Izzy, nie smuć się tak, Twoja księżniczka zaraz wróci.
- Oby..
- Dobra, rozdawaj te prezenty, przygłupie!
- Uuu, ktoś tu dostanie rózgę i tym kimś będzie wredna RUDA MAŁPA!
- Ty, święty! Ty się lepiej nie odzywaj i dawaj prezenty!
- Nie ma mowy, Ty nie dostaniesz, jesteś niegrzeczny!
- Wal się, poczekam, aż pójdziesz spać. - uśmiechnął się i przyłożył butelkę Danielsa do ust. Slash chwycił jeden z prezentów. - O, to dla Adlera.. chcesz teraz?
- Dawaj. - zacieszał.
- Ten jest dla.. o! Dla mnie! Wzruszyłem się.. - Hudson udał, że wyciera łzę. W tej chwili do domu weszła Bracket. Izzy wstał z podłogi, zdjął z głowy zieloną czapkę i natychmiast podszedł bo brunetki, objął ją w pasie i spojrzał w jej oczy.
- Gdzie byłaś? Martwiłem się.
- Przepraszam. I za tą dzisiejszą kłótnię też przepraszam. Nic nie zrobiłeś, a ja się na Ciebie wydarłam.. - spuściła wzrok, chłopak uniósł jej twarz, chwytając delikatnie za podbródek i chciał pocałować, ale się odsunęła - Mam coś dla Ciebie, Izzy - wyciągnęła pudełeczko, wręczyła je gitarzyście i przytuliła go - wesołych świąt, kochanie.

_______________________________________________
Taki mały prezent - miał być fajny, a wyszedł.. sami oceńcie. A ja idę spać xd dobranoc. I sorry za błędy lub niezrozumiałe fragmenty (jak są). 

Eee, tak wgl ten blog o Bieberze już nie istnieje ( ;D ) , nie wiem, czy wspominałam.. XD

Dash.

czwartek, 19 grudnia 2013

..Sweet home Alabama, Lord, I'm comin' home to you.. - czyli chyba wracam.

Jestem! Przepraszam za moją zbyt długą nieobecność, cholernie się z tym czuję. Serio. 
Ale zrozumcie - ostatnia klasa gimbazy, egzaminy próbne, jakieś projekty i Bóg wie, co jeszcze. Tym nauczycielom się w dupach poprzewracało. No ale it doesn't matter. Mam nadzieję, że skoro już prawie święta i do szkoły wracamy 7 stycznia, to może uda mi się nadrobić zaległości.. jak będę zarywać noce. xd 
Starałam się odpisać na każdy komentarz, ale było ich tyle, że jeżeli na czyjś nie odpowiedziałam, to przepraszam. Możecie mi to zgłaszać, nie obrażę się. A i kolejnymi komentarzami nie pogardzę. :D Więc komentujcie w miarę możliwości. Jeszcze tylko 76 komentarzy i dobijemy do 900! :D
Dziękuję, że o mnie nie zapomnieliście, że piszecie, domagacie się kolejnych rozdziałów i że jesteście.

btw. planuję mały prezent na święta, taki bonusik, mam nadzieję, że zdążę. 
   
Wiem, że o czymś zapomniałam, tylko nie wiem, o czym. Trudno, zrobię reedit.  
Kocham Was.
Dash.

sobota, 2 listopada 2013

R. 51

ROZDZIAŁ 51

   Pierwsza noc minęła bez większych ekscesów, nawet Brack przespała ją całą spokojnie, leżąc przy moim boku (nieświadomie, ale zawsze). Był tylko jeden problem - kiedy wszedłem do domku, biedny Steve uciekał i chował się przed wredną Mary. Aż mi się go szkoda zrobiło. No i nie dają mi spokoju koszmary Duffa. Obudził się raz, czy dwa, wrzeszcząc (co dziwne, nikt prócz mnie go nie słyszał). Nie wszyscy już wstali, moja brunetka siedziała przed domkiem, więc postanowiłem do niej wyjść.
- Cześć. - rzuciłem, siadając na bujanym fotelu, stojącym na czymś w stylu tarasu, czy też może bardziej werandy.
- Hej. - odpowiedziała krótko. Wygląda tak ślicznie w jasnych, krótkich szortach, w za dużej (bo mojej) bluzce z logo Rolling Stones i włosami spiętymi w kucyk.
- Mogę? - zapytałem, wskazując kubek stojący na poręczy przed dziewczyną. Kiwnęła głową. Zbliżyłem naczynie do ust i gdy otworzyły się drzwi, nie mogłem uwierzyć. Z tej mojej niewiary mało nie zadławiłem się herbatą! Z domku wyszedł sam Saul Hudson! Skąd On się tu w ogóle wziął? - Bracket? Co było w tej herbacie?
- Nie wiem, ale na mnie chyba też zadziałało.
- Weź mnie uszczypnij. - dziewczyna spełniła moją prośbę, szczypiąc mnie w przedramię. - Aałł! Ale nie tak mocno. - rozmasowałem obolałą rękę. 
- Przepraszam, ale chciałeś.. - spojrzała na mnie wzrokiem pełnym wyrzutów sumienia.
- Cześć. - powiedział krótko Mulat, unosząc przy tym lekko otwartą dłoń.
- Cześć? - odparliśmy razem. - O kurwa - złapałem się za głowę - mocna ta herbata musiała być! Ja nie tylko widzę, ale i słyszę człowieka, który siedzi w areszcie kilka godzin drogi stąd! - z niedowierzaniem, pełen wątpliwości potrząsnąłem kilka razy głową, przetarłem oczy myśląc: Spoko, otworzę oczyska i będzie dobrze, przecież go tu nie ma. To jakaś ściema. Ale jak się okazało, nawet owe przetarcie oczu i kilka mocniejszych potrząśnięć głową nie wystarczyło, bo Saul nadal stał przede mną i szczerzył zęby.  
- Noo.. cześć, hej, siema, hejo, hejka, witajcie, dzień dobry, serwus, się macie..?! Co jeszcze mam powiedzieć, żebyście zrozumieli? - zaatakował nas chyba każdym możliwym powitaniem, a my i tak staliśmy wryci. Dosłownie jak byśmy zobaczyli ducha. - Czołem skurwiele! - no nie, nie każdym. - No powiecie coś, czy będziecie tak stać? Ej? No.. - uciął i pomachał nam dłońmi przed oczami.
- Slash? - niepewnie zapytała dziewczyna. Chłopak delikatnie pokiwał głową, odwracając twarz lekko w lewo, a jego usta układały się w coraz śmielszy uśmiech. - Slash! Co Ty tu robisz? - nagle rzuciła mu się w ramiona. 
- No.. jestem.
- Ale jak? Dlaczego? A areszt?
- Oj Izzy, jak się ma znajomości, to nawet z aresztu da się wyjść. - zażartował. A przynajmniej jego zachowanie na to wskazywało.
- Slash, a jakie Ty masz znajomości? - brunetka oderwała głowę od jego torsu, następnie uniosła ją do góry, by zmierzyć gitarzystę dociekliwym wzrokiem. Chłopak pogładził jej włosy i uśmiechnął się.
- Martin mnie wyciągnął. Głównie dzięki Dash i McKaganowi.
- Co? To Dash i McKagan o tym wiedzieli? Czy tylko my nie wiedzieliśmy, że Cię wypuścili i że przyjechałeś? - zapytała dziewczyna.
- No gdyby nie Oni, nie wyszedłbym tak szybko, albo nie wyszedłbym wcale. Poza Wami i nimi tylko Axl wie, że tu jestem. No, i Martin, ale przecież go tu nie ma.
- Tylko. - prychnąłem. - Czyli wychodzi na to, że tak na dobrą sprawę teraz tylko Steven nic nie wie.
- Tak? No możliwe. - zacieszał.

   Przed chwilą się obudziłem. Ku mojemu zdziwieniu spałem na podłodze.. i chuj wie czemu, na moich kolanach spoczywała głowa Mary!
- Adler, Adler - szturchnąłem rękę perkusisty, zwisającą z łóżka. - weź, z łaski swojej ze mnie swoją kobietę.
- Coo? - Wybudzony ze snu Steven podniósł głowę.
- Ej, Steve, z drugiej strony jestem.
- Aa.. - odwrócił łeb w moją stronę i spojrzał nieprzytomnym wzrokiem. Wyglądał jak taki słodki, nieogarnięty pudel. - AAA! - wrzasnął. - Co Ona Ci robi?!
- No właśnie to próbuję ogarnąć. Leży na moich kolanach, tylko nie wiem dlaczego, ale dojdę do tego, bo boję się, że w nocy mogła mnie wykorzystać. Takie z niej zwierzę drapieżne!
- Ciebie. Dobrze, że nie mnie. - wtulił głowę w poduszkę. - Dobranoc.
- Pudlu, dobranoc? Noc? Jest po dziesiątej! Rano!
- Iii..? - poduszka stłumiła pytanie blondyna. 
- Śniadanko! - klasnąłem i zacząłem zacierać ręce.
- Śniadanko? - ponownie uniósł głowę - Jest śniadanko? -  zapytał z zacieszem na ryju.
- Noo nie, trzeba zrobić..
- Spoko, obudź mnie jak już zrobisz. - włożył ręce pod poduszkę i zakończył rozmowę, dosłownie wciskając głowę w poduchę. No ale przecież ja nie będę robić śniadania. O nie, nie, nie. Nie jestem kucharką, pomyślałem więc, że obudzę Duffa lub Dash. Poszedłem do pokoju obok, bo w tym ich nie było.
- Dash, Dasshy. - szepnąłem, szturchając ramię blondynki śpiącej na brzegu łóżka.
- Axl, spierdalaj stąd. - syknął basista. - Daj spać.
- Śpij, nie Ciebie budzę. - odparłem półtonem.
- Zostaw ją, co chcesz? - zsunął moją dłoń z ciała dziewczyny. 
- Chcę żeby mi coś zrobiła.
- Sam sobie zrób!
- No nie mogę.
- Twój problem, Ona niczego Ci nie będzie robić.
- Ale to tylko śniadanko. McKagan, spokojnie, ja wiem o czym sobie pomyślałeś. Znam Cię. Ale to nie to. - wyszczerzyłem zęby i rozczochrałem i tak już potargane włosy gitarzysty. Swoją drogą, ciekawe co Oni robili, że On taki potargany jest..
- Niczego sobie nie pomyślałem.
- Taa, jasne, wmawiaj to sobie.
 - No o niczym nie pomyślałem. A śniadanie sam sobie zrób. Albo poproś Brack, ewentualnie Mary, chociaż jej to bym nie radził, chyba, że chcesz, żeby Cię przypadkiem otruła. Dobra, dobre rady udzielone, a teraz spieprzaj. Życz mi słodkich snów. Albo zboczonych. Jak wolisz. - odwrócił się i schował głowę pod poduszkę.
- Dobra, idę. Zboczonych snów, McKagan. - wyszedłem z pokoju w poszukiwaniu Brack, bo rzeczywiście, spożycie posiłku, zrobionego przez Mary mogłoby być ryzykowne. Swoją drogą śniło mi się chyba, że Slash tu był. A może to nie był sen? Czułem jego obecność, dotyk. Kurde. Zszedłem na dół po drewnianych schodach i wyjrzałem przez uchylone drzwi. Stradlin, wyglądający na głęboko zamyślonego, w miarę możliwości bujał się na fotelu, popijając herbatę, a Bracket przytulała się do Hudsona. Hudson! Czyli to nie był sen! O kurwa. A ja mu powiedziałem, że go kocham.
- Cześć wszystkim. Ktoś chętny zrobić mi śniadanko? - uśmiechnąłem się szeroko i zatrzepotałem rzęsami, nawijając kosmyk swoich zajebiście rudych włosów na palec.
- A co Axelku? Rączek nie masz? - zapytał rytmiczny.
- A no nie mam.
- To spieprzaj do McRivery i McKagana. - warknął.
- Coś Ty taki nieprzyjemny? Byłem u nich, ale Duff mnie wyjebał i kazał zostawić Dash..
- Duff Cię.. - na twarzy Slasha pojawił się dziwny uśmiech. - WYJEBAŁ? - Powoli kiwnąłem głową, ale za chwilę zorientowałem się, o co mu chodzi i zacząłem kręcić nią przecząco.
- Nie w tym sensie, Saul! Wyjebał, ale nie tak, jak myślisz. Slash, zboczeńcu, no z czego się tak śmiejesz?
- Z niczego. Powiedz mi tylko, czy bolało.
- Nie. Ej! Ale czemu miałoby boleć? Nie wyruchał mnie przecież!
- Sam przed chwilą powiedziałeś, że Cię wyjebał.
- Ale nie w dupę! Znaczy.. ugh! Nie doszło między nami do żadnego stosunku! Saul, rozumiesz? Nie było seksu analnego - chłopak chciał coś wtrącić, ale go uprzedziłem. - i oralnego też nie! Saul, żadnego. Ż A D N E G O. Żadnego. Żadnego. - powtarzałem ciągle, chodząc w kółko i gestykulując. Przyjaciele zaczęli się ze mnie śmiać. Zatrzymałem się i spojrzałem po kolei na każdego z nich. - Co?
- Nic, nic. - odpowiedział kudłaty gitarzysta, tylko On był w stanie cokolwiek powiedzieć. Izzy i Brack prawie pękli ze śmiechu. - Chodź, zrobimy to śniadanie. - Wróciliśmy do środka i poszliśmy do kuchni. - Wiesz Rudy, gdybyś siedział w areszcie z jakimś kolesiem i nie miał kogo nawet pocałować, to też słowo "wyjebał" kojarzyłbyś tylko z jednym. 

   Po wizycie Rose'a, dalej walnąłem się spać. Nie mogłem zasnąć, wyjąłem głowę spod poduszki, spojrzałem na zegarek wiszący na ścianie, naprzeciwko łóżka. Obraz mi się rozmazywał. Przetarłem oczy. 11:17. No pięknie. Pół dnia stracone. Spojrzałem na blondynkę. Może i stracone, ale w końcu Dash śpi obok. Nie jest tak źle. - pomyślałem. Tylko kurwa dobrze byłoby już wstać. Trzeba pomyśleć nad jakimiś atrakcjami, żeby przez cały dzień nie siedzieć na dupie w chacie. Wyszedłem z łóżka tak, żeby nie obudzić Dasshy i powędrowałem na dół w poszukiwaniu mojej torby z ciuchami. Była w salonie. Albo raczej - saloniku. Małe to cholerstwo. Ale przytulne, jak na pomieszczenie w domku osadzonym praktycznie w lesie. Wyjąłem z torby między innymi skórzane spodnie i poczłapałem do łazienki. Umyłem się, ubrałem i wróciłem do salonu. Rudy i Slash urzędowali w kuchni, co wyglądało nieco chaotycznie - wszędzie porozwalane żarcie, brudne talerze, nawet nie wiem jakim cudem w tak krótkim czasie zabrudzili ich tyle! Mimo chaosu i dzikich wrzasków chłopaków, odważyłem się zapytać:
- Co robicie?
- Śniadanko! - Axl entuzjastycznie zaklaskał w ręce.
- Taa.. - smętnie dodał Slash. - Syf się zrobił, żarcia tyle, jak dla tabunu żołnierzy, wracających z poligonu, kto to zje? I kto posprząta? - zaczął marudzić.
- No my! My to zjemy! - entuzjazm wokalisty mnie powala. Z czego ten chuj tak się cieszy? No gorzej niż Adler. - A do sprzątania zatrudnimy ukochaną Stevenka. W końcu COŚ tu robić musi, nie? No, mądry ja. - rudzielec pogłębił się w samouwielbieniu, wychwalając siebie i wszystkie swoje czyny. Przykład? Proszę bardzo:
- Axl, co będzie na śniadanie? - zapytałem.
- Jajecznica, zrobiona przeze mnie, do tego kanapeczki z : serem, pomidorem, ogórkiem, ewentualnie dżemem-również mojego autorstwa (!) oraz herbata lub kawa-jak kto woli- też zrobiona przez moją niewiarygodnie skromną osobę..
- A w takim razie, co robił Slash?
- Nic, ja tylko.. - zaczął.
- Łaziłeś za mną ze ściereczką i marudziłeś, że syfię. - wtrącił Rose, Mulat przewrócił oczami.
- .. ja tylko poprawiałem to, co Axl spieprzał, czyli dosmażyłem jajek, bo Rudy zrobił porcję jakby tylko dla siebie, dałem więcej masła na kanapki, bo Rose stał się strasznie oszczędny i - zamieszał termosem - posłodziłem herbatę, bo ktoś tu o tym zapomniał.   
- Ale i tak głównie łaziłeś ze ściereczką. - wokalista zostawał przy swoim.
- Dobra, wszystko gotowe? Można jeść? - spojrzałem na chłopaków.
- Na mnie nie patrz. - Hudson uniósł ręce do góry. - W końcu to Axl jest tu WIELKIM kucharzem i doskonale o wszystkim wie. - dodał z przekorą w głosie. Zwróciłem się wyłącznie do Axla, chłopak wzruszył ramionami.
- To ja idę ich obudzić.. - poszedłem na górę. 

   - Dash - ktoś dotknął mojego ramienia. - wstawaj, śniadanie. - otworzyłam oczy, Duff delikatnie odsłaniał mi twarz z włosów, które ją zakryły.
- Ale śniadanie..  mam zrobić? - zapytałam mało ogarnięta, no ale przecież dopiero wstałam.
- Nie! Nie, nie.. - uśmiechnął się. - Wszystko już jest, więc za 10, no góra 15 minut widzę Cię na dole, mała. - basista wyszedł z pokoju i poczłapał do pomieszczenia obok. Usłyszałam krzyki Mary, typu "Wyjdź stąd! Nie jestem ubrana!" , "ZBOCZENIEC! Steven, zrób coś!" a po chwili śmiech McKagana, wyrzuconego z pokoju, oczywiście przez "uroczą" kioskarkę, wyklinającą pod adresem gitarzysty. Chłopak zszedł na dół. Zeszłam za nim, wzięłam z salonu torbę z ubraniami i wróciłam na górę, do łazienki. Umyłam się i kiedy stałam w samej bieliźnie Mary postanowiła wbić mi do łazienki. Drzwi oczywiście były zamknięte, ale kobieta nie dawała za wygraną i krzyczała, szarpiąc klamkę.
- Wpuść mnie gówniaro!
- No chyba śnisz. - jęknęłam. - Muszę się ubrać.
- Otwórz drzwi!
- Nie.
- Otwórz.
- Jezu.. - przekręciłam klucz. - Zadowolona? - odwróciłam się i zaczęłam szperać w torbie.
- Bardzo. Tylko gdybyś tak jeszcze wyszła..
- Jasne.
- No więc.. - wskazała drzwi.
- Nie.
- Nie?
- Nie, nie wyjdę, póki się nie ubiorę.
- To się ubieraj. Szybciej! Nie mam czasu.
- Nie masz czasu? A co niby robisz, hę? Dołujesz Stevena? Tylko to potrafisz.
- Nie Twoja sprawa co robię. Ja się w Twoje życie, dziecko nie wtrącam. 
- Oh, skończ już.. - pospiesznie wyszłam z łazienki, zabierając ze sobą wszystkie swoje rzeczy.  Na korytarzu trafiłam na Pudla, który we mnie wpadł. Jak zwykle z zacieszem na twarzy.  Oczywiście stałam w bieliźnie.
- O Dasshy, jak Ty ślicznie dziś wyglądasz.. - przyjrzał mi się dokładnie, a jego usta wyginały się w dziwny uśmiech.
- Daruj sobie. Wyglądałabym o niebo lepiej, gdybym się ubrała..
- To w czym problem? Czemu się nie ubrałaś?
-  Czemu? Bo Twoja towarzyszka życia wpieprzyła mi się do łazienki, bezczelnie mnie poganiając! - wykrzyczałam, gestykulując.
- Nie przejmuj się, tak jest dobrze. Jak dla mnie możesz chodzić nawet nago. - zaśmiał się i objął mnie w pasie. Walnęłam go lekko w głowę.
- Niestety, przy Tobie chodzić nago nie może. To byłoby dla niej niebezpieczne. - McKagan wyszedł z pokoju.
- Niebezpieczne? - zapytał perkusista, nie wypuszczając mnie z rąk.
- No tak. Taki niewyżyty pudel, który nie ma nikogo, kogo mógłby bzykać, nie przepuści żadnej okazji, czyż nie? - wyjaśnił.
- Wiesz Duff? Rozgryzłeś mnie, nie przepuszczę żadnej! - śmiejąc się szaleńczo złapał mnie za tyłek. Basista natychmiast oderwał ode mnie jego ręce i spojrzał na chłopaka wzrokiem, z którego można było wyczytać : Nie rób tego. Nie masz prawa. - Spokojnie obrońco, spokojnie, nie zgwałcę jej.
- No nie wiem. Dash, idź się ubrać. - posłał mnie do pokoju i zszedł z blondynem do kuchni.   

   Zebraliśmy się wszyscy w kuchni. Niby miło i fajnie, ale Dash musiała poruszyć temat wczorajszej butelki Beam'a.
- Mary, nie wiem, czy pamiętasz, ale wczoraj wylałaś zawartość NIENARUSZONEJ butelki Jima Beam'a i ..
- Iii..? - przerwała kobieta.
- I chcę Ci uświadomić, że Twoim zasranym obowiązkiem jest mi ją odkupić.
- Moim przepraszam czym?
- Obowiązkiem. Wylałaś-odkupujesz, proste?
- A czemu ja? Kim Ty w ogóle jesteś dziecko, by mi rozkazywać? - zdenerwowana uniosła głos, który stał się nieco piskliwy.
- Słuchaj, odkupujesz, albo wylatujesz, dotarło?
- Może.
- Może? To już - złapała ja za przedramię - bierz kasę i zasuwaj do najbliższego sklepu z alkoholem! - popchnęła ją przed siebie.
- Nie ma mowy, sama nie pojadę! Nie znam się na tym Waszym winie..
- Jim Beam to NIE WINO. - odpowiedziała z zażenowaniem blondynka. - Steve, pojedziesz z nią?
- Muszę?
- Nie musisz.
- To dobrze. - odetchnął z uśmiechem, odstawiając kubek z herbatą.
- Ale.. - McRivery stanęła za perkusistą siedzącym na krześle i oparła ręce na jego ramionach. - ..Cię o to proszę.
- Dobra, ale jedziesz z nami. Tak do towarzystwa.
- No niech Ci będzie.
- I jedziemy Twoim autem, nie tym różowym gównem Mary, bo wstyd! - Adler podszedł do drzwi, Mary pierdoliła coś pod nosem.
- Ok. - odpowiedziała śmiejąc się Dash. Cała trójka wyszła z domu. Usiadłem na podłodze obok Duffa. Chłopak wyjął z kieszeni fajki, otworzył pudełko i wyciągnął je w moją stronę, poczęstowałem się papierosem i podziękowałem, basista również wziął jednego, włożył w usta i sięgnął do kieszeni swojej koszuli. Chyba nie znalazł tego, czego szukał, bo przewrócił oczami i rękoma zaczął poklepywać kieszenie spodni.
- Ty, Izzy, masz ognia? - wycedził z papierosem w ustach.
- Nie, chyba.. - przeleciałem kieszenie. - Nie.
- Chłopaki?
- Ja nie mam. - odezwał się Axl siedzący z Saulem na schodach.
- Poczekajcie, ja mam. - oznajmił Mulat. Zaczął sprawdzać kieszenie. Nic. Pusto. Wstał i podszedł do okna, przy którym, na ścianie wisiała jego ramoneska. Wsadził dłoń do kieszeni. Wyjął i nic. Obmacał dokładnie kurtkę. - A nie, jednak nie mam.
- Kurwa, Izzy! - blondyn spojrzał na mnie, nadal siedział z papierosem w ustach.
- Myślisz, że jeszcze są?
- Nie wiem, samochodu jeszcze nie słyszałem.
- Módlmy się, aby byli! - wstaliśmy z podłogi i pospiesznie wybiegliśmy z domku. - Dash! - dziewczyna dopiero wsiadała do auta.
- Co jest?
- Masz zapałki, czy coś?
- Nie, a co, palić się zachciało i nie ma ognia?
- No. - odpowiedzieliśmy chórem.
- Nie mam.
- Nosz kurwa mać. - załamałem ręce. - To kupcie i wracajcie szybko.
- Jasne. 

   W drodze do sklepu byliśmy świadkami wypadku. Policja, straż, karetka.. dwa samochody. Jeden-większy, czarny, w stylu busa, roztrzaskany na drzewie, drugi-czerwony, który zapewne dachował, leżał do połowy w rowie. Straż rozcinała karoserię czarnego auta, by wyjąć ciało kierowcy. Dash powoli przejeżdżała przez miejsce zdarzenia, by w końcu zatrzymać się kilka metrów przed wypadkiem. Policjant nadzorujący ruchem podszedł do wozu dziewczyny i kazał odjechać. Ta przez chwilę jakby nie słyszała, co mundurowy do niej mówi. 
- Dash - położyłem rękę na jej kolanie, dziewczyna, jak wybudzona z jakiegoś transu, potrząsnęła głową i spojrzała na mnie. - jedź.
- Tak.. tak. - kiwnęła głową i przekręciła kluczyk.
- Jak myślicie, co tam się stało? - zapytała Mary.
- A nie widziałaś? Wypadek był. - warknęła blondynka.
- Naprawdę? To dobrze, że powiedziałaś, bo chyba bym nie zauważyła. - prychnęła.
- Cieszę się, że mogłam Ci jakoś pomóc. - uśmiechnęła się sztucznie. - Po chuj zadajesz tak tępe pytania?
- Nie wiem.
- To się nie odzywaj.
- Nie będę.
- I dobrze!
Po 25 minutach dojechaliśmy do najbliższego sklepu –jak się okazało - wielobranżowego Dash, została w samochodzie, ja i Mary poszliśmy do sklepu. Kobieta wydawała się nie odnajdywać w tej sytuacji, błądząc między półkami, zachowywała się jak dziecko we mgle.
- Steven, czego ja miałam szukać? – zapytała zakłopotana, rozglądając się dookoła.
- Wódki, Danielsa i przede wszystkim Jima Beam’a.
- Co.. o Boże! – schowała się za mną i spuściła głowę w dół.
- Co się stało?
- Powiedz mi, że się przewidziałam.
- Ale co? Kogo zobaczyłaś? – nieco spanikowałem, bo od razu przypomniał mi się Jeremy.
- Powiedz mi, czy tam jest mój mąż? – zapytała drżącym głosem, wskazując na wejście do budynku.
- Nie wiem, nie znam Twojego męża. Masz męża?!
- Mam.
- Nie jesteś rozwódką?
- Widzisz, tak jakoś.. no nie. – ściszyła głos.
- Zajebiście, to mnie tu nie ma i nigdy nie było! – ruszyłem przed siebie.
- Steven, ale kochanie, nie zostawiaj mnie. Steven! Steve.
- Eh.. Adler, będziesz tego żałować. – powiedziałem do siebie. Przypomniałem sobie, jak Axl kiedyś mówił, że pobił go jakiś gach pewnej dziwki, z którą zresztą chyba chciał być. Odwróciłem się na pięcie. – Co?
- No proszę, nie zostawiaj mnie samej..
- Nie jesteś sama. Jesteś w sklepie. Tu jest mnóóóstwo ludzi.
- Steve. Proszę. Ja się go boję.
- Boisz się? Ale czego? Przecież to Twój mąż.
- Ale On mnie bił. Dlatego od niego odeszłam.
- Wiesz, przykro mi, że Cię to spotkało, ale co ja mam do tego? Co mam zrobić?
- Po prostu tu bądź.
- Ale..
- Moją córkę też bił.. i nie tylko.
- Co znaczy nie tylko? Mary? – oczy kioskarki nagle zrobiły się szkliste. – Co znaczy nie tylko? Odpowiedz.
- On.. – zaczęła płakać, pierwszy raz zrobiło mi się jej szkoda, dlatego ją przytuliłem. - .. ja nie mogłam nic.. nie mogłam nic zrobić. Kilka razy wylądowałam w szpitalu, ale i tak najbardziej skrzywdził naszą córkę. Ja naprawdę chciałam go powstrzymać, ale nie mogłam, naprawdę. Nie potrafiłam, nie.. – tłumaczyła, łkając.
- Spokojnie.. – kątem oka zobaczyłem, że jej mąż idzie w naszym kierunku. Odsunąłem ją od siebie. Jak mam dostać w ryj, to już mimo wszystko lepiej, żeby On nie dostała.
- Kogo moje piękne oczy widzą? Mary, kochanie! – wysoki brunet, około 50-tki nachylił się, by pocałować żonę w policzek. – Dlaczego płaczesz? – otarł łzę z jej twarzy. Kobieta ostrożnie odchylała głowę do tyłu i zapewne bojąc się uderzenia, przymknęła oczy. – Czy ten młodzieniec coś Ci zrobił, skarbie? – położył dłoń na jej ramieniu i spojrzał na mnie, jak na mordercę. – Pytałem, czy coś Ci zrobił! – szarpnął nią tak, że prawie straciła równowagę.
- Ej! A może mną tak szarpniesz? – zareagowałem na nagły przypływ agresji.
- Z chęcią! Ale może później, najpierw zajmę się SWOJĄ żoną, powinna wiedzieć, gdzie jej miejsce. – ponownie zaczął nią szarpać, wrzeszczał a ludzie robiący zakupy nawet nie zareagowali, nie słyszeli? A może nie chcieli nic usłyszeć? Kurwa, czy tu nie ma nawet ochrony?

   Jezu, jakoś długo ich nie ma. Nie chcę siedzieć tu sama, za dużo myślę. Ciekawi mnie ten wypadek. Wyszłam z auta i weszłam do sklepu. Nudną, słodką muzyczkę, lecącą z radia zagłuszały jakieś krzyki. Ale o co chodzi? Sprzedawczynie stoją normalnie przy ladach, klienci też zachowują się spokojnie, to co jest? Weszłam w głąb i między półkami z włoskim winem, a psim żarciem (dziwny układ mają w tym sklepie) zobaczyłam blond czuprynę, łudząco przypominającą mi kłaki Adlera. Ale co On miałby robić? Bić się z Mary? Nie. Podbiegłam do spanikowanej Mary, kobieta zalewała się łzami, zakrywając co chwilę oczy. Jakiś mężczyzna okładał Popcorna pięściami. Tak nie może być! Perkusista leżał na podłodze, próbując rękoma chronić głowę przed ciosami. Tajemniczy brunet siedział na nim a nikt nawet nie zwrócił uwagi? Czy ci ludzie są ślepi?! Jakiś koleś stoi kilka metrów dalej i przygląda się, jakby był w kinie na pieprzonym filmie! Dosłownie, tylko popcornu i fotela brakuje.
- Hej! Co Ty robisz? Zejdź z niego! – doskoczyłam do przyjaciela i jak się okazało, męża Mary. Próbowałam odciągnąć mężczyznę, ale był zbyt silny. Nie dawałam rady, podeszłam do chłopaka, który się przyglądał. – No co tak stoisz? Czemu ich nie rozdzielisz?!
- Bo to nie moja sprawa, po co mam się mieszać? – odpowiedział z kpiącą miną.
- Po co masz się mieszać? Może po to, żeby się NIE POZABIJALI skurwielu?! Zresztą mniejsza z tym, jesteś zwykłym dupkiem, cholernym idiotą! – wykrzyczałam mu to prosto w twarz i wróciłam do mężczyzn. – Zostaw go, słyszysz? Zostaw!       
- Odsuń się, bo Ty też dostaniesz! – warknął mężczyzna.
- W dupie to mam, jeżeli jeszcze raz go uderzysz, to obiecuję, że własnoręcznie Cię uduszę, a reszta Gunsów tak skopie Ci dupę, że do końca życia nie usiądziesz!!    
- Pewna jesteś? To lepiej uważaj, bo mogę Cię tak przeruchać, że to TY do końca życia nie usiądziesz, rozumiesz laluniu? – złapał dłonią mój podbródek.
- Nie. – uderzył mnie w twarz. Nagle obudziła się we mnie jakaś lwica, czy coś podobnego. Nie mówię, że nie lubię się czasem z kimś pobić, ale z takim kolesiem..? Chyba mnie pojebało. – Wiesz co, przesadziłeś skurwysynie. Lepiej z niego zejdź, bo naprawdę coś może Ci się stać!
- Nie rozśmieszaj mnie maleńka. – ponownie jego pięść przywitała się z twarzą blondyna. Niewiele myśląc, złapałam jakąś puszkę z piwem, ale zorientowałam się, że może lepsza będzie szklana butelka. Wzięłam jedną i roztrzaskałam ją na głowie męża kioskarki. Mężczyzna wstał, odwrócił się w moją stronę i śmiejąc się, wziął zamach, żeby mnie walnąć, ale otworzyłam puszkę i prysnęłam w niego jej zawartością. Brunet zaczął przecierać oczy, wykorzystując to, że nic nie widzi, najmocniej jak tylko na daną chwilę potrafiłam kopnęłam go centralnie w to miejsce, które raczej trzeba chronić przed jakimikolwiek mocnymi uderzeniami. Zgiął się, wtedy kopnęłam go w kolano, upadł na podłogę.
- Mary, biegnij po ochronę!
- Ale Steven..
- Idź! – wrzasnęłam. – Steven, kurwa żyjesz? – zapytałam półprzytomnego przyjaciela. Ten wydobył z siebie tylko jakiś jęk. Mary przyszła z ochroną, strasznie „zaangażowaną” zresztą. No kurwa, wyglądali, jakby mieli jakieś pretensje, że ktoś w ogóle śmiał ich wezwać. – Możecie ruszyć tyłki?! Kurwa, co z Wami wszystkimi jest?
- Czemu się pani tak denerwuje? – zapytał jeden z ochroniarzy.
- Ja pierdolę, żartujesz sobie ze mnie? Czy Wy do chuja pana jesteście normalni? Jesteście ochroną. Ochrona jest po to, by pilnować porządku! Zabierzcie stąd tego popaprańca! – wskazałam na mężczyznę leżącego na podłodze.   
- Skoro od tego jesteśmy.. Chodź Mark. – wyższy z ochroniarzy ręką dał koledze znak, by podszedł z nim do mężczyzny. Mimo tego, że mąż Mary się burzył, pomogli mu wstać.
- To kurwa karygodne, że ochrona ma w dupie bezpieczeństwo klientów sklepu! – ponownie zaczęłam ich opierniczać. – Steven, wstaniesz? – zapytałam zamroczonego blondyna, siedzącego pod półką, o którą się opierał.
- Nie mamy w dupie bezpieczeństwa klientów. – łagodnie odpowiedział szatyn. – Nikt nas wcześniej nie poprosił o pomoc, nawet nie zawiadomił, więc nie interweniowaliśmy..
- Kurwa co? Nikt Was nie poprosił? Nie zawiadomił? Przecież łazicie po całym sklepie! Nic nie zauważyliście? Nie wierzę. Ciągle się opierdalacie. Nawet teraz. Powinniście z nim coś zrobić, bo może Wam uciec. Idioci. Chodź Steve. Mary, pomóż mi go podnieść.
- Już. – ciągle spanikowana i wystraszona kioskarka nachyliła się, by Adler mógł się o nią oprzeć. Zrobiłam to samo, powoli wyszliśmy ze sklepu. Wpakowałyśmy jakoś Adlera do samochodu, na tylne siedzenie. Mary usiadła obok niego. Kurwa, byłam tak zdenerwowana, że musiałam zapalić.
- Poczekajcie tu, zaraz wrócę. – przeszłam przez parking, pchnęłam ciężkie, szklane drzwi, ochroniarze rozmawiali ze sprawcą bójki, brunet, gdy mnie zobaczył, posłał mi szyderczy uśmiech.
- Pamiętasz, co powiedziałem? Jak Cię dopadnę, to już nigdy nie usiądziesz. – zagroził.
- Nie rozśmieszaj mnie. Weźcie go stąd, to psychopata. – zwróciłam się do ochrony.
- Tak kochanie, obiecuję, znajdę Cię. – uśmiech nie znikał z jego twarzy.
- Pierdol się człowieku. – warknęłam i podeszłam do lady.
- Z Tobą chętnie. Już niedługo, maleńka.
- Jasne. – prychnęłam.
- Coś podać?
- Butelkę Danielsa, Jim Beam’a i 2 paczki Marlboro. A i wódkę. Swoją drogą powinniśmy Was pozwać. Mój przyjaciel jest półprzytomny.
- A co się stało? – zapytała słodka blondyneczka i podała mi zakupy.
- No nie mogę, jak co się stało? Czy Wy naprawdę jesteście ślepi? Jacyś nierozgarnięci. Ten idiota – głową wskazałam męża Mary – pobił mojego przyjaciela. – nie pytając, ile mam do zapłaty, rzuciłam kasą w sprzedawczynię, mówiąc – Reszty nie trzeba. – schowałam papierosy do kieszeni, wzięłam 2 butelki whiskey, wódkę i wyszłam z budynku. Poszłam do samochodu, otworzyłam drzwiczki, wsiadłam. Odłożyłam butelki na siedzenie i spojrzałam do tyłu, na Stevena. Nie wyglądał dobrze: przymknięte, lekko opuchnięte oczy, rozcięta warga, potargane włosy, porwana koszulka. Odwróciłam się i przekręciłam kluczyk.

   Moja głowa.. co się stało? Chyba.. no nic nie pamiętam. Byłem w sklepie, spotkaliśmy męża Mary i co? On mnie pobił? I jak znalazłem się w samochodzie? Kurwa!  

   Siedziałem z Saulem w salonie, Rudy, Izzy i Bracket grali na górze w karty. Do domu wpadła Mary..
- Chłopaki! Pomóżcie!
- Co się stało? – wstaliśmy z kanapy. Kobieta wybiegła na dwór, wyszliśmy za nią, stała przy aucie Dash. – Ej, co się stało?
- Mąż Mary pobił Stevena. – beznamiętnie odpowiedziała blondynka.
- Ale.. jak to..? – Slash zajrzał do środka. – Popcorn? Żyjesz? Kurwa, weź się odezwij.
- Chodź, może go jakoś wyciągniemy. – zaproponowałem. Wyjęliśmy perkusistę z wozu i zaprowadziliśmy do domu. Położyliśmy go na kanapie. Hudson zawołał Brack. Dziewczyna razem z Mary zajęła się obolałym blondynem. Wyszedłem na dwór, do blondynki. Siedziała na masce samochodu. – Co się dokładnie stało?
- Sama do końca nie wiem, Mary i Steve poszli do sklepu, długo nie wracali, więc poszłam sprawdzić, co z nimi. Weszłam tam, usłyszałam jakieś krzyki, ale nikt, zrozum, dosłownie nikt nie zwracał na to uwagi. Ten głupi chuj okładał pięściami Adlera! Nie wiem tylko dlaczego.. – wyjęła z kieszeni kurtki paczkę Marlboro. Wyciągnęła jednego papierosa, włożyła w usta i próbowała go podpalić. Dłonie jej się cholernie trzęsły a zapalniczka nie chciała działać. Zdenerwowana rzuciła nią o ziemię. – A miałam kupić zapalniczkę.. - Wyjąłem wcześniej znalezioną w torbie zapalniczkę ze spodni i przykładając do papierosa przekręciłem kółko, by go zapalić.
- Dash, przecież Ty nie palisz. – stwierdziłem.
- Tym razem muszę. Wiesz, jak jechaliśmy do sklepu, trafiliśmy na wypadek. Ktoś rozbił się na drzewie, drugi samochód wleciał do rowu, ogólnie chujowy dzień.. – pokiwała głową, ściszając głos. Przysunąłem się do niej i objąłem ją, opierając dłoń nad jej biodrem.
- Ale mała, dzień się jeszcze nie skończył.        
- Wiesz co jej mąż mi powiedział? Że.. to śmieszne, ale powiedział, że mnie wyrucha tak, że do końca życia nie usiądę, groził, że mnie znajdzie, już niedługo.. – wtuliła głowę w moje ramię.
- Słuchaj, jeżeli coś takiego zrobi, to obiecuję, że ja i każdy kolejny Guns zrobi z nim to samo. – musnąłem ustami jej czoło. Dziewczyna zamknęła oczy. Siedzieliśmy w milczeniu, w idealnej ciszy, którą śmiał przerwać grzmot. Chwilę później błysnęło. I znowu cisza.
- Nie chce mi się już palić, chcesz? – zapytała. Kiwnąłem głową i wziąłem papierosa. Pojedyncze kropelki deszczu zaczęły spadać z nieba. Spaliłem go szybko i poszliśmy do domku. Deszcz rozpadał się na dobre.   

_________________________________________________
W końcu! Kurwa, w końcu udało mi się wstawić rozdział! Kurde, przepraszam, że to tak długo trwało. Normalnie już pierdolca dostawałam przez tego głupiego neta! Gdyby nie on, notka pojawiłaby się kilka dni wcześniej..  
Dziękuję, że o mnie nie zapomnieliście (Boże, który raz już Wam za to dziękuję..?) i mam nadzieję, że rozdział się spodobał. 
P.S. przepraszam za ewentualne błędy + bardzo proszę o komentarze - bardzo motywują i przywracają wiarę w bloga i chęć do kontynuowania historii. :)

btw. Od czwartku mam biografię Axla autorstwa Micka Walla. :D Ktoś jeszcze jest w jej posiadaniu? :p

Dash.