OSTRZEŻENIE!

Wszystkie sytuacje zawarte w zakładce ExtraGuns. nie mają żadnych powiązań z opowiadaniem głównym. Bez obaw. :)

środa, 24 lipca 2013

R.48 / Slash

ROZDZIAŁ 48

   Wyszedłem z nawaloną Dash z Roxy, zostawiając tam Kirka, który nie mógł rozstać się z alkoholem. Blondynka momentami była lekko zamroczona i zostawała z tyłu, więc często musiałem na nią czekać.
- Dash, chodź
- Nie idę
- Nie wygłupiaj się, chodź
- Nie idę - powtórzyła, opierając się o ścianę jakiegoś budynku
- Czemu?
- Nie mogę
- Dash..
- No nie mogę - niezdarnie usiadła na ziemi. Mimo wszystko wyglądała słodko, kiedy jej blond włosy opadały na twarz pochyloną lekko w dół
- Oj, Dash.. - podszedłem i wyciągnąłem do niej dłoń - wstawaj
- Podnieś mnie - powiedziała jak małe dziecko
- Mała.. - rzekłem niepewnie, wypita wódka i Daniels zaczęły mi szumieć w głowie
- No Michael - spojrzała na mnie i zatrzepotała rzęsami. Boże, że Ona jeszcze pamięta, jak ja naprawdę mam na imię.. nawet mama mówi na mnie Duff! - Podnieś
- No chodź - wypuściłem powietrze, pochyliłem się i pomogłem jej wstać
- Dzięki.. oj - Zachwiała się. Objąłem ją i chciałem iść do domu, ale dziewczyna się zatrzymała
- Dash, co jest?
- Nic
- To czemu stoisz?
- Bo nie chce mi się iść - powiedziała jak mała dziewczynka, uniosła twarz i spojrzała na mnie uśmiechając się zalotnie
- To co.. mam Cię zanieść? - przytaknęła. Ruchem głowy pokazałem, żeby podeszła bliżej. Pocałowała mnie w policzek i wskoczyła na moje plecy
- Chodźmy jeszcze do sklepu
- Po co?
- Po picie
- W domu się napijesz
- Ale przecież w domu nie ma już żadnego alkoholu! - tłumaczyła, jak jakiemuś debilowi
- Tobie na dzisiaj wystarczy
- Nie. Chodźmy do sklepu
- Nie
- Taaak - krzyknęła i zakryła mi oczy dłońmi
- Dash! Bo będziesz szła
- Nie, nie, proszę nie
- No to się uspokój
- Dobrze - powiedziała i zaczęła śpiewać fragmenty piosenek Aerosmith (jak zapominała tekst, zmieniała utwór), słysząc to, po prostu nie mogłem się nie śmiać.


   Wbiegłem do domu. Nigdzie na dole nie widziałem Brack
- Ej, gdzie Bracket? - zapytałem przybitego Stevena, siedzącego w salonie
-  Na górze
- Dzięki ! - podbiegłem do schodów - Ej, co jest? - wróciłem do przyjaciela. Siedział smutny
- No Izzy, jutro jest mój ślub, którego wcale nie chcę. Mary nie kocham. Przyczepiła się do mnie jak rzep psiego ogona i nie chce się odczepić. Co ja mam zrobić? - zapytał prawie płacząc, przetarł ręką oczy i położył się na kanapie.
- Nie wiem stary, naprawdę nie wiem. Porozmawiaj z nią
- Przecież już jej mówiłem, że nie chcę brać z nią ślubu, że jej nie kocham.. do niej to nie dociera kompletnie.
- Jak coś, to pójdziemy z tym na policję, albo wyślemy ją do psychiatryka - uśmiechnąłem się - sorry, muszę pogadać z Brack - poszedłem na górę. Wszedłem do pokoju dziewczyn. Podszedłem do łóżka - Brack, musimy.. - no tak, do kogo ja mówię? Przecież Ona śpi.  Delikatnie ucałowałem jej czoło i wyszedłem z pokoju, zamykając drzwi. Poszedłem do siebie, położyłem się na łóżku i długo myślałem. Kocham Bracket i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Nie chcę też, żebyśmy się kłócili.. nie z takim skutkiem. Nie chcę, żeby mnie zdradzała, choć teraz  naprawdę nie jestem pewien, czy do czegoś doszło między nią a Larsem. Naprawdę w to wątpię. Ale czasu nie cofnę. Nie zmienię tego, że ją uderzyłem. Że nie ufałem. Cholerny dupek ze mnie, przecież Ona mnie kocha. Chwyciłem gitarę i zacząłem brzdąkać. Dźwięki stawały się coraz bardziej płynne, a w głowie pojawiały się słowa. Obym tylko ich nie zapomniał

There wasn't much in this heart of mine
There was a little left and babe you found it
It's funny how I never felt so high
It's a feelin' that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared -
is lovin' that'll last forever..

Ktoś otworzył drzwi. To była Brack. Zaspana oparła się o ścianę, dłonią przeczesała włosy.
- Co Ty robisz? - zapytała półgłosem. Chyba ją obudziłem
- Cześć kochanie. Gram. Usiądziesz?
- Nie mam ochoty
- Proszę, musimy porozmawiać
- Nie chcę
- Ale Brack..
- Nie teraz - wyszła z pokoju.

I think about you
Honey all the time my heart says yes
I think about you
Deep inside I love you best
I think about you
You know you're the one I want
I think about you
Darlin' you're the only one
I think about you..                                            


   -Duff weź mnie.. - wydukała
- Co?! - zapytałem zdziwiony słowami przyjaciółki
- Weź mnie postaw
- Aaa - zatrzymałem się, dziewczyna zsunęła się z moich barków
- Berek! Gonisz! - krzyknęła i zaczęła uciekać
- Co? - stałem przez kilka sekund, a potem ruszyłem za blondynką. Dogoniłem ją po przebiegnięciu z dwóch lub trzech metrów, w sumie trudno nie było - Mam Cię - stanąłem za nią i objąłem w pasie, odwróciła się, patrzyła na mnie uśmiechnięta i powoli zbliżała się do moich ust. Zetknęliśmy się w delikatnym pocałunku i pomimo procentów szalejących w mojej głowie, przypomniałem sobie, że McRivery nie jest trzeźwa i pewnie nie do końca wie, co robi. A ja nie chciałem jej w żaden sposób wykorzystać. - Chodźmy do domu
- Eh, no dobrze
- Proszę, proszę. Kochanka mojego przyszłego męża. - Z Rainbow wyszła Mary -  Jesteś pijana! A przecież jesteś w ciąży! Steven wie?
-  Wie
- Patologia! Jesteś kompletne nieodpowiedzialna! - wrzasnęła zbulwersowana -  Dobrze, że jutro wszystko się skończy.. Steven przeprowadzi się do mnie - odeszła, mówiąc do siebie
- Raz się człowiek nawali i od razu patologia - blondynka krzyknęła, rozkładając ręce - Masz fajki, Duff?
- Nie mam. Ale przecież Ty nie palisz
- W sumie, to bez znaczenia. I tak nie chciało mi się palić.
- Chodź Dash. Chodź, chodź.. - odwróciłem ją w dobrą stronę i mogliśmy iść do domu. Żeby było szybciej poszliśmy przez park. A w parku trafiliśmy na Dave'a Sabo. Akurat bzykał na ławce jakąś laskę, nawet nas nie zauważył.  


   Dopiero wstałam, Dash miała wyjść na kilka godzin i jeszcze nie wróciła. Duff i Axl też się chyba gdzieś zmyli, bo nigdzie ich nie widzę, nawet nie słyszę, Izzy wyje coś na górze.. Tylko Steven  siedzi przygnębiony.
- Ej, Popcorn, co jest? -zapytałam, kładąc dłoń na ramieniu wiecznie zacieszającego, teraz jednak smutnego przyjaciela
- Mary.. ślub jutro.. zabiłbym się, tylko nie chce mi się ruszać dupy z kanapy
- Aa. O co w ogóle chodzi z tą Mary? Bo ja nie ogarniam
- Ja też nie, przyjebała się, bo przez przypadek dałem jej swój numer.. a miałem go dać jej córce - powiedział cicho, i podparł głowę rękoma, które spoczywały na jego kolanach
- Chyba nasz numer, Steven. Nasz
- Nasz - powtórzył po mnie, delikatnie się przy tym uśmiechając - A co z Tobą i Izzym? - zapytał zaciekawiony
- Nie wiem. Myślę, że coraz gorzej. Nie wiem, co mam robić
- No to oboje mamy problem
- Tak.. - stwierdziłam i położyłam głowę na ramieniu przyjaciela. Siedzieliśmy w milczeniu i w prawie perfekcyjnej ciszy. Prawie, bo rytmiczny przeniósł się teraz z gitary, na perkusję siedzącego ze mną pudla. Otworzyły się drzwi, a naszym oczom ukazał się jakże "słodki" obrazek - McRivery tak najebana, że aż prowadzona przez McKagana, który też wyglądał na pijanego, ale nie w takim stopniu, jak blondynka. Weszli do domu, Dash śmiała się z czegoś, Duff ją podtrzymywał
- Duff, ile wypiłeś? - zapytał perkusista
- Za mało ..- odpowiedział cicho
- A Ty Dash?
- ZA MAŁO ! - krzyknęła zacieszając - Jest wódka?
- Nie ma, dla Ciebie już nie ma - powiedziałam, zaniepokojona stenem przyjaciółki
- Dlaczego? - zapytała, siadając na podłodze, robiąc smutną minę i wywijając przy tym dolną wargę, aby uczynić smutek wiarygodniejszym
- Dash, wypiłaś zbyt dużo
- Aj tam, pierdolisz Brack. Napiłabyś się ze mną
- Dash, miałyśmy pogadać
- To chodźmy na miasto, przecież tam też można pogadać - skierowała się w stronę drzwi i kiedy już miała wychodzić  basista chwycił ją mocno, nie chcąc wypuścić z domu - Duff, no co Ty robisz? Puść mnie, chcę pójść się napić
- Wypiłaś wystarczająco dużo, mała. Chodź na górę
- Na górę? Kuszące.. ok! - chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą, zostawiając mnie samą ze Stevenem.


   Weszliśmy na górę. Dash jest tak pijana, że chyba nie dokońca wie, co dokładnie się z nią dzieje. Zaprowadziłem ją do jej pokoju
- Dash, kładź się spać
- A położysz się ze mną? - uśmiechając się, usiadła na łóżku. Usiadłem obok
- Nie, Dash
- Dlaczego? - jej dłoń powoli przesuwała się po mojej klatce, ta pieprzona krew zaczęła przepływać w moim ciele (głównie do jednego miejsca), alkohol szumiał w głowie, podniecenie rosło.. ale rozsądek nie dawał mi spokoju. Przecież jej nie przelecę. Nie wykorzystam.. - Duff, dlaczego? - zapytała ponownie
- Dash, bo ja nie chcę, żebyś zrobiła coś, czego później będziesz żałować - zsunąłem z siebie jej dłoń, która majstrowała już coś przy moim rozporku. Wyszedłem z pokoju. Jutro będę tego żałować. Ba, już zaczynam.. 
- McKagan, ale ja chcę! - wyszła za mną
- Jesteś pijana
- Nie jestem
- Jesteś
- Nie prawda - stanęła za mną, a jej dłonie ponownie zsuwały się do mojego rozporka
- Dasshy, przestań - z trudem odciągnąłem ją od siebie i zszedłem na dół. Blondynka zrobiła to samo.


   Dopiero co McKagan wrócił do Hellhouse z Dash, a już Hammett - równie nawalony jak McRivery, wbił nam do chaty jak do siebie. Wiem, że basista i blondynka są zajebiści, ale żeby stęsknić się tak po kilkudziesięciu minutach od rozstania?!
- Siemka..  - gitarzysta Metalliki usiadł obok mnie na kanapie
- No cześć Kirk, mógłbyś się ode mnie odsunąć? Albo chociaż na mnie nie chuchać? Przecież jak ja się tego nawdycham, to będę pijany! - fuknąłem, odwracając twarz Hammetta w drugą stronę
- A tssak, jasne. Nie możesz być pi-ijany, bo jutro wyjeż-ż-żdzasz - zaraz, czy On powiedział, że jutro wyjeżdżam?!
- Co?! Ale gdzie? Kirk, weź.. no nie śpij chuju. Gdzie wyjeżdżam? - szturchnąłem chłopaka, który przymknął oczy. Oburzył się i powiedział, że nie wie, że Dash i Duff mówili coś o Mary.. ja mam nadzieję, że nie chodzi o żadną podróż poślubną z tą wiedźmą, czy coś w tym rodzaju! A właśnie - Duff i Dash, dopiero wchodzili na górę i już tu lezą..
- Cześć Kirk! Jak ja Cię dawno nie widziałam - McRivery uściskała Hammetta
- Ej Duff, bo Ty z tej Waszej trójki jesteś chyba teraz najbardziej rozgarnięty, choć jak tak na Ciebie patrzę, to sam nie wiem.. możesz mi powiedzieć GDZIE JA JUTRO WYJEŻDŻAM?!
- Wyjeżdżamy Stevenku
- Wyjeżdżamy. Wyjeżdżamy?! O czym Ty mówisz, McKagan? - zapytałem, udając zdenerwowanie, choć tak naprawdę humor mi się poprawił
- Jedziemy nad jezioro, skarbie! - krzyknął podekscytowany
- Co?
- No nad jezioro. Tylko Ty chyba jutro bierzesz ślub, nie? To ja nie wiem, Mary zabierasz ze sobą, czy zostawiasz? - zaczął się chichotać
- Ale.. jak, czemu nad jezioro? Co Wy wymyśliliście? - dopytywałem, ale nie dostałem odpowiedzi, bo Dash zaciągnęła basistę na schody - Brack, słyszałaś? - szturchnąłem brunetkę, która śmiała się z żartów Hammetta
- Co słyszałam?
- Jedziemy nad jezioro!
- No Hammett coś mówił
- Ale Duff potwierdził. Tylko nie wiem, po co jedziemy - zacząłem się zastanawiać (tak, ja też czasem myślę!). Do Hellhouse, kompletnie bez pukania wbiegła Mary. Ależ my tu dzisiaj mamy ruch
- Steven! Ta panienka.. Dash jest pijana! - wrzasnęła gestykulując
- Serio? - zrobiłem zdziwioną minę i dodałem znudzony, wskazując palcem na blondynkę siedzącą z gitarzystą na schodach - Przecież widzę
- I mówisz to tak spokojnie?!
- Nie zabronię jej - wzruszyłem ramionami - Od jakiegoś czasu jest już dorosła, wiesz?
- Ale Ona jest w ciąży!
- W ciąży?! Dash, czego ja się tu dowiaduję. Kto jest ojcem? Duff czy James? Czy może ja? - zacieszał gitarzysta Metalliki
- Steven mówi, że On.. - wybuchnęła śmiechem a każdy, kto był w pobliżu, patrząc na blondynkę, śmiał się razem z nią. Tylko Mary przyglądała jej się wściekłym wzrokiem.
- Dobra, nie obchodzi mnie ta mała dziwka. Stevenku, jutro wszystko się skończy, weźmiemy ślub, wprowadzisz się do mnie.. może postaramy się o potomstwo..
- Mary, zwariowałaś? Za stara jesteś na potomstwo - odpowiedziałem. Brzuch zaczął mnie boleć ze śmiechu - A tak poza tym, ja jutro wyjeżdżam
- No to dobrze, to pojadę z Tobą. To będzie taka nasza podróż poślubna, chociaż może bardziej przedślubna. Datę ślubu zmienię, nie martw się. - zadowolona z siebie przysiadła się do mnie. - To o której wyjeżdżamy? I gdzie?
- Nad jezioro!
- Zamknij się Kirk - fuknąłem
- Nad jezioro? Pięknie! To idę się spakować i do Was wracam, pa kochanie - pchała się z pyskiem w stronę mojej zacnej mordki, ale zrobiłem  sprytny unik i szybko odprowadziłem ją do drzwi.


   - Dash, idź spać. Ja idę pogadać z Izzym o jutrzejszym wyjeździe - ponownie zaprowadziłem przyjaciółkę na górę
- To ja idę z Tobą
- Nie, Ty możesz co najwyżej porozmawiać z Brack
- A z Izzym? No weź, Duff..
- Noo.. chodź.. - Jezu, jaki ja jestem uległy. Weszliśmy do sypialni rytmicznego, ale tam go nie było, więc szukaliśmy go po pokojach, weszliśmy do Rudego, później do Saula, ale Stradlina tam nie było. Poszliśmy do Adlera i zobaczyliśmy Izzy'ego leżącego na łóżku z jakąś kartką w ręce. Schował ją natychmiast, gdy nas zobaczył. - Cześć Izzy. Mamy dla Ciebie propozycję
- Jaką?
- Chodzi o to, że.. - zacząłem
- Szykuje się wyjazd - wtrąciła McRivery - Tylko.. nie wiem, po co my tu do Ciebie przyszliśmy - stała zamyślona przed łóżkiem, przeczesując włosy
- Oj Dash, mówiłem, żebyś poszła spać. Izzy, chodzi o to, że my Wam, to znaczy Tobie i Brack chcemy pomóc. No i ten wyjazd ma się do tego przysłużyć, tylko musimy wiedzieć, czy masz ochotę w ogóle gdzieś jechać, rozumiesz?
- Właściwie tu nie ma niczego do rozumienia. I nie ważne, czy masz ochotę, czy nie i tak JEDZIESZ - Dash usiadła obok gitarzysty
- Skoro tak mówisz, to chyba rzeczywiście nie mam wyjścia.. A gdzie jedziemy?
- Nad jezioro - odpowiedziałem - Także pakuj się i jutro rano wyjeżdżamy
- A Brack wie?
- Dash ma z nią porozmawiać, więc się dowie.
- Noo.. to ja idę do Brack - dziewczyna wyszła z pokoju.


   O Matko, jak mi się kręci w głowie, no ale jak mam porozmawiać z Bracket, to porozmawiam. Zeszłam do salonu i usiadłam w fotelu. Kirk zasnął przyklejony do Adlera, Brack miała z tego niezły ubaw, bo gitarzysta gadał coś przez sen.
- Ej Brack, musimy porozmawiać
- Mówiłam Ci to już wcześniej
- Tak, ale nie o to chodzi. Jest sprawa, właściwie chodzi o wyjazd
- No wiem, jedziemy gdzieś ze Stevenem i Mary
- Tak. Znaczy raczej Steven jedzie z nami. Stradlin się cieszy, tylko nie wiem jak Ty.. Ej, zaraz! Mary?!
- No. Wpieprzyła się. Poszła do domu się spakować i ma do nas wrócić. Ale Dash, ja nie wiem, czy chce jechać z Izzym.. - dziewczyna posmutniała
- Ej, ale my ten wyjazd organizujemy specjalnie dla Was, żebyście się pogodzili. Brack, spróbuj chociaż, jak nie będzie Ci się podobać, to wrócimy. Jak będziesz chciała, to zostawimy tam chłopaków i wrócimy same.
- No nie wiem
- Brackie.. no proszę. Przecież nie będziesz siedzieć tu sama
- No dobrze, ale jak coś, to wrócimy
- Oczywiście. Chodź się pakować - wstałam i podałam rękę przyjaciółce - Steven a Ty? Aaa w sumie.. Mary Cię spakuje
- Weź, wyjdź mi stąd! - rzucił we mnie puszką po coli - Sam się spakuję, rano.. albo jak tylko ten kudłacz mnie opuści - szeptał do siebie.


   Wchodząc z Dasshy do naszego pokoju usłyszałam rozmowę Stradlina z McKaganem. Mówił, że nie chce mnie stracić. Zobaczymy, co będzie jutro.
- A tak w ogóle na ile dni jedziemy? - zapytałam
- Dziewczyno, ja nawet nie wiem, gdzie będziemy spać, a Ty pytasz na ile jedziemy? Nie wiem, Duff chyba jest głównym organizatorem, zaraz go zapytam
- Ok - Dash wyszła z pokoju. Wyjęłam jakieś torby i zaczęłam wybierać ubrania.


   Gadałem z blondynem w pokoju. Dash nieco chwiejnym krokiem przyszła do nas i zapytała
- Duff, a na ile my jedziemy?
- Nie wiem. Aż nam się znudzi - uśmiechnął się
- Czyli Brack się zgodziła? - zapytałem
- Jakoś ją przekonałam. Powiedziałam, że jak się jej nie spodoba, to wrócimy do domu.. bez Was - blondynka dosłownie wyskoczyła z pokoju, zacieszając oczywiście. Co do chuja Ona dzisiaj brała?!


   - Brack! Już jestem. McKagan powiedział, że będziemy tam, aż nam się znudzi
- Czyli co? Wracamy jutro?
- Nie, nie, nie.. no Brack, nie psuj tego wyjazdu
- Spróbuję. Ale niczego nie obiecuję
- Brack.. - dłoń blondynki zacisnęła się lekko na moim karku
- No co, przecież powiedziałam, że spróbuję - potargałam jej włosy i zabrałam się za pakowanie. Dash zrobiła to samo, jednak po  kilku jakże "męczących" minutach padła na łóżko - Dash, co Ci?
- Zmęczyłam się. Chcę spać
- No przestań, a kto Cię spakuje? Nie, nawet na mnie nie patrz - zagroziłam palcem, widząc spojrzenie przyjaciółki
- No Bracket, proszę
- Nie
- No weź
- Jezu, dobra. Ale tylko dlatego, że tak się starasz pogodzić mnie i Stradlina
- Dziękuję ! - leżała na łóżku i wydawała polecenia.


   Siedzę z tym kudłaczem opartym o moje ramię w salonie już z godzinę, a On dalej śpi i jeszcze bezczelnie udziela się przez sen. Chociaż, jakby się tak zastanowić, to wolę towarzystwo pijanego, śpiącego Hammetta niż wiecznie upierdliwej Mary, która zresztą chyba właśnie przyszła. Tak, to niestety Ona. Weszła jak do siebie. Co to ma być?! Każdy wbija kiedy chce i jak chce, śpi gdzie chce, wypija nasz alkohol.. no totalna samowolka.
- Kochanie, nie wiem na ile dni jedziemy, więc wzięłam trochę ubrań
- Trochę, to znaczy ile?
- No.. cały bagażnik
- Co?! Mary, jedziemy na kilka dni! - darłem się jak poparzony, aż dziwne, że te moje krzyki nie zbudziły Kirka.

- Nie denerwuj się. Dzwoniłam już do odpowiedniej osoby i ustaliłam nową datę ślubu, kochanie. - dumna z siebie wepchnęła mi się na kolana. Nie, no ja się kiedyś zabiję..

_____________________________________
Przepraszam, że tak długo czekaliście. Sama jestem na siebie zła, że tyle to trwało ; /. Ten rozdział jest trochę pokręcony (a może tylko tak mi się wydaje?), ale myślę, że będzie wiadomo o co chodzi. :) No i przepraszam za błędy jak są. Zapomniałabym - kocham Was, wiecie? ;D <3

Slash miał wczoraj urodziny, niestety nie załapałam się na filmik z fotkami od polskich fanów dla niego, bo za długo się zbierałam z wysłaniem zdjęcia -.- Ale moim prezentem dla niego jest, a raczej miało być to:
 .. no ale chuj, mój net chyba nie lubi Hudsona, bo nie pozwolił mi na wstawienie tego na twittera. Cóż za ironia losu ;c

Dash.

sobota, 6 lipca 2013

R.47

Przepraszam, że dodaję rozdział z tak wielkim opóźnieniem, ale jakoś nie było czasu, ostatnio tyle rzeczy się wydarzyło no i oczywiście leń w dupie xd Dziękuję za wytrwałość ;*
Możliwe, że teraz rozdziały będą pojawiać się częściej, bo rodzice w końcu kupili mi laptopa (!), a jedyną przeszkodą może być internet ( brat mi go zabiera, bo mu mniej muli w grach -.-), ale nie ma co się teraz tym przejmować :] 
Nie wiem, jak wyszedł mi ten rozdział, może Wam się spodoba.. Życzę miłego czytania! Kocham Was <3

Dash.

btw. kupiłam sobie ostatnio kubek z AC/DC xD

ROZDZIAŁ 47

   Poszedłem z Sebą pod łazienkę i lekko zapukałem w drzwi - Brack, Dash wróciła. Otwórz
- Ej Brack, kochanie, otwórz - pisnął cieniutkim głosem Bach
- Jasne. Seba przestań udawać, wcale nie brzmisz jak Dash
- Ale Brack, przecież to ja. Dash McRivery. Seba poszedł do domu.. - powiedział, nakręcając kosmyk włosów na palec
- Tak, to Dash i mówi prawdę, Bach polazł do domu - rzekłem jak najbardziej przekonywująco
- Jasne. Dopóki PRAWDZIWA Dash tu nie przyjdzie, nie wyjdę!
- Ale to naprawdę ja! - Sebastian nie dawał za wygraną.
- Yy.. ej Seba, ja wcale tak nie mówię - oburzyła się Dash, która dopiero wpadła do domu
- Nie? - blondynka pokręciła głową. Zrezygnowany Sebastian zrobił smutną minkę
- Dash! - Bracket wybiegła z łazienki, chwyciła dziewczynę za rękę i pociągnęła za sobą.

   Dopiero wróciłam. Usłyszałam, że na górze gada się o mnie, więc pobiegłam to sprawdzić no i od razu Brack pociągnęła mnie do łazienki.
- Co jest?
- Dash, Izzy.. - dziewczyna zaczęła płakać, przytuliłam ją
- Co Izzy?
- On.. on..
- No co On?
- Uderzył mnie - wykrztusiła i znów zaczęła płakać. Oderwałam ją na chwilę od siebie i przyjrzałam się. Dopiero teraz zobaczyłam ślad po uderzeniu.
- Ale dlaczego? Brack czy Ty spałaś z Larsem?
- Nie - odsunęła się ode mnie - Ja tylko spałam u niego w pokoju
- A On?
- No z Hammettem.
- To dlaczego ten idiota Cię uderzył?
- Bo - zaczęła siadając na szafce - wróciliśmy do domu i On chciał się bzykać, ale ja nie chciałam, pokłóciliśmy się, nazwał mnie dziwką, a później uderzył.. - z jej oczu ponownie wypłynęły łzy. Stradlin darł japę, wołając mnie. Zostawiłam Bracket na chwilę samą i wyszłam z łazienki sprawdzić, czemu On tak krzyczy.

   Siedziałem w salonie z Izzym, na górze Axl, Dash, Brack i chyba Bach coś do siebie krzyczeli. Dopiero wróciliśmy, a Oni już drą japy. Co za ludzie. Z kim ja mieszkam?! Alkoholicy i awanturnicy. Steven jeszcze nie wrócił z tej całej randki z Mary. Biedak, dobrze by było, gdyby wrócił cały i zdrowy.. no i w żaden sposób niewykorzystany seksualnie. Pijany Stradlin mruczał pod nosem coś, że Brack go zdradziła, że ją uderzył, że jednak nie jest pewny, czy na pewno z kimś spała i tysiące innych dziwnych  rzeczy, a w międzyczasie zadzwonił telefon, który zagłuszył rytmicznego. No dom wariatów
- No? - podniosłem słuchawkę, wyrywając wódkę z ręki przyjaciela
- Siema, jest Dasshy? - usłyszałem znajomy głos w słuchawce, ale nie mogłem skojarzyć z kim gadam, po chwili zorientowałem się, że to gitarzysta Metalliki
- Cześć Kirk, no jest, a co?
- Zawołasz ją?
- Ale jest teraz zajęta.. trochę.. Izzy, odsuń się - poprosiłem gitarzystę, który chcąc podsłuchać rozmowę, przykleił się do mnie i chuchał w moją twarz dymem z papierosa, którego przed chwilą z wielkim trudem zapalił ( nie obeszło się bez przekleństw i wyzywania zapalniczki)
- Daaaaaash - wrzasnął Stradlin
- Izzy, kurwa, nie drzyj mi się nad uchem, chuju! - warknąłem, odsuwając go od siebie  
- To co, przyjdzie, czy nie? - zapytał zniecierpliwiony Hammett
- Nie wiem, jak pewnie słyszałeś, Izzy ją wołał, więc..
- Mam wołać Dash? - zapytał zadowolony rytmiczny - Kurwa, McRivery, mam Ci zaproszenie wysłać? Chodź tu - krzyknął ponownie, nie licząc się z moimi protestami. Prawie ogłuchłem przez te jego dzikie krzyki
- Dobra, to powiedz jej, że ze mną wychodzi. Będę za pół godziny. Cześć - rozłączył się
- Co chcieliście? - po jakichś 5 minutach blondynka zbiegła na dół
- Kirk dzwonił. Przyjdzie po Ciebie za 30 minut
- Ok. Stradlin, musimy porozmawiać. Dlaczego do cholery jasnej uderzyłeś Bracket?! - zapytała podchodząc do gitarzysty
- Nie muszę Ci się tłumaczyć - warknął - ale dobrze, jeśli chcesz wiedzieć.. zdradziła mnie suka! - usiadł w fotelu i ukrył twarz w dłoniach
- Stradlin, idioto, czy Ty jesteś normalny?! Nie zdradziła Cię!
- Jasne. Przecież wiadomo, że będziesz  jej bronić,jesteście jak siostry, wiadomo, że jej nie wsypiesz - mówił zdenerwowany
- Nie.. Ty pojebany jesteś - powiedziała, jakby nie dowierzając - No jebnięty. Ona Cię kocha!
- Pewnie. Dobra, wiesz co Dash? Weź się odpierdol - wyszedł popychając blondynkę.
- Izzy! - wrzasnęła, ale nawet się nie zatrzymał.

   - Stevenku, kochanie - zatrzymaliśmy się na światłach - A może wrócimy do mnie? - szepnęła mi do ucha, a jej dłoń zacisnęła się delikatnie na moim karku
- Nie. Jak nie masz apetytu, to nie musimy jeść, po prostu zawieź mnie do domu
- Mam apetyt.. ale na Ciebie - szepnęła, lekko gryząc mnie w ucho. Skąd Ona te teksty w ogóle bierze?
- A ja mam apetyt na destrukcję.. najlepiej na samodestrukcję - fuknąłem i odwróciłem głowę w stronę okna
- Och skarbie..
- Zielone! - wrzasnąłem, wskazując palcem na sygnalizację
- Co? - zapytała zdezorientowana?
- No jeeeedź.. - odpowiedziałem znudzony.

   Kiedy Stradlin wychodził z Hellhouse, do naszych drzwi zawitał Kirk Hammett. Chłopak minął się z Izzym w progu i bez słowa rzucił się na fotel
- Hej Kirk, co jest? Co Cię do mnie sprowadza? - zapytałam
- Wyjdziesz się napić?
- Ale miałeś być za pół godziny..
- Wiem, ale.. stęskniłem się za Tobą - podszedł bliżej, obejmując mnie
- Coś się stało, Kirk? - zapytałam zdziwiona zachowaniem gitarzysty
- Eee.. nie, ja tylko chcę się napić - odpowiedział po dłuższym zastanowieniu się
- No to co się do mnie tulisz? Myślałam, że coś się stało!
- Tulę się, bo lubię. A poza tym, potrzebowałem tego - oznajmił uśmiechając się szatańsko  
- Ach, potrzebowałeś. Czyli wszystko z Tobą w porządku..- udawałam zamyślenie
- Tak. W porządku. Idziemy?    
- Za chwilę, pójdę tylko do Brack i wychodzimy
- Spoko. Tylko się pospiesz, bo ja nadal potrzebuję przytulania się do Ciebie
- Jasne - uśmiechnęłam się i pobiegłam na górę, Brack przeniosła się już z łazienki do naszego pokoju. Siedziała na łóżku i patrzyła przed siebie, na bliżej nieokreśloną dla mnie rzecz.
- Brack, dobrze się czujesz?
- Powiedzmy, że nie najgorzej.. - odpowiedziała cicho, nie spuszczając wzroku ze zdjęcia. Zdjęcia, na którym była razem ze Stradlinem.
- Ale.. to znaczy.. mogę Cię zostawić na kilka godzin? Bo Kirk chce się ze mną napić. Wydaje mi się, że coś się stało, jest jakiś dziwny.. trochę
- Jasne, przecież nie musisz ze mną ciągle siedzieć. Zresztą, chcę się przespać - odpowiedziała kładąc się powoli
- Ale na pewno? Jak nie, to powiem Hammettowi, że zostaję w domu
- Idź, bo się rozmyślę - wymusiła na sobie uśmiech i rzuciła w moją stronę poduszką. Wyszłam z pokoju zamykając drzwi i zeszłam na dół. Hammett i McKagan siedzieli na kanapie, gadając o gitarach
- Kirk, idziemy?
- Jasne - wstał i ruszył za mną.

   Pałętałem się z Bachem po ulicach Los Angeles bez celu. Pomyśleliśmy, że skoro i tak nie mamy co robić, a co za tym idzie - nudzimy się, pójdziemy do jakiegoś baru, czy sklepu i Sebastian odkupi Jack'a Danielsa. Weszliśmy do pierwszego lepszego OTWARTEGO sklepu, ale nie dostaliśmy tego, czego chcieliśmy.
- Axl, a może pójdziemy się zabawić? - zaproponował całkiem poważnym głosem
- Seba, niedawno jęczałeś, że Bolan się do Ciebie dobierał, a sam co mi proponujesz?! - wrzasnąłem, odsuwając się od niego na w miarę bezpieczną odległość
- O jeny Axl, wiem, że Ci się podobam - zbliżył się do mnie, uśmiechając się - ale nie o to mi chodziło
- Uff - wypuściłem powietrze z ulgą i otarłem ręką czoło - To co kombinujesz, przyjacielu?
- No nie wiem, zamówmy sobie jakieś dziwki, albo pójdźmy do klubu ze striptizem, co?
- To może striptiz, bo na dziwki to może mi kasy nie starczyć. Nawet mi się bzykać nie chce, samo patrzenie wystarczy..
- No to chodź - pociągnął mnie za sobą i zacieszajac śpiewał coś pod nosem.

   - Steven, jesteś pewien, że chcesz zostać w domu? - Mary zatrzymała samochód pod Hellhouse
- Tak, jestem pewien - oznajmiłem otwierając drzwiczki
- Czekaj.. Pamiętaj, że jutro nasz ślub - szepnęła mierzwiąc moje włosy
- Mary, ja z Tobą nie wezmę ślubu. Ja Cię nie kocham
- Kotku, ja wiem, że ta cała Dash Cię opętała. Ja to nawet rozumiem, ale proszę, daj nam szansę
- Mary, proszę Cię.. - wyszedłem z auta
- Przyjadę po Ciebie jutro, skarbie.

   Siedzę z Kirkiem w Roxy już 20 minut a nie zamieniliśmy przez ten czas właściwie ani jednego słowa. Jest jakiś taki cichy, przygaszony, zamyślony.. no jakby nieobecny.
- Kirk, coś się stało? - zapytałam, siadając bliżej gitarzysty
- Nie
- To czemu taki smutny jesteś?
- Nie wiem, jakiś taki dzień chyba, bo od rana taki jestem.. odwrócił twarz w moją stronę, a jeden z niesfornych kosmyków jego kręconych włosów zabawnie opadł mu na oczy. Przypominał mi Slasha, brakowało tylko cylindra i fajki w ustach. Uśmiechnęłam się - Co? - zapytał zmieszany
- A nic, przypominasz mi trochę Slasha
- A wiesz, że czasem nas mylą ? - na jego twarzy pojawił się długo przeze mnie oczekiwany uśmiech, kiwnęłam głową, przytakując
- Kiedyś, jak jechałam z Saulem samochodem, to policjanci pomylili go z Tobą. Zabawna sytuacja, chociaż trochę mnie wtedy wkurzyli
- Saul coś kiedyś wspominał.. Kiedy go wypuszczą?
- Nie wiem.. - spuściłam głowę - Obiecał, że szybko wyjdzie, a nie ma go już kilka dni
- Nie martw się, poradzi sobie - objął mnie
- Wiem - położyłam głowę na jego ramieniu, zamknęłam oczy i powtórzyłam ciszej - wiem.

   Weszliśmy do Troubadour'a. Sebastian od razu upatrzył sobie jakąś laskę - wysoką brunetkę z dużym biustem, która kręciła tyłkiem przed grupką napalonych facetów. Mój wzrok przykuła znajoma sylwetka. Podszedłem bliżej przywołując do siebie Baz'a, który nie był tym faktem jakoś specjalnie zadowolony, ze względu na brunetkę, kręcącą się teraz obok niego. Znajomym osobnikiem okazał się być nie kto inny, jak mój rytmiczny - Izzy Stradlin. Chuj zostawił Brack samą w domu i zabawia się z jakąś tanią dziwką. Na pewno tanią, bo ostatnio nie jesteśmy przy kasie. Dziewczyna siedziała na nim okrakiem, dłonie miała wplecione w jego włosy, On natomiast ręce miał oparte na jej biodrach a głowę pochyloną tak, by usta mogły całować jej szyję. Seba, który przyjrzał się im lepiej, zauważył, że ta dziewczyna, to Lucy, była laska Larsa. Nie lubię jej, zresztą nawet nie znam jej zbyt dobrze, w przeciwieństwie do Bacha. Lucy przychodziła kiedyś do Skid Row, kręciła się nawet koło Dave'a, zresztą nieważne, przecież pogonili ją, kiedy sprowadziła im do chaty swoich pierdolniętych znajomych (oraz znajomych znajomych) i ukradła im kasę
- Stradlin, co Ty wyprawiasz?! - szarpnąłem nim
- Odpierdol się, nie Twoja sprawa - warknął i wpił się w usta szatynki
- Izzy, no co do cholery się z Tobą dzieje? Wyżywasz się na Bracket, a później zabawiasz się z jakąś dziwką?!
- Tylko nie dziwką! - oburzyła się towarzyszka gitarzysty
- Z Tobą nie rozmawiam. Izzy, wracaj do domu i zadbaj, by Brack w końcu poczuła się przy Tobie dobrze! - krzyknąłem, by zagłuszyć tą pieprzoną sukę, która szeptała coś Stradlinowi do ucha
- Rose, zajmij się swoimi sprawami, co?
- Ale Izzy, zrozum z łaski swojej, Ona Cię kocha, Ty ją chyba też, więc może ruszysz swój PODOBNO zgrabny tyłek, pójdziesz do Hellhouse i ją przeprosisz!
- Już przepraszałem.. - wstał, odpychając od siebie szatynkę
- Ii..?
- I co? I nic. Pytałeś, co się ze mną dzieje - nie wiem, ale czuję, że zaczynam wszystko pieprzyć - oznajmił skruszony
- To zacznij naprawiać - niedobrze, chyba włączył mi się syndrom psychologa - idź do domu i zajmij się Brack
- Przecież Ona nawet nie będzie chciała ze mną gadać.. na pewno
- Izzy.. - Seba objął go ramieniem - jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Już, zmykaj do niej
- No idź - ponagliłem. Gitarzysta bez słowa dosłownie wybiegł z budynku. Mam nadzieję, że do domu.

   Kurwa, latam po całym Sunset jak pojebany, szukając Dasshy i Hammetta. Nigdzie ich nie ma a do sprawdzenia zostało mi tylko Rainbow i Roxy, no i Troubadour. Jak ich tam nie znajdę, to chyba będzie oznaczało tylko jedno. Wszedłem do Rainbow, rozejrzałem się, ale ich nie zobaczyłem. Wyszedłem i zobaczyłem biegnącego Stradlina
- Izzy, gdzie Ty lecisz? - zatrzymałem przyjaciela
- Do domu
- Coś się stało?
- Nie. Tak. To zależy. Nieważne. Sorry, muszę porozmawiać z Bracket  - powiedział łapiąc oddech i pobiegł dalej. Wstąpiłem do Roxy i bum! Są! Znalazłem McRivery i Hammetta, trochę jakby przytulonych do siebie
- O, tu jesteście. Myślałem, że będziecie w Rainbow..
- Duffie! - blondynka otworzyła oczy i uśmiechnęła się entuzjastycznie
- Z mojego przyjścia się tak cieszysz, mała?
- Tak! Bo się stęskniłam
- Ej, brałaś coś?
- Nie
- Piłaś?
- Jeszcze nie.. znaczy, no wcześniej z Tobą ale..
- To co jest?
- No nic
- Na pewno? - zapytałem podejrzliwie, dziewczyna kiwnęła głową
- Kirk, co żeś Ty jej zrobił?
- No nic, naprawdę.    
- Tak? Dobra. Wiesz co Dash.. trzeba się chyba przejść do Saula
- Racja.. tylko kiedy? Oni nas w ogóle do niego wpuszczą?
- Muszą, tylko trzeba się chyba umówić, czy coś
- A będę mógł iść z Wami? - zapytał Kirk
- Jasne
- I trzeba zrobić coś z Brack i Izzym - oznajmiła blondynka
- Przed chwilą widziałem Stradlina biegnącego do domu, mówił, że musi porozmawiać z Bracket
- No i świetnie. Tylko co, jak się nie pogodzą? - zapytała zatroskana, Hammett poszedł zamówić coś do picia
- Nie wiem.. a może.. nie to głupie
- Ale co? Duff, powiedz
- Może wyjechalibyśmy gdzieś wszyscy na kilka dni?
-Jak? Przecież nie mamy kasy.. - oparła łokcie na stole
- Ale taki wyjazd nad jezioro.. właściwie nic nie kosztuje
- Duff! Jesteś genialny! - rzuciła mi się na szyję - .. chyba, bo całkiem za darmo, to on nie będzie..
- Jakąś kasę wykombinujemy - uśmiechnąłem się
- A co ze ślubem Stevena i Mary..? - zapytała z rozbrajającą miną
- Hmm.. nie wiem, coś się wymyśli. Albo nie weźmiemy Stevena, albo nie będzie ślubu..
- Ta.. Mary na to nie pozwoli

- Coś wymyślimy - objąłem przyjaciółkę, Hammett przyniósł Danielsa, którego piliśmy prawie bez przerwy przez mniej więcej 2 godziny (a najwięcej wypiła Dash).

sobota, 15 czerwca 2013

R.46

ROZDZIAŁ 46

   Podjechaliśmy pod Roxy, na twarzy Mary pojawił się grymas niezadowolenia, co właściwie mnie satysfakcjonowało. Weszliśmy do budynku, Mary się nie spodobało. Nalegała, by zmienić lokal, więc poszliśmy do Rainbow. Usiedliśmy przy stoliku, który zawsze zajmujemy. Chciałem pójść coś zamówić, żeby oderwać się chociaż na chwilę od tej wariatki, ale Dash i Duff mnie wyprzedzili.
- Wiesz kochanie, jutro jest sobota.. - zaczęła kobieta
- No jest. I co?
- No jak to co, Stevenku? Nasz ŚLUB! - wrzasnęła
- To Ty nie żartowałaś z tym ślubem?! - Mary pokręciła głową
- Wszystko załatwione . Cieszysz się?
- Ale.. jak to sama załatwiłaś? Nie byłem potrzebny?!
- Mam w rodzinie odpowiednią osobę - uśmiechnęła się szeroko i położyła dłoń na moim udzie. Czy w tym pieprzonym L.A. już nie liczy się zdanie Stevena Adlera?!
- Świetnie.. jak ta osoba jest tak samo pieprznięta jak Ty, to już się cholera boję
- Kochanie, daj spokój - przytuliła się do mnie a jej dłoń powędrowała wyżej, do miejsca, które raczej chciałem od niej uchronić. Nie będzie mnie tam jakaś Mary macać!

  - Biedny ten nasz Steven
- Jasne - odparłem między salwami śmiechu. Adler, do którego przytuliła się Mary miał taki wyraz twarzy, że nie mogłem (chociaż się starałem) się powstrzymać, by się nie zaśmiać. Wyglądał, jakby chciało mu się płakać i wymiotować jednocześnie. No współczuję mu, bo kocham go jak brata, ale jeszcze bardziej kocham ten jego chory "związek" . Niby sobie nie zasłużył, no bo czym? Gdyby Ona była chociaż trochę młodsza.. no, ale przynajmniej jest zabawnie.
- Duff! Nie śmiej się, On CIERPI - walnęła mnie i ruszyła w stronę baru. Dogoniłem ją, złapałem i mówiąc, że mi się nie wyrwie, zacząłem łaskotać. Śmiała się próbując uciec.
- Ej, a może byście coś zamówili, a nie się macacie! - krzyknął perkusista
- No już, już
- 3 razy Jack'a Danielsa proszę. Duff, a Mary.. co Ona pije?
- Bo ja wiem, weźmy jej Danielsa, niech się cieszy - odpowiedziałem zerkając na nadal przestraszonego Adlerka
- To 4 razy - poprawiła McRivery i nagle posmutniała
- Dash, coś się stało?
- Nie
- Ej, mała przecież widzę
- Steven nic Ci nie mówił?
- Nie mówił.. ale o czym?
- Jak szukaliśmy Bracket, to Steven.. - zawahała się
- Co Steven? Zrobił Ci coś? - zapytałem gotów wyrwać mu wszystkie kłaki, jeśli okazałoby się, że zrobił Dasshy coś, czego nie powinien
- Nie, nie no nic z tych rzeczy..
- To ma dupek szczęście - odetchnąłem z ulgą
- Tak tylko.. On chyba widział Jeremy'ego. Wiesz Duff, ja .. chciałam o nim zapomnieć, boje się, że On znowu coś zrobi
- Dash, nic się nie stanie, obiecuję. Nie pozwolę, żeby ten skurwiel coś Ci zrobił - patrzyłem w jej niebieskie oczy, Ona błądziła wzrokiem po całym budynku, by chwilę później spojrzeć w moje oczy. Przytuliłem ją
- Nie chcę Wam przeszkadzać, ale Daniels już czeka. Duff, płacicie teraz, czy później? - zapytał zaprzyjaźniony barman. No ale ma chuj wyczucie, trzeba mu to przyznać
- Co.. yy.. no później - wzięliśmy szklanki, nagle Dash coś sobie przypomniała
- Ej, Duff, przecież ja nie mogę pić!
- Czemu?
- No nie pamiętasz? W ciąży jestem - powiedziała zacieszając prawie jak Steven
- Racja! Zapomniałem, ale Steven pewnie też już nie pamięta..
- Ale Mary na pewno tak..
- No w sumie.. a chcesz się napić? - zapytałem, właściwie nie wiem po co, przecież wiadomo, że Dash akurat tego nie odmówi.. no chyba, że stałoby się coś naprawdę poważnego. Dziewczyna kiwnęła głową - To pij - stanąłem tak, żeby Mary nic nie widziała a Dash wzięła kilka łyków.
- Duff, ale mamy cztery szklanki..
- Chuj tam, powiemy, że dwie są moje. Chodź ratować Stevena - śmiejąc się poszliśmy do Adlera i Mary.

  Wróciłam z Izzym do domu. Nikogo nie było, chłopak korzystając z okazji, że jesteśmy w Hellhouse sami, zaproponował:
- Brack, skoro mamy wolną chatę.. może poszlibśmy na górę..?
- Nie
- No skarbie - podszedł do mnie i objął mnie w pasie
- Nie Izzy, nie chcę
- Jak nie chcesz na górze, to może tutaj, w salonie, co? Albo w kuchni?
- Nie Izzy. Nigdzie, ani tu, ani na górze i w kuchni też nie. NIGDZIE ! - wrzasnęłam
- Właściwie po co ja Cię pytam?! Jesteś moją dziewczyną.. - chwycił mnie mocniej
- Ale nie Twoją własnością - wtrąciłam - Stradlin, co się z Tobą dzieje?
- Ze mną? Ty coś wymyślasz, zgrywasz jakąś cnotkę, nie chcesz się ze mną bzykać, ciekawe, co robiłaś z chłopakami z Metalliki. Przyznaj się, z którym się kurwiłaś?! - krzyknął, szarpiąc mną - No pytam! Z którym?
- Z żadnym, przysięgam!
- Tak? Przysięgasz nawet.. ciekawe. To co robiłaś w ubraniach któregoś z nich?
- Nic, chciałam się umyć, ale nie wzięłam ze sobą żadnych ubrań, więc James dał mi ciuchy Larsa - tłumaczyłam
- Jasne, nie rób ze mnie idioty, dziwko
- Nie robię, Izzy, mówię prawdę
- Nie kłam! Z którym się pieprzyłaś suko, co? A może z każdym po kolei?!
- Nie.. - uderzył mnie. Policzek zaczął pulsować z bólu, oczy znowu napełniły się łzami. Miałam ochotę uciec, albo się gdzieś schować, to takie upokarzające, własny chłopak mnie uderzył. Osunęłam się na podłogę i płakałam skulona. Rytmiczny chyba zrozumiał, co zrobił, bo kucnął przy mnie i zaczął przepraszać
- Odejdź. Po prostu daj mi spokój - wydukałam
- Przepraszam, ja.. nie chciałem - dotknął mojej twarzy, gorącego z bólu policzka
- Zostaw.. - jęknęłam
- Przepraszam
- Spieprzaj
- Brack..
- Spierdalaj! - osunęłam się jeszcze bardziej, kładąc się na zimnej podłodze. Izzy przyniósł z kuchni wódkę i bez słowa usiadł obok mnie. Leżałam pod ścianą i płakałam, jak bezbronne dziecko, któremu ojciec dał klapsa i nakrzyczał. Z tą tylko różnicą, że Izzy nie jest moim ojcem. I nie dał mi klapsa, tylko uderzył w twarz.

  Siedziałem obok płaczącej Brack i piłem wódkę. Właściwie sam nie dowierzałem w to, co zrobiłem. Uderzyłem ją. Tylko dlaczego? Nie wiem co robiła z chłopakami.. może rzeczywiście nic. Kurwa, no nigdy nie pomyślałbym, że mogę ją uderzyć, przecież ją kocham.

  Cholera, zwariuję tu! Nie mam fajek, nie mam Danielsa, nie mam GITARY! Nawet nie mam kogo wkurwiać. Ten Travis się nie odzywa, więc nie mam z kim gadać. Zresztą, o czym miałbym z nim rozmawiać, jak On nawet nie wie, kim są Guns n' Roses.. No ja pierdolę, mam nadzieję, że te pieprzone sukinsyny mnie odwiedzą. Duff powiedział, że przyjdą.. tylko kiedy?!

  And when your fears subside and shadows still remain. I know that you can love me, when there's no one left to blame. So never mind the darkness, we still can find a way. Cause nothin' lasts forever even cold November rain.. Chyba częściej będę musiał tak siedzieć pod chatą Skid Row. Wena mnie tu bierze.
- Sorry Axl, że tak długo, ale musiałem porozmawiać z Bolanem i wytłumaczyć mu, że nie jestem żadną seksowną blondynką, którą można bzykać, tylko zwykłym Sebastianem Bachem - Baz wyszedł z domu i zaczął się tłumaczyć
- Ok. Ej.. że co? Co Ty mu tłumaczyłeś? Dobierał się do Ciebie? - zapytałem, a na mojej twarzy zaczął pojawiać się coraz szerszy uśmiech. Ach, ta moja wyobraźnia
- Heh Rose, oczy Ci się świecą - zaśmiał się jakby trochę zakłopotany
- Nie o to pytałem
- Wiem
- Więc..?
- Więc.. tak, głównie do moich spodni - spuścił głowę w dół
- Ojeeej, Seba.. ale Cię nie zgwałcił? - objąłem go ramieniem, śmiejąc się
- Śmiej się, śmiej orangutanie. Co tam masz? - wyrwał mi kartkę z dłoni
- Tekst..
- I know that you can love me, when there's no one left to blame. To ballada.. jakaś.. tak?
- T-tak - odpowiedziałem trochę niepewnie
- Spoko
- Spoko?
- No tak
- I.. to wszystko? Nic więcej nie powiesz? - zapytałem zdziwiony. Myślałem, że powie coś więcej, wyrazi jakąś opinię, czy coś, a On mi tylko "Spoko".
- Wiesz, to tylko kawałek, wolałbym zobaczyć cały tekst..
- Jasne, ja Ci pokażę tekst, później Ty z chłopakami napiszecie do niego muzykę.. będziecie pierwsi od nas i wmówicie ludziom, że to Wasz utwór. Ja Cię Seba znam
- Pewnie.. tak właśnie bym zrobił - potargał mi włosy i poszedł przed siebie
- Czekaj! Gdzie idziemy?
- Do Hellhouse - krzyknął. Dogoniłem go i odwdzięczając się za rozwalenie mojej fryzury, rozczochrałem nieco jego czuprynę.

  - Co Ona się tak cieszy? - zapytał Duff, kiedy usiedliśmy do stolika
- Rozmawialiśmy o naszym ślubie - Mary odpowiedziała wpatrzona w Adlera - Wiesz Steven.. bo ja Ci już wybaczyłam tą zdradę..
- Jaką zdradę? - zapytał zdziwiony
- No z tą małą - wskazała na mnie - Więc już Ci wybaczyłam i tak sobie myślę, że możemy razem wychowywać dziecko Twoje i Dash. Ta gówniara jest jeszcze za młoda, żeby być matką
- Wiesz, Dash jest odpowiedzialna.. - Adler nagle zrobił się cały czerwony
- Odpowiedzialna?! - pisknęła kobieta - Proszę Cię, gdyby była, to nie zaszłaby w ciążę
- A czy to jest tylko moja wina? - zapytałam rozbawiona jej słowami
- A czy ktoś Ci kazał wskakiwać do łóżka mojego Stevenka? - zapytała z pretensją w głosie
- A czy ktoś mu kazał spłodzić dziecko? - wtrącił McKagan
- Ale co ja takiego zrobiłem? - zakłopotany perkusista próbował oderwać od siebie swoją "przyszłą żonę"
- Ty jeszcze pytasz? - oburzona prześladowczyni Adlerka zrobiła naburmuszoną minę i odsunęła się od swojego obiektu westchnień
- Uważasz, że to moja wina?
- Przed chwilą sam powiedziałeś, że Dash jest odpowiedzialna, więc.. czyja?
- A nie pomyślałaś może, że tego wcale nie trzeba zaliczać do przedziału win? - wtrącił basista
- A Twoim zdaniem, do jakiego? Cholernych pomyłek?! - wrzasnęła. W tym momencie całą trójką wybuchliśmy śmiechem, Mary spojrzała na nas jak na idiotów - I z czego się śmiejecie?
- Z Ciebie. Chyba nam nie zabronisz?
- Mogłabyś nie pyskować?!
- A czy ja pyskuję?
- Ej, no co jest, będziemy bawić się w pytania? Może w końcu ktoś odpowie zdaniem twierdzącym? - Steven wstał i - jak ta sierota ma w zwyczaju - jebnął ręką w szklankę, oblewając przy tym Mary
- Steven no, to nowa sukienka!
- Ups - zakrył dłonią usta i podał poszkodowanej chusteczki, mówiąc, że - Przecież wyschnie
- Chodź, pojedziemy do mnie a później do jakiejś normalnej restauracji. No chodź
- Ale.. no ale po co do Ciebie? - zapytał przestraszony
- Przecież muszę się przebrać. Chodź
- No już Stevenku, ruszaj ten swój zgrabny tyłek i idź uszczęśliwić ukochaną - zaśmiał się McKagan
- A Wy zostajecie? - zapytał. Po chwili spanikowany szepnął - No proszę, nie zostawiajcie mnie z nią samego, Ona chce mnie zgwałcić. Słyszeliście? Mówi, że musi się przebrać, ale ja wiem o co jej chodzi. Mam wrażenie, że Ona się ciągle gapi na mój tyłek 
- Popcorn, daj spokój. Dzień jest. Nie zgwałci Cię. A nawet jeżeli.. to dla Ciebie chyba sama korzyść.. kiedy Ty ostatnio byłeś z jakąś dziewczyną w łóżku?- zapytał basista, Adler otworzył usta, ale gitarzysta mu przerwał - Dash się nie liczy, bo chyba do niczego nie doszło
- Kurde. Dobra, pójdę. Ale jak coś, to Wy mi będziecie za psychologa płacić
- Ok, tylko już idź. - pomachaliśmy mu na pożegnanie i zajęliśmy się sobą (w sensie rozmową, no bo czym innym?)

  Wszedłem z Sebą do Hellhouse i zobaczyłem Bracket leżącą na podłodze i Stradlina, siedzącego obok z butelką wódki w ręce. Jakaś orgia była, czy jaki chuj? Nie, no jakby była, to by mnie chyba poinformowali..
- Cześć, co się nie odzywacie? - zapytałem, Brack wstała i nie patrząc ani na nas ani na rytmicznego poszła w stronę schodów - Brack, płakałaś? Coś się stało? - dziewczyna bez słowa poszła na górę - Izzy, co się stało?
- Nic - odparł obojętnie
- To czemu Ona płakała? - zapytał Bach
- Nie płakała
- Mhm, jasne. Seba, poczekaj tu - pobiegłem na górę, Bracket zamknęła się w łazience. Pukałem, prosiłem, żeby mnie wpuściła, ale nie otwierała. Nawet się nie odezwała. Zbiegłem do salonu, Sebastian zdążył się już poczęstować Danielsem, stojącym w kuchni i rozsiąść się za moim fortepianem - Stradlin, do cholery jasnej, co tu się dzieje?! Co Ty jej zrobiłeś?! - wrzasnąłem tak, że Bach upuścił butelkę. Ostatni Daniels w domu.. odkupi nam go!
- Nie Twoja sprawa
- Moja. Mieszkam z Wami! Mów, co się stało?
- Nie interesuj się
- Będę. Izzy, gdyby nic się nie stało, to Brack by nie płakała
- Jak Cię to tak interesuje, to idź do niej. Niech Ci się wyżali, pociesz ją, albo zrób z nią co chcesz - powiedział obojętnie, patrząc ciągle w jeden punkt. Jego kobieta płacze, a On zachowuje się jak idiota. O ile sobie przypominam, to nigdy taki nie był
- Chciałbym, ale nie chce mnie wpuścić!
- Jaka szkoda. Trudno, sama sobie poradzi
- Co Ty odpierdalasz, Stradlin?! Nie poznaję Cię.. chodź Seba - poszliśmy na górę i próbowaliśmy przekonać Brack, żeby otworzyła te cholerne drzwi. Ale nic. CISZA.

  Mary i Steven wyszli, więc poszedłem po Danielsa dla blondynki. W końcu nie musiała udawać, że jest w ciąży. Usiadłem przy niej, siedziała smutna, całkiem inna, niż kiedy zostawiałem ją idąc po alkohol.
- Dash, coś się stało? Źle się czujesz?
- Nie, tylko.. jak Steven wyjechał z tym gwałtem, to przypomniało mi się, że Sabo.. - zamilkła i spuściła głowę w dół. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Przytulić, czy nie dotykać i tylko coś powiedzieć.. albo w ogóle nic nie mówić
- Ten idiota zawsze powie coś, czego nie powinien - powiedziałem wreszcie 
- Ale.. przecież gadaliście przy mnie o gwałtach i nic, a teraz nagle..
- Nie myśl o tym. Sabo już więcej nic Ci nie zrobi. Nikt więcej Cię nie skrzywdzi. A jeśli tak, to będzie miał ze mną do czynienia, a uwierz, prawie dwumetrowy wkurwiony basista potrafi być niebezpieczny - uśmiechnęła się delikatnie i położyła głowę na moim ramieniu.

  - Brack, otwórz. Proszę.. - delikatnie pukałem do drzwi
- A jest już Dash?
- Nie
- Wyjdę dopiero, jak Dash wróci
- Dobra. Jak chcesz. Chodź - szepnąłem do Seby i udałem się w stronę mojego pokoju. Usiedliśmy na łóżku
- To co teraz zrobimy? - zapytał, podpierając dłońmi głowę
- Będziesz udawał Dash
- Co?!
- Ciszej - przyłożyłem palec do ust
- Sorry. Co? - ponowił pytanie
- No będziesz udawał McRivery
- Nie, nie będę przebierał się w babskie ciuchy
- A kto Ci się każe przebierać? Przecież przez drzwi nie widać
- Aaa rozumiem, ale myślisz, że uwierzy?
- Jak się postarasz. W najgorszym wypadku, będzie trzeba znaleźć naszą blondynkę.

  - Steven, wchodź. Przecież nie będziesz stał pod drzwiami
- Poczekam
- No nie wygłupiaj się. Chodź, chodź skarbie - Mary wciągnęła mnie na siłę do mieszkania - Poczekaj tu chwilę, zaraz wrócę - tłumaczyła jak matka małemu dziecku i poszła do pokoju. Uciekać, czy zostać? UCIEKAM! Podszedłem do drzwi i już miałem wychodzić, nagle Mary wparowała do salonu - A co Ty robisz?
- Yyy, a no tak.. patrzę, rozglądam się.
- No to siadaj - pociągnęła mnie w stronę kanapy. Usiadłem, stanęła przede mną i zaczęła się rozbierać, zdjęła sukienkę(nie powiem, jak na jej wiek wyglądała całkiem ok. Naprawdę, myślałem, że jest gorzej a tu takie, można powiedzieć, zaskoczenie), usiadła na mnie okrakiem i przejechała dłonią po moim torsie. Zbliżyła się do mnie i przejechała kilka razy ustami i językiem po mojej szyi. Chwilę później jej ręce powędrowały już do moich spodni - no do rozporka konkretniej - i jednocześnie musnęła kilkakrotnie moje usta. Kiedy uporała się z rozporkiem, zaczęło robić się niebezpiecznie
- Mary, zejdź ze mnie - wydukałem z trudem spychając z siebie napaloną kobietę. Nigdy bym nie pomyślał, ale mnie podnieciła (to pewnie przez ten alkohol. Nie, więcej nie piję!). Ale kurde, no nie mogłem pozwolić, by do czegoś więcej między nami doszło
- Daj spokój, Steven - wstała z kanapy, podeszła do mnie i pocałowała, przygryzając moją wargę a jej dłoń powędrowała ku mojej męskości
- Ubieraj się i jedziemy do tej restauracji
- Ale Steven.. - szepnęła
- Proszę.. - powiedziałem błagalnie i ponownie ją odepchnąłem
- Dobrze - odparła.

  Nadal siedzieliśmy w Rainbow i piliśmy. Nagle Dash zaczęła szybciej oddychać, patrząc przed siebie i nie odpowiadając na moje pytania
- Dash, co się stało? - zapytałem jeszcze raz
- Wracajmy do domu
- Ale co się stało?
- Jeremy. On tam jest - wskazała palcem na stolik pod ścianą i odwróciła głowę patrząc na mnie przerażonymi oczami
- Ale tam nikogo nie ma
- Co?! Przecież.. przecież On.. no był tam!
- Uspokój się i oddychaj.
- Ale On tam był - wydukała drżącym głosem. Dzieje się z nią coś niedobrego. Mam nadzieję, że to tylko przez alkohol
- Chodź. Wracamy do domu - zabrałem roztrzęsioną dziewczynę z Rainbow.

________________________________
W końcu się udało! Wstawiłam rozdział ;D Dziękuję, że czekaliście i nie zapomnieliście o moim blogu <3 
Mam nadzieję, że to, co wstawiłam, nie jest jakieś najgorsze i choć trochę Wam się spodoba :) Myślę, że nie ma błędów, a jak są to przepraszam. 
P.S. już prawie 600 komentarzy, za co bardzo Wam kurde dziękuję ! ;D ;* 

Dash.

środa, 12 czerwca 2013

...

Kurde. Przepraszam, że nic nie dodaję, ale nie mogę się skupić na pisaniu. Rozdział jest mniej więcej w połowie, także w tym tygodniu na 100% się pojawi (znaczy chyba się pojawi). Miałam wstawić dzisiaj, ale byłby cholernie krótki itd. .. rozumiecie.
btw. jakby kogoś to obchodziło, to mam sprawny aparat, więc myślę, że w najbliższym czasie będę mogła wstawić zdjęcie rysunku, który narysowałam (Axl - brystol - kojarzycie?) :)

No i chciałam podziękować Michelle Rose, za to, że o mnie nie zapomniała.
No i każdemu, kto to wgl jeszcze czyta. Kocham Was <3

Dash. 

niedziela, 2 czerwca 2013

R.45

ROZDZIAŁ 45

- O kurwa, więcej tyle nie piję.. - podnosząc się z łóżka, powiedziałem do Axla siedzącego w moim pokoju. Właśnie, co On tu robi do cholery? Nie zapraszałem go, a siedzi tu już z pół godziny!
- Nieźle się wczoraj urżnąłeś - oznajmił rudowłosy chłopak, siedzący na krześle
- Bywało gorzej. Dash i Steven już wrócili?
- Tak - odpowiedział krótko, nie spuszczając ze mnie wzroku. Z trudem wyszedłem z pokoju
- Izzy, czekaj - Rudy poszedł za mną. Dash i Adler siedzieli w salonie dyskutując, kiedy mnie zobaczyli, przerwali rozmowę.
- Co jest? Znaleźliście Brack? - zapytałem wchodząc do kuchni. Blondynka i Popcorn wymienili porozumiewawcze spojrzenia i kiedy wróciłem do salonu, Dash zaczęła niepewnie
- Tak..
- Świetnie! - wrzasnąłem, karcąc się chwilę później za zbyt głośny okrzyk. Położyłem palce na skroniach, rozmasowując je - Gdzie jest?
- Wiesz, nie było jej w Rainbow, ani w Roxy..
- Dash, do rzeczy. Gdzie jest moja Bracket?
- U Metalliki
- Gdzie?!
- Dobrze słyszałeś, u Metalliki - powtórzyła dziewczyna
- Ale.. jak to? Rozmawiałaś z nią?
- Rozmawiałam
- Co powiedziała? - zapytałem trochę wystraszony tym, że moja dziewczyna spędziła noc z chłopakami z Mety
- Że jeśli naprawdę się martwiłeś to.. - zaczął Adler
- Martwiłem
- To idź po nią! - dodał zacieszając
- No to idę - poczłapałem na górę, by skompletować garderobę, wróciłem na dół i wyruszyłem z Hellhouse.

  Siedziałam z Adlerem w salonie, Izzy przed chwilą wyszedł z domu, Slash siedzi w areszcie, Duff na górze a Axl się gdzieś zapodział. A przecież jeszcze niedawno tu był. Ten chuj to znika i pojawia się jak murzyn na przejściu.
- Steven - zaczęłam niepewnie, przerywając ciszę, która ogarniała cały salon, o ile nie całe Hellhouse - to nie mógł być Jeremy, prawda?
- Nie wiem Dash, możliwe, że mi się poprostu przewidziało, może to nie był On.. nie wiem - zadzwonił telefon - No co znowu?! - chłopak podniósł słuchawkę - No.. o Jezu, Mary? Czego Ty ode mnie chcesz, kobieto?! Jaką randkę, popieprzyło Cię? Daj mi spokój! Jezu.. no dobra - smutny odłożył słuchawkę - Duff! - zawołał. Basista zbiegł na dół
- No, co chcesz Steven?
- Co powiesz na randkę?
- Z Tobą? Steven, pedale! Nie ma mowy!
- Oj, chyba nie jesteś w jego guście, Stevenku - pomyślałam uśmiechając się do siebie
- Duff, debilu. Nie ze mną, znaczy.. w sumie to ze mną też.. w pewnym sensie
- Zaczynam się bać, ale mów dalej - McKagan usiadł na kanapie obok mnie
- Ok. Więc dzwoniła ta wariatka, Mary i wymyśliła, że musi ze mną pogadać i w tym celu chce iść ze mną na randkę. A że jesteście moimi przyjaciółmi i ja Was bardzo kocham i nie chce iść z nią sam, to chcę Wam zaproponować podwójną randkę. Co Wy na to?
- Zwarowałeś, nie? Ty to masz zryty łeb - zaczęłam się śmiać
- Nie Dash, nie zwariowałem, ale mało mi do tego stanu brakuje, dlatego proszę Was.. no chodźcie ze mną na tą cholerną randkę! - powiedział błagalnie, klękając przed nami
- Ja nie mam nic przeciwko, mogę iść - bez większego namysłu odparł gitarzysta
- McKagan, kocham Cię, skarbie! - perkusista dosłownie rzucił się na Duffa i zaczął go całować po policzkach, czole, dłoniach i gdzie się jeszcze dało - Dash, proszę. Wszystko zależy od Ciebie, pójdziesz?
- Hmm.. - udawałam, że bardzo, bardzo mocno się zastanawiam - a mnie też tak będziesz całował?
- Tak!
- A postawisz mi pomnik?
- Tak!
- No to myślę, że ostatecznie mogę się zgodzić
- No - krząknął McKagan, zatrzymując Popcorna, pchającego się z ustami w moją stronę - To o której ta randka?
- Za 45 minut
- Tak wcześnie?! - krzyknęłam chórem z basistą
- No później, to Ona śpi
- Ok, ale.. - zaczęłam nerwowo - w co ja się ubiorę?!
- No i się zaczęło.. - cicho odparł gitarzysta
- Nie musisz się stroić - odpowiedział perkusista
- A zobacz, Steven nie ma problemu, jak go znam, to się nawet nie przebierze
- Bingo, McKagan! A co się będę stroił. Dla Mary? Nawet się nie umyję - zacieszając, skorzystał z faktu, że Duff wyszedł do kuchni, dosłownie przyssał się do mojego policzka
- Fuu, no Steven! Obśliniłeś mnie chuju! - wrzasnęłam, basista wybiegł z kuchni grożąc perkusiście nożem
- Steven, nie przysysaj się tak do niej, bo powiem Mary, że ją zdradzasz
- Pierdolić to, mam ją gdzieś - perkusista ponownie się do mnie przystawiał, ale zakryłam się poduszką, którą chcąc nie chcąc, pocałował
- Steven, daj spokój. Idę się jakoś ogarnąć, bo widzę, że zostało nam jakieś pół godziny
- Idę z Tobą Dash - McKagan wyruszył za mną.

  Mam nadzieję, że Brack jest u chłopaków i wróci do domu. Kurwa, stoję pod ich chatą 10 minut i boję się zapukać. Nie wiem, czego mam się spodziewać.
- Cześć.. Izzy. Co Ty tu robisz? - zapytał wychodzący z domu Kirk
- Stoję - odparłem - Jest u Was Bracket?
- Jest. Zawołać ją? - kiwnąłem głową, gitarzysta zaczął wołać dziewczynę
- Kirk, czemu się tak drzesz? Stoję z 3 metry od Ciebie
- A, sorry Brack. Do Ciebie - wrócił do domu, zostawiając nas samych.. pod drzwiami, no pełna kultura.
- Hej kochanie - zacząłem niepewnie, nawet nie patrząc jej w oczy - Przepraszam. Wrócisz do domu?
- Ty w ogóle wiesz, za co mnie przepraszasz? - fuknęła, krzyżując ręce
- Tak. Za moje wczorajsze zachowanie. Wybaczysz mi to?
- Nie wiem
- A wrócisz do domu?
- Nie - odpowiedziała stanowczo
- Ale skarbie.. - powiedziałem załamującym się głosem. Ale nie, nie zamierzam płakać
- Nie Izzy, nie wrócę do domu.. a przynajmniej na razie nie zamierzam wracać. Cześć - przerwała mi, odwróciła się i znikła za drzwiami. Świetnie, znowu wszystko się pierdoli. Brack ma mnie chyba dość, Slash siedzi w areszcie, a do Stevena przyjebała się ta cała Mary.. chociaż to jest akurat całkiem zabawne. No i jeszcze ten wszechobecny Jeremy. Nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy się skurwiel pojawi. Pierdolę to wszystko, idę do domu. Ale ja tu jeszcze wrócę
- Wrócę po Ciebie Brack, słyszysz?! Wrócę.. - kurwa, pomyślałem to, czy powiedziałem? W ogóle, czemu Ona była w ubraniach Ulricha?

  - Zajebiście, można powiedzieć, że idę na randkę z Dash. Szkoda tylko, że to wszystko takie ustawione, wolałbym randkę bez tych popierdoleńców.
- Duff, mówiłeś coś? - McRivery weszła do pokoju
- Nie, znaczy.. nie. Ja tak tylko do siebie - odpowiedziałem zmieszany
- Aha. Chodź już, Mary przyjechała.
- Świetnie. Ale nie jedziemy wszyscy jednym samochodem, nie? - zapytałem podążając za blondynką
- Nie wiem. My chyba pojedziemy moim, a Steven z Mary
- Co ja z Mary? - zapytał zdezorientowany perkusista
- Jedziesz z nią samochodem
- No, a Wy z nami
- Nie, my jedziemy moim..
- No Dash, nooo.. Nie róbcie mi tego
- Ale Stevenku, my Ci nie będziemy przeszkadzać - odpowiedziałem zacieszając
- Pierdol się wielkoludzie! - warknął
- No, no kurduplu. Uważaj na słowa - powiedziałem czochrając jego pudlowatą fryzurkę
- Bo co? Weź te łapy - zamachał rękoma
- Bo na randce będziesz całkiem sam ze swoją ukochaną Mary
- Dobra, dobra Duff, przepraszam. Chodźmy już - wypchnął nas z Hellhouse.

  Nie no kurwa, ja tu chyba pierdolnę, no zwariuję i jeszcze kogoś niechcący zabiję. Nawet mnie nie karmią chamy jedne, a tym razem nie ma Kirka, który mógłby się ze mną podzielić batonikiem. ZDECHNĘ.. zdechnę.. zdechnę z głodu kurwa! I czemu siedzę za kratkami? Przecież nie mają żadnych dowodów, mogliby mnie wypuścić z tego cholernego aresztu! W sumie dobrze, że to tylko areszt a nie prawdziwe więzienie, tylko czemu wepchnęli mi tu jakiegoś obłąkanego skurwiela? Całe życie z psychopatami. W domu Axl, tutaj.. no właśnie, jak On się w ogóle nazywa?
- Ej Ty, jak masz na imię? - zapytałem odchodząc od drzwi. Szczerze mówiąc, trochę się zdziwiłem, że tak łatwo mi poszło, przecież nic nie piłem i tak od razu, bez jakiegoś większego zastanawiania się, zagadałem i to do PSYCHOPATY!
- Travis, ale znajomi mówią na mnie Bam - znajomi czyli kto? Pielęgniarki z psychiatryka?! I co to w ogóle ma znaczyć? Bam.. mniejsza z tym. Chłopak z nieźle potarganymi blond włosami i czerwoną grzywką, kolczykiem w wardze, w jakiejś rozciągniętej koszulce Sex Pistols i ciemnych spodniach wyciągnął dłoń w moją stronę - A Ty? No, jak się nazywasz?
- Saul Hudson, znaczy bardziej znany jestem jako Slash.. - zacząłem, czekając trochę na okrzyk typu "Serio? Slash?! Nie poznałem, dasz autograf?"
- Bardziej znany..? Pierwszy raz słyszę o kimś takim, jak Slash - nie no nie mogę, co z nim jest nie tak?! To On nie zna Gunsów? Wiem, że może jeszcze nie jesteśmy jacyś mega znani, ale w L.A. zaczynamy się powoli liczyć.. chyba
- Dobra, nie szkodzi. Za co tu siedzisz?
- Bo ja wiem, zgarnęli mnie z ulicy, wsadzili do radiowozu i zamknęli tutaj.. a Ty? - zapytał wyciągając rękę w stronę moich włosów
- Za to, że.. - zacząłem, patrząc, jak jego dłoń zbliża się do moich loczków - .. zgwałciłem pewną dziewczynę - dodałem cicho
- Gwałt? U mnie na ulicy i w domu takie rzeczy dzieją się praktycznie codziennie, ale nieważne.. - zamilkł siadając na podłodze. Wgapialiśmy się w siebie, jak pojebani.

  - A co Oni tu robią? - zapytała Mary
- Jadą z nami
- Ale osobnymi samochodami - McKagan zaczął się szczerzyć
- Po co? Stevenku, kochanie.. chciałam z Tobą porozmawiać.. - zaczęła się do mnie niebezpiecznie zbliżać
- Dobrze, porozmawiamy. Oni też muszą porozmawiać, więc pomyślałem, że fajnie byłoby zrobić podwójną randkę
- Tak.. bardzo fajnie - kobieta odpowiedziała z sarkazmem
- To gdzie jedziemy? - zapytała śmiejąca się McRivery
- Wybór miejsca zostawiam Waszej trójce
- No to Roxy - klasnąłem w dłonie
- Roxy.. dobra, myślałam nad jakimś bardziej romantycznym miejscem..
- Sama, powiedziałaś, że mamy wybrać
- Tak kochanie, tak powiedziałam. Wsiadaj - wskazała na samochód
- Duff, kto prowadzi? Ty czy ja?
- Ja mogę
- Ok - blondynka rzuciła kluczyki basiście. Boże jak ja mu zazdroszczę, On jedzie sobie z Dash i to jakimś normalnym samochodem. A ja? Ja muszę jechać jakimś różowym gównem. Kurwa, kto widział, żeby stara baba jeździła różowym autem? I kto widział, żebym ja jeździł czymś takim?! Nie, no ja się kiedyś chyba naprawdę zabiję.

  Cieszę się, że Izzy po mnie przyszedł, bo to chyba jednak o czymś świadczy. Nie wiem czemu tak go potraktowałam, chcę wrócić do domu, przytulić się do niego.. i chcę, żeby wszystko było dobrze. Chcę żeby było normalnie.. zaraz, normalnie? Z Gunsami? No chyba mnie pojebało.
- I co, rozmawiałaś z Izzym? - Lars usiadł obok mnie podając mi piwo
- Tak
- I co?
- I nic
- No jak nic?
- No normalnie. Nic
- Ale jest gorzej niż było.. czy lepiej..?
- Nie wiem, chyba gorzej. Izzy chciał, żebym wróciła do domu..
- A Ty? Czego chcesz?
- Chcę wrócić, ale to chyba nie ma sensu. Będę musiała wyprowadzić się z Hellhouse, przynajmniej na jakiś czas.. odpocząć od tego wszystkiego, co się dzieje.. wrócę do Seattle, pomieszkam u rodziców..
- Myślisz, że to dobry pomysł?
- Nie wiem, no ale Lars, co mam zrobić? Kocham Stradlina, ale nie jestem pewna, czy On na pewno kocha mnie..
- Przyszedł tu, chce, żebyś wróciła, co Twoim zdaniem, to oznacza? Bo ja myślę, że to jest właśnie oznaka miłości
- Nie wiem
- Oj Brack, dobrze wiesz - szepnął przytulając mnie - Idę do sklepu, chcesz coś?
- Nie, nie chcę
- Ok - wyszedł z domu uśmiechając się. Chwilę później ktoś zapukał do drzwi, Kirk i James grali w karty, więc otworzyłam, bo pewnie żaden z nich dupy by nie ruszył .
- Izzy, już Ci mówiłam, że nie wracam - Stradlin stał przede mną ze smutną miną
- Dlaczego?
- Bo nie
- Brack, proszę. Ja Cię kocham
- Nie Izzy, nie wrócę. W ogóle planuję powrót do Seattle, do rodziców
- Co? Nie, nie zrobisz mi tego!
- Sorry Izzy.. ale tak będzie lepiej, muszę odpocząć
- Nie! Brack, nigdzie nie jedziesz, wracasz do Hellhouse!
- Izzy..
- Co Izzy? Nie możesz mi tego zrobić, nie możesz mnie zostawić! Rozumiesz?
- Ale..
- Żadne ale. Brack, jak wyjedziesz, to.. ja nie będę miał już po co żyć, zabiję się, zobaczysz
- Izzy przestań, to jest szantaż
- Nie Brack, to nie szantaż. Naprawdę coś sobie zrobię - jak dotąd rozsądny Stradlin nagle zaczął wariować, zaczął gadać totalne głupoty, mimo iż był trzeźwy. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. No bo jeżeli On naprawdę byłby w stanie coś sobie zrobić? Nie darowałabym sobie tego
- Izzy, posłuchaj, nie wyjadę na zawsze - powiedziałam cicho
- Nie wyjedziesz w ogóle, wracasz ze mną do Hellhouse
- Nie
- Tak! - złapał mnie za rękę i pociągnął w swoją stronę. Chłopcy nic nie słyszeli, bo głośno słuchali muzyki
- Izzy puść, to boli
- Puszczę jak wrócisz ze mną do domu
- Izzy, nie wrócę
- Pewna jesteś?! - złapał mocniej moje nadgarstki i znowu zaczął krzyczeć, że jak wyjadę, to się zabije. Nie poznawałam go. Przecież On nigdy taki nie był. Po kilku minutach szarpaniny postanowiłam ustąpić
- Dobra Izzy, uspokój się. Wrócę z Tobą do Hellhouse
- Naprawdę?!
- Tak
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę - nachylił się, by mnie pocałować, ale odsunęłam się
- Poczekaj tu, powiem chłopakom, że wracam do domu. - poszłam do pokoju Jamesa i próbując opanować płacz, oznajmiłam chłopakom, że wracam do domu.
- Ale.. pogodziłaś się z Izzym? - zapytał Hammett
- Ej Brack, Ty płaczesz?
- Nie.. nie. Dzięki chłopaki, za wszystko, naprawdę. Cześć - wybiegłam. Łzy pojawiające się w moich oczach sprawiały, że prawie nic nie widziałam. Kiedy byłam już za drzwiami Izzy chciał mnie objąć, wyrwałam się spod jego ramienia i szłam przed siebie ocierając łzy. Nie rozumiem go. Raz jest delikatny, cichy.. a chwilę później staje się agresywny, krzyczy.. co się z nim dzieje?

___________________________________
Kurde wiem, że długo czekaliście. Przepraszam. Wybaczycie mi to? W sumie nie macie innego wyjścia xd  
Miałam dodać wczoraj, ale zbyt późno wróciłam do domu xd dzisiaj w dzień nie wyszło przez projekt z polaka i szczerze mówiąc, już myślałam, że dzisiaj nie dodam. Pamiętajcie, że ja się tak poświęcam dla WAS! ;D <3 A już dawno mogłam położyć się spać.. i rozdział dodać jutro 

środa, 29 maja 2013

...Slash, Axl, Duff...

  Z uwagi na wcześniejszą prośbę (bo chyba tak to mogę nazwać) pewnej czytelniczki-Olki, no i też trochę dlatego, że od dawna niczego nie wstawiłam, postanowiłam w końcu wstawić, to co obiecałam a mianowicie moje rysunki. Są skanowane, więc nie wiem czy będzie ok, no ale skoro mówiłam, że wstawię, to wstawiam :] A i co do Axla narysowanego na brystolu, to będziecie musieli jeszcze trochę poczekać (trudno zrobić telefonem satysfakcjonujące zdjęcie).

Slash



Duff



Axl





Nie mam pojęcia, czy Was ta notka chociaż trochę usatysfakcjonuje.. 
Dash.

niedziela, 19 maja 2013

R.44

ROZDZIAŁ 44

  Mam go serdecznie dość! W ogóle się mną nie interesuje, za to w Dash wpatrzony jest jak w obrazek. Przecież je ze mną.. czy On mnie jeszcze kocha? Nieważne. Nie mam zamiaru się teraz tym przejmować, jak On ma mnie gdzieś, to ja go też.. ale do domu nie wrócę, muszę się gdzieś zatrzymać.. na jakiś czas.
- Bracket? - poczułam czyjąś dłoń na ramieniu, przeszedł mnie dreszcz - Co tutaj robisz sama w środku nocy? - pogodne oblicze perkusisty Metalliki natychmiast mnie uspokoiło
- Lars, wystraszyłeś mnie. Pokłóciłam się z Izzym
- O co poszło?
- Nie chcę teraz o tym rozmawiać.. wiesz, mam prośbę. Mogłabym u Was pomieszkać? Tak przez kilka dni?
- Wiesz.. - zawahał się. Byliśmy w parku, więc usiadłam na ławce, tej samej, na której zazwyczaj przesiaduję z Gunsami i Dash.
- Jasne, rozumiem. Nie chcę się narzucać, macie swoje życie, nie będę Wam dupy zawracać. Najwyżej pójdę gdzieś indziej, albo ostatecznie wrócę do domu..
- Nie, Brack jak dla mnie, to możesz zostać nawet na stałe, nie wiem jak James i Kirk, ale Oni też nie powinni mieć nic przeciwko.
- Serio? - przeniosłam wzrok na chłopaka, uśmiechnął się i wyciągnął dłoń w moją stronę
- Jak najbardziej. Chodź, pogadamy z chłopakami.. może jeszcze nie są zbyt pijani..

  - Żądam adwokata! - krzyknąłem zdenerwowany ciągłymi pytaniami gliniarzy
- Masz prawo do jednego telefonu - warknął starszy z policjantów, szarpiąc i pomiatając mną, wyprowadził moją skromną osobę na korytarz
- Ale nie znam żadnych adwokatów
- Ale czy ja Ci powiedziałem, żebyś po adwokatach dzwonił?
- No nie..
- No nie - powtórzył - Dzwoń gdzie chcesz, ale pamiętaj, że masz prawo tylko do jednego telefonu. Jak skończysz, to powiedz - podszedł do jakiegoś kolesia stojącego kilka metrów od telefonu, zostawiając mnie przy nim z szansą na rozmowę, która być może wyciągnie mnie z tego miejsca.

  - Dash, ej.. nie martw się - podałem zmartwionej przyjaciółce Jack'a Danielsa, o którego przed chwilą się domagała - Brack sama wróci, a Saul.. jego też pewnie wypuszczą
- Duff, ale.. skąd wiesz?
- Po prostu wiem - usiadłem na podłodze przy blondynce, oparła się o mnie.

* w tym samym czasie*

  - Będziesz spała u Larsa, On u Hammetta, wszystkim wszystko pasuje? - zapytał Hetfield, kończąc chyba kolejne piwo
- Pewnie - Kirk pokiwał głową - Ej, co?! Jak u mnie? A ja gdzie? - zamachał rękoma
- No z Larsem
- Co? - przerażenie widniało w oczach gitarzysty
- Spoko stary, nie chrapię - Urlich poklepał Hammetta po plecach - A jak nie będziesz mógł zasnąć, to Ci kołysankę zaśpiewam
- Chyba zawyjesz - zaśmiał się wokalista
- No chyba Ty! - oburzył się bębniarz
- Dobra, chodź Ty mój śpiewaku spać, bo zmęczony jestem, a nie mam zamiaru słuchać, jak mi się po pokoju pałętasz - chłopcy poszli do pokoju Kirka. Zostałam z Jamesem
- Brack, położylibyśmy Cię w salonie, chociaż.. może byłoby to trochę niekutturalne.. ale nam się kanapa ostatnio rozjebała.
- Spoko, szczrzeże mówiąc, mogłabym spać nawet na fotelu
- Nie pozwoliłbym na to, zresztą chłopaki pewnie też 
- Dzięki. Wiesz, jest jeszcze jedna sprawa..
- Jaka?
- Mogłabym wziąć prysznic? Muszę ochłonąć..
- Jasne, ale.. Ty nie masz ze sobą żadnych ubrań, nie? - przytaknęłam - Zaraz coś na to poradzimy. Poczekaj - podszedł do drzwi "pokoju nowożeńców".. znaczy.. sypialnię Hammetta miałam na myśli - Lars! Są gdzieś u nas jeszcze jakieś ciuchy tej Twojej byłej?
- Nie, zabrała wszystko - krzyknął - .. nawet to, co nie było jej - dodał ciszej po chwili
- Ok, to.. chodź - zaprowadził mnie do pokoju perkusisty, otworzył szafkę i zaczął szperać. Wyjął jakieś bokserki i koszulkę.. z logiem Metalliki oczywiście - trzymaj, idź do łazienki, zaraz przyniosę Ci jakiś ręcznik. Swoją drogą.. Dash nie chciałaby u nas pomieszkać?
- Nie wiem, czemu pytasz?
- Tak tylko..

  Siedziałam z przysypiającym McKaganem w salonie, Axl, Steven i pijany Izzy spali na górze. Raptem dźwięk telefonu przerwał wszechobecną ciszę. Podniosłam słuchawkę
- Słucham?
- Dash, śpisz? - usłyszałam niespokojny głos Hudsona
- Nie, Saul, powiedz mi, co się stało! Czemu jeszcze nie wróciłeś?
- Przesłuchiwali mnie. Jest Axl? Chyba potrzebny mi adwokat..
- Slash, co Ty zrobiłeś? - mój podniesiony ton wybudził basistę. Slash nie odpowiadał, więc pytałam dalej, za każdym razem, coraz bardziej nerwowo
- Dash, daj mi słuchawkę, ja z nim porozmawiam - powiedział blondyn
- Nie, chcę wiedzieć, co zrobił!
- Dowiem się i powiem Ci, co zrobił - Duff zabrał mi słuchawkę, poszłam do kuchni, zostawiając chłopaka, próbującego wyjaśnić sprawę Saula.

  Wyszłam spod prysznica, założyłam ciuchy Larsa i związałam włosy gumką. Później poczłapałam do pokoju Ulricha, rzuciłam się na łóżko i szybko trafiłam do krainy Morfeusza. Rano obudził mnie perkusista, mówiąc, że Dash przyszła i że mnie szuka.

  Nie mogę uwierzyć, że Saul zgwałcił tą dziewczynę, jak On mógł to zrobić? Przecież to jest straszne. Zawitałam z Adlerem do drzwi Metalliki, bo Izzy poprosił nas, żebyśmy poszukali Brack, a że nie było jej ani u Skid Row, ani w Rainbow, ani w Roxy, ani w żadnym innym miejscu, do których chodzimy, pomyślałam, że pewnie jest tutaj. No i się nie myliłam. Otworzył nam James
- Hej James, jest u Was może.. - zobaczyłam Brack wychodzącą z pokoju Larsa w jego koszulce i bokserkach (nie wiem, czy były jego, ale domyślam się, że tak) i oczywiście w jego towarzystwie
- Jest - odpowiedział wokalista
- Brack, martwiliśmy się
- Cześć, przepraszam. - odpowiedziała
- Izzy się martwił - oznajmiłam
- Jasne. Mam go w dupie!
- To pewnie się cieszy - rzucił Steven z szerokim uśmiechem
- Co?
- No przecież masz go w dupie, to się chłopak pewnie cieszy
- O Jezu, nie w tym sensie go mam! Steven, Ty po prostu głupi jesteś - walnęła blond perkusistę po głowie
- Czego Ty mnie bijesz? Ja się o Ciebie martwię, szukam Cię po całym L.A. a Ty tak mi się odwdzięczasz? Będziesz coś chciała.. zobaczysz, w niczym Ci już nie pomogę! - urażony perkusista odwrócił się tyłem do Bracket, która zażenowana zachowaniem Popcorna przejechała dłonią po twarzy. Spojrzałam na chłopaków, którzy nieco złośliwie się uśmiechali i przeniosłam wzrok na przyjaciółkę
- Brack, wracasz do domu?
- Nie będę tu mieszkać w nieskończoność.. - zaczęła. "Nie mamy nic przeciwko Twojemu mieszkaniu tutaj" jednogłośnie oznajmili chłopcy. "Ja też nie mam nic przeciwko.." przyciszonym, jakby przygaszonym głosem dodał nadal obrażony perkusista. - Ale.. jeśli Izzy naprawdę się martwił, to niech sam tu po mnie przyjdzie i mi to powie
- Jak chcesz, przekażemy mu to, prawda Steven? - zapytałam szturchając Adlera, który wgapiał się w coś z wielkim zainteresowaniem
- Co.. yy tak. Jasne. Ty przekażesz, Dash. Musimy iść - złapał moją dłoń i pociągnął za sobą, nawet nie zdążyłam powiedzieć Brack o tym, co zrobił Saul.
- Steven, o co Ci chodzi?
- Jedźmy do domu
- Coś się stało? - zapytałam otwierając drzwi samochodu
- Wydawało mi się, że widzę Jeremy'ego
- Co? - puściłam klamkę, drzwiczki trzasnęły nieprzyjemnie
- Chyba widziałem Jeremy'ego - powtórzył powoli
- Nie, na pewno nie, musiało Ci się przewidzieć. Nie teraz, myślałam, że już o nas zapomniał.. Musiało Ci się przewidzieć - mówiłam tak przekonująco, jak tylko mogłam, jakbym chciała wyprzeć ze świadomości jego istnienie, wymazać go z pamięci. Fakt jest taki, że chciałam i pewnie nie tylko ja.
_____________________________________

Kurde, no i znowu jakiś taki krótki wyszedł -.- Dzięki za wszystkie wejścia i komentarze (a tych jest już PONAD 300!) ;D Fajnie, że jesteście wyrozumiali i czekacie aż coś dodam :] <3
Sorry za błędy jak są, ale sprawdzałam tylko raz.. więc mogą się jakieś pojawić.

Dash.