OSTRZEŻENIE!

Wszystkie sytuacje zawarte w zakładce ExtraGuns. nie mają żadnych powiązań z opowiadaniem głównym. Bez obaw. :)

piątek, 9 sierpnia 2013

R.49

ROZDZIAŁ 49

   - .. i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.  - po tych słowach wyszliśmy z kościoła, ludzie zaczęli gratulować, sypać ryżem, wsiedliśmy do auta, pięknego, białego Rolls Royca. Po niespełna 20 minutach dojechaliśmy do przepięknego, starego dworka, w którym miało się odbyć nasze wesele. Moje i mojej kochanej Dasshy. Impreza miała być na dworze. Piękna, słoneczna pogoda. Stoły porozstawiane w kilku rzędach, tworzyły razem całkiem duży prostokąt. Na jednym ze stołów stał ogromny, kremowy tort, cały ozdobiony cukrowymi różyczkami, oraz nasze figurki na jego szczycie. Stanąłem trochę za żoną i razem ukroiliśmy pierwszy kawałek tortu, Dash delikatnie mnie nim nakarmiła, później ja umieściłem kawałek ciasta w jej ustach. Goście śmiejąc się razem z nami, zaczęli bić brawo. Każdy, kto trzymał w ręku szampana (a poza  dziećmi, nie było chyba nikogo, kto go nie miał) wzniósł toast, zainicjowany długą i jakże wzruszającą przemową Slasha. Dash ubrana była w długą, czarną suknię, odsłaniającą jej smukłe, opalone ramiona, czyli wręcz przeciwnie do ślubu, na którym była w białej sukience odsłaniającej  kolana i z nieco dłuższym (bo aż do ziemi) tyłem, a jej twarz osłaniał welon. Zaczął się pierwszy taniec, później tańczył już każdy, a co najlepsze Steven tańczył z Hudsonem. Rose, odbijając mi blondynkę, poprosił ją do tańca, ja zabrałem Stradlinowi Brack. Chwilę później jasne jak dotąd niebo przybrało ciemne barwy, rozświetliło się na chwilę, zaczęło grzmieć, nagle zerwał się silny wiatr. Rozpętała się burza, ludzie zaczęli uciekać, chować się pod stołami, w budynku, ktoś wpadł w tort przeskakując przez stół. - Gdzie Dash?! - krzyczałem, pytając przyjaciół, nikt nie wiedział, gdzie jest blondynka. - Gdzie jest moja żona?! - Nagle ciemność. Tak jakbym obudził się w kościele. Reszta Gunsów i Brack siedziała ze mną w ławce. Przed ołtarzem stała otwarta trumna. Podszedłem bliżej i nie mogłem uwierzyć. Leżała w niej moja żona, moja mała Dash, z którą niedawno wziąłem ślub. I znowu ciemność. Cmentarz. Zmrok. Klęczę w deszczu nad wykopanym dołem, a w nim ta sama trumna, na którą nie wiadomo skąd spadł ślubny bukiet kwiatów.. 
- Nieee! Dash! - obudziłem się wystraszony i cały spocony. Deszcz uderzał o szyby. Oddychałem szybko, nieregularnie, już trzeci raz tej nocy budzę się w takim stanie. Śnią mi się same koszmary. Najpierw śniło mi się, że jechałem z Dash samochodem i nagle wypadliśmy z drogi, auto dachując, spadło kilkadziesiąt metrów w dół, McRivery trafiła do szpitala pod jakąś kroplówkę i chuj wie co jeszcze, ja.. umarłem. Kolejny sen to kłótnia. Popchnąłem na ścianę blondynkę, chcącą wyrwać mi z dłoni pistolet. Znowu ciemność. Dash leży na łóżku z raną postrzałową. Sine usta i ziemista skóra wskazują na to, że jest martwa. Broń leży niedaleko jej zimnego ciała. I to wszystko, te wszystkie koszmary śnią mi się jednej nocy. Pytanie: dlaczego? Czy one coś znaczą? Po ostatnim najciężej mi było zasnąć. Poszedłem do łazienki i opłukałem twarz zimną wodą, wyjąłem z szafki jakieś proszki nasenne, z kuchni wziąłem szklankę wody i wróciłem do pokoju. Usiadłem na łóżku, otworzyłem pudełeczko, wysypałem kilka tabletek, które natychmiast połknąłem. Położyłem się i nie mogąc zasnąć, przewracałem się z boku na bok. Chujowe te tabletki. W niczym nie pomagają, wręcz przeciwnie. Gdy zamykam oczy, widzę Dash leżącą w trumnie.

   - Kochanie, śpisz?
- Śpię - odpowiedziała brunetka
- To czemu odpowiadasz? - zapytałem z lekkim zacieszem i delikatnie przejechałem palcem po jej ramieniu
- Bo pytasz. Sorry Izzy, ale chcę spać
- Ok. Idę do kuchni, chcesz coś?
- Spać!
- No dobrze, dobrze, czyli rozumiem, że nic nie przynosić
- Jakiś Ty mądry - fuknęła sarkastycznie i zakryła się kołdrą. Przechodząc obok pokoju McKagana usłyszałem jakieś.. takie jakby stłumione krzyki, więc zajrzałem do niego. Basista wił się na łóżku, ściskając dłońmi kołdrę i poduszkę na przemian. Nieco zaspany chyba trochę spanikowałem i pobiegłem do pokoju.
- Brack! - kucnąłem przy łóżku i lekko szturchnąłem dziewczynę - Coś się dzieje z Duffem!
- Co?
- N chodź - wyciągnąłem zdezorientowaną Bracket spod kołdry i pociągnąłem do pokoju gitarzysty. - Zobacz
- Rzeczywiście - stwierdziła, przecierając oczy - Może coś mu się śni. Lepiej go nie budźmy, bo źle się to może skończyć..
- Ale dlaczego? Jeszcze coś mu się stanie. Obudźmy go
- Nie Izzy.. - próbowała mnie powstrzymać, ale jej się nie udało, bo zdążyłem kilka razy trącić blondyna. Obudził się i momentalnie usiadł, podpierając się z tylu rękoma. Cały zlany potem, ciężko oddychał.
- Duff, stary, co Ci jest? - spytałem zaniepokojony, wystraszonego (chociaż sam nie wiem, może był po prostu oszołomiony) przyjaciela. Ten machnął ręką i jak gdyby nigdy nic położył się, wkładając ręce pod poduszkę
- Nic.. - odpowiedział zobojętniałym głosem.
- Nie kłam - brunetka usiadła na brzegu łóżka - Powiedz prawdę, co się dzieje? Duff.. - chłopak westchnął
- Boję się.. - odpowiedział cicho - Wiem, że to głupie
- Nie rozumiem.. boisz się? Ale czego?
- Przez całą noc mam koszmary, zresztą nieważne. Idźcie spać, bo musimy w miarę wcześnie wyjechać. Dobranoc.
- Ale.. - chciałem dopytać, o co konkretnie chodzi z tymi koszmarami
- Izzy, zostaw.. wiem, że chcesz pomóc, ale lepiej go zostaw - szepnęła brunetka - Chodźmy spać. - wyszliśmy i udaliśmy się w stronę naszego pokoju
- Ja idę jeszcze do kuchni, to chcesz coś? - pokręciła głową i zniknęła w naszej sypialni - Dobra, jak nie to nie. Steven, a Ty coś chcesz? - krzyknąłem, bo akurat u niego drzwi były otwarte
- Nie.. - odpowiedział mi zachrypnięty głos. Zszedłem do salonu, przeszedłem obok kanapy, udałem się do kuchni.. Ale zaraz, zaraz.. Cofnąłem się. Patrzę na kanapę: blond czupryna i koc. I nic więcej. Odchylam koc i nasz Adlerek słodko sobie śpi. No nie mogę, to do kogo ja mówiłem? I co ważniejsze, kto mi odpowiedział?! - Kurwa - syknąłem. Steven powoli otworzył jedno oko
- Nie, nie kurwa, Steven. - zamknął oko a po chwili otworzył drugie - Stradlin..? Czemu stoisz nad moją głową?
- Ktoś jest w Twoim pokoju, Popcorn
- Co?! Gdzie?! Kto?! Izzy, prowadź! - podnosząc się na łóżku wskazał palcem na schody. Schodząc z kanapy zaplątał się w koc i wleciał pod stół. Wstał, otrzepał się, poprawił koszulkę, podciągnął spodnie i gotowy na wojnę poczłapał za mną do swojego pokoju. - Izzy, wchodzimy na trzy. To raz, dwa.. trzy! - wbiegliśmy do środka, jak pojebani.
- Jak myślisz? Kto śpi w Twoim łóżku?
- Nie mam zielonego pojęcia, kurde. Ale oby to była jakaś seksowna, spragniona laska. Miło by było - razem podnieśliśmy kołdrę. Oczywiście nie odbyło się bez hałasu, bo ta sierota ze strachu wpadła w perkusję. Siedział z pałeczkami w dłoni i talerzem na głowie.
- Kto to? - w tych egipskich ciemnościach nie potrafiłem ocenić, kim jest osoba panosząca się w łóżku Stevena.
 - Nie wiem, Mary chyba
- Mogę? - zapytałem, wskazując na pałeczki. Adler, nie znając moich zamiarów, wręczył mi jedną, a ja walnąłem go nią w głowę, a raczej w talerz znajdujący się na jego blond kłakach.
- Ałł. Za co? - niezdarnie rozmasowywał sobie obolałe miejsce
- Za.. - nie dokończyłem, bo do pokoju weszły dziewczyny
- Co Wy do chuja pana odwalacie? - Dash, wyglądająca na lekko skacowaną, zakryła usta Popcornowi, rozpaczającemu nad tym, że dostał w łeb i że będzie musiał oddać perkusję do naprawy.
- Patrzymy, kto śpi u Adlera - odpowiedziałem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie
- Mary. Przecież to jasne - prychnęła blondynka
- Serio? Ja chyba nawet nie wiedziałem, że Ona jest w Hellhouse!
- Widzisz, a ja się najebałam i jakoś ją zauważyłam. Idiioooci..
- Tak - stanowczo przytaknęła Brack - Chodźmy spać
- Już idę kochanie
- Mówiłam do Dash
- Dobranoc chłopaki! - blondynka porwała Bracket do ich wspólnej sypialni. Ja pierdolę, no zabrała mi dziewczynę!
- Steven.. wygodnie Ci na tej kanapie?
- Da się wytrzymać, a co?
- Nie no, nic. Tylko wiesz, ja mam dzisiaj wolną połowę łóżka, więc możesz tej nocy spać ze mną.. jeśli chcesz, oczywiście
- A co? Nie masz się do kogo przytulić? - zapytał podejrzliwie
- No.. tak jakby
- W sumie, co mi zależy? Idę. Tylko nikomu nie mów, że się zgodziłem
- Jasne, nikomu nie powiem, że ze mną spałeś - wypchnąłem go z pokoju i walnąłem szeroki uśmiech.

   Ja pierdolę, chyba o mnie zapomnieli, a ten dwumetrowy chuj - Duff, obiecał, że przyjdą! Dobrze, że chociaż ten Travis tu jest, na początku uważałem, że to psychopata i.. w sumie nic się nie zmieniło, nadal tak uważam. Ale cieszę się, że tu jest, bo bez niego pewnie ja też zmieniłbym się w żądnego krwi i kobiecych ciał (co w sumie nie byłoby chyba takie złe) psychola. A tak, to przynajmniej mam z kim pogadać, Travis może nie gada zbyt dużo, ale lubi słuchać. Problem w tym, że ja też, więc czasem nasze konwersacje dochodzą do tego momentu, w którym jeden z nas nie wie już, co ma gadać, drugi nie ma czego słuchać, a przy okazji sam nie jest skory do zwierzeń.
- Hudson, śpisz? - zapytał blondyn z czerwoną grzywką
- No
- Śpisz?!
- Noc jest, więc to chyba normalne
- O czym myślisz?
- Nie myślę. ŚPIĘ.  - odparłem, modląc się, by dał mi już święty spokój i pozwolił mi zasnąć
- Ej, a może - usiadł na moim łóżku - może byśmy stąd jakoś uciekli?
- Jaja sobie robisz? - oparłem się na łokciach, odrywając twarz od poduszki i odwróciłem głowę, by spojrzeć na wariata, z którym dzielę celę - Policjant śpi przy kratkach
- No właśnie, śpi - zaczął się szczerzyć - Ma mocny sen, nie usłyszy
- No i jak chciałbyś uciec, co? Nawet nie ma okna.. Bam, daj spokój, idź spać bo gadasz głupoty - ponownie wtuliłem twarz w poduszkę, wkładając pod nią ręce
- Dlaczego głupoty? Masz pilnik do paznokci, albo jakikolwiek inny?
- Ta, może piłę od razu? - zapytałem z irytacją w głosie
- Nie, pilnik by wystarczył
- Travis, Ty naprawdę uważasz, że takim byle gównem przeciąłbyś kraty?
- No, a co, Ty tak nie uważasz? - zapytał zdziwiony, pokręciłem głową. Zaczął się śmiać
- Co?
- Nabrałeś się. Ja wcale nie chciałem uciekać, zastanawiam się tylko, czy któryś z gliniarzy mógłby nam dać jakieś karty, czy coś, bo nie ma co robić.
- Karty, to dobry pomysł. Pytaj, pytaj, ja idę spać. Dobranoc. - odwróciłem się twarzą do ściany, przykryłem kocem i próbowałem zasnąć. Travis przez chwilę gadał coś do siebie i również wskoczył do swojego łóżka.

   Wstałam, zbudzona ze snu jakimś hukiem, coś jakby ktoś rzucał talerzami i.. patelnią? Zeszłam na dół, Duff siedział przy telefonie, jakby czekał, aż ktoś zadzwoni, nawet mnie nie zauważył. Weszłam do kuchni i zobaczyłam Stevena klęczącego na podłodze. Jak się okazało, patelnia leżała obok szafki, Adler sprzątał z ziemi rozbity talerz, a po całej kuchni walała się jajecznica
- Hej Steven, co się stało?
- Robiłem śniadanie i wypadł mi talerz - odpowiedział, nie spuszczając wzroku z naczynia
- I patelnia..
- Wszystko mi z rąk dzisiaj leci.. kurwa, o ja pierdolę, Dash, straciłem pół palca! - zaczął wrzeszczeć, widząc krew
- Pokaż - przykucnęłam obok blond pudla trzymającego palec w ustach - No pokaż. Nic Ci nie jest, panikujesz jak zwykle - potargałam mu włosy, poszłam po wodę utlenioną i jakiś plaster, żeby ta sierota przestała jęczeć, że umiera. Później sprzątnęłam rozbity talerz, a resztę kazałam posprzątać blondasowi, w końcu jajecznicą i patelnią pociąć się nie mógł.
- Steven, właściwie czemu Ty robiłeś śniadanie o 6 rano?
- Bo ja wiem, nie mogłem spać
- Dobra, mniejsza z tym - machnęłam ręką - Co chcesz zjeść, naleśniki, czy jajecznicę?
- Naleśśśniki - zaklaskał w dłonie, ciesząc się jak dzieciak. Jaki ten nasz Adlerek słodki, szkoda, że nie jest młodszy, fajnie byłoby mieć takiego mini Stevenka biegającego po domu. Eh, marzenia.. Wyjęłam wszystkie potrzebne składniki, zmieszałam je i zaczęłam produkcję naleśników. - Dash, wiesz, że bardzo seksownie w tej chwili wyglądasz?
- Też byś tak wyglądał, jakbyś smażył naleśniki
- No wiem - wstał i zaczął się wyginać na wszelkie możliwe strony - w końcu mam taki seksowny tyłeczek
- Pewnie
- Dash, mogłabyś tu przyjść? - a może jednak pan McKagan mnie zauważył?
- Już idę. Popcorn, pilnuj naleśników
- Po co? Same się pilnują
- Adler.. - weszłam do salonu - No co jest, Duff?
- Chyba trzeba się przejść do Saula, nie? - zapytał dalej czatując przy telefonie
- No przydałoby się, rozmawialiśmy już o tym.. tylko kiedy?
- Dzisiaj
- Ale.. no Duff, a jezioro? A Brack i Izzy..?
- Wyjedziemy kilka godzin później, nic się nie stanie. Obiecałem Kudłatemu, że go odwiedzimy.. więc jak, idziesz ze mną?
- Jeszcze pytasz?! Pewnie, że idę! Sorry, muszę wracać do kuchni, bo Ta sierota pewnie siedzi na dupie i..
- Jeżeli już, to na seksownym, zgrabnym tyłeczku! - wtrącił perkusista
- Tak, tak.. ale siedzisz? No właśnie.. i za karę nie dostaniesz żarcia. - wróciłam do robienia śniadania - Duff, chcesz naleśnika?
- Jeszcze pytasz?! - krzyknął uśmiechnięty - Tylko jak możesz, to weź mi przynieś, bo ja czekam na telefon
- Pewnie.. zrób, podaj i może jeszcze zjedz? - mówiłam do siebie - Adler, zanieś mu to, tylko nie podjadaj! - podałam talerz z naleśnikami perkusiście, który - jak to ta sierota ma w zwyczaju - prawie się wraz z tymi naleśnikami przywitał z podłogą. Prawie, bo na szczęście nasz super-pudel ma całkiem sprawną koordynację ruchową i zdążył ręką złapał klamkę, co automatycznie pozwoliło mu przeżyć tą "jakże trudną i pełną przygód" drogę do salonu.

   Powoli obudziło mnie coś, co łaskotało, a raczej drażniło mój nos. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Bama, siedzącego na moim łóżku z jakimś cholernym piórkiem w łapie. Jezu, oby On nie był jakiś homoseksualny, bo mój tyłek mógłby tego nie wytrzymać, nie chcę, żeby jakiś prawie nieznany mi koleś, który nawet NIE KOJARZY GNR, pchał mi się w dupę. Mniejsza o to.. ale czemu On trzyma rękę na moim udzie i dziwnie się uśmiecha?!
- Travis, co Ty robisz? Pojebało Cię?!
- Chciałem Cię obudzić, słońce tak pięknie świeci.. chyba nie chcesz przespać tak idealnego dnia? - zapytał ze słodkim uśmiechem
- Tak, chcę. Właśnie chcę przespać tak IDEALNY dzień. Travis, Ty coś brałeś? Masz tu narkotyki? Weź się podziel, co?
- Nie mam nic. Po prostu chciałem Cię obudzić
- Po cholerę? - w moim głosie mocno wyczuwalne było błaganie połączone z pretensją
- Przepraszam - powiedział cicho, spuszczając głowę w dół - Chciałem usłyszeć Twój głos - wgapiałem się w niego przez chwilę, a później zacząłem się śmiać
- Jaja se robisz?
- Nie Saul, naprawdę chciałem Cię usłyszeć
- Weź spieprzaj człowieku! - przestraszony zsunąłem jego rękę z mojej nogi i odwróciłem się do niego tyłem. Ale pomyślałem, że to w zaistniałej sytuacji może nie jest najlepszy pomysł i przewracając się na drugi bok, kazałem mu spadać z mojej poniekąd pryczy. Posłusznie z niej zszedł, usiadł na podłodze w kącie i bacznie mnie obserwował. Zaczął mnie trochę przerażać, od początku mówiłem, że to psychopata! I to gorszy nawet od Rose'a!

   Blondyni jedli na dole śniadanie a ja postanowiłam się w końcu ubrać. Poszłam na górę, ale łazienka była zajęta, więc zapukałam kilka razy. Po chwili wyszła z niej moja współlokatorka z łóżka.
- Hej Dash, Ty już na nogach? - zapytała, jeszcze nie do końca przebudzona i przetarła oczy
- Tak, Steven trochę hałasował.. nie słyszałaś?
- Nie. A co zrobił?
- Nic tylko.. stłukł talerz, spadła mu patelnia i przy okazji zapaćkał całą kuchnię jajecznicą.. w sumie nic takiego - machnęłam ręką
- Taa, cały Steven. Chyba trzeba budzić chłopaków, nie uważasz?
- Nie. Niech śpią, Ty też się jeszcze połóż
- Czemu?
- Musimy z Duffem coś jeszcze załatwić..
- Idziecie do Saula? - przytaknęłam, wchodząc do łazienki - Poszłabym z Wami, ale dla mnie 6:40 to stanowczo za wcześnie.. Ale pozdrówcie go ode mnie - uśmiechnęła się i nucąc coś wróciła do naszego pokoju. Zamknęłam się w łazience, rozebrałam i wskoczyłam pod prysznic. Gorąca woda. Uwielbiam stać pod gorącą wodą, jakoś tak mnie odpręża. Miałam dziwnym sen, śniło mi się, że próbowałam zaciągnąć McKagana do łóżka, a On kompletnie nie chciał o tym słyszeć. Chociaż, może to nie był sen? Najebałam się tak, że teraz sama dokładnie nie wiem, co wczoraj robiłam, aż dziwne, że głowa jakoś specjalnie mnie nie napierdala.
- Dash, wyłaź! -usłyszałam lekko zdenerwowany głos perkusisty
- Co? Przecież dopiero weszłam
- Muszę skorzystać. Wyłaź - powiedział błagalnie
- Na dole też masz łazienkę!
- Ta, dzięki. Zepsuta jest
- Popcorn, tam tylko wody nie ma w kranie
- No właśnie, a chcesz, żebym ręce wodą z kibla mył?!
- Ty i tak nie myjesz - zaśmiałam się
- Myję - warknął oburzony - Wyłaź!
- Idź na dwór
- Nie. Chyba, że mnie z chaty wyniesiesz, albo wyrzucisz przez okno. Dash, no proszę Cię wyłaź, dłużej nie wytrzymam!
- O matko - niechętnie wyłączyłam wodę, owinęłam się ręcznikiem i otworzyłam drzwi. Adler gorączkowo przestępował z nogi na nogę, zaciskając przy tym zęby - Steven, Steven..
- Siiikuuu.. - poleciał do kibla, trzaskając drzwiami. Zeszłam do salonu i usiadłam na oparciu kanapy
- Dash - basista odwrócił głowę w moją stronę - O Dash, jak Ty ładnie wyglądasz, taka mokra w tym ręczniku..
- Wal się - uśmiechnęłam się delikatnie i usiadłam obok blondyna - Chciałeś coś?
- Tak. Dzwonił wujek Richard i mamy to jezioro tyko dla siebie na całe cztery dni.. znaczy wstępnie są to cztery dni, ale zawsze można przedłużyć.. cieszysz się? - zapytał, obejmując mnie
- No pewnie. Boże, jak ja tak dawno tam nie byłam.. mam nadzieję, że nadal jest tam tak pięknie - rozmarzyłam się, wtulona w ramiona McKagana.
- No, już jestem. Tęskniliście? - Steven ze swoim wiecznym zacieszem rozsiadł się w fotelu
- Jasne.. - potwierdziłam sarkastycznie.
- Taa -  dodał McKagan
- Dobra, idę się ubrać i wychodzimy, Duff
- A musisz się ubierać? Nie możesz iść tak? - zapytał zacieszając niczym Adler.
- Duff, brałeś coś dzisiaj?
- No nie
- Mam nadzieję. - poszłam na górę.

   Wyszliśmy z Dash z domu. Po tych nocnych koszmarach wolałem iść z buta, zamiast wsiadać z nią do samochodu. Co prawda blondynka jakiś czas się burzyła, że nie chce iść piechotą, ale jakoś ją przekonałem. - Duff, ale Oni nas do niego wpuszczą?
- Bo ja wiem. Chyba nie mają innego wyjścia. - wchodząc na komisariat, przepuściłem dziewczynę w drzwiach. - Przecież Twój brat jest policjantem
- Ale nie tutaj
- Ale jest
- Ale nawet nie ma go w L.A. ..
- Jest
- Co? - zatrzymała się na środku korytarza
- Widziałem go wczoraj, jak szukałem Ciebie i Kirka.
- To czemu mi nic nie powiedziałeś?
- Przepraszam, wypadło mi to z głowy.
- Dobra, chodź - powiedziała oschle. Idąc, spotkaliśmy jakiegoś policjanta i zapytaliśmy, czy możliwe jest odwiedzenie przyjaciela. Gdy dowiedział się, że z nikim tego wcześniej nie ustaliliśmy, powiedział, że nie i pomimo naszych pytań (oraz krzyków i protestów Dash), odszedł. Później pytaliśmy jeszcze innych gliniarzy, ale każdy miał nas w dupie i nas zbywał. Zrezygnowani usiedliśmy pod ścianą.
- Siostra? Nie no, nie wierzę, co Ty robisz na komisariacie? - Martin przyklęknął przy blondynce - Duff, co wyście znowu zrobili? - warknął, patrząc na mnie podejrzliwie
- Ej, weź się uspokój, stary. Przyszliśmy do Saula, ale nie chcą nas wpuścić.
- Do Saula? A co On zrobił?
- Zgwałcił dziewczynę Dave'a Sabo.. - odpowiedziała cicho McRivery
- Co? Ale dlaczego?
- Myślę, że to zemsta, za to, że Snake zgwałcił Twoją siostrę, Martin.
- Przecież tak nie może być.. Dash, wracasz do domu, do rodziców! Ewentualnie będziesz mieszkać u mnie
- Co? Ale Martin.. pojebało Cię? Czemu? - zapytała, drżącym głosem
- Nie pozwolę na to, żebyś mieszkała z takimi ludźmi! Gwałty, rzeki alkoholu, podejrzane typy, jakiś Jeremy, porwania, nekrologi, Dash, nie chcę, żeby coś Ci się stało. A Ty Duff, miałeś na nią uważać, obiecałeś, tylko dlatego, mogła z Wami mieszkać. Ale to koniec, wraca do domu - Martin, jak to starszy brat, jest strasznie nadopiekuńczy, ja też nie chcę, żeby coś jej się stało, ale nie wyobrażam sobie, że miałaby się od nas wyprowadzić..
- Martin.. ale ja nie chcę! -  próbowała być stanowcza i się nie rozkleić, ale i tak zaczęła płakać, głupio się czuję w takich sytuacjach, nie wiem co mam robić, tym bardziej, że dużo zrobić nie mogę, bo przecież Oni są rodzeństwem, moje zdanie najmniej się liczy
- Nie rycz.. mała, no nie płacz. To dla Twojego dobra - chciał ją przytulić
- Dla mojego dobra?! Dla mojego dobra chcesz, żebym wyprowadziła się od przyjaciół? Dobrze wiesz, że są dla mnie jak rodzina  - odepchnęła go
- Porozmawiamy o tym później, jak chcecie to zaprowadzę Was do Slasha - powiedział spokojnie, pomagając wstać siostrze
- Później wyjeżdżamy - odpowiedziała ozięble i ruszyła przed siebie
- McKagan, gdzie jedziecie? - szepnął, gdy szliśmy kilka kroków za Dash
- Nad jezioro, chcemy naprawić związek Stradlina i Bracket. Martin, proszę, nie zabieraj jej do domu, pozwól jej zostać, naprawdę obiecuję.. przysięgam, że się nią zaopiekuję
- Już kiedyś mi to obiecałeś. Nie chcę jej narażać
- Obiecuję, że już nic jej się nie stanie
- Dobra, chodź
- Czyli zostaje w Hellhouse?
- Jeszcze nad tym pomyślę. Poczekajcie tutaj - podszedł do jakiegoś policjanta siedzącego przy biurku, Dash opierając się o parapet, patrzyła przez okno.
- Nie uważasz, że to niesprawiedliwe, że jedziemy bez Saula? - zapytała
- Trochę na pewno, ale co mamy zrobić? Przecież go nie wypuszczą
- Wiem. Duff, ja chyba nigdzie nie jadę..
- Jedziesz. I nawet nie chcę słyszeć sprzeciwów, rozumiesz?
- Ale..
- Dash, rozumiesz? - kiwnęła głową
- Dobra, chodźcie
- Czekaj! Przecież Kirk miał iść z nami! - przypomniała Dash - Gdzie tu jest jakiś telefon?
- Za Tobą, mała - dziewczyna odwróciła się, podniosła słuchawkę i wykręciła numer do Metalliki. Rozmawiała chwilę, a później oświadczyła, że Hammett za jakieś pół godziny będzie na miejscu. Gitarzysta, jak obiecał, tak też zrobił. Pojawił się na komisariacie 30 minut po rozmowie z McRivery.
- To możemy już iść? - zapytał Martin, po czym wskazał nam drogę do Hudsona.

   - Hudson gwiazdorze, do Ciebie.. po autografy - zawołał kpiąco jeden z policjantów i otworzył drzwi "klatki"
- Wal się chuju - powiedziałem do siebie - Kto?
- Kto? - zawtórował mi gliniarz
- McRivery, McKagan i Hammett - usłyszałem głos blondynki, a po chwili zobaczyłem ją przepychającą się przez mur stworzony przez dwóch policjantów - Oj, no przepuście mnie - powiedziała błagalnie i pojawiła się przed moimi oczami - Cześć Saul
- Panno McRivery, nie będziecie tu gadać, pójdziecie do specjalnej sali - wtrącił starszy z mundurowych
- Pierdol się. Travis?! - zapytała z niedowierzaniem, przechylając się lekko w bok, Bam wyszedł przede mnie a uśmiech to miał tak szeroki, jakby miał banana w ustach
- A no Travis. Chodź tu mała, dawno Cię nie widziałem! - rozłożył ręce, a blondynka wylądowała w jego ramionach
- Co? Skąd Wy się kurwa znacie?!
- Z Seattle, Saul - Duff podszedł do mnie, trącąc policjantów, Kirk szedł za nim utorowaną drogą. Basista dosłownie mnie przytulił - Sorry, że tak późno - szepnął. Teraz przyszedł czas na Dasshy, odkleiła się od Travisa i przytuliła do mnie, Duff natomiast przywitał się z Bamem, Hammett tylko się przyglądał. Kurde, jak ja dawno nie dotykałem dziewczyny, w areszcie sami kolesie.. aż strach się po mydło schylać w trakcie kąpieli
- Zaraz, zaraz.. jesteście znajomymi, a Ty nie znasz Guns n' Roses?! - wrzasnąłem zdziwiony
- Nie powiedziałem, że nie znam Guns n' Roses, tylko, że nie znam kogoś, kim jest Slash
- Jak do chuja, znając Gunsów MNIE możesz nie znać?
- O Jezu, no nie wiem, wcześniej Cię chyba nie widziałem, mogłeś powiedzieć, że grasz z Mike'm
- A skąd miałem wiedzieć, że Ty go znasz?!
- Nie wiem, ale mogłeś powiedzieć chociaż, że grasz w Guns n' Roses
- Nie pytałeś, czy gdzieś gram, więc nie mówiłem, no a skoro nie wiesz kim jest SLASH, to co Ci miałem mówić?
- Saul, daj spokój, Travis słucha i obraca się w gronie punkowców, więc nie miej mu za złe tego, że nie wie kim jesteś - oznajmił McKagan
- Dobra. Tak w ogóle, to cześć Kirk. Masz jakiegoś batonika na zbyciu? Albo cukierka chociaż? Bo trochę głodny jestem
- Dla Ciebie? Stary! Zawsze - wyjął z kieszeni jeszcze nie zaczętą czekoladę
- Ja pierdolę, Hammett, kocham Cię! - pchałem się z pyskiem do jego ust, ale w ostatniej chwili pomyślałem, że to może trochę gejowskie i po prostu poklepałem go po ramieniu. - Duff, pozwól - ruchem głowy przywołałem blondyna pod  ścianę - On jest gejem?
- Ale kto?
- Travis
- No co Ty, Slash, zwariowałeś? Bam gejem? Niee!
- To dobrze - odetchnąłem
- Chociaż.. długo nie mieliśmy kontaktu, wiele się mogło zmienić.. A co Cię naszło na takie pytanie? - uśmiechnął się szeroko i położył dłoń na moim ramieniu
- No bo wiesz.. dzisiaj rano obudził mnie jakimś pieprzonym piórkiem. Jeździł mi nim po nosie.. i miał rękę na moim udzie! A później mi powiedział, że chciał usłyszeć mój głos..
- Wiesz, Ty przed chwilą chciałeś chyba pocałować Kirka, więc..
- Ale z czystej sympatii, znaczy przyjaźni. Dał mi czekoladę!
- Travis siedzi tu tylko z Tobą, to kogo ma budzić?
- No mnie, chociaż nie musi tego robić.. na pewno nie piórkiem
- Saul, długo tu będziesz siedział? - zapytał gitarzysta Metalliki
- Dopóki mnie nie wypuszczą.
- A kiedy Cię wypuszczą?
- Jeju, Kirk.. nie wiem, czy w ogóle..
- Wypuszczą. Załatwię to - Dash podeszła do Martina, rozmawiającego z gliniarzami.

   - Kiedy go wypuścicie?
- Na razie prowadzimy śledztwo
- Jakie kurwa śledztwo? Żałuję, że nie powiadomiłam Was o tym, że Sabo mnie zgwałcił.
- Dash, tym też się zajmiemy - powiedział Martin - ale wydaje mi się, że jest już za późno, niczego mu nie udowodnią. Ale dobrze wiesz, że tego tak nie zostawię, Snake za to zapłaci, jeszcze nie wiem jak, ale zapłaci
- Martin, nie zajmuj się Sabo, wyciągnij stąd Slasha! Proszę..
- Dasshy, uspokój się. - brat mnie przytulił - Chłopaki, da się coś z tym zrobić?
- Jest podejrzany o gwałt. Nie może tak po prostu chodzić sobie po mieście.
- Jaki gwałt?! On by tego nie zrobił, gdyby nie Sabo! - ponownie zaczęłam krzyczeć
- Możecie zapłacić kaucję.. ale jak udowodnimy mu gwałt, będzie musiał wrócić.
- Kaucję? Ile?
- Dash, ja się tym zajmę. Idź, powiedz chłopakom, jaka jest sytuacja - Martin wysłał mnie do muzyków.
- Chłopaki, jest szansa, że Saul wyjdzie
- Co? Ale jak? - ożywił się Hudson
- Trzeba wpłacić kaucję. Tylko, że jak udowodnią Ci gwałt, znowu Cię zamkną..
- Ile wynosi kaucja? - zapytał basista
- Nie wiem. Martin powiedział, że się tym zajmie. Bam, a Ciebie za co zamknęli?
- Za niewinność kurwa. Zgarnęli mnie z ulicy, bez żadnych wytłumaczeń, tak po prostu. Tylko że ja nic nie zrobiłem!
- To tak jak w Seattle kiedyś, pamiętasz? - Duff spojrzał na Travisa - Zamknęli nas, bo szliśmy trochę nawaleni    
- Jak mógłbym zapomnieć? Matka to mnie chciała zabić - chłopak na samo wspomnienie tej sytuacji się uśmiechnął
- Ej, ja tego nie pamiętam.. dlaczego?
- Nie pamiętasz, bo się najebałaś. To był pierwszy raz, kiedy tyle wypiłaś, Dash
- Tak? Ale mnie nie zamknęli, nie?
- No jak nie? Zamknęli, tylko, że jak powiadomili Twoich rodziców, że siedzisz w takim stanie w areszcie, to Oni od razu po Ciebie przyjechali i musieli Cię wypuścić - wytłumaczył Travis
- Aaaa już pamiętam. Miałam karę na wychodzenie z Wami gdziekolwiek, nawet na ogródek nie mogłam.
- Wychodzić.. Ty się z nami spotykać nie mogłaś, dziewczyno!
- Ale Duff i tak do mnie w nocy przychodził..
- Pamiętam. Wchodziłem przez okno.. po drzewie. No i raz musiałem na tym drzewie przez 45 minut bez ruchu siedzieć, bo Twojemu bratu zachciało się z Tobą w karty grać
- No i wtedy wszystko się wydało - dodał Bam - Przyszedłem do Ciebie wieczorem, Twoja mama poszła ze mną do Twojego pokoju, patrzy : otwarte okno, wygląda przez nie, a Ty sobie na drzewie siedzisz - zaczął się śmiać
- Taa.. i wtedy ja miałem karę, bo niby podglądałem Dash
- I wtedy to ja musiałam skakać po drzewach, żeby się do Ciebie dostać. Brakuje mi tych czasów
- Mi też. Ale teraz też jest dobrze, no może z małymi wyjątkami
- Dobra, wszystko załatwione. Jutro wpłacę kaucję, Saul będzie mógł wyjść - oznajmił Martin
- Naprawdę? Dziękuję braciszku! - rzuciłam mu się na szyję
- Dzięki, stary
- Nie ma sprawy, Slash. Tylko więcej nie rób takich głupot
- Się wie
- Dobra, w takim razie my już Cię Saul zostawiamy, bo mamy mały wyjazd. Jutro dołączysz, nie?
- Wyjazd? Ale o czym Ty gadasz, Duff?
- Jedziemy nad jezioro. Dojedziesz do nas jutro, nie mów, że nie
- No dojadę, tylko powiedz, gdzie to jezioro?
- Pamiętasz, jak kiedyś byliśmy z moim wujkiem na wakacjach? To tam, w domu zostawię Ci mapę
- Ok. Podrzućcie mi teraz fajki, bo jeden z tych skurwieli mi zajebał, a ja muszę zapalić.
- Dobra, na razie masz moje - basista wyciągnął z kieszeni koszuli Marlboro i wręczył je Kudłatemu - Dobra, idziemy, bo jak dalej będziemy się tak zbierać, to zajedziemy tam na wieczór. Cześć, chłopaki - pożegnaliśmy się z Travisem i Hudsonem i udaliśmy się do domu.    

   Dzisiaj jedziemy nad jezioro, cholernie się cieszę, bo może Brack w końcu będzie chciała ze mną normalnie gadać. Brakuje mi jej, ale to wszystko przeze mnie, więc nie mogę mieć do nikogo pretensji. Mieliśmy wyjechać rano, a jakoś nie widzę, żeby ktoś się szykował. Za to słyszę jakieś krzyki. Zszedłem na dół, Rose śmiał się jak popierdolony, leżąc na podłodze, uderzał o nią pięściami, Mary siedziała spokojnie na kanapie, malując paznokcie, a Steven stał nad nią, wrzeszcząc i gestykulując
- Przyjmę Twoje nazwisko, kochanie
- No tssaa.. jasne! Jeszcze kurwa tego brakowało, żebyś mi takie zajebiste nazwisko spierdoliła swoją wiedźmowatą osobą!
- Steven, ale nasze dzieci i tak będą nosiły Twoje nazwisko, będziemy rodziną, więc przy swoim nazwisku nie zostanę
- Nie będziemy rodziną! Nie będziemy mieć dzieci! I NIE BĘDZIESZ NOSIĆ MOJEGO NAZWISKA, rozumiesz?! Nie ma mowy, kurwa, nie zgadzam się! - krzyczał, chodząc to w prawą, to w lewą stronę, trzymając się za głowę, wyglądał, jakby chciał wyrwać sobie wszystkie włosy
- Stevenku, ale co Ty mówisz? Będziemy mieli dzieci.. dwójkę, albo trójkę uroczych dzieciaków! - Mary wstała z kanapy i ucieszona przytuliła się do Adlera, który natychmiast ją odepchnął. Upadła na fotel.
- Nie będziemy małżeństwem, jasne?! - poszedł do kuchni. Do Hellhouse wszedł Duff, zaraz za nim Dash, blondynka, słysząc lamentującego perkusistę, od razu udała się do kuchni.
- Wszyscy gotowi? - zapytał basista
- Bo ja wiem, Mary gotowa od wczoraj, Adler ryczy w kuchni, a Brack i Rose.. nie mam pojęcia
- To chodź, sprawdzimy i przy okazji weźmiemy bagaże. - poszliśmy na górę. Jak się okazało, Axl smacznie sobie spał, a Brack siedziała w moim pokoju na parapecie i słuchając jakiejś płyty Aerosmith, patrzyła przez okno.
- Duff, budź rudzielca, a ja zajmę się Bracket. - wszedłem do pokoju, wystraszona dziewczyna spojrzała na mnie i szybkim ruchem otarła łzę, która spadła na jej policzek - Brack, Ty płaczesz?
- Nie. - zeszła z parapetu - Duff i Dash już są?
- Tak. Zaraz wyjeżdżamy, Brack.. - zatrzymałem ją, gdy wychodziła - ..porozmawiaj ze mną
- Nie.
- Ty, Izzy, weź coś zrób, bo Rudy się burzy, nie wiem, wyciągnij go z łóżka, czy coś. Ja idę pozbierać rzeczy dziewczyn - McKagan poszedł do sypialni Dash i mojej dziewczyny. Powlokłem się do Rose'a. Leżał, cały przykryty, spod kołdry widać było tylko kawałek czoła i wystającą, zgiętą nogę.
- Rose, budź się, jedziemy nad jezioro - szturchnąłem jego kolano
- Jezu.. - zaczął mamrotać coś niezrozumiałego, stłumionego kołdrą
- No nie Jezuj mi tu, tylko podnoś tyłek z łóżka, idź się ogarnąć i jedziemy! - jakoś wyszarpałem mu z rąk kołdrę, a jak mnie zignorował, przywaliłem mu po łbie poduszką
- Kurwa, Izzy - usiadł na łóżku - Odpier.. - znowu przyjebałem mu poduszką - Już wstaję - niechętnie zszedł (sturlał się) z łóżka, wziął jakieś ciuchy i poczłapał do łazienki - Moje torby są przy krześle, weź znieś je do samochodu.    
- Jasne.. w końcu po to tu jestem - powiedziałem do siebie, wziąłem bagaże wokalisty i zszedłem na dół.

   - Steven, co jest? - pochyliłam się nad rozpaczającym Popcornem i położyłam dłoń na jego ramieniu
- Mary - odpowiedział krótko
- Oj Steven, potraktuj to jak zabawę, jak wrócimy, to się tym zajmiemy, co? Chodź - wyciągnęłam rękę w jego stronę - No chodź - wyszliśmy z kuchni
- Jak jedziemy? - zapytała brunetka
- Nie wiem Brack, jest nas siódemka, jedziemy moim samochodem i samochodem Mary.. chyba się pomieścimy, nie?
- Ja kieruję Twoim autem - Duff zniósł ostatnie torby do salonu - Więc jadę z Tobą, Brack, zabierasz się z nami? - dziewczyna twierdząco pokiwała głową - Steven jedzie z Mary - perkusista, z wymalowaną na twarzy rozpaczą, kręcił głową - Tak, Steven. Zostaje Izzy i Rose. To jak?
- Obojętnie - Axl odpowiedział znudzony, schodząc powoli po schodach
- To ja jadę z Duffem
- Nie, Dash proszę, niech On jedzie z Mary - szepnęła Bracket
- Sorry Izzy, ale dzisiaj Rose jedzie z nami
- Ale..
- Izzy.. - spojrzałam wzrokiem, który mam nadzieję zrozumiał, bo chciałam go nim przeprosić
- Jasne.. - wyszedł z domu, Duff położył mapę i jakąś kartkę zapewne z wiadomością do Slasha na stole w kuchni, chłopcy wzięli torby i wyszli na dwór, z Brack wyszłyśmy ostatnie, przekręciłam klucz w zamku, Rose i Stradlin wkładali walizki do bagażnika mojego wozu (bo oczywiście Mary cały bagażnik miała zasrany swoimi duperelami), zapakowaliśmy się do aut i wyjechaliśmy.

________________________________________
Przepraszam Was bardzo, że znowu tak długo czekaliście na nowy, nie wiem, dlaczego tak długo zajmuje mi pisanie tych rozdziałów, cholera ;/ W każdym bądź razie, dziękuję, że o moim blogu nie zapomnieliście i czasami tu wchodzicie, jednocześnie proszę Was o komentowanie, taki komentarz to dla Was nic wielkiego, a mnie strasznie cieszy i motywuje. :) Hm, to chyba wszystko na dzisiaj, mam nadzieję, że nie ma błędów (a jak są, to przepraszam) a  rozdział choć trochę się spodobał. Kocham Was ;*

Dash.

niedziela, 4 sierpnia 2013

3.08.13

W związku z tym, że dzisiaj James Hetfield ma urodziny (Jezu, no teraz to już wczoraj kurde, ale jak zaczynałam to jeszcze było dzisiaj), wstawiam to:

 ..wstawiłam też na besty, (na główną pewnie nie ma szans) a później się zorientowałam, że cholera "TH" nie dopisałam, ale chuj tam xD Liczą się chęci ;D 

I to: 


P.S. James miał wczoraj (jak moja mama xd), ja mam dzisiaj ;D
Dash.

środa, 24 lipca 2013

R.48 / Slash

ROZDZIAŁ 48

   Wyszedłem z nawaloną Dash z Roxy, zostawiając tam Kirka, który nie mógł rozstać się z alkoholem. Blondynka momentami była lekko zamroczona i zostawała z tyłu, więc często musiałem na nią czekać.
- Dash, chodź
- Nie idę
- Nie wygłupiaj się, chodź
- Nie idę - powtórzyła, opierając się o ścianę jakiegoś budynku
- Czemu?
- Nie mogę
- Dash..
- No nie mogę - niezdarnie usiadła na ziemi. Mimo wszystko wyglądała słodko, kiedy jej blond włosy opadały na twarz pochyloną lekko w dół
- Oj, Dash.. - podszedłem i wyciągnąłem do niej dłoń - wstawaj
- Podnieś mnie - powiedziała jak małe dziecko
- Mała.. - rzekłem niepewnie, wypita wódka i Daniels zaczęły mi szumieć w głowie
- No Michael - spojrzała na mnie i zatrzepotała rzęsami. Boże, że Ona jeszcze pamięta, jak ja naprawdę mam na imię.. nawet mama mówi na mnie Duff! - Podnieś
- No chodź - wypuściłem powietrze, pochyliłem się i pomogłem jej wstać
- Dzięki.. oj - Zachwiała się. Objąłem ją i chciałem iść do domu, ale dziewczyna się zatrzymała
- Dash, co jest?
- Nic
- To czemu stoisz?
- Bo nie chce mi się iść - powiedziała jak mała dziewczynka, uniosła twarz i spojrzała na mnie uśmiechając się zalotnie
- To co.. mam Cię zanieść? - przytaknęła. Ruchem głowy pokazałem, żeby podeszła bliżej. Pocałowała mnie w policzek i wskoczyła na moje plecy
- Chodźmy jeszcze do sklepu
- Po co?
- Po picie
- W domu się napijesz
- Ale przecież w domu nie ma już żadnego alkoholu! - tłumaczyła, jak jakiemuś debilowi
- Tobie na dzisiaj wystarczy
- Nie. Chodźmy do sklepu
- Nie
- Taaak - krzyknęła i zakryła mi oczy dłońmi
- Dash! Bo będziesz szła
- Nie, nie, proszę nie
- No to się uspokój
- Dobrze - powiedziała i zaczęła śpiewać fragmenty piosenek Aerosmith (jak zapominała tekst, zmieniała utwór), słysząc to, po prostu nie mogłem się nie śmiać.


   Wbiegłem do domu. Nigdzie na dole nie widziałem Brack
- Ej, gdzie Bracket? - zapytałem przybitego Stevena, siedzącego w salonie
-  Na górze
- Dzięki ! - podbiegłem do schodów - Ej, co jest? - wróciłem do przyjaciela. Siedział smutny
- No Izzy, jutro jest mój ślub, którego wcale nie chcę. Mary nie kocham. Przyczepiła się do mnie jak rzep psiego ogona i nie chce się odczepić. Co ja mam zrobić? - zapytał prawie płacząc, przetarł ręką oczy i położył się na kanapie.
- Nie wiem stary, naprawdę nie wiem. Porozmawiaj z nią
- Przecież już jej mówiłem, że nie chcę brać z nią ślubu, że jej nie kocham.. do niej to nie dociera kompletnie.
- Jak coś, to pójdziemy z tym na policję, albo wyślemy ją do psychiatryka - uśmiechnąłem się - sorry, muszę pogadać z Brack - poszedłem na górę. Wszedłem do pokoju dziewczyn. Podszedłem do łóżka - Brack, musimy.. - no tak, do kogo ja mówię? Przecież Ona śpi.  Delikatnie ucałowałem jej czoło i wyszedłem z pokoju, zamykając drzwi. Poszedłem do siebie, położyłem się na łóżku i długo myślałem. Kocham Bracket i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Nie chcę też, żebyśmy się kłócili.. nie z takim skutkiem. Nie chcę, żeby mnie zdradzała, choć teraz  naprawdę nie jestem pewien, czy do czegoś doszło między nią a Larsem. Naprawdę w to wątpię. Ale czasu nie cofnę. Nie zmienię tego, że ją uderzyłem. Że nie ufałem. Cholerny dupek ze mnie, przecież Ona mnie kocha. Chwyciłem gitarę i zacząłem brzdąkać. Dźwięki stawały się coraz bardziej płynne, a w głowie pojawiały się słowa. Obym tylko ich nie zapomniał

There wasn't much in this heart of mine
There was a little left and babe you found it
It's funny how I never felt so high
It's a feelin' that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared -
is lovin' that'll last forever..

Ktoś otworzył drzwi. To była Brack. Zaspana oparła się o ścianę, dłonią przeczesała włosy.
- Co Ty robisz? - zapytała półgłosem. Chyba ją obudziłem
- Cześć kochanie. Gram. Usiądziesz?
- Nie mam ochoty
- Proszę, musimy porozmawiać
- Nie chcę
- Ale Brack..
- Nie teraz - wyszła z pokoju.

I think about you
Honey all the time my heart says yes
I think about you
Deep inside I love you best
I think about you
You know you're the one I want
I think about you
Darlin' you're the only one
I think about you..                                            


   -Duff weź mnie.. - wydukała
- Co?! - zapytałem zdziwiony słowami przyjaciółki
- Weź mnie postaw
- Aaa - zatrzymałem się, dziewczyna zsunęła się z moich barków
- Berek! Gonisz! - krzyknęła i zaczęła uciekać
- Co? - stałem przez kilka sekund, a potem ruszyłem za blondynką. Dogoniłem ją po przebiegnięciu z dwóch lub trzech metrów, w sumie trudno nie było - Mam Cię - stanąłem za nią i objąłem w pasie, odwróciła się, patrzyła na mnie uśmiechnięta i powoli zbliżała się do moich ust. Zetknęliśmy się w delikatnym pocałunku i pomimo procentów szalejących w mojej głowie, przypomniałem sobie, że McRivery nie jest trzeźwa i pewnie nie do końca wie, co robi. A ja nie chciałem jej w żaden sposób wykorzystać. - Chodźmy do domu
- Eh, no dobrze
- Proszę, proszę. Kochanka mojego przyszłego męża. - Z Rainbow wyszła Mary -  Jesteś pijana! A przecież jesteś w ciąży! Steven wie?
-  Wie
- Patologia! Jesteś kompletne nieodpowiedzialna! - wrzasnęła zbulwersowana -  Dobrze, że jutro wszystko się skończy.. Steven przeprowadzi się do mnie - odeszła, mówiąc do siebie
- Raz się człowiek nawali i od razu patologia - blondynka krzyknęła, rozkładając ręce - Masz fajki, Duff?
- Nie mam. Ale przecież Ty nie palisz
- W sumie, to bez znaczenia. I tak nie chciało mi się palić.
- Chodź Dash. Chodź, chodź.. - odwróciłem ją w dobrą stronę i mogliśmy iść do domu. Żeby było szybciej poszliśmy przez park. A w parku trafiliśmy na Dave'a Sabo. Akurat bzykał na ławce jakąś laskę, nawet nas nie zauważył.  


   Dopiero wstałam, Dash miała wyjść na kilka godzin i jeszcze nie wróciła. Duff i Axl też się chyba gdzieś zmyli, bo nigdzie ich nie widzę, nawet nie słyszę, Izzy wyje coś na górze.. Tylko Steven  siedzi przygnębiony.
- Ej, Popcorn, co jest? -zapytałam, kładąc dłoń na ramieniu wiecznie zacieszającego, teraz jednak smutnego przyjaciela
- Mary.. ślub jutro.. zabiłbym się, tylko nie chce mi się ruszać dupy z kanapy
- Aa. O co w ogóle chodzi z tą Mary? Bo ja nie ogarniam
- Ja też nie, przyjebała się, bo przez przypadek dałem jej swój numer.. a miałem go dać jej córce - powiedział cicho, i podparł głowę rękoma, które spoczywały na jego kolanach
- Chyba nasz numer, Steven. Nasz
- Nasz - powtórzył po mnie, delikatnie się przy tym uśmiechając - A co z Tobą i Izzym? - zapytał zaciekawiony
- Nie wiem. Myślę, że coraz gorzej. Nie wiem, co mam robić
- No to oboje mamy problem
- Tak.. - stwierdziłam i położyłam głowę na ramieniu przyjaciela. Siedzieliśmy w milczeniu i w prawie perfekcyjnej ciszy. Prawie, bo rytmiczny przeniósł się teraz z gitary, na perkusję siedzącego ze mną pudla. Otworzyły się drzwi, a naszym oczom ukazał się jakże "słodki" obrazek - McRivery tak najebana, że aż prowadzona przez McKagana, który też wyglądał na pijanego, ale nie w takim stopniu, jak blondynka. Weszli do domu, Dash śmiała się z czegoś, Duff ją podtrzymywał
- Duff, ile wypiłeś? - zapytał perkusista
- Za mało ..- odpowiedział cicho
- A Ty Dash?
- ZA MAŁO ! - krzyknęła zacieszając - Jest wódka?
- Nie ma, dla Ciebie już nie ma - powiedziałam, zaniepokojona stenem przyjaciółki
- Dlaczego? - zapytała, siadając na podłodze, robiąc smutną minę i wywijając przy tym dolną wargę, aby uczynić smutek wiarygodniejszym
- Dash, wypiłaś zbyt dużo
- Aj tam, pierdolisz Brack. Napiłabyś się ze mną
- Dash, miałyśmy pogadać
- To chodźmy na miasto, przecież tam też można pogadać - skierowała się w stronę drzwi i kiedy już miała wychodzić  basista chwycił ją mocno, nie chcąc wypuścić z domu - Duff, no co Ty robisz? Puść mnie, chcę pójść się napić
- Wypiłaś wystarczająco dużo, mała. Chodź na górę
- Na górę? Kuszące.. ok! - chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą, zostawiając mnie samą ze Stevenem.


   Weszliśmy na górę. Dash jest tak pijana, że chyba nie dokońca wie, co dokładnie się z nią dzieje. Zaprowadziłem ją do jej pokoju
- Dash, kładź się spać
- A położysz się ze mną? - uśmiechając się, usiadła na łóżku. Usiadłem obok
- Nie, Dash
- Dlaczego? - jej dłoń powoli przesuwała się po mojej klatce, ta pieprzona krew zaczęła przepływać w moim ciele (głównie do jednego miejsca), alkohol szumiał w głowie, podniecenie rosło.. ale rozsądek nie dawał mi spokoju. Przecież jej nie przelecę. Nie wykorzystam.. - Duff, dlaczego? - zapytała ponownie
- Dash, bo ja nie chcę, żebyś zrobiła coś, czego później będziesz żałować - zsunąłem z siebie jej dłoń, która majstrowała już coś przy moim rozporku. Wyszedłem z pokoju. Jutro będę tego żałować. Ba, już zaczynam.. 
- McKagan, ale ja chcę! - wyszła za mną
- Jesteś pijana
- Nie jestem
- Jesteś
- Nie prawda - stanęła za mną, a jej dłonie ponownie zsuwały się do mojego rozporka
- Dasshy, przestań - z trudem odciągnąłem ją od siebie i zszedłem na dół. Blondynka zrobiła to samo.


   Dopiero co McKagan wrócił do Hellhouse z Dash, a już Hammett - równie nawalony jak McRivery, wbił nam do chaty jak do siebie. Wiem, że basista i blondynka są zajebiści, ale żeby stęsknić się tak po kilkudziesięciu minutach od rozstania?!
- Siemka..  - gitarzysta Metalliki usiadł obok mnie na kanapie
- No cześć Kirk, mógłbyś się ode mnie odsunąć? Albo chociaż na mnie nie chuchać? Przecież jak ja się tego nawdycham, to będę pijany! - fuknąłem, odwracając twarz Hammetta w drugą stronę
- A tssak, jasne. Nie możesz być pi-ijany, bo jutro wyjeż-ż-żdzasz - zaraz, czy On powiedział, że jutro wyjeżdżam?!
- Co?! Ale gdzie? Kirk, weź.. no nie śpij chuju. Gdzie wyjeżdżam? - szturchnąłem chłopaka, który przymknął oczy. Oburzył się i powiedział, że nie wie, że Dash i Duff mówili coś o Mary.. ja mam nadzieję, że nie chodzi o żadną podróż poślubną z tą wiedźmą, czy coś w tym rodzaju! A właśnie - Duff i Dash, dopiero wchodzili na górę i już tu lezą..
- Cześć Kirk! Jak ja Cię dawno nie widziałam - McRivery uściskała Hammetta
- Ej Duff, bo Ty z tej Waszej trójki jesteś chyba teraz najbardziej rozgarnięty, choć jak tak na Ciebie patrzę, to sam nie wiem.. możesz mi powiedzieć GDZIE JA JUTRO WYJEŻDŻAM?!
- Wyjeżdżamy Stevenku
- Wyjeżdżamy. Wyjeżdżamy?! O czym Ty mówisz, McKagan? - zapytałem, udając zdenerwowanie, choć tak naprawdę humor mi się poprawił
- Jedziemy nad jezioro, skarbie! - krzyknął podekscytowany
- Co?
- No nad jezioro. Tylko Ty chyba jutro bierzesz ślub, nie? To ja nie wiem, Mary zabierasz ze sobą, czy zostawiasz? - zaczął się chichotać
- Ale.. jak, czemu nad jezioro? Co Wy wymyśliliście? - dopytywałem, ale nie dostałem odpowiedzi, bo Dash zaciągnęła basistę na schody - Brack, słyszałaś? - szturchnąłem brunetkę, która śmiała się z żartów Hammetta
- Co słyszałam?
- Jedziemy nad jezioro!
- No Hammett coś mówił
- Ale Duff potwierdził. Tylko nie wiem, po co jedziemy - zacząłem się zastanawiać (tak, ja też czasem myślę!). Do Hellhouse, kompletnie bez pukania wbiegła Mary. Ależ my tu dzisiaj mamy ruch
- Steven! Ta panienka.. Dash jest pijana! - wrzasnęła gestykulując
- Serio? - zrobiłem zdziwioną minę i dodałem znudzony, wskazując palcem na blondynkę siedzącą z gitarzystą na schodach - Przecież widzę
- I mówisz to tak spokojnie?!
- Nie zabronię jej - wzruszyłem ramionami - Od jakiegoś czasu jest już dorosła, wiesz?
- Ale Ona jest w ciąży!
- W ciąży?! Dash, czego ja się tu dowiaduję. Kto jest ojcem? Duff czy James? Czy może ja? - zacieszał gitarzysta Metalliki
- Steven mówi, że On.. - wybuchnęła śmiechem a każdy, kto był w pobliżu, patrząc na blondynkę, śmiał się razem z nią. Tylko Mary przyglądała jej się wściekłym wzrokiem.
- Dobra, nie obchodzi mnie ta mała dziwka. Stevenku, jutro wszystko się skończy, weźmiemy ślub, wprowadzisz się do mnie.. może postaramy się o potomstwo..
- Mary, zwariowałaś? Za stara jesteś na potomstwo - odpowiedziałem. Brzuch zaczął mnie boleć ze śmiechu - A tak poza tym, ja jutro wyjeżdżam
- No to dobrze, to pojadę z Tobą. To będzie taka nasza podróż poślubna, chociaż może bardziej przedślubna. Datę ślubu zmienię, nie martw się. - zadowolona z siebie przysiadła się do mnie. - To o której wyjeżdżamy? I gdzie?
- Nad jezioro!
- Zamknij się Kirk - fuknąłem
- Nad jezioro? Pięknie! To idę się spakować i do Was wracam, pa kochanie - pchała się z pyskiem w stronę mojej zacnej mordki, ale zrobiłem  sprytny unik i szybko odprowadziłem ją do drzwi.


   - Dash, idź spać. Ja idę pogadać z Izzym o jutrzejszym wyjeździe - ponownie zaprowadziłem przyjaciółkę na górę
- To ja idę z Tobą
- Nie, Ty możesz co najwyżej porozmawiać z Brack
- A z Izzym? No weź, Duff..
- Noo.. chodź.. - Jezu, jaki ja jestem uległy. Weszliśmy do sypialni rytmicznego, ale tam go nie było, więc szukaliśmy go po pokojach, weszliśmy do Rudego, później do Saula, ale Stradlina tam nie było. Poszliśmy do Adlera i zobaczyliśmy Izzy'ego leżącego na łóżku z jakąś kartką w ręce. Schował ją natychmiast, gdy nas zobaczył. - Cześć Izzy. Mamy dla Ciebie propozycję
- Jaką?
- Chodzi o to, że.. - zacząłem
- Szykuje się wyjazd - wtrąciła McRivery - Tylko.. nie wiem, po co my tu do Ciebie przyszliśmy - stała zamyślona przed łóżkiem, przeczesując włosy
- Oj Dash, mówiłem, żebyś poszła spać. Izzy, chodzi o to, że my Wam, to znaczy Tobie i Brack chcemy pomóc. No i ten wyjazd ma się do tego przysłużyć, tylko musimy wiedzieć, czy masz ochotę w ogóle gdzieś jechać, rozumiesz?
- Właściwie tu nie ma niczego do rozumienia. I nie ważne, czy masz ochotę, czy nie i tak JEDZIESZ - Dash usiadła obok gitarzysty
- Skoro tak mówisz, to chyba rzeczywiście nie mam wyjścia.. A gdzie jedziemy?
- Nad jezioro - odpowiedziałem - Także pakuj się i jutro rano wyjeżdżamy
- A Brack wie?
- Dash ma z nią porozmawiać, więc się dowie.
- Noo.. to ja idę do Brack - dziewczyna wyszła z pokoju.


   O Matko, jak mi się kręci w głowie, no ale jak mam porozmawiać z Bracket, to porozmawiam. Zeszłam do salonu i usiadłam w fotelu. Kirk zasnął przyklejony do Adlera, Brack miała z tego niezły ubaw, bo gitarzysta gadał coś przez sen.
- Ej Brack, musimy porozmawiać
- Mówiłam Ci to już wcześniej
- Tak, ale nie o to chodzi. Jest sprawa, właściwie chodzi o wyjazd
- No wiem, jedziemy gdzieś ze Stevenem i Mary
- Tak. Znaczy raczej Steven jedzie z nami. Stradlin się cieszy, tylko nie wiem jak Ty.. Ej, zaraz! Mary?!
- No. Wpieprzyła się. Poszła do domu się spakować i ma do nas wrócić. Ale Dash, ja nie wiem, czy chce jechać z Izzym.. - dziewczyna posmutniała
- Ej, ale my ten wyjazd organizujemy specjalnie dla Was, żebyście się pogodzili. Brack, spróbuj chociaż, jak nie będzie Ci się podobać, to wrócimy. Jak będziesz chciała, to zostawimy tam chłopaków i wrócimy same.
- No nie wiem
- Brackie.. no proszę. Przecież nie będziesz siedzieć tu sama
- No dobrze, ale jak coś, to wrócimy
- Oczywiście. Chodź się pakować - wstałam i podałam rękę przyjaciółce - Steven a Ty? Aaa w sumie.. Mary Cię spakuje
- Weź, wyjdź mi stąd! - rzucił we mnie puszką po coli - Sam się spakuję, rano.. albo jak tylko ten kudłacz mnie opuści - szeptał do siebie.


   Wchodząc z Dasshy do naszego pokoju usłyszałam rozmowę Stradlina z McKaganem. Mówił, że nie chce mnie stracić. Zobaczymy, co będzie jutro.
- A tak w ogóle na ile dni jedziemy? - zapytałam
- Dziewczyno, ja nawet nie wiem, gdzie będziemy spać, a Ty pytasz na ile jedziemy? Nie wiem, Duff chyba jest głównym organizatorem, zaraz go zapytam
- Ok - Dash wyszła z pokoju. Wyjęłam jakieś torby i zaczęłam wybierać ubrania.


   Gadałem z blondynem w pokoju. Dash nieco chwiejnym krokiem przyszła do nas i zapytała
- Duff, a na ile my jedziemy?
- Nie wiem. Aż nam się znudzi - uśmiechnął się
- Czyli Brack się zgodziła? - zapytałem
- Jakoś ją przekonałam. Powiedziałam, że jak się jej nie spodoba, to wrócimy do domu.. bez Was - blondynka dosłownie wyskoczyła z pokoju, zacieszając oczywiście. Co do chuja Ona dzisiaj brała?!


   - Brack! Już jestem. McKagan powiedział, że będziemy tam, aż nam się znudzi
- Czyli co? Wracamy jutro?
- Nie, nie, nie.. no Brack, nie psuj tego wyjazdu
- Spróbuję. Ale niczego nie obiecuję
- Brack.. - dłoń blondynki zacisnęła się lekko na moim karku
- No co, przecież powiedziałam, że spróbuję - potargałam jej włosy i zabrałam się za pakowanie. Dash zrobiła to samo, jednak po  kilku jakże "męczących" minutach padła na łóżko - Dash, co Ci?
- Zmęczyłam się. Chcę spać
- No przestań, a kto Cię spakuje? Nie, nawet na mnie nie patrz - zagroziłam palcem, widząc spojrzenie przyjaciółki
- No Bracket, proszę
- Nie
- No weź
- Jezu, dobra. Ale tylko dlatego, że tak się starasz pogodzić mnie i Stradlina
- Dziękuję ! - leżała na łóżku i wydawała polecenia.


   Siedzę z tym kudłaczem opartym o moje ramię w salonie już z godzinę, a On dalej śpi i jeszcze bezczelnie udziela się przez sen. Chociaż, jakby się tak zastanowić, to wolę towarzystwo pijanego, śpiącego Hammetta niż wiecznie upierdliwej Mary, która zresztą chyba właśnie przyszła. Tak, to niestety Ona. Weszła jak do siebie. Co to ma być?! Każdy wbija kiedy chce i jak chce, śpi gdzie chce, wypija nasz alkohol.. no totalna samowolka.
- Kochanie, nie wiem na ile dni jedziemy, więc wzięłam trochę ubrań
- Trochę, to znaczy ile?
- No.. cały bagażnik
- Co?! Mary, jedziemy na kilka dni! - darłem się jak poparzony, aż dziwne, że te moje krzyki nie zbudziły Kirka.

- Nie denerwuj się. Dzwoniłam już do odpowiedniej osoby i ustaliłam nową datę ślubu, kochanie. - dumna z siebie wepchnęła mi się na kolana. Nie, no ja się kiedyś zabiję..

_____________________________________
Przepraszam, że tak długo czekaliście. Sama jestem na siebie zła, że tyle to trwało ; /. Ten rozdział jest trochę pokręcony (a może tylko tak mi się wydaje?), ale myślę, że będzie wiadomo o co chodzi. :) No i przepraszam za błędy jak są. Zapomniałabym - kocham Was, wiecie? ;D <3

Slash miał wczoraj urodziny, niestety nie załapałam się na filmik z fotkami od polskich fanów dla niego, bo za długo się zbierałam z wysłaniem zdjęcia -.- Ale moim prezentem dla niego jest, a raczej miało być to:
 .. no ale chuj, mój net chyba nie lubi Hudsona, bo nie pozwolił mi na wstawienie tego na twittera. Cóż za ironia losu ;c

Dash.

sobota, 6 lipca 2013

R.47

Przepraszam, że dodaję rozdział z tak wielkim opóźnieniem, ale jakoś nie było czasu, ostatnio tyle rzeczy się wydarzyło no i oczywiście leń w dupie xd Dziękuję za wytrwałość ;*
Możliwe, że teraz rozdziały będą pojawiać się częściej, bo rodzice w końcu kupili mi laptopa (!), a jedyną przeszkodą może być internet ( brat mi go zabiera, bo mu mniej muli w grach -.-), ale nie ma co się teraz tym przejmować :] 
Nie wiem, jak wyszedł mi ten rozdział, może Wam się spodoba.. Życzę miłego czytania! Kocham Was <3

Dash.

btw. kupiłam sobie ostatnio kubek z AC/DC xD

ROZDZIAŁ 47

   Poszedłem z Sebą pod łazienkę i lekko zapukałem w drzwi - Brack, Dash wróciła. Otwórz
- Ej Brack, kochanie, otwórz - pisnął cieniutkim głosem Bach
- Jasne. Seba przestań udawać, wcale nie brzmisz jak Dash
- Ale Brack, przecież to ja. Dash McRivery. Seba poszedł do domu.. - powiedział, nakręcając kosmyk włosów na palec
- Tak, to Dash i mówi prawdę, Bach polazł do domu - rzekłem jak najbardziej przekonywująco
- Jasne. Dopóki PRAWDZIWA Dash tu nie przyjdzie, nie wyjdę!
- Ale to naprawdę ja! - Sebastian nie dawał za wygraną.
- Yy.. ej Seba, ja wcale tak nie mówię - oburzyła się Dash, która dopiero wpadła do domu
- Nie? - blondynka pokręciła głową. Zrezygnowany Sebastian zrobił smutną minkę
- Dash! - Bracket wybiegła z łazienki, chwyciła dziewczynę za rękę i pociągnęła za sobą.

   Dopiero wróciłam. Usłyszałam, że na górze gada się o mnie, więc pobiegłam to sprawdzić no i od razu Brack pociągnęła mnie do łazienki.
- Co jest?
- Dash, Izzy.. - dziewczyna zaczęła płakać, przytuliłam ją
- Co Izzy?
- On.. on..
- No co On?
- Uderzył mnie - wykrztusiła i znów zaczęła płakać. Oderwałam ją na chwilę od siebie i przyjrzałam się. Dopiero teraz zobaczyłam ślad po uderzeniu.
- Ale dlaczego? Brack czy Ty spałaś z Larsem?
- Nie - odsunęła się ode mnie - Ja tylko spałam u niego w pokoju
- A On?
- No z Hammettem.
- To dlaczego ten idiota Cię uderzył?
- Bo - zaczęła siadając na szafce - wróciliśmy do domu i On chciał się bzykać, ale ja nie chciałam, pokłóciliśmy się, nazwał mnie dziwką, a później uderzył.. - z jej oczu ponownie wypłynęły łzy. Stradlin darł japę, wołając mnie. Zostawiłam Bracket na chwilę samą i wyszłam z łazienki sprawdzić, czemu On tak krzyczy.

   Siedziałem w salonie z Izzym, na górze Axl, Dash, Brack i chyba Bach coś do siebie krzyczeli. Dopiero wróciliśmy, a Oni już drą japy. Co za ludzie. Z kim ja mieszkam?! Alkoholicy i awanturnicy. Steven jeszcze nie wrócił z tej całej randki z Mary. Biedak, dobrze by było, gdyby wrócił cały i zdrowy.. no i w żaden sposób niewykorzystany seksualnie. Pijany Stradlin mruczał pod nosem coś, że Brack go zdradziła, że ją uderzył, że jednak nie jest pewny, czy na pewno z kimś spała i tysiące innych dziwnych  rzeczy, a w międzyczasie zadzwonił telefon, który zagłuszył rytmicznego. No dom wariatów
- No? - podniosłem słuchawkę, wyrywając wódkę z ręki przyjaciela
- Siema, jest Dasshy? - usłyszałem znajomy głos w słuchawce, ale nie mogłem skojarzyć z kim gadam, po chwili zorientowałem się, że to gitarzysta Metalliki
- Cześć Kirk, no jest, a co?
- Zawołasz ją?
- Ale jest teraz zajęta.. trochę.. Izzy, odsuń się - poprosiłem gitarzystę, który chcąc podsłuchać rozmowę, przykleił się do mnie i chuchał w moją twarz dymem z papierosa, którego przed chwilą z wielkim trudem zapalił ( nie obeszło się bez przekleństw i wyzywania zapalniczki)
- Daaaaaash - wrzasnął Stradlin
- Izzy, kurwa, nie drzyj mi się nad uchem, chuju! - warknąłem, odsuwając go od siebie  
- To co, przyjdzie, czy nie? - zapytał zniecierpliwiony Hammett
- Nie wiem, jak pewnie słyszałeś, Izzy ją wołał, więc..
- Mam wołać Dash? - zapytał zadowolony rytmiczny - Kurwa, McRivery, mam Ci zaproszenie wysłać? Chodź tu - krzyknął ponownie, nie licząc się z moimi protestami. Prawie ogłuchłem przez te jego dzikie krzyki
- Dobra, to powiedz jej, że ze mną wychodzi. Będę za pół godziny. Cześć - rozłączył się
- Co chcieliście? - po jakichś 5 minutach blondynka zbiegła na dół
- Kirk dzwonił. Przyjdzie po Ciebie za 30 minut
- Ok. Stradlin, musimy porozmawiać. Dlaczego do cholery jasnej uderzyłeś Bracket?! - zapytała podchodząc do gitarzysty
- Nie muszę Ci się tłumaczyć - warknął - ale dobrze, jeśli chcesz wiedzieć.. zdradziła mnie suka! - usiadł w fotelu i ukrył twarz w dłoniach
- Stradlin, idioto, czy Ty jesteś normalny?! Nie zdradziła Cię!
- Jasne. Przecież wiadomo, że będziesz  jej bronić,jesteście jak siostry, wiadomo, że jej nie wsypiesz - mówił zdenerwowany
- Nie.. Ty pojebany jesteś - powiedziała, jakby nie dowierzając - No jebnięty. Ona Cię kocha!
- Pewnie. Dobra, wiesz co Dash? Weź się odpierdol - wyszedł popychając blondynkę.
- Izzy! - wrzasnęła, ale nawet się nie zatrzymał.

   - Stevenku, kochanie - zatrzymaliśmy się na światłach - A może wrócimy do mnie? - szepnęła mi do ucha, a jej dłoń zacisnęła się delikatnie na moim karku
- Nie. Jak nie masz apetytu, to nie musimy jeść, po prostu zawieź mnie do domu
- Mam apetyt.. ale na Ciebie - szepnęła, lekko gryząc mnie w ucho. Skąd Ona te teksty w ogóle bierze?
- A ja mam apetyt na destrukcję.. najlepiej na samodestrukcję - fuknąłem i odwróciłem głowę w stronę okna
- Och skarbie..
- Zielone! - wrzasnąłem, wskazując palcem na sygnalizację
- Co? - zapytała zdezorientowana?
- No jeeeedź.. - odpowiedziałem znudzony.

   Kiedy Stradlin wychodził z Hellhouse, do naszych drzwi zawitał Kirk Hammett. Chłopak minął się z Izzym w progu i bez słowa rzucił się na fotel
- Hej Kirk, co jest? Co Cię do mnie sprowadza? - zapytałam
- Wyjdziesz się napić?
- Ale miałeś być za pół godziny..
- Wiem, ale.. stęskniłem się za Tobą - podszedł bliżej, obejmując mnie
- Coś się stało, Kirk? - zapytałam zdziwiona zachowaniem gitarzysty
- Eee.. nie, ja tylko chcę się napić - odpowiedział po dłuższym zastanowieniu się
- No to co się do mnie tulisz? Myślałam, że coś się stało!
- Tulę się, bo lubię. A poza tym, potrzebowałem tego - oznajmił uśmiechając się szatańsko  
- Ach, potrzebowałeś. Czyli wszystko z Tobą w porządku..- udawałam zamyślenie
- Tak. W porządku. Idziemy?    
- Za chwilę, pójdę tylko do Brack i wychodzimy
- Spoko. Tylko się pospiesz, bo ja nadal potrzebuję przytulania się do Ciebie
- Jasne - uśmiechnęłam się i pobiegłam na górę, Brack przeniosła się już z łazienki do naszego pokoju. Siedziała na łóżku i patrzyła przed siebie, na bliżej nieokreśloną dla mnie rzecz.
- Brack, dobrze się czujesz?
- Powiedzmy, że nie najgorzej.. - odpowiedziała cicho, nie spuszczając wzroku ze zdjęcia. Zdjęcia, na którym była razem ze Stradlinem.
- Ale.. to znaczy.. mogę Cię zostawić na kilka godzin? Bo Kirk chce się ze mną napić. Wydaje mi się, że coś się stało, jest jakiś dziwny.. trochę
- Jasne, przecież nie musisz ze mną ciągle siedzieć. Zresztą, chcę się przespać - odpowiedziała kładąc się powoli
- Ale na pewno? Jak nie, to powiem Hammettowi, że zostaję w domu
- Idź, bo się rozmyślę - wymusiła na sobie uśmiech i rzuciła w moją stronę poduszką. Wyszłam z pokoju zamykając drzwi i zeszłam na dół. Hammett i McKagan siedzieli na kanapie, gadając o gitarach
- Kirk, idziemy?
- Jasne - wstał i ruszył za mną.

   Pałętałem się z Bachem po ulicach Los Angeles bez celu. Pomyśleliśmy, że skoro i tak nie mamy co robić, a co za tym idzie - nudzimy się, pójdziemy do jakiegoś baru, czy sklepu i Sebastian odkupi Jack'a Danielsa. Weszliśmy do pierwszego lepszego OTWARTEGO sklepu, ale nie dostaliśmy tego, czego chcieliśmy.
- Axl, a może pójdziemy się zabawić? - zaproponował całkiem poważnym głosem
- Seba, niedawno jęczałeś, że Bolan się do Ciebie dobierał, a sam co mi proponujesz?! - wrzasnąłem, odsuwając się od niego na w miarę bezpieczną odległość
- O jeny Axl, wiem, że Ci się podobam - zbliżył się do mnie, uśmiechając się - ale nie o to mi chodziło
- Uff - wypuściłem powietrze z ulgą i otarłem ręką czoło - To co kombinujesz, przyjacielu?
- No nie wiem, zamówmy sobie jakieś dziwki, albo pójdźmy do klubu ze striptizem, co?
- To może striptiz, bo na dziwki to może mi kasy nie starczyć. Nawet mi się bzykać nie chce, samo patrzenie wystarczy..
- No to chodź - pociągnął mnie za sobą i zacieszajac śpiewał coś pod nosem.

   - Steven, jesteś pewien, że chcesz zostać w domu? - Mary zatrzymała samochód pod Hellhouse
- Tak, jestem pewien - oznajmiłem otwierając drzwiczki
- Czekaj.. Pamiętaj, że jutro nasz ślub - szepnęła mierzwiąc moje włosy
- Mary, ja z Tobą nie wezmę ślubu. Ja Cię nie kocham
- Kotku, ja wiem, że ta cała Dash Cię opętała. Ja to nawet rozumiem, ale proszę, daj nam szansę
- Mary, proszę Cię.. - wyszedłem z auta
- Przyjadę po Ciebie jutro, skarbie.

   Siedzę z Kirkiem w Roxy już 20 minut a nie zamieniliśmy przez ten czas właściwie ani jednego słowa. Jest jakiś taki cichy, przygaszony, zamyślony.. no jakby nieobecny.
- Kirk, coś się stało? - zapytałam, siadając bliżej gitarzysty
- Nie
- To czemu taki smutny jesteś?
- Nie wiem, jakiś taki dzień chyba, bo od rana taki jestem.. odwrócił twarz w moją stronę, a jeden z niesfornych kosmyków jego kręconych włosów zabawnie opadł mu na oczy. Przypominał mi Slasha, brakowało tylko cylindra i fajki w ustach. Uśmiechnęłam się - Co? - zapytał zmieszany
- A nic, przypominasz mi trochę Slasha
- A wiesz, że czasem nas mylą ? - na jego twarzy pojawił się długo przeze mnie oczekiwany uśmiech, kiwnęłam głową, przytakując
- Kiedyś, jak jechałam z Saulem samochodem, to policjanci pomylili go z Tobą. Zabawna sytuacja, chociaż trochę mnie wtedy wkurzyli
- Saul coś kiedyś wspominał.. Kiedy go wypuszczą?
- Nie wiem.. - spuściłam głowę - Obiecał, że szybko wyjdzie, a nie ma go już kilka dni
- Nie martw się, poradzi sobie - objął mnie
- Wiem - położyłam głowę na jego ramieniu, zamknęłam oczy i powtórzyłam ciszej - wiem.

   Weszliśmy do Troubadour'a. Sebastian od razu upatrzył sobie jakąś laskę - wysoką brunetkę z dużym biustem, która kręciła tyłkiem przed grupką napalonych facetów. Mój wzrok przykuła znajoma sylwetka. Podszedłem bliżej przywołując do siebie Baz'a, który nie był tym faktem jakoś specjalnie zadowolony, ze względu na brunetkę, kręcącą się teraz obok niego. Znajomym osobnikiem okazał się być nie kto inny, jak mój rytmiczny - Izzy Stradlin. Chuj zostawił Brack samą w domu i zabawia się z jakąś tanią dziwką. Na pewno tanią, bo ostatnio nie jesteśmy przy kasie. Dziewczyna siedziała na nim okrakiem, dłonie miała wplecione w jego włosy, On natomiast ręce miał oparte na jej biodrach a głowę pochyloną tak, by usta mogły całować jej szyję. Seba, który przyjrzał się im lepiej, zauważył, że ta dziewczyna, to Lucy, była laska Larsa. Nie lubię jej, zresztą nawet nie znam jej zbyt dobrze, w przeciwieństwie do Bacha. Lucy przychodziła kiedyś do Skid Row, kręciła się nawet koło Dave'a, zresztą nieważne, przecież pogonili ją, kiedy sprowadziła im do chaty swoich pierdolniętych znajomych (oraz znajomych znajomych) i ukradła im kasę
- Stradlin, co Ty wyprawiasz?! - szarpnąłem nim
- Odpierdol się, nie Twoja sprawa - warknął i wpił się w usta szatynki
- Izzy, no co do cholery się z Tobą dzieje? Wyżywasz się na Bracket, a później zabawiasz się z jakąś dziwką?!
- Tylko nie dziwką! - oburzyła się towarzyszka gitarzysty
- Z Tobą nie rozmawiam. Izzy, wracaj do domu i zadbaj, by Brack w końcu poczuła się przy Tobie dobrze! - krzyknąłem, by zagłuszyć tą pieprzoną sukę, która szeptała coś Stradlinowi do ucha
- Rose, zajmij się swoimi sprawami, co?
- Ale Izzy, zrozum z łaski swojej, Ona Cię kocha, Ty ją chyba też, więc może ruszysz swój PODOBNO zgrabny tyłek, pójdziesz do Hellhouse i ją przeprosisz!
- Już przepraszałem.. - wstał, odpychając od siebie szatynkę
- Ii..?
- I co? I nic. Pytałeś, co się ze mną dzieje - nie wiem, ale czuję, że zaczynam wszystko pieprzyć - oznajmił skruszony
- To zacznij naprawiać - niedobrze, chyba włączył mi się syndrom psychologa - idź do domu i zajmij się Brack
- Przecież Ona nawet nie będzie chciała ze mną gadać.. na pewno
- Izzy.. - Seba objął go ramieniem - jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Już, zmykaj do niej
- No idź - ponagliłem. Gitarzysta bez słowa dosłownie wybiegł z budynku. Mam nadzieję, że do domu.

   Kurwa, latam po całym Sunset jak pojebany, szukając Dasshy i Hammetta. Nigdzie ich nie ma a do sprawdzenia zostało mi tylko Rainbow i Roxy, no i Troubadour. Jak ich tam nie znajdę, to chyba będzie oznaczało tylko jedno. Wszedłem do Rainbow, rozejrzałem się, ale ich nie zobaczyłem. Wyszedłem i zobaczyłem biegnącego Stradlina
- Izzy, gdzie Ty lecisz? - zatrzymałem przyjaciela
- Do domu
- Coś się stało?
- Nie. Tak. To zależy. Nieważne. Sorry, muszę porozmawiać z Bracket  - powiedział łapiąc oddech i pobiegł dalej. Wstąpiłem do Roxy i bum! Są! Znalazłem McRivery i Hammetta, trochę jakby przytulonych do siebie
- O, tu jesteście. Myślałem, że będziecie w Rainbow..
- Duffie! - blondynka otworzyła oczy i uśmiechnęła się entuzjastycznie
- Z mojego przyjścia się tak cieszysz, mała?
- Tak! Bo się stęskniłam
- Ej, brałaś coś?
- Nie
- Piłaś?
- Jeszcze nie.. znaczy, no wcześniej z Tobą ale..
- To co jest?
- No nic
- Na pewno? - zapytałem podejrzliwie, dziewczyna kiwnęła głową
- Kirk, co żeś Ty jej zrobił?
- No nic, naprawdę.    
- Tak? Dobra. Wiesz co Dash.. trzeba się chyba przejść do Saula
- Racja.. tylko kiedy? Oni nas w ogóle do niego wpuszczą?
- Muszą, tylko trzeba się chyba umówić, czy coś
- A będę mógł iść z Wami? - zapytał Kirk
- Jasne
- I trzeba zrobić coś z Brack i Izzym - oznajmiła blondynka
- Przed chwilą widziałem Stradlina biegnącego do domu, mówił, że musi porozmawiać z Bracket
- No i świetnie. Tylko co, jak się nie pogodzą? - zapytała zatroskana, Hammett poszedł zamówić coś do picia
- Nie wiem.. a może.. nie to głupie
- Ale co? Duff, powiedz
- Może wyjechalibyśmy gdzieś wszyscy na kilka dni?
-Jak? Przecież nie mamy kasy.. - oparła łokcie na stole
- Ale taki wyjazd nad jezioro.. właściwie nic nie kosztuje
- Duff! Jesteś genialny! - rzuciła mi się na szyję - .. chyba, bo całkiem za darmo, to on nie będzie..
- Jakąś kasę wykombinujemy - uśmiechnąłem się
- A co ze ślubem Stevena i Mary..? - zapytała z rozbrajającą miną
- Hmm.. nie wiem, coś się wymyśli. Albo nie weźmiemy Stevena, albo nie będzie ślubu..
- Ta.. Mary na to nie pozwoli

- Coś wymyślimy - objąłem przyjaciółkę, Hammett przyniósł Danielsa, którego piliśmy prawie bez przerwy przez mniej więcej 2 godziny (a najwięcej wypiła Dash).

sobota, 15 czerwca 2013

R.46

ROZDZIAŁ 46

   Podjechaliśmy pod Roxy, na twarzy Mary pojawił się grymas niezadowolenia, co właściwie mnie satysfakcjonowało. Weszliśmy do budynku, Mary się nie spodobało. Nalegała, by zmienić lokal, więc poszliśmy do Rainbow. Usiedliśmy przy stoliku, który zawsze zajmujemy. Chciałem pójść coś zamówić, żeby oderwać się chociaż na chwilę od tej wariatki, ale Dash i Duff mnie wyprzedzili.
- Wiesz kochanie, jutro jest sobota.. - zaczęła kobieta
- No jest. I co?
- No jak to co, Stevenku? Nasz ŚLUB! - wrzasnęła
- To Ty nie żartowałaś z tym ślubem?! - Mary pokręciła głową
- Wszystko załatwione . Cieszysz się?
- Ale.. jak to sama załatwiłaś? Nie byłem potrzebny?!
- Mam w rodzinie odpowiednią osobę - uśmiechnęła się szeroko i położyła dłoń na moim udzie. Czy w tym pieprzonym L.A. już nie liczy się zdanie Stevena Adlera?!
- Świetnie.. jak ta osoba jest tak samo pieprznięta jak Ty, to już się cholera boję
- Kochanie, daj spokój - przytuliła się do mnie a jej dłoń powędrowała wyżej, do miejsca, które raczej chciałem od niej uchronić. Nie będzie mnie tam jakaś Mary macać!

  - Biedny ten nasz Steven
- Jasne - odparłem między salwami śmiechu. Adler, do którego przytuliła się Mary miał taki wyraz twarzy, że nie mogłem (chociaż się starałem) się powstrzymać, by się nie zaśmiać. Wyglądał, jakby chciało mu się płakać i wymiotować jednocześnie. No współczuję mu, bo kocham go jak brata, ale jeszcze bardziej kocham ten jego chory "związek" . Niby sobie nie zasłużył, no bo czym? Gdyby Ona była chociaż trochę młodsza.. no, ale przynajmniej jest zabawnie.
- Duff! Nie śmiej się, On CIERPI - walnęła mnie i ruszyła w stronę baru. Dogoniłem ją, złapałem i mówiąc, że mi się nie wyrwie, zacząłem łaskotać. Śmiała się próbując uciec.
- Ej, a może byście coś zamówili, a nie się macacie! - krzyknął perkusista
- No już, już
- 3 razy Jack'a Danielsa proszę. Duff, a Mary.. co Ona pije?
- Bo ja wiem, weźmy jej Danielsa, niech się cieszy - odpowiedziałem zerkając na nadal przestraszonego Adlerka
- To 4 razy - poprawiła McRivery i nagle posmutniała
- Dash, coś się stało?
- Nie
- Ej, mała przecież widzę
- Steven nic Ci nie mówił?
- Nie mówił.. ale o czym?
- Jak szukaliśmy Bracket, to Steven.. - zawahała się
- Co Steven? Zrobił Ci coś? - zapytałem gotów wyrwać mu wszystkie kłaki, jeśli okazałoby się, że zrobił Dasshy coś, czego nie powinien
- Nie, nie no nic z tych rzeczy..
- To ma dupek szczęście - odetchnąłem z ulgą
- Tak tylko.. On chyba widział Jeremy'ego. Wiesz Duff, ja .. chciałam o nim zapomnieć, boje się, że On znowu coś zrobi
- Dash, nic się nie stanie, obiecuję. Nie pozwolę, żeby ten skurwiel coś Ci zrobił - patrzyłem w jej niebieskie oczy, Ona błądziła wzrokiem po całym budynku, by chwilę później spojrzeć w moje oczy. Przytuliłem ją
- Nie chcę Wam przeszkadzać, ale Daniels już czeka. Duff, płacicie teraz, czy później? - zapytał zaprzyjaźniony barman. No ale ma chuj wyczucie, trzeba mu to przyznać
- Co.. yy.. no później - wzięliśmy szklanki, nagle Dash coś sobie przypomniała
- Ej, Duff, przecież ja nie mogę pić!
- Czemu?
- No nie pamiętasz? W ciąży jestem - powiedziała zacieszając prawie jak Steven
- Racja! Zapomniałem, ale Steven pewnie też już nie pamięta..
- Ale Mary na pewno tak..
- No w sumie.. a chcesz się napić? - zapytałem, właściwie nie wiem po co, przecież wiadomo, że Dash akurat tego nie odmówi.. no chyba, że stałoby się coś naprawdę poważnego. Dziewczyna kiwnęła głową - To pij - stanąłem tak, żeby Mary nic nie widziała a Dash wzięła kilka łyków.
- Duff, ale mamy cztery szklanki..
- Chuj tam, powiemy, że dwie są moje. Chodź ratować Stevena - śmiejąc się poszliśmy do Adlera i Mary.

  Wróciłam z Izzym do domu. Nikogo nie było, chłopak korzystając z okazji, że jesteśmy w Hellhouse sami, zaproponował:
- Brack, skoro mamy wolną chatę.. może poszlibśmy na górę..?
- Nie
- No skarbie - podszedł do mnie i objął mnie w pasie
- Nie Izzy, nie chcę
- Jak nie chcesz na górze, to może tutaj, w salonie, co? Albo w kuchni?
- Nie Izzy. Nigdzie, ani tu, ani na górze i w kuchni też nie. NIGDZIE ! - wrzasnęłam
- Właściwie po co ja Cię pytam?! Jesteś moją dziewczyną.. - chwycił mnie mocniej
- Ale nie Twoją własnością - wtrąciłam - Stradlin, co się z Tobą dzieje?
- Ze mną? Ty coś wymyślasz, zgrywasz jakąś cnotkę, nie chcesz się ze mną bzykać, ciekawe, co robiłaś z chłopakami z Metalliki. Przyznaj się, z którym się kurwiłaś?! - krzyknął, szarpiąc mną - No pytam! Z którym?
- Z żadnym, przysięgam!
- Tak? Przysięgasz nawet.. ciekawe. To co robiłaś w ubraniach któregoś z nich?
- Nic, chciałam się umyć, ale nie wzięłam ze sobą żadnych ubrań, więc James dał mi ciuchy Larsa - tłumaczyłam
- Jasne, nie rób ze mnie idioty, dziwko
- Nie robię, Izzy, mówię prawdę
- Nie kłam! Z którym się pieprzyłaś suko, co? A może z każdym po kolei?!
- Nie.. - uderzył mnie. Policzek zaczął pulsować z bólu, oczy znowu napełniły się łzami. Miałam ochotę uciec, albo się gdzieś schować, to takie upokarzające, własny chłopak mnie uderzył. Osunęłam się na podłogę i płakałam skulona. Rytmiczny chyba zrozumiał, co zrobił, bo kucnął przy mnie i zaczął przepraszać
- Odejdź. Po prostu daj mi spokój - wydukałam
- Przepraszam, ja.. nie chciałem - dotknął mojej twarzy, gorącego z bólu policzka
- Zostaw.. - jęknęłam
- Przepraszam
- Spieprzaj
- Brack..
- Spierdalaj! - osunęłam się jeszcze bardziej, kładąc się na zimnej podłodze. Izzy przyniósł z kuchni wódkę i bez słowa usiadł obok mnie. Leżałam pod ścianą i płakałam, jak bezbronne dziecko, któremu ojciec dał klapsa i nakrzyczał. Z tą tylko różnicą, że Izzy nie jest moim ojcem. I nie dał mi klapsa, tylko uderzył w twarz.

  Siedziałem obok płaczącej Brack i piłem wódkę. Właściwie sam nie dowierzałem w to, co zrobiłem. Uderzyłem ją. Tylko dlaczego? Nie wiem co robiła z chłopakami.. może rzeczywiście nic. Kurwa, no nigdy nie pomyślałbym, że mogę ją uderzyć, przecież ją kocham.

  Cholera, zwariuję tu! Nie mam fajek, nie mam Danielsa, nie mam GITARY! Nawet nie mam kogo wkurwiać. Ten Travis się nie odzywa, więc nie mam z kim gadać. Zresztą, o czym miałbym z nim rozmawiać, jak On nawet nie wie, kim są Guns n' Roses.. No ja pierdolę, mam nadzieję, że te pieprzone sukinsyny mnie odwiedzą. Duff powiedział, że przyjdą.. tylko kiedy?!

  And when your fears subside and shadows still remain. I know that you can love me, when there's no one left to blame. So never mind the darkness, we still can find a way. Cause nothin' lasts forever even cold November rain.. Chyba częściej będę musiał tak siedzieć pod chatą Skid Row. Wena mnie tu bierze.
- Sorry Axl, że tak długo, ale musiałem porozmawiać z Bolanem i wytłumaczyć mu, że nie jestem żadną seksowną blondynką, którą można bzykać, tylko zwykłym Sebastianem Bachem - Baz wyszedł z domu i zaczął się tłumaczyć
- Ok. Ej.. że co? Co Ty mu tłumaczyłeś? Dobierał się do Ciebie? - zapytałem, a na mojej twarzy zaczął pojawiać się coraz szerszy uśmiech. Ach, ta moja wyobraźnia
- Heh Rose, oczy Ci się świecą - zaśmiał się jakby trochę zakłopotany
- Nie o to pytałem
- Wiem
- Więc..?
- Więc.. tak, głównie do moich spodni - spuścił głowę w dół
- Ojeeej, Seba.. ale Cię nie zgwałcił? - objąłem go ramieniem, śmiejąc się
- Śmiej się, śmiej orangutanie. Co tam masz? - wyrwał mi kartkę z dłoni
- Tekst..
- I know that you can love me, when there's no one left to blame. To ballada.. jakaś.. tak?
- T-tak - odpowiedziałem trochę niepewnie
- Spoko
- Spoko?
- No tak
- I.. to wszystko? Nic więcej nie powiesz? - zapytałem zdziwiony. Myślałem, że powie coś więcej, wyrazi jakąś opinię, czy coś, a On mi tylko "Spoko".
- Wiesz, to tylko kawałek, wolałbym zobaczyć cały tekst..
- Jasne, ja Ci pokażę tekst, później Ty z chłopakami napiszecie do niego muzykę.. będziecie pierwsi od nas i wmówicie ludziom, że to Wasz utwór. Ja Cię Seba znam
- Pewnie.. tak właśnie bym zrobił - potargał mi włosy i poszedł przed siebie
- Czekaj! Gdzie idziemy?
- Do Hellhouse - krzyknął. Dogoniłem go i odwdzięczając się za rozwalenie mojej fryzury, rozczochrałem nieco jego czuprynę.

  - Co Ona się tak cieszy? - zapytał Duff, kiedy usiedliśmy do stolika
- Rozmawialiśmy o naszym ślubie - Mary odpowiedziała wpatrzona w Adlera - Wiesz Steven.. bo ja Ci już wybaczyłam tą zdradę..
- Jaką zdradę? - zapytał zdziwiony
- No z tą małą - wskazała na mnie - Więc już Ci wybaczyłam i tak sobie myślę, że możemy razem wychowywać dziecko Twoje i Dash. Ta gówniara jest jeszcze za młoda, żeby być matką
- Wiesz, Dash jest odpowiedzialna.. - Adler nagle zrobił się cały czerwony
- Odpowiedzialna?! - pisknęła kobieta - Proszę Cię, gdyby była, to nie zaszłaby w ciążę
- A czy to jest tylko moja wina? - zapytałam rozbawiona jej słowami
- A czy ktoś Ci kazał wskakiwać do łóżka mojego Stevenka? - zapytała z pretensją w głosie
- A czy ktoś mu kazał spłodzić dziecko? - wtrącił McKagan
- Ale co ja takiego zrobiłem? - zakłopotany perkusista próbował oderwać od siebie swoją "przyszłą żonę"
- Ty jeszcze pytasz? - oburzona prześladowczyni Adlerka zrobiła naburmuszoną minę i odsunęła się od swojego obiektu westchnień
- Uważasz, że to moja wina?
- Przed chwilą sam powiedziałeś, że Dash jest odpowiedzialna, więc.. czyja?
- A nie pomyślałaś może, że tego wcale nie trzeba zaliczać do przedziału win? - wtrącił basista
- A Twoim zdaniem, do jakiego? Cholernych pomyłek?! - wrzasnęła. W tym momencie całą trójką wybuchliśmy śmiechem, Mary spojrzała na nas jak na idiotów - I z czego się śmiejecie?
- Z Ciebie. Chyba nam nie zabronisz?
- Mogłabyś nie pyskować?!
- A czy ja pyskuję?
- Ej, no co jest, będziemy bawić się w pytania? Może w końcu ktoś odpowie zdaniem twierdzącym? - Steven wstał i - jak ta sierota ma w zwyczaju - jebnął ręką w szklankę, oblewając przy tym Mary
- Steven no, to nowa sukienka!
- Ups - zakrył dłonią usta i podał poszkodowanej chusteczki, mówiąc, że - Przecież wyschnie
- Chodź, pojedziemy do mnie a później do jakiejś normalnej restauracji. No chodź
- Ale.. no ale po co do Ciebie? - zapytał przestraszony
- Przecież muszę się przebrać. Chodź
- No już Stevenku, ruszaj ten swój zgrabny tyłek i idź uszczęśliwić ukochaną - zaśmiał się McKagan
- A Wy zostajecie? - zapytał. Po chwili spanikowany szepnął - No proszę, nie zostawiajcie mnie z nią samego, Ona chce mnie zgwałcić. Słyszeliście? Mówi, że musi się przebrać, ale ja wiem o co jej chodzi. Mam wrażenie, że Ona się ciągle gapi na mój tyłek 
- Popcorn, daj spokój. Dzień jest. Nie zgwałci Cię. A nawet jeżeli.. to dla Ciebie chyba sama korzyść.. kiedy Ty ostatnio byłeś z jakąś dziewczyną w łóżku?- zapytał basista, Adler otworzył usta, ale gitarzysta mu przerwał - Dash się nie liczy, bo chyba do niczego nie doszło
- Kurde. Dobra, pójdę. Ale jak coś, to Wy mi będziecie za psychologa płacić
- Ok, tylko już idź. - pomachaliśmy mu na pożegnanie i zajęliśmy się sobą (w sensie rozmową, no bo czym innym?)

  Wszedłem z Sebą do Hellhouse i zobaczyłem Bracket leżącą na podłodze i Stradlina, siedzącego obok z butelką wódki w ręce. Jakaś orgia była, czy jaki chuj? Nie, no jakby była, to by mnie chyba poinformowali..
- Cześć, co się nie odzywacie? - zapytałem, Brack wstała i nie patrząc ani na nas ani na rytmicznego poszła w stronę schodów - Brack, płakałaś? Coś się stało? - dziewczyna bez słowa poszła na górę - Izzy, co się stało?
- Nic - odparł obojętnie
- To czemu Ona płakała? - zapytał Bach
- Nie płakała
- Mhm, jasne. Seba, poczekaj tu - pobiegłem na górę, Bracket zamknęła się w łazience. Pukałem, prosiłem, żeby mnie wpuściła, ale nie otwierała. Nawet się nie odezwała. Zbiegłem do salonu, Sebastian zdążył się już poczęstować Danielsem, stojącym w kuchni i rozsiąść się za moim fortepianem - Stradlin, do cholery jasnej, co tu się dzieje?! Co Ty jej zrobiłeś?! - wrzasnąłem tak, że Bach upuścił butelkę. Ostatni Daniels w domu.. odkupi nam go!
- Nie Twoja sprawa
- Moja. Mieszkam z Wami! Mów, co się stało?
- Nie interesuj się
- Będę. Izzy, gdyby nic się nie stało, to Brack by nie płakała
- Jak Cię to tak interesuje, to idź do niej. Niech Ci się wyżali, pociesz ją, albo zrób z nią co chcesz - powiedział obojętnie, patrząc ciągle w jeden punkt. Jego kobieta płacze, a On zachowuje się jak idiota. O ile sobie przypominam, to nigdy taki nie był
- Chciałbym, ale nie chce mnie wpuścić!
- Jaka szkoda. Trudno, sama sobie poradzi
- Co Ty odpierdalasz, Stradlin?! Nie poznaję Cię.. chodź Seba - poszliśmy na górę i próbowaliśmy przekonać Brack, żeby otworzyła te cholerne drzwi. Ale nic. CISZA.

  Mary i Steven wyszli, więc poszedłem po Danielsa dla blondynki. W końcu nie musiała udawać, że jest w ciąży. Usiadłem przy niej, siedziała smutna, całkiem inna, niż kiedy zostawiałem ją idąc po alkohol.
- Dash, coś się stało? Źle się czujesz?
- Nie, tylko.. jak Steven wyjechał z tym gwałtem, to przypomniało mi się, że Sabo.. - zamilkła i spuściła głowę w dół. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Przytulić, czy nie dotykać i tylko coś powiedzieć.. albo w ogóle nic nie mówić
- Ten idiota zawsze powie coś, czego nie powinien - powiedziałem wreszcie 
- Ale.. przecież gadaliście przy mnie o gwałtach i nic, a teraz nagle..
- Nie myśl o tym. Sabo już więcej nic Ci nie zrobi. Nikt więcej Cię nie skrzywdzi. A jeśli tak, to będzie miał ze mną do czynienia, a uwierz, prawie dwumetrowy wkurwiony basista potrafi być niebezpieczny - uśmiechnęła się delikatnie i położyła głowę na moim ramieniu.

  - Brack, otwórz. Proszę.. - delikatnie pukałem do drzwi
- A jest już Dash?
- Nie
- Wyjdę dopiero, jak Dash wróci
- Dobra. Jak chcesz. Chodź - szepnąłem do Seby i udałem się w stronę mojego pokoju. Usiedliśmy na łóżku
- To co teraz zrobimy? - zapytał, podpierając dłońmi głowę
- Będziesz udawał Dash
- Co?!
- Ciszej - przyłożyłem palec do ust
- Sorry. Co? - ponowił pytanie
- No będziesz udawał McRivery
- Nie, nie będę przebierał się w babskie ciuchy
- A kto Ci się każe przebierać? Przecież przez drzwi nie widać
- Aaa rozumiem, ale myślisz, że uwierzy?
- Jak się postarasz. W najgorszym wypadku, będzie trzeba znaleźć naszą blondynkę.

  - Steven, wchodź. Przecież nie będziesz stał pod drzwiami
- Poczekam
- No nie wygłupiaj się. Chodź, chodź skarbie - Mary wciągnęła mnie na siłę do mieszkania - Poczekaj tu chwilę, zaraz wrócę - tłumaczyła jak matka małemu dziecku i poszła do pokoju. Uciekać, czy zostać? UCIEKAM! Podszedłem do drzwi i już miałem wychodzić, nagle Mary wparowała do salonu - A co Ty robisz?
- Yyy, a no tak.. patrzę, rozglądam się.
- No to siadaj - pociągnęła mnie w stronę kanapy. Usiadłem, stanęła przede mną i zaczęła się rozbierać, zdjęła sukienkę(nie powiem, jak na jej wiek wyglądała całkiem ok. Naprawdę, myślałem, że jest gorzej a tu takie, można powiedzieć, zaskoczenie), usiadła na mnie okrakiem i przejechała dłonią po moim torsie. Zbliżyła się do mnie i przejechała kilka razy ustami i językiem po mojej szyi. Chwilę później jej ręce powędrowały już do moich spodni - no do rozporka konkretniej - i jednocześnie musnęła kilkakrotnie moje usta. Kiedy uporała się z rozporkiem, zaczęło robić się niebezpiecznie
- Mary, zejdź ze mnie - wydukałem z trudem spychając z siebie napaloną kobietę. Nigdy bym nie pomyślał, ale mnie podnieciła (to pewnie przez ten alkohol. Nie, więcej nie piję!). Ale kurde, no nie mogłem pozwolić, by do czegoś więcej między nami doszło
- Daj spokój, Steven - wstała z kanapy, podeszła do mnie i pocałowała, przygryzając moją wargę a jej dłoń powędrowała ku mojej męskości
- Ubieraj się i jedziemy do tej restauracji
- Ale Steven.. - szepnęła
- Proszę.. - powiedziałem błagalnie i ponownie ją odepchnąłem
- Dobrze - odparła.

  Nadal siedzieliśmy w Rainbow i piliśmy. Nagle Dash zaczęła szybciej oddychać, patrząc przed siebie i nie odpowiadając na moje pytania
- Dash, co się stało? - zapytałem jeszcze raz
- Wracajmy do domu
- Ale co się stało?
- Jeremy. On tam jest - wskazała palcem na stolik pod ścianą i odwróciła głowę patrząc na mnie przerażonymi oczami
- Ale tam nikogo nie ma
- Co?! Przecież.. przecież On.. no był tam!
- Uspokój się i oddychaj.
- Ale On tam był - wydukała drżącym głosem. Dzieje się z nią coś niedobrego. Mam nadzieję, że to tylko przez alkohol
- Chodź. Wracamy do domu - zabrałem roztrzęsioną dziewczynę z Rainbow.

________________________________
W końcu się udało! Wstawiłam rozdział ;D Dziękuję, że czekaliście i nie zapomnieliście o moim blogu <3 
Mam nadzieję, że to, co wstawiłam, nie jest jakieś najgorsze i choć trochę Wam się spodoba :) Myślę, że nie ma błędów, a jak są to przepraszam. 
P.S. już prawie 600 komentarzy, za co bardzo Wam kurde dziękuję ! ;D ;* 

Dash.