OSTRZEŻENIE!

Wszystkie sytuacje zawarte w zakładce ExtraGuns. nie mają żadnych powiązań z opowiadaniem głównym. Bez obaw. :)

niedziela, 15 września 2013

R.50


Ja pierdolę, no przepraszam, że aż tyle czekaliście. Przez tą jebaną szkołę nic mi się nie chce, trudno mi się zabrać do pisania + jeszcze różne prywatne sprawy, przez które nie mogę się na niczym skupić. 
Dziękuję bardzo za nominacje od Michelle Rose oraz Your-Sweet-Child do Liebster Blog Award (chociaż za cholerę nie wiem o co chodzi ;D nawet co do nazwy nie jestem pewna XD), ale na to poświęcę kolejną notkę (jak mi się uda, to jeszcze dzisiaj), bo teraz nie mam czasu. Nie wiem też, czy nie zawieszę bloga - oczywiście bardzo bym tego nie chciała. ;c
A. - możesz mnie zabić, miałam dodać nowy wczoraj..
Jeszcze raz bardzo przepraszam no i co? I życzę miłego czytania. I sorry za błędy, jak jakieś są. 

Dash.
____________________________________________

ROZDZIAŁ 50

   Jedziemy już godzinę a ja nie mogę usnąć. Niewygodnie mi, kręcę się, wiercę i przekręcam a i tak  w żadnej pozycji nie jest mi wygodnie. Szlag by to trafił! Wymyślili sobie wyjazd nad jezioro! Rano, kurwa! Jakby nie wiedzieli, że śpię..
- Rose, co się tak wiercisz? - Duff kontrolował moje ruchy, spoglądając w lusterko.
- Kierujesz, to kieruj.. Wiercę się, bo mi niewygodnie! - warknąłem, kładąc nogę na oparciu fotela Dash.
- Kurwa, Rose weź nogę i przestań kopać w moje oparcie! - oburzyła się blondynka.
- Nie!
- Axl!
- Nie, bo nie mogę zasnąć!
- I co, myślisz, że jak położysz nogę przy mojej głowie, to chuju zaśniesz?!
- Taak! - walnąłem szeroki uśmiech, pokazując wszystkie zęby.
-  A spójrz na Brack, siedzi w jednym miejscu, nie rzuca się na wszystkie strony, śpi spokojnie, nie uprzykrzając innym życia, Rose! Bierz z niej przykład.
- Nie uprzykrza innym życia?! Mnie uprzykrza! Śpi, a ja nie mogę!
- Axl, nie drzyj tak tej japy, bo kierowcy dziwnie się patrzą..
- Ty tam kierujesz, to kieruj, dobrze? - jedyna odpowiedź, na jaką było mnie stać, jeśli chodzi o McKagana. - Bracket! Budź się, jesteśmy na miejscu! - szturchnąłem dziewczynę, na co Dash odwróciła się i pierdolnęła mnie butelką.
-  Debilu.. - syknęła. - Nie budź jej!
- Dobra. - przyłożyłem głowę do szyby. - Duff, włącz radio.
-  Przecież jest włączone.
- To czemu nic nie słyszę?! - wrzasnąłem i zamachałem rękoma.
- Bo ciągle krzyczysz! Zamknij się, to posłuchamy muzyki.
- Dobra, nic kurwa nie można powiedzieć, bo od razu "zamknij mordę, ciągle krzyczysz"! Pewnie, jasne, nie będę się odzywać, bo po co? A dajcie Wy mi wszyscy spokój! - mówiłem sam do siebie.. no, a przynajmniej tak mi się przez chwilę wydawało, później zwątpiłem, bo basista i McRivery zaczęli śmiać się jak pojebani, spojrzałem na Brack i Ona też się śmiała, a raczej uśmiechała .- Ty, ej Brack, wcale nie śpisz!
- Śpię.
- Nie pierdol, nie śpisz!
- Rose, no co Ty mówisz, przecież Ona śpi. - wtrąciła Dash.
- Nie śpi!
- No śpi. - potwierdził McKagan.
- Nie róbcie ze mnie wariata! Nie śpi!
- Ale kto tu z Ciebie robi wariata, słonko? - zaśmiała się dziewczyna Izzy'ego.
- Ty! Oni! Wasza diaboliczna trójka!
- Uspokój się rudy świrze.. - podsumował blondyn.

   Izzy siedzi kompletnie nieobecny z policzkiem przyklejonym do szyby. Żadne słowa do niego nie docierają. Mary wyklepuje o kierownicę rytm jakiegoś szajsu lecącego w radiu, a ja się cholernie nudzę, już nie mogę się doczekać, kiedy będziemy na miejscu. Chociaż, jakby się tak zastanowić, jak sobie pomyślę, że prawdopodobnie będę musiał spać w jednym domku z Mary, to wcale mi się nad to jezioro nie spieszy.
- Izzy, nie nudzisz się? - spróbowałem jeszcze raz zagadać do przyjaciela, ten wydał z siebie tylko jakiś dziwny jęk, który miał chyba zaprzeczyć. - To nudzisz się, czy nie?
- No przecież Ci mówię, że nie. - z lekką pretensją w głosie oderwał się od okna.
- Pogadajmy, co?
- O czym? - zapytał znudzony, podpierając głowę ręką spoczywającą na kolanie.
- O naszym ślubie! - wtrąciła czarownica. Wziąłem głęboki oddech, by nie powiedzieć czegoś niepotrzebnego i wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
- Mary, nie rozmawiam teraz z Tobą, ROZUMIESZ?! Izzy, pograjmy w coś.
- Nie mam ochoty, z wiedźmą, yy znaczy ze swoją przyszłą, kochaną żoną pograj.
- Nie.. -  wcisnąłem się w siedzenie i skrzyżowałem ręce na brzuchu.
- No nie obrażaj się, Popcorn. Pozbędziemy się jej. - szepnął i uśmiechnął się blado. Westchnąłem.
- Pogadajmy o Tobie i Brack. - zaproponowałem.
- A o czym tu gadać? Chyba ma mnie centralnie w dupie. Nie chce ze mną rozmawiać, patrzeć na mnie, przebywać w moim towarzystwie.. i to wszystko moja wina. Boję się, że będzie chciała to skończyć, że ze mną zerwie.. - stopniowo ściszał głos, a ostatnie słowa były prawie niesłyszalne.
-  Jak ja bym chciał, żeby Mary nie chciała ze mną gadać, patrzeć i ze mną przebywać.. eh, marzenia. - spuściłem głowę w dół, ale natychmiast ją podniosłem i spojrzałem na smutnego przyjaciela, próbując go pocieszyć, uśmiechnąłem się i powiedziałem najbardziej wiarygodnie, jak tylko potrafiłem. - Stradlin, do góry łeb, będzie dobrze, nie zerwie z Tobą. Kocha Cię. To tylko taki Wasz mały kryzys, zobaczysz.. niedługo znowu będziecie tak szczęśliwi, że będziesz miał ochotę rzygać tęczą!
- Mam nadzieję.. - spojrzał na mnie z wymuszonym uśmiechem.

   - Slash - usłyszałem głos Martina. - wyłaź, wracasz do domu.
- Już, zaraz! - krzyknąłem i usiadłem obok Travisa. - No Bam.. to czas się żegnać, miło było Cię poznać - wyciągnąłem do niego rękę.- gdyby nie Ty, pewnie bym tu z nudów zwariował, a tak to chociaż było zabawnie.. czasami.
- Mi również było miło. - uścisnął moją dłoń. - Wiesz.. - zaczął cicho i spojrzał mi w oczy. - będzie mi Cię brakować, naprawdę będę tęsknić.    
- No przestań, Bam, no co Ty.. oj, no chodź tu. - przytuliłem go, zwykły przyjacielski uścisk, co w sumie chyba nie było najlepszym pomysłem, bo skoro to gej, mogłem mu tym dać na coś nadzieję.. no ale co miałem zrobić? Jeszcze by mi się chłopak rozpłakał. - Przecież stąd wyjdziesz, a później będziesz mógł nas odwiedzać, kiedy tylko będziesz chciał.
- Naprawdę? Wpuścisz mnie do domu? - uśmiechnął się, a jego oczy nagle stały się radosne i świecące.
- No pewnie! Kolegi miałbym nie wpuścić? Zresztą, poczekaj.. - zapytałem policjanta, gadającego z bratem Dash, czy ma jakąś kartkę i długopis. Gliniarz wręczył mi to, czego potrzebowałem, wróciłem do Travisa. Położyłem kartkę na kolanie i zacząłem pisać nasz numer, a pod nim dopisek: Hellhouse :) - Trzymaj, zadzwoń kiedy Cię wypuszczą.
- Dzięki. Zadzwonię od razu jak wyjdę. - chłopak ponownie wylądował w moich ramionach, tym razem z własnej inicjatywy. Długo nie mógł ich opuścić, a ja też nie chciałem go odpychać, bo myślę, że On właśnie tego potrzebował.
- Hudson!
- No już idę, Martin. - Delikatnie odkleiłem od siebie Travisa, uśmiechnąłem się i potargałem mu grzywkę. - Cześć. - rzuciłem odchodząc.
- Saul..
- Tak?
- Kocham Cię. - wyszeptał.
- Trzymaj się. - odpowiedziałem nieco zmieszany.

   - Już? Już jesteśmy? - Rose nagle zmienił podejście do wyjazdu i z bycia wrednym stał się strasznie podekscytowany, niemalże skakał na siedzeniu. Za oknami, po każdej stronie pojawiały się coraz piękniejsze widoki, Axl siedział, przyklejony do szyby i zadowolony jak mały dzieciak, co chwilę klaskał w ręce, pokazywał palcem i pytał, czy widzimy to, czy tamto. Chyba dawno go takiego nie widziałem.
- Nie Axl, jeszcze nie jesteśmy.
- A długo jeszcze?
- Z pół godziny.. mniej więcej. - McRivery zamknęła oczy i rozmasowała skronie.
- Axl.. aa co Ty robisz? - spytałem, widząc jak rudzielec klęczy, odwrócony tyłem na siedzeniu i macha sobie do (prawdopodobnie) kochanego Adlerka.
- Macham. - odpowiedział zadowolony.
- No to widzę, ale.. dlaczego?
- O jeny, McKagan, po co tyle pytań? - jego głos już nie był tak radosny. - Macham, bo chcę porozumieć się z Popcornem.
- Machając? To o czym tam gadacie? - zapytałem.
- Nie gadamy, tak sobie machamy. - znowu brzmiał radośnie.
- Ej, ale nie podrywaj go, On się żeni. - zaśmiała się Brack.
- Wiem, wiem. - zacieszał Rose.

   W końcu jestem w Hellhouse! Droga do domu ciągnęła się niemiłosiernie, już myślałem, że wyskoczę z samochodu i pobiegnę do chaty! Nawet nie pamiętam ile siedziałem w areszcie. Pierwsze co zrobiłem, to polazłem do kuchni, do lodówki bo prawie mnie w tym burdelu nie karmili, pewnie schudłem i wcale mnie to nie cieszy.
- Slash, tu jest chyba kartka do Ciebie.. - Martin usiadł na kanapie.
- Już idę. - wyjąłem z lodówki puszkę coli, ser i masło, zrobiłem sobie kanapki i poczłapałem do salonu. - Pokaż. - Wyciągnąłem ręką po kartkę trzymaną przez policjanta.
Siema Slash! Masz tu mapę, myślę, że trafisz. Weź ciuchy i wszystko co Ci potrzebne na 4 dni (no może więcej) i jak możesz weź moją gitarę, no i Stradlina też, bo nie mieliśmy na nie miejsca, a Izzy pisze jakąś piosenkę.. Dobra, chuj, nieważne. Uważaj na siebie. 
Duff 
No spoko, mam zabrać gitary, mam mapę, mogę jechać! Chuj, najwyżej zbłądzę, no trudno. Tylko co ja mam jeszcze wziąć? Kurde..
- Mogę?
- Yy co? A, tak. - odparłem widząc, dłoń brata blondynki nad talerzem z kanapkami. - Poczekaj tu, idę się spakować.
- Spoko. Zostawić Ci coś?
- Jedz. Ale colę mi zostaw, albo.. wezmę ją ze sobą. Jak coś to kuchnia jest do Twojej dyspozycji. - Pobiegłem na górę do swojego pokoju. Wyciągnąłem jakąś torbę, kilka koszulek, choć pewnie będę chodził bez nich, skórzane spodnie, 3 pary spodenek, bieliznę, buty miałem na sobie, wziąłem tylko klapki, z których i tak pewnie nie skorzystam, ale lepiej mieć, niż nie mieć. - Cholera.. - powiedziałem do siebie. - A śpiwór mam brać? Kurna no nie wiem. Dobra, wezmę, i tak jadę samochodem, więc nie zrobi mi to większej różnicy. - Wyciągnąłem śpiwór spod łóżka, pobiegłem jeszcze tylko do łazienki po szczoteczkę do zębów i już byłem gotowy. No nie, nie byłem. Jeszcze fajki, ale to załatwię jak będę jechał. Zniosłem bagaże do samochodu, później wróciłem po gitary. Martin już zdążył się zadomowić, bo rozłożył się na kanapie i otoczony był przeróżnym żarciem.  Ale nie przeszkadza mi to, w końcu wyciągnął mnie z aresztu.
- Gotowy?
- Tak, ale chyba jeszcze trochę odpocznę. Jest coś w TV? - usiadłem obok mężczyzny i dopchałem się do ciastek, które jadł.
- Nie wiem, szukam.
- To szukaj.. - wgryzłem się w ciastko z czekoladowym nadzieniem. - Wiesz Martin, nie mam pojęcia jak miałbym Ci się odwdzięczyć..
- Nie musisz, zrobiłem to głównie dla Dash.
- No tak, wiem, ale.. jak będziesz miał do mnie jakąś sprawę, to wal od razu, ok? Mam u Ciebie ogromny dług wdzięczności.

    Za jakieś 15 minut będziemy na miejscu. Nie mogę się doczekać, tak bardzo chcę, żeby między mną a Brack się ułożyło. Kiedy tracimy ważną osobę, dopiero wtedy uświadamiamy sobie, jak bardzo jest dla nas ważna. W czasie drogi złapałem wenę i napisałem kilka wersów do nowej piosenki:
I say baby you been lookin' real good
You know that I remember when we met
It's funny how I never felt so good
It's a feeling that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember 
Ooh, and the love we shared-
is lovin' that'll last forever.
- Co tam bazgrzesz? - Machający (niezmiennie od jakichś 15 czy 20 minut) Adler, spojrzał na mnie kątem oka.
- Nic, tak tylko.. coś piszę.
- Aha. Patrz, jaki ten rudzielec jest zabawny, ciągle do mnie macha.
- No.. widzę. - Przyłożyłem twarz do szyby.

   Jejku, jejku, jejku! Już prawie jesteśmy! Ale fajnie, cieszę się jak mały dzieciak. Właśnie przejeżdżamy obok jeziora, już widzę domki, jeszcze chwila i będziemy na miejscu!
- Kurwa, co jest?! - wrzasnąłem, gdy coś uderzyło w tył samochodu. Odwróciłem się i zobaczyłem, że różowe auto Mary jest jakoś zbyt blisko wozu Dash. Czyli w nas uderzyła.. dobrze, że jesteśmy już na miejscu.
- Nie, no nie wierzę. - Cicho jęknęła blondynka. Wyszła z samochodu, podeszła do auta kobiety i otworzyła drzwiczki. Mary siedziała, patrząc tępo przed siebie z dłońmi na kierownicy.  - Co Ty zrobiłaś?! Nie umiesz jeździć? Kurwa, no ja nie mogę.
- Prze-przepraszam Cię Dash.. ja.. nie chciałam. - Powiedziała załamującym się głosem.
- Nie chciałaś.. kurwa! - McRivery podeszła do swojego samochodu, by sprawić ewentualne szkody. - Masz szczęście, że tak lekko walnęłaś i to tylko zadrapanie, bo chyba bym Cię zabiła.
- Dasshy, nie denerwuj się. Jesteśmy nad jeziorem, mamy się bawić, będzie fajnie! - Próbowałem ją zarazić swoim entuzjazmem.
- Wiem Axl, nie denerwuję się. - Uśmiechnęła się. - Ale przyjechaliśmy tu głównie po to, by pogodzić Izzy'ego i Brack.
- Co Brack? - Zapytała brunetka.
- A nic, nic. - Objąłem ją na chwilę. - To co, rozpakowujemy się? Kto z kim w domku? Układ jak w czasie podróży?  
- Axl, czy Ty masz ADHD? - Zapytał wyższy z blondynów. - Cieszysz się, jakbyś pierwszy raz nad jeziorem był. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo z ust ukochanej Stradlina wydobyło się coś w stylu propozycji.
- To może dziewczyny w jednym domku, a Gunsi w drugim?
- Oj nie, ja muszę być z moim Stevenkiem! - Oburzyła się wiedźma.
- Ej, ale może ja NIE CHCĘ być z Tobą w jednym domku, co?
- Mnie średnio się ten Twój układ podoba, Bracket. - Odezwał się rytmiczny.
- Są trzy domki.. - Zaczął Duff. - Nie kurwa, co ja pierdolę? - Uderzył się otwartą dłonią w czoło. - Cztery domki są! Proponuję więc, by zrobić tak, że mieszkamy w dwóch domkach, a dwa, które zostaną puste zajmą ewentualnie ci, którzy będą chcieli trochę.. prywatności. - Duff z jakimś dziwnym uśmiechem spojrzał na Dash, Izzy na Brack. Czyli co? 2 domki, teoretycznie puste są już zajęte? - To kto z kim?
- Ja z Dash na pewno! - Określiła się dziewczyna.
- Ej, może rzeczywiście zrobimy tak, że dziewczyny w jednym, chłopcy w drugim? - Zaproponowała blondynka.
- Dobra. I tak będziemy spać tam, gdzie zaśniemy. - W wypowiedzi Adlera usłyszałem nutkę nadziei.
- Dobra, Popcorn ma rację, nie ma co się zastanawiać i tak będziemy spać, tam gdzie zaśniemy, więc może przestaniemy nad tym myśleć, rozpakujemy jakoś rzeczy, czy tam po prostu zaniesiemy je do którejś chaty i zrobimy ognisko, czy coś, co? - Izzy otworzył bagażnik i zaczął wyjmować torby. McKagan natychmiast mu pomógł. Ja z blond pudlem poszedłem szukać jakichś gałęzi na ognisko. Obok jeziora, za domkami jest las, więc nie trudno było znaleźć jakieś drewno. Dziewczyny zajęły się jedzeniem i co dużo ważniejsze-alkoholem.

  Dobra, jesteśmy na miejscu, tylko szkoda, że nie śpię w jednym domku z Dasshy.. no ale jak to powiedział nasz w chuj mądry Adler: i tak będziemy spać tam, gdzie zaśniemy, więc jest szansa, że zasnę gdzieś blisko niej. Jezu, ja ją kocham, ale Ona pewnie będzie zajęta godzeniem Brack i Stradlina. Mogliby sobie sami poradzić, w końcu nie są już dziećmi, a Dash mogłaby zająć się mną. A właśnie, ciekawe kiedy Saul dotrze na miejsce.. i czy dotrze w ogóle?

*w tym samym czasie*
   Wyjechałem z Hellhouse około 18:20, wstąpiłem do sklepu po kilka paczek papierosów oraz kilka butelek czegoś mocniejszego (chociaż pewnie Duff o tym pomyślał.. no ale-nie zmarnuje się przecież!). Jadąc ulicami Los Angeles ujrzałem dość ciekawy widok: Kirk, idący podtrzymując się każdej napotkanej ściany oraz Lars na plecach Hetfielda. Kilka metrów za nimi ciągnęło się Skid Row, ale nie całe, tylko Baz i Scotti.
- Gdzieś Was podwieźć chłopaki? - Zapytałem, zatrzymując się przy Metallice. W prawdzie miałem tylko dwa wolne miejsca, ale skoro Ulrich i James tak się lubią, to jakoś się razem z tyłu zmieszczą. Kirk z dziwnym uśmiechem, kręcąc głową, usiadł pod jakimś budynkiem, Lars kategorycznie zaprzeczył, grożąc palcem, a James zaczął wydawać z siebie jakieś dziwne dźwięki, jak zapytałem, co mu jest, odpowiedział:
- Lars. Lars mi jest. Dupę ma ciężką!
- Kto?!
- No Ty, grubasie!
- Tylko nie grubasie, dobrze? - Oburzony perkusista walnął wokalistę po głowie.
- Lars, kurwa! Bo Cię zrzucę!
- James, pocałujesz mnie?
- Zrzucę Cię..
- Ok. Ale pocałujesz? - Chłopak ułożył usta w dzióbek i zaczął cmokać.
- Nie! Nie jestem jakimś pieprzonym pedałem, rozumiesz? - Wszyscy wokół Metalliki nagle się zatrzymali i spojrzeli na Jamesa.
- Ja też nie.. nie jestem. - Oznajmił na wszelki wypadek Ulrich. - Ale pocałujesz? - Szepnął.
- Ale możesz się odpierdolić?!
- Ale muszę?
- Ale wkurwiasz, wiesz?
- Ale ja lubię wkurwiać. - Zacieszał perkusista.
- A w ryj chcesz? - Zagroził mu blondyn.
- Kto się lubi, ten się czubi! - Ni stąd ni zowąd zakrzyknął Scotti.
- Jasne..
- Tak James, tak, Hill ma rację! - Uśmiechnięty Lars przytulił (tak jak tylko pozwalały mu na to warunki) się do przyjaciela, obejmując jego szyję i kładąc dłonie, na jego klacie.
- Dobra, idźcie się pedalić gdzie indziej. - Rzucił Seba.
- A czy ktoś tu się chce pedalić?! - Patrzeć na tych debili-no bezcenne!
- Tak drogi Hetfieldzie. Ty i Lars, czy też jak Ty go pieszczotliwie nazywasz-Grubas.. - Zaśmiał się Hammett. A ja myślałem, że On już nie kontaktuje.
- Hammett, czy Ty nie chcesz przypadkiem dostać w..
- Dobra, ej, to podwieźć kogoś? - Przerwałem wokaliście Metalliki, bo robiło się niebezpiecznie. Seba i Kirk podnieśli łapy do góry. - Dobra, wbijać. A Ty James, gdybyś niczego do Larsa nie czuł, już dawno kazałbyś mu zejść. - Zacząłem się śmiać. Hammett i Bach wsiedli do samochodu, w równie świetnym humorze, jak ja, a Hetfield, którego twarz nabrała jak na razie lekko czerwonej barwy, dosłownie zrzucił z siebie perkusistę, zdjął buta (tylko nie wiem czemu buta Larsa) i rzucił w moje auto.. no, a przynajmniej próbował, ale zdążyłem odjechać i owy but nie doleciał.

   Ta Mary nam tu tylko przeszkadza. Plącze się po kuchni, rządzi się i mądrzy. Szkoda mi Adlerka, biedak musi się z nią męczyć. No i martwię się o McKagana, te jego nocne koszmary..
- Nie Mary, oddaj mi to! - Usłyszałam jak Dash krzyczy do kobiety. - No daj!
- Nie ma mowy! Żadnego alkoholu, rozumiesz gówniaro? - Warknęła.
- Nie, nie rozumiem. Oddaj mi to! Oddaj.
- Nie.
- No daj to kurwa! - Blondynka zaczęła szarpać się z Mary. Kobieta jakimś cudem odeszła od dziewczyny i ostentacyjnie wylała zawartość butelki do zlewu. - No co Ty zrobiłaś? Pojebało Cię?! - Podeszła i szarpnęła wiedźmę, zaciskając dłoń na jej nadgarstku.
- Zostaw mnie! To boli!
- Tak? A może mnie zabolało, jak wylewałaś Jima Beam'a, co? Nie pomyślałaś o tym?!
- Dash, uspokój się. - Podeszłam do przyjaciółki i delikatnie odciągnęłam ją od kioskarki. - Nic takiego się nie stało, mamy tego od chuja, jedna butelka mniej czy więcej nie zrobi różnicy.
- Brack! - McRivery położyła dłonie na moich ramionach i spojrzała prosto w oczy. - TO BYŁA JEDNA Z DWÓCH, POWTARZAM DWÓCH (!) BUTELEK JIMA, ROZUMIESZ?!
- Jedna z dwóch?! To została tylko jedna? - Zapytałam. Dash pokiwała głową. - Kurwa, no Mary, jaka Ty głupia jesteś.. - Przetarłam twarz dłonią. Blondynka usiadła na podłodze i skryła twarz w dłoniach.
- Przecież mówiłam! Od początku mówiłam, że Ona nie jest normalna! Mary, nie potrzebujemy Cię tu, Steve Cię nie kocha, zrozum to w końcu..
- Kłamiecie! Nie lubicie mnie, dlatego tak mówicie. Steve mnie kocha, nie może beze mnie żyć..
- Chyba z Tobą.. - Poprawiła dziewczyna.
- Słucham?
- Powiedziałam, że.. - wzięła głęboki oddech, zamknęła oczy, próbowała się uspokoić. - Nie ważne. Już nic.

  Gdy już wybraliśmy dokładne miejsce na ognisko, ułożyliśmy drewno i jakieś gazetki Mary, żeby łatwiej było rozpalić, Adler zapytał:
- Rudy, a masz zapałki, czy coś? - Zacząłem przeszukiwać kieszenie.
- No.. nie.. ale zaraz się skombinuje. Izzy, daj zapałki.
- Aktualnie nie mam przy sobie.
- Kurwa. Duff, chodź tu. Zapałki dawaj.
- Łap. - Basista rzucił pudełeczko w naszą stronę. Popcorn wyjął jedną zapałkę i przejechał nią po boku pudełka. Zgasła. Druga-zgasła. Trzecia. To samo.
- Oh, daj to sieroto! - Wyrwałem zapałki z rąk perkusisty. - Widzisz, jak to się robi?
- O Jezu, bo Ty w innym miejscu siedzisz.
- A co to ma do tego?
- Wiatr Ci zapałek nie gasi. - Wytłumaczył.

   Siedziałem ze Stradlinem na moście centralnie nad wodą, Adler z Rosem coś do siebie krzyczeli, śmiali się a my od kilku minut siedzieliśmy w milczeniu. Postanowiłem to przerwać.
- Izzy..
- Tak?
- Poradzisz sobie sam z Bracket?
- To znaczy? - Odwrócił twarz w moją stronę i odgarnął włosy opadające mu na oczy.
- To znaczy.. Dash będzie Ci potrzebna?
- A co? Masz co do niej jakieś.. plany? - Uśmiechnął się podejrzliwie i uniósł brew.
- Nie.. dlaczego? - Kurwa, no rozgryzł mnie.
- Widziałem, jak na nią spojrzałeś, gdy mówiłeś o tych wolnych domkach i prywatności.
- Eh. To jak, potrzebujesz jej?
- Nie wiem. Ale nawet jeśli będzie mi pomagać, to co? Przecież Tobą też może się zająć.
- Ta, no jasne.
- Izzy, Duff! -  Zacieszający Popcorn zaczął nas wołać. Poszliśmy do przyjaciół. I Mary.
- Duff. - Szturchnął mnie rytmiczny. - A Ty nie potrzebujesz jakiejś pomocy z Dash?
- Pomocy? Ale co Ty możesz zrobić?
- Mogę z nią porozmawiać..
- Nie Izzy, to się może źle skończyć. Nie chcę, żebyście wylądowali w łóżku.
- Jak chcesz. Ale jakby coś, to mów.
- Dzięki. Będę pamiętać. - Odszedłem od gitarzysty. Podszedłem do dziewczyn. Gadały o Izzym. Brack nie jest zdecydowana  w kwestii związku z rytmicznym. - Dash, możemy pogadać?
- Możemy. - Odparła jakby zdenerwowanym głosem. - Co jest?
- Wkurzona jesteś. - Stwierdziłem. - Coś się stało?
- Mary mnie wkurwia. Nie ważne. Chciałeś coś ode mnie? Bo jak nie to.. wiesz, próbuję gadać z Brack na temat Izzy'ego.
- Pogodzą się. Myślę nawet, że sami dadzą sobie radę..
- Może.. - Odwróciła się, by odejść. Przeszła kilka kroków, stanęła i powoli odwróciła głowę w moją stronę. - Duff, czy ja Ci się wczoraj.. jakoś.. narzucałam?
- No trochę byłaś natrętna - Zaśmiałem się. - no ale natrętności Mary, to Ty skarbie nie pobijesz!
- Jezu Duff, przepraszam. Nie pomyśl sobie o mnie czegoś złego..
- Nie przepraszaj, przecież nie masz za co. Znam Cię i niczego złego o Tobie nie pomyślałem i nie pomyślę, chodzi tylko o to, że nie chciałem, żebyś tego później żałowała..
- Ale.. nie no doba, już nic. Chodź, bo wypiją całą wódkę! - Złapała mnie za rękę i pociągnęła do siedzących przy ognisku przyjaciół.

   Kurwa, ściemnia się, a ja pomyliłem drogę i oczywiście dopiero w jej połowie zorientowałem się, że kurwa źle jadę! No chuj by to zajebał, teraz się wracaj człowieku! Ja nie wiem, czy ja już nawet z mapy korzystać nie umiem?

   - Duff, Slash miał dzisiaj przyjechać? - Szepnęłam do blondyna tak, by nikt nie usłyszał, w końcu przyjazd Hudsona miał być dla reszty wielką niespodzianką. - Ciemno się robi, a jego wciąż nie ma.
- Nie wiem, zależy o której go wypuścili. Może chciał się przespać w domu i przyjedzie jutro. Będzie na pewno, wie jak tu przyjechać.

   Siedzimy przy tym ognisku już z 2 godziny, a mnie dosłownie zżerają komary! Wiem, że jestem słodki, ale chcę jeszcze pożyć, najlepiej z dala od tych małych latających krwiopijców. (I od tej paskudnej wiedźmy-siedzi, przyklejona do mojego ramienia, mimo tego, iż wiele razy odpychałem ją i dawałem do zrozumienia, żeby przestała mnie dotykać.) I tylko do mnie tak lecą? No przynajmniej nie widzę, żeby ktoś jeszcze tak chaotycznie jak ja machał rękami, głową i czym tylko się jeszcze da. Izzy próbuje zagadać do Brack, ale ta raczej go zbywa. Dash i Duff gadają coś cicho między sobą, nie wiem, czy coś się między nimi dzieje? Bo siedzą jakoś blisko, Dasshy położyła głowę na jego ramieniu, blondyn bawi się jej włosami.. Swoją drogą, to dziwne-powinna być jedna osoba nie pijąca w tym towarzystwie (Mary), a są dwie. Czemu Dash nie pije? Może.. może rzeczywiście jest w ciąży? Myślę, że w żadnym innym wypadku nie odmawiałaby alkoholu. Poczułem, że muszę to sprawdzić.
- Stradlin, McKagan, pozwólcie na chwilę. - Wstałem z wielkim trudem odpychając kioskarkę. Przyjaciele podążyli za mną do domku, w którym od niedawna odpoczywał Rose. - Słuchajcie.. - zacząłem.
- Co jest? - Zapytał Izzy.
- Nie mogłeś zamarzyć sobie rozmowy z nami w innym momencie? Fajnie mi się siedziało z Dash. Mogłem sobie pomarzyć, pofantazjować.. ale nie, Ty musiałeś coś wymyślić.
- Dobra Duff.. Tu właśnie o Dash chodzi. Nie uważacie, że to dziwne, że Ona nie pije?
- Rzeczywiście, już kilka razy odmówiła jakiegokolwiek alkoholu..
- Nie wypiła nic, oprócz soku. - Słusznie zauważył rytmiczny.
- Chłopaki, a może Ona jest.. w ciąży?! Przyznawać się, który z Was mógł coś zmajstrować? - Zapytałem zatroskany o przyszłość przyjaciółki i oczywiście o samą przyjaciółkę.
- Co na nas patrzysz? Rose ostatni z nią spał.. - Stradlin wskazał palcem na Axla leżącego na łóżku z rękoma pod poduszką. - Znaczy pod uwagę można wziąć jeszcze Jamesa.. nie wiem, czy kogoś jeszcze.. no ewentualnie można pomyśleć o całej Metallice, nie wiem, może ktoś ze Skid Row?
- Izzy, nie rób z niej dziwki, ok? - Oburzył się basista.
- Ok, nie robię przecież. Ja tylko próbuję odgadnąć, co się mogło stać.
- Ja nic nie zrobiłem. - Rose w końcu postanowił zabrać głos w tej sprawie i oczywiście ratować swój tyłek, twierdząc, że jest niewinny.
- Nie ma co, trzeba zapytać Brack, Ona powinna wiedzieć. Pójdę po nią. - Izzy wyszedł z domku, a po chwili wrócił z dziewczyną, która nie była skora do rozmowy z nim, On mimo to próbował zacząć ich temat.
- Izzy, daj mi spokój. Jeżeli przyprowadziłeś mnie tu po to, żeby gadać o NAS, to ja stąd idę! - Skrzyżowała ręce na brzuchu i spuściła głowę w dół.
- Nie denerwuj się Brack, chcemy tylko zapytać o Dash. - Uspokoiłem sytuację.

   No zajebiście Gunsi poszli do domku, zapierdolili mi Brack ale zostawili Mary. No świetnie! Jak ja się z jej towarzystwa cieszę.. aż mam ochotę się pociąć łyżeczką.
- Myślisz, że Steven bardzo mnie kocha? - Kioskarka odrywała kolejne płatki z jakiejś stokrotki.
- Taa, jasne.
- To cudownie!
- Kobieto, On Cię przecież nienawidzi. Daj mu spokój..

   - Co? Dash w ciąży? Pojebało Was? - Zaczęłam się śmiać, bo to było śmieszne.
- No tak. Znaczy "tak", że Dash jest w ciąży, nie że nas pojebało. - Wyjaśnił Popcorn.
- A niby czemu miałaby być w ciąży..?
- No NIC NIE PIŁA! Znaczy nie piła alkoholu. - Mniejszy z blond pudli sprostował swoją wypowiedź. - I to mnie niepokoi. Nigdy nie odmawia. Nigdy.
- Jejku Steven, Ty naprawdę myślisz, że jak raz odmówiła picia, to jest w ciąży..?
- No a nie?! No przecież Ona już powinna być nawalona! A jest trzeźwa jak noworodek!
- Steven.. noworodek? Yy no nieważne. Ale to, że jest trzeźwa nic nie znaczy, może w tej chwili nie ma ochoty na picie, co?
- A masz pewność, że to tylko brak ochoty? Masz pewność, że Ona czegoś przed nami nie ukrywa? - Głos w rozmowie zabrał Pan Rose. - Zresztą, Ona zawsze ma ochotę, żeby się napić!
- Chłopaki, uspokójcie się. Dzisiaj Dash prawie pobiła Mary i to dlatego, że wylała jedną z dwóch butelek Jima Beam'a. Wystarczy Wam ta informacja? Już wierzycie, że nie jest w ciąży?
- Mary wylała? - Zapytał mój JESZCZE chłopak. Kiwnęłam głową, nawet na niego nie patrząc.
- I Dash prawie ją pobiła? Czemu prawie? Nie mogła jej PRAWIE zabić?
- Nie Stevie, nie mogła. A prawie pobiła, bo ją w odpowiednim momencie odciągnęłam.
- No dziękuję bardzo. A mogłem mieć takie piękne życie, gdybyś tego nie zrobiła. - Rozczarowany perkusista wyszedł z domku. Zaraz za nim chłopcy, a na końcu ja. Tylko Rose został, tłumacząc, że boli go głowa i chce się przespać. McKagan ponownie usiadł obok Dash, która chyba zaczęła przysypiać, Steven usiadł jak najdalej Mary, ale ta i tak go dopadła, a Izzy próbował zbliżyć się do mnie.

   - Poopowiadajmy sobie może jakieś straszne historie, co? - Zaproponowała Bracket.
- Tak, to dobry pomysł! Lubię się bać, kiedy wiem, że mogę skryć się w bezpiecznych ramionach ukochanego! - Uśmiechnięta Mary spojrzała w ciemne niebo, na którym zaczęły pojawiać się już gwiazdy.
- Że niby kto jest tym Twoim ukochanym? - Zapytał Adler.
- No Ty, kochanie.
- Ja.. idę spać. - Wstał i lekko pijany szurając nogami, poczłapał do domku.
- Ja chyba też. - Brack chciała wstać, ale blondynka dosłownie ściągnęła ją na dół.
- Sieeedź. Chciałaś strasznych historii.
- Dobra, ale muszę Ci coś powiedzieć. - Westchnęła i zaprowadziła McRivery z dala od ogniska. Po kilku minutach wróciły. Dash ponownie usiadła obok mnie, a Brack jak najdalej od Stradlina. Blondynka, biorąc butelkę Danielsa, dołączyła do grona pijących.  

   Jak Oni mogli pomyśleć, że jestem  w ciąży? To zabawne. Przecież to, że nie piłam, nie musiało oznaczać, że jestem w ciąży. Mogło to być zaskoczeniem, mogli być w lekkim szoku - oczywiście, ale żeby od razu podejrzewać, że będę matką?
- Dash, o czym tak myślisz? - Szturchnął mnie dziwnie szczęśliwy basista.
- A o niczym..
- To czemu się tak uśmiechasz? - Rytmiczny pociągnął z butelki pokaźny łyk Danielsa i z racji tego, że był już nawalony, zaczął śpiewać (choć w tym stanie, to może bardziej wyć) kawałki Stonesów i Aerosmith. Duff, który też już trochę wypił (choć nie aż tyle, ile Stradlin) śmiał się i sam nie wiedział z czego. Mary uznała, że wszyscy jesteśmy bandą pijaków i w złym humorze poszła spać.. oczywiście - na nieszczęście Stevena - do domku, w którym schował się perkusista. Zostaliśmy w czwórkę, ale wydaje mi się, że Brack też zaraz się zmyje, bo zasypia.
- A czemu On tak się śmieje? - Wskazałam na chichoczącego blondyna.
- Bo jestem pojebany! - Zrobił smutną minę, ale zaraz znowu zaczął się śmiać.
- Brack, uśmiechałam się? - Brunetka zaprzeczyła i wstała.
- Idę spać, dobranoc wszystkim.. Tobie Izzy też. - Zaspana poszła do domku - tego w którym byli już Adler, Rose i Mary. Oznacza to chyba, że wszyscy będziemy tam spać.
- To ja też już pójdę. Może Bracket pozwoli mi się położyć obok niej, albo chociaż pod jej łóżkiem.. Dobranoc. - Chłopak zataczając się poszedł do domku. Zostaliśmy przy ognisku sami - tylko ja i Duff. I ciemna, wyjątkowo chłodna noc.
- Jak myślisz, pogodzą się?
- Nie wiem, pewnie tak. Ale wydaje mi się, że muszą zrobić to sami, poradzą sobie bez nas. Już samo to, że wymyśliliśmy to jezioro wystarczy, dalej naprawdę nie musimy im pomagać.
- Tak myślisz?
- Tak myślę. - Objął mnie, przeszedł po mnie jakiś dziwny dreszcz. Usłyszeliśmy skrzypnięcie otwierających się drzwi i ujrzeliśmy postać. Axl, jeszcze dobudzający się wyszedł z domku z głową spuszczoną w dół i rękoma w kieszeniach bluzy McKagana, która sięgała mu do połowy ud i skutecznie zakrywała prawie całe spodenki wokalisty.
- Co tam, Axl? - zapytałam.
- Niiic.. - odpowiedział przeciągając i usiadł przy dogasającym już ognisku. Siedziałam z Duffem w milczeniu, obserwując Rose'a, który wyglądał na smutnego. Chłopak patrzył na iskry, lecące czasem z ogniska. W pewnym momencie uniósł nieco twarz do góry, chyba poczuł, że na niego patrzymy. - Co? - zapytał niepewnym głosem. Przez chwilę żadne z nas nic nie odpowiedziało, nagle postanowiłam coś powiedzieć.
- Yy. No nic. Smutny jesteś?
- Nie.
- To co jest? - odezwał się basista.
- Słyszałem, że byliście u Saula.. - zamilkł i ponownie zatrzymał się wzrokiem na ogniu. - Czemu mnie nie wzięliście?
- Nie było czasu. Axl, spałeś.
- To trzeba było mnie obudzić.
- Ale mogłeś go odwiedzić.. kiedy tylko chciałeś, mogłeś pójść.
- Dobra, nie ważne. - westchnął. I znowu siedzieliśmy w milczeniu.

    Ee, no co to ma być? Mieliśmy być sami, a ktoś mi się tu jakimś rzęchem wpieprza! Nie, to nie rzęch. Ej no kurwa, nie wierzę, widzę loki Slasha?! A.. ja przecież nic nie piłem.
- Dash. - szturchnąłem blondynkę. - Czy Ty widzisz to co ja?
- No pewnie. -wstała i podbiegła do gitarzysty. - Saul, przyjechałeś. - zacieszała, rzucając mu się na szyję.
- Hej mała.
- No co tak stoisz, Axl? Chodź. - Duff pociągnął mnie w stronę przyjaciół.
- Odsuń się.. - szepnąłem, odsuwając McRivery od Hudsona i sam uwiesiłem mu się na szyi, po czym oplotłem nogami jego biodra, gdy uniósł mnie lekko do góry. Nie mogłem uwierzyć, dopiero co narzekałem, że McKagan i Dasshy nie wzięli mnie ze sobą, żeby odwiedzić Kudłatego, a teraz jestem do niego przyklejony. Zatopiłem dłoń w jego ciemnych włosach.
- Cześć.. Axl. - powiedział niepewnie gitarzysta. Chciał mnie puścić, ale na to nie pozwoliłem, przytuliłem się do niego mocniej.
- Ciiii.. - ułożyłem głowę na jego ramieniu. - Cieszę się, że jesteś. - Hudson przeniósł mnie bliżej ogniska i usiadł na ławce,a ja na jego kolanach. - Saul, kocham Cię. - szepnąłem niezrozumiale, kładąc głowę w zagłębieniu jego szyi.
- Co?
- A nie, nic.

piątek, 9 sierpnia 2013

R.49

ROZDZIAŁ 49

   - .. i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.  - po tych słowach wyszliśmy z kościoła, ludzie zaczęli gratulować, sypać ryżem, wsiedliśmy do auta, pięknego, białego Rolls Royca. Po niespełna 20 minutach dojechaliśmy do przepięknego, starego dworka, w którym miało się odbyć nasze wesele. Moje i mojej kochanej Dasshy. Impreza miała być na dworze. Piękna, słoneczna pogoda. Stoły porozstawiane w kilku rzędach, tworzyły razem całkiem duży prostokąt. Na jednym ze stołów stał ogromny, kremowy tort, cały ozdobiony cukrowymi różyczkami, oraz nasze figurki na jego szczycie. Stanąłem trochę za żoną i razem ukroiliśmy pierwszy kawałek tortu, Dash delikatnie mnie nim nakarmiła, później ja umieściłem kawałek ciasta w jej ustach. Goście śmiejąc się razem z nami, zaczęli bić brawo. Każdy, kto trzymał w ręku szampana (a poza  dziećmi, nie było chyba nikogo, kto go nie miał) wzniósł toast, zainicjowany długą i jakże wzruszającą przemową Slasha. Dash ubrana była w długą, czarną suknię, odsłaniającą jej smukłe, opalone ramiona, czyli wręcz przeciwnie do ślubu, na którym była w białej sukience odsłaniającej  kolana i z nieco dłuższym (bo aż do ziemi) tyłem, a jej twarz osłaniał welon. Zaczął się pierwszy taniec, później tańczył już każdy, a co najlepsze Steven tańczył z Hudsonem. Rose, odbijając mi blondynkę, poprosił ją do tańca, ja zabrałem Stradlinowi Brack. Chwilę później jasne jak dotąd niebo przybrało ciemne barwy, rozświetliło się na chwilę, zaczęło grzmieć, nagle zerwał się silny wiatr. Rozpętała się burza, ludzie zaczęli uciekać, chować się pod stołami, w budynku, ktoś wpadł w tort przeskakując przez stół. - Gdzie Dash?! - krzyczałem, pytając przyjaciół, nikt nie wiedział, gdzie jest blondynka. - Gdzie jest moja żona?! - Nagle ciemność. Tak jakbym obudził się w kościele. Reszta Gunsów i Brack siedziała ze mną w ławce. Przed ołtarzem stała otwarta trumna. Podszedłem bliżej i nie mogłem uwierzyć. Leżała w niej moja żona, moja mała Dash, z którą niedawno wziąłem ślub. I znowu ciemność. Cmentarz. Zmrok. Klęczę w deszczu nad wykopanym dołem, a w nim ta sama trumna, na którą nie wiadomo skąd spadł ślubny bukiet kwiatów.. 
- Nieee! Dash! - obudziłem się wystraszony i cały spocony. Deszcz uderzał o szyby. Oddychałem szybko, nieregularnie, już trzeci raz tej nocy budzę się w takim stanie. Śnią mi się same koszmary. Najpierw śniło mi się, że jechałem z Dash samochodem i nagle wypadliśmy z drogi, auto dachując, spadło kilkadziesiąt metrów w dół, McRivery trafiła do szpitala pod jakąś kroplówkę i chuj wie co jeszcze, ja.. umarłem. Kolejny sen to kłótnia. Popchnąłem na ścianę blondynkę, chcącą wyrwać mi z dłoni pistolet. Znowu ciemność. Dash leży na łóżku z raną postrzałową. Sine usta i ziemista skóra wskazują na to, że jest martwa. Broń leży niedaleko jej zimnego ciała. I to wszystko, te wszystkie koszmary śnią mi się jednej nocy. Pytanie: dlaczego? Czy one coś znaczą? Po ostatnim najciężej mi było zasnąć. Poszedłem do łazienki i opłukałem twarz zimną wodą, wyjąłem z szafki jakieś proszki nasenne, z kuchni wziąłem szklankę wody i wróciłem do pokoju. Usiadłem na łóżku, otworzyłem pudełeczko, wysypałem kilka tabletek, które natychmiast połknąłem. Położyłem się i nie mogąc zasnąć, przewracałem się z boku na bok. Chujowe te tabletki. W niczym nie pomagają, wręcz przeciwnie. Gdy zamykam oczy, widzę Dash leżącą w trumnie.

   - Kochanie, śpisz?
- Śpię - odpowiedziała brunetka
- To czemu odpowiadasz? - zapytałem z lekkim zacieszem i delikatnie przejechałem palcem po jej ramieniu
- Bo pytasz. Sorry Izzy, ale chcę spać
- Ok. Idę do kuchni, chcesz coś?
- Spać!
- No dobrze, dobrze, czyli rozumiem, że nic nie przynosić
- Jakiś Ty mądry - fuknęła sarkastycznie i zakryła się kołdrą. Przechodząc obok pokoju McKagana usłyszałem jakieś.. takie jakby stłumione krzyki, więc zajrzałem do niego. Basista wił się na łóżku, ściskając dłońmi kołdrę i poduszkę na przemian. Nieco zaspany chyba trochę spanikowałem i pobiegłem do pokoju.
- Brack! - kucnąłem przy łóżku i lekko szturchnąłem dziewczynę - Coś się dzieje z Duffem!
- Co?
- N chodź - wyciągnąłem zdezorientowaną Bracket spod kołdry i pociągnąłem do pokoju gitarzysty. - Zobacz
- Rzeczywiście - stwierdziła, przecierając oczy - Może coś mu się śni. Lepiej go nie budźmy, bo źle się to może skończyć..
- Ale dlaczego? Jeszcze coś mu się stanie. Obudźmy go
- Nie Izzy.. - próbowała mnie powstrzymać, ale jej się nie udało, bo zdążyłem kilka razy trącić blondyna. Obudził się i momentalnie usiadł, podpierając się z tylu rękoma. Cały zlany potem, ciężko oddychał.
- Duff, stary, co Ci jest? - spytałem zaniepokojony, wystraszonego (chociaż sam nie wiem, może był po prostu oszołomiony) przyjaciela. Ten machnął ręką i jak gdyby nigdy nic położył się, wkładając ręce pod poduszkę
- Nic.. - odpowiedział zobojętniałym głosem.
- Nie kłam - brunetka usiadła na brzegu łóżka - Powiedz prawdę, co się dzieje? Duff.. - chłopak westchnął
- Boję się.. - odpowiedział cicho - Wiem, że to głupie
- Nie rozumiem.. boisz się? Ale czego?
- Przez całą noc mam koszmary, zresztą nieważne. Idźcie spać, bo musimy w miarę wcześnie wyjechać. Dobranoc.
- Ale.. - chciałem dopytać, o co konkretnie chodzi z tymi koszmarami
- Izzy, zostaw.. wiem, że chcesz pomóc, ale lepiej go zostaw - szepnęła brunetka - Chodźmy spać. - wyszliśmy i udaliśmy się w stronę naszego pokoju
- Ja idę jeszcze do kuchni, to chcesz coś? - pokręciła głową i zniknęła w naszej sypialni - Dobra, jak nie to nie. Steven, a Ty coś chcesz? - krzyknąłem, bo akurat u niego drzwi były otwarte
- Nie.. - odpowiedział mi zachrypnięty głos. Zszedłem do salonu, przeszedłem obok kanapy, udałem się do kuchni.. Ale zaraz, zaraz.. Cofnąłem się. Patrzę na kanapę: blond czupryna i koc. I nic więcej. Odchylam koc i nasz Adlerek słodko sobie śpi. No nie mogę, to do kogo ja mówiłem? I co ważniejsze, kto mi odpowiedział?! - Kurwa - syknąłem. Steven powoli otworzył jedno oko
- Nie, nie kurwa, Steven. - zamknął oko a po chwili otworzył drugie - Stradlin..? Czemu stoisz nad moją głową?
- Ktoś jest w Twoim pokoju, Popcorn
- Co?! Gdzie?! Kto?! Izzy, prowadź! - podnosząc się na łóżku wskazał palcem na schody. Schodząc z kanapy zaplątał się w koc i wleciał pod stół. Wstał, otrzepał się, poprawił koszulkę, podciągnął spodnie i gotowy na wojnę poczłapał za mną do swojego pokoju. - Izzy, wchodzimy na trzy. To raz, dwa.. trzy! - wbiegliśmy do środka, jak pojebani.
- Jak myślisz? Kto śpi w Twoim łóżku?
- Nie mam zielonego pojęcia, kurde. Ale oby to była jakaś seksowna, spragniona laska. Miło by było - razem podnieśliśmy kołdrę. Oczywiście nie odbyło się bez hałasu, bo ta sierota ze strachu wpadła w perkusję. Siedział z pałeczkami w dłoni i talerzem na głowie.
- Kto to? - w tych egipskich ciemnościach nie potrafiłem ocenić, kim jest osoba panosząca się w łóżku Stevena.
 - Nie wiem, Mary chyba
- Mogę? - zapytałem, wskazując na pałeczki. Adler, nie znając moich zamiarów, wręczył mi jedną, a ja walnąłem go nią w głowę, a raczej w talerz znajdujący się na jego blond kłakach.
- Ałł. Za co? - niezdarnie rozmasowywał sobie obolałe miejsce
- Za.. - nie dokończyłem, bo do pokoju weszły dziewczyny
- Co Wy do chuja pana odwalacie? - Dash, wyglądająca na lekko skacowaną, zakryła usta Popcornowi, rozpaczającemu nad tym, że dostał w łeb i że będzie musiał oddać perkusję do naprawy.
- Patrzymy, kto śpi u Adlera - odpowiedziałem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie
- Mary. Przecież to jasne - prychnęła blondynka
- Serio? Ja chyba nawet nie wiedziałem, że Ona jest w Hellhouse!
- Widzisz, a ja się najebałam i jakoś ją zauważyłam. Idiioooci..
- Tak - stanowczo przytaknęła Brack - Chodźmy spać
- Już idę kochanie
- Mówiłam do Dash
- Dobranoc chłopaki! - blondynka porwała Bracket do ich wspólnej sypialni. Ja pierdolę, no zabrała mi dziewczynę!
- Steven.. wygodnie Ci na tej kanapie?
- Da się wytrzymać, a co?
- Nie no, nic. Tylko wiesz, ja mam dzisiaj wolną połowę łóżka, więc możesz tej nocy spać ze mną.. jeśli chcesz, oczywiście
- A co? Nie masz się do kogo przytulić? - zapytał podejrzliwie
- No.. tak jakby
- W sumie, co mi zależy? Idę. Tylko nikomu nie mów, że się zgodziłem
- Jasne, nikomu nie powiem, że ze mną spałeś - wypchnąłem go z pokoju i walnąłem szeroki uśmiech.

   Ja pierdolę, chyba o mnie zapomnieli, a ten dwumetrowy chuj - Duff, obiecał, że przyjdą! Dobrze, że chociaż ten Travis tu jest, na początku uważałem, że to psychopata i.. w sumie nic się nie zmieniło, nadal tak uważam. Ale cieszę się, że tu jest, bo bez niego pewnie ja też zmieniłbym się w żądnego krwi i kobiecych ciał (co w sumie nie byłoby chyba takie złe) psychola. A tak, to przynajmniej mam z kim pogadać, Travis może nie gada zbyt dużo, ale lubi słuchać. Problem w tym, że ja też, więc czasem nasze konwersacje dochodzą do tego momentu, w którym jeden z nas nie wie już, co ma gadać, drugi nie ma czego słuchać, a przy okazji sam nie jest skory do zwierzeń.
- Hudson, śpisz? - zapytał blondyn z czerwoną grzywką
- No
- Śpisz?!
- Noc jest, więc to chyba normalne
- O czym myślisz?
- Nie myślę. ŚPIĘ.  - odparłem, modląc się, by dał mi już święty spokój i pozwolił mi zasnąć
- Ej, a może - usiadł na moim łóżku - może byśmy stąd jakoś uciekli?
- Jaja sobie robisz? - oparłem się na łokciach, odrywając twarz od poduszki i odwróciłem głowę, by spojrzeć na wariata, z którym dzielę celę - Policjant śpi przy kratkach
- No właśnie, śpi - zaczął się szczerzyć - Ma mocny sen, nie usłyszy
- No i jak chciałbyś uciec, co? Nawet nie ma okna.. Bam, daj spokój, idź spać bo gadasz głupoty - ponownie wtuliłem twarz w poduszkę, wkładając pod nią ręce
- Dlaczego głupoty? Masz pilnik do paznokci, albo jakikolwiek inny?
- Ta, może piłę od razu? - zapytałem z irytacją w głosie
- Nie, pilnik by wystarczył
- Travis, Ty naprawdę uważasz, że takim byle gównem przeciąłbyś kraty?
- No, a co, Ty tak nie uważasz? - zapytał zdziwiony, pokręciłem głową. Zaczął się śmiać
- Co?
- Nabrałeś się. Ja wcale nie chciałem uciekać, zastanawiam się tylko, czy któryś z gliniarzy mógłby nam dać jakieś karty, czy coś, bo nie ma co robić.
- Karty, to dobry pomysł. Pytaj, pytaj, ja idę spać. Dobranoc. - odwróciłem się twarzą do ściany, przykryłem kocem i próbowałem zasnąć. Travis przez chwilę gadał coś do siebie i również wskoczył do swojego łóżka.

   Wstałam, zbudzona ze snu jakimś hukiem, coś jakby ktoś rzucał talerzami i.. patelnią? Zeszłam na dół, Duff siedział przy telefonie, jakby czekał, aż ktoś zadzwoni, nawet mnie nie zauważył. Weszłam do kuchni i zobaczyłam Stevena klęczącego na podłodze. Jak się okazało, patelnia leżała obok szafki, Adler sprzątał z ziemi rozbity talerz, a po całej kuchni walała się jajecznica
- Hej Steven, co się stało?
- Robiłem śniadanie i wypadł mi talerz - odpowiedział, nie spuszczając wzroku z naczynia
- I patelnia..
- Wszystko mi z rąk dzisiaj leci.. kurwa, o ja pierdolę, Dash, straciłem pół palca! - zaczął wrzeszczeć, widząc krew
- Pokaż - przykucnęłam obok blond pudla trzymającego palec w ustach - No pokaż. Nic Ci nie jest, panikujesz jak zwykle - potargałam mu włosy, poszłam po wodę utlenioną i jakiś plaster, żeby ta sierota przestała jęczeć, że umiera. Później sprzątnęłam rozbity talerz, a resztę kazałam posprzątać blondasowi, w końcu jajecznicą i patelnią pociąć się nie mógł.
- Steven, właściwie czemu Ty robiłeś śniadanie o 6 rano?
- Bo ja wiem, nie mogłem spać
- Dobra, mniejsza z tym - machnęłam ręką - Co chcesz zjeść, naleśniki, czy jajecznicę?
- Naleśśśniki - zaklaskał w dłonie, ciesząc się jak dzieciak. Jaki ten nasz Adlerek słodki, szkoda, że nie jest młodszy, fajnie byłoby mieć takiego mini Stevenka biegającego po domu. Eh, marzenia.. Wyjęłam wszystkie potrzebne składniki, zmieszałam je i zaczęłam produkcję naleśników. - Dash, wiesz, że bardzo seksownie w tej chwili wyglądasz?
- Też byś tak wyglądał, jakbyś smażył naleśniki
- No wiem - wstał i zaczął się wyginać na wszelkie możliwe strony - w końcu mam taki seksowny tyłeczek
- Pewnie
- Dash, mogłabyś tu przyjść? - a może jednak pan McKagan mnie zauważył?
- Już idę. Popcorn, pilnuj naleśników
- Po co? Same się pilnują
- Adler.. - weszłam do salonu - No co jest, Duff?
- Chyba trzeba się przejść do Saula, nie? - zapytał dalej czatując przy telefonie
- No przydałoby się, rozmawialiśmy już o tym.. tylko kiedy?
- Dzisiaj
- Ale.. no Duff, a jezioro? A Brack i Izzy..?
- Wyjedziemy kilka godzin później, nic się nie stanie. Obiecałem Kudłatemu, że go odwiedzimy.. więc jak, idziesz ze mną?
- Jeszcze pytasz?! Pewnie, że idę! Sorry, muszę wracać do kuchni, bo Ta sierota pewnie siedzi na dupie i..
- Jeżeli już, to na seksownym, zgrabnym tyłeczku! - wtrącił perkusista
- Tak, tak.. ale siedzisz? No właśnie.. i za karę nie dostaniesz żarcia. - wróciłam do robienia śniadania - Duff, chcesz naleśnika?
- Jeszcze pytasz?! - krzyknął uśmiechnięty - Tylko jak możesz, to weź mi przynieś, bo ja czekam na telefon
- Pewnie.. zrób, podaj i może jeszcze zjedz? - mówiłam do siebie - Adler, zanieś mu to, tylko nie podjadaj! - podałam talerz z naleśnikami perkusiście, który - jak to ta sierota ma w zwyczaju - prawie się wraz z tymi naleśnikami przywitał z podłogą. Prawie, bo na szczęście nasz super-pudel ma całkiem sprawną koordynację ruchową i zdążył ręką złapał klamkę, co automatycznie pozwoliło mu przeżyć tą "jakże trudną i pełną przygód" drogę do salonu.

   Powoli obudziło mnie coś, co łaskotało, a raczej drażniło mój nos. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Bama, siedzącego na moim łóżku z jakimś cholernym piórkiem w łapie. Jezu, oby On nie był jakiś homoseksualny, bo mój tyłek mógłby tego nie wytrzymać, nie chcę, żeby jakiś prawie nieznany mi koleś, który nawet NIE KOJARZY GNR, pchał mi się w dupę. Mniejsza o to.. ale czemu On trzyma rękę na moim udzie i dziwnie się uśmiecha?!
- Travis, co Ty robisz? Pojebało Cię?!
- Chciałem Cię obudzić, słońce tak pięknie świeci.. chyba nie chcesz przespać tak idealnego dnia? - zapytał ze słodkim uśmiechem
- Tak, chcę. Właśnie chcę przespać tak IDEALNY dzień. Travis, Ty coś brałeś? Masz tu narkotyki? Weź się podziel, co?
- Nie mam nic. Po prostu chciałem Cię obudzić
- Po cholerę? - w moim głosie mocno wyczuwalne było błaganie połączone z pretensją
- Przepraszam - powiedział cicho, spuszczając głowę w dół - Chciałem usłyszeć Twój głos - wgapiałem się w niego przez chwilę, a później zacząłem się śmiać
- Jaja se robisz?
- Nie Saul, naprawdę chciałem Cię usłyszeć
- Weź spieprzaj człowieku! - przestraszony zsunąłem jego rękę z mojej nogi i odwróciłem się do niego tyłem. Ale pomyślałem, że to w zaistniałej sytuacji może nie jest najlepszy pomysł i przewracając się na drugi bok, kazałem mu spadać z mojej poniekąd pryczy. Posłusznie z niej zszedł, usiadł na podłodze w kącie i bacznie mnie obserwował. Zaczął mnie trochę przerażać, od początku mówiłem, że to psychopata! I to gorszy nawet od Rose'a!

   Blondyni jedli na dole śniadanie a ja postanowiłam się w końcu ubrać. Poszłam na górę, ale łazienka była zajęta, więc zapukałam kilka razy. Po chwili wyszła z niej moja współlokatorka z łóżka.
- Hej Dash, Ty już na nogach? - zapytała, jeszcze nie do końca przebudzona i przetarła oczy
- Tak, Steven trochę hałasował.. nie słyszałaś?
- Nie. A co zrobił?
- Nic tylko.. stłukł talerz, spadła mu patelnia i przy okazji zapaćkał całą kuchnię jajecznicą.. w sumie nic takiego - machnęłam ręką
- Taa, cały Steven. Chyba trzeba budzić chłopaków, nie uważasz?
- Nie. Niech śpią, Ty też się jeszcze połóż
- Czemu?
- Musimy z Duffem coś jeszcze załatwić..
- Idziecie do Saula? - przytaknęłam, wchodząc do łazienki - Poszłabym z Wami, ale dla mnie 6:40 to stanowczo za wcześnie.. Ale pozdrówcie go ode mnie - uśmiechnęła się i nucąc coś wróciła do naszego pokoju. Zamknęłam się w łazience, rozebrałam i wskoczyłam pod prysznic. Gorąca woda. Uwielbiam stać pod gorącą wodą, jakoś tak mnie odpręża. Miałam dziwnym sen, śniło mi się, że próbowałam zaciągnąć McKagana do łóżka, a On kompletnie nie chciał o tym słyszeć. Chociaż, może to nie był sen? Najebałam się tak, że teraz sama dokładnie nie wiem, co wczoraj robiłam, aż dziwne, że głowa jakoś specjalnie mnie nie napierdala.
- Dash, wyłaź! -usłyszałam lekko zdenerwowany głos perkusisty
- Co? Przecież dopiero weszłam
- Muszę skorzystać. Wyłaź - powiedział błagalnie
- Na dole też masz łazienkę!
- Ta, dzięki. Zepsuta jest
- Popcorn, tam tylko wody nie ma w kranie
- No właśnie, a chcesz, żebym ręce wodą z kibla mył?!
- Ty i tak nie myjesz - zaśmiałam się
- Myję - warknął oburzony - Wyłaź!
- Idź na dwór
- Nie. Chyba, że mnie z chaty wyniesiesz, albo wyrzucisz przez okno. Dash, no proszę Cię wyłaź, dłużej nie wytrzymam!
- O matko - niechętnie wyłączyłam wodę, owinęłam się ręcznikiem i otworzyłam drzwi. Adler gorączkowo przestępował z nogi na nogę, zaciskając przy tym zęby - Steven, Steven..
- Siiikuuu.. - poleciał do kibla, trzaskając drzwiami. Zeszłam do salonu i usiadłam na oparciu kanapy
- Dash - basista odwrócił głowę w moją stronę - O Dash, jak Ty ładnie wyglądasz, taka mokra w tym ręczniku..
- Wal się - uśmiechnęłam się delikatnie i usiadłam obok blondyna - Chciałeś coś?
- Tak. Dzwonił wujek Richard i mamy to jezioro tyko dla siebie na całe cztery dni.. znaczy wstępnie są to cztery dni, ale zawsze można przedłużyć.. cieszysz się? - zapytał, obejmując mnie
- No pewnie. Boże, jak ja tak dawno tam nie byłam.. mam nadzieję, że nadal jest tam tak pięknie - rozmarzyłam się, wtulona w ramiona McKagana.
- No, już jestem. Tęskniliście? - Steven ze swoim wiecznym zacieszem rozsiadł się w fotelu
- Jasne.. - potwierdziłam sarkastycznie.
- Taa -  dodał McKagan
- Dobra, idę się ubrać i wychodzimy, Duff
- A musisz się ubierać? Nie możesz iść tak? - zapytał zacieszając niczym Adler.
- Duff, brałeś coś dzisiaj?
- No nie
- Mam nadzieję. - poszłam na górę.

   Wyszliśmy z Dash z domu. Po tych nocnych koszmarach wolałem iść z buta, zamiast wsiadać z nią do samochodu. Co prawda blondynka jakiś czas się burzyła, że nie chce iść piechotą, ale jakoś ją przekonałem. - Duff, ale Oni nas do niego wpuszczą?
- Bo ja wiem. Chyba nie mają innego wyjścia. - wchodząc na komisariat, przepuściłem dziewczynę w drzwiach. - Przecież Twój brat jest policjantem
- Ale nie tutaj
- Ale jest
- Ale nawet nie ma go w L.A. ..
- Jest
- Co? - zatrzymała się na środku korytarza
- Widziałem go wczoraj, jak szukałem Ciebie i Kirka.
- To czemu mi nic nie powiedziałeś?
- Przepraszam, wypadło mi to z głowy.
- Dobra, chodź - powiedziała oschle. Idąc, spotkaliśmy jakiegoś policjanta i zapytaliśmy, czy możliwe jest odwiedzenie przyjaciela. Gdy dowiedział się, że z nikim tego wcześniej nie ustaliliśmy, powiedział, że nie i pomimo naszych pytań (oraz krzyków i protestów Dash), odszedł. Później pytaliśmy jeszcze innych gliniarzy, ale każdy miał nas w dupie i nas zbywał. Zrezygnowani usiedliśmy pod ścianą.
- Siostra? Nie no, nie wierzę, co Ty robisz na komisariacie? - Martin przyklęknął przy blondynce - Duff, co wyście znowu zrobili? - warknął, patrząc na mnie podejrzliwie
- Ej, weź się uspokój, stary. Przyszliśmy do Saula, ale nie chcą nas wpuścić.
- Do Saula? A co On zrobił?
- Zgwałcił dziewczynę Dave'a Sabo.. - odpowiedziała cicho McRivery
- Co? Ale dlaczego?
- Myślę, że to zemsta, za to, że Snake zgwałcił Twoją siostrę, Martin.
- Przecież tak nie może być.. Dash, wracasz do domu, do rodziców! Ewentualnie będziesz mieszkać u mnie
- Co? Ale Martin.. pojebało Cię? Czemu? - zapytała, drżącym głosem
- Nie pozwolę na to, żebyś mieszkała z takimi ludźmi! Gwałty, rzeki alkoholu, podejrzane typy, jakiś Jeremy, porwania, nekrologi, Dash, nie chcę, żeby coś Ci się stało. A Ty Duff, miałeś na nią uważać, obiecałeś, tylko dlatego, mogła z Wami mieszkać. Ale to koniec, wraca do domu - Martin, jak to starszy brat, jest strasznie nadopiekuńczy, ja też nie chcę, żeby coś jej się stało, ale nie wyobrażam sobie, że miałaby się od nas wyprowadzić..
- Martin.. ale ja nie chcę! -  próbowała być stanowcza i się nie rozkleić, ale i tak zaczęła płakać, głupio się czuję w takich sytuacjach, nie wiem co mam robić, tym bardziej, że dużo zrobić nie mogę, bo przecież Oni są rodzeństwem, moje zdanie najmniej się liczy
- Nie rycz.. mała, no nie płacz. To dla Twojego dobra - chciał ją przytulić
- Dla mojego dobra?! Dla mojego dobra chcesz, żebym wyprowadziła się od przyjaciół? Dobrze wiesz, że są dla mnie jak rodzina  - odepchnęła go
- Porozmawiamy o tym później, jak chcecie to zaprowadzę Was do Slasha - powiedział spokojnie, pomagając wstać siostrze
- Później wyjeżdżamy - odpowiedziała ozięble i ruszyła przed siebie
- McKagan, gdzie jedziecie? - szepnął, gdy szliśmy kilka kroków za Dash
- Nad jezioro, chcemy naprawić związek Stradlina i Bracket. Martin, proszę, nie zabieraj jej do domu, pozwól jej zostać, naprawdę obiecuję.. przysięgam, że się nią zaopiekuję
- Już kiedyś mi to obiecałeś. Nie chcę jej narażać
- Obiecuję, że już nic jej się nie stanie
- Dobra, chodź
- Czyli zostaje w Hellhouse?
- Jeszcze nad tym pomyślę. Poczekajcie tutaj - podszedł do jakiegoś policjanta siedzącego przy biurku, Dash opierając się o parapet, patrzyła przez okno.
- Nie uważasz, że to niesprawiedliwe, że jedziemy bez Saula? - zapytała
- Trochę na pewno, ale co mamy zrobić? Przecież go nie wypuszczą
- Wiem. Duff, ja chyba nigdzie nie jadę..
- Jedziesz. I nawet nie chcę słyszeć sprzeciwów, rozumiesz?
- Ale..
- Dash, rozumiesz? - kiwnęła głową
- Dobra, chodźcie
- Czekaj! Przecież Kirk miał iść z nami! - przypomniała Dash - Gdzie tu jest jakiś telefon?
- Za Tobą, mała - dziewczyna odwróciła się, podniosła słuchawkę i wykręciła numer do Metalliki. Rozmawiała chwilę, a później oświadczyła, że Hammett za jakieś pół godziny będzie na miejscu. Gitarzysta, jak obiecał, tak też zrobił. Pojawił się na komisariacie 30 minut po rozmowie z McRivery.
- To możemy już iść? - zapytał Martin, po czym wskazał nam drogę do Hudsona.

   - Hudson gwiazdorze, do Ciebie.. po autografy - zawołał kpiąco jeden z policjantów i otworzył drzwi "klatki"
- Wal się chuju - powiedziałem do siebie - Kto?
- Kto? - zawtórował mi gliniarz
- McRivery, McKagan i Hammett - usłyszałem głos blondynki, a po chwili zobaczyłem ją przepychającą się przez mur stworzony przez dwóch policjantów - Oj, no przepuście mnie - powiedziała błagalnie i pojawiła się przed moimi oczami - Cześć Saul
- Panno McRivery, nie będziecie tu gadać, pójdziecie do specjalnej sali - wtrącił starszy z mundurowych
- Pierdol się. Travis?! - zapytała z niedowierzaniem, przechylając się lekko w bok, Bam wyszedł przede mnie a uśmiech to miał tak szeroki, jakby miał banana w ustach
- A no Travis. Chodź tu mała, dawno Cię nie widziałem! - rozłożył ręce, a blondynka wylądowała w jego ramionach
- Co? Skąd Wy się kurwa znacie?!
- Z Seattle, Saul - Duff podszedł do mnie, trącąc policjantów, Kirk szedł za nim utorowaną drogą. Basista dosłownie mnie przytulił - Sorry, że tak późno - szepnął. Teraz przyszedł czas na Dasshy, odkleiła się od Travisa i przytuliła do mnie, Duff natomiast przywitał się z Bamem, Hammett tylko się przyglądał. Kurde, jak ja dawno nie dotykałem dziewczyny, w areszcie sami kolesie.. aż strach się po mydło schylać w trakcie kąpieli
- Zaraz, zaraz.. jesteście znajomymi, a Ty nie znasz Guns n' Roses?! - wrzasnąłem zdziwiony
- Nie powiedziałem, że nie znam Guns n' Roses, tylko, że nie znam kogoś, kim jest Slash
- Jak do chuja, znając Gunsów MNIE możesz nie znać?
- O Jezu, no nie wiem, wcześniej Cię chyba nie widziałem, mogłeś powiedzieć, że grasz z Mike'm
- A skąd miałem wiedzieć, że Ty go znasz?!
- Nie wiem, ale mogłeś powiedzieć chociaż, że grasz w Guns n' Roses
- Nie pytałeś, czy gdzieś gram, więc nie mówiłem, no a skoro nie wiesz kim jest SLASH, to co Ci miałem mówić?
- Saul, daj spokój, Travis słucha i obraca się w gronie punkowców, więc nie miej mu za złe tego, że nie wie kim jesteś - oznajmił McKagan
- Dobra. Tak w ogóle, to cześć Kirk. Masz jakiegoś batonika na zbyciu? Albo cukierka chociaż? Bo trochę głodny jestem
- Dla Ciebie? Stary! Zawsze - wyjął z kieszeni jeszcze nie zaczętą czekoladę
- Ja pierdolę, Hammett, kocham Cię! - pchałem się z pyskiem do jego ust, ale w ostatniej chwili pomyślałem, że to może trochę gejowskie i po prostu poklepałem go po ramieniu. - Duff, pozwól - ruchem głowy przywołałem blondyna pod  ścianę - On jest gejem?
- Ale kto?
- Travis
- No co Ty, Slash, zwariowałeś? Bam gejem? Niee!
- To dobrze - odetchnąłem
- Chociaż.. długo nie mieliśmy kontaktu, wiele się mogło zmienić.. A co Cię naszło na takie pytanie? - uśmiechnął się szeroko i położył dłoń na moim ramieniu
- No bo wiesz.. dzisiaj rano obudził mnie jakimś pieprzonym piórkiem. Jeździł mi nim po nosie.. i miał rękę na moim udzie! A później mi powiedział, że chciał usłyszeć mój głos..
- Wiesz, Ty przed chwilą chciałeś chyba pocałować Kirka, więc..
- Ale z czystej sympatii, znaczy przyjaźni. Dał mi czekoladę!
- Travis siedzi tu tylko z Tobą, to kogo ma budzić?
- No mnie, chociaż nie musi tego robić.. na pewno nie piórkiem
- Saul, długo tu będziesz siedział? - zapytał gitarzysta Metalliki
- Dopóki mnie nie wypuszczą.
- A kiedy Cię wypuszczą?
- Jeju, Kirk.. nie wiem, czy w ogóle..
- Wypuszczą. Załatwię to - Dash podeszła do Martina, rozmawiającego z gliniarzami.

   - Kiedy go wypuścicie?
- Na razie prowadzimy śledztwo
- Jakie kurwa śledztwo? Żałuję, że nie powiadomiłam Was o tym, że Sabo mnie zgwałcił.
- Dash, tym też się zajmiemy - powiedział Martin - ale wydaje mi się, że jest już za późno, niczego mu nie udowodnią. Ale dobrze wiesz, że tego tak nie zostawię, Snake za to zapłaci, jeszcze nie wiem jak, ale zapłaci
- Martin, nie zajmuj się Sabo, wyciągnij stąd Slasha! Proszę..
- Dasshy, uspokój się. - brat mnie przytulił - Chłopaki, da się coś z tym zrobić?
- Jest podejrzany o gwałt. Nie może tak po prostu chodzić sobie po mieście.
- Jaki gwałt?! On by tego nie zrobił, gdyby nie Sabo! - ponownie zaczęłam krzyczeć
- Możecie zapłacić kaucję.. ale jak udowodnimy mu gwałt, będzie musiał wrócić.
- Kaucję? Ile?
- Dash, ja się tym zajmę. Idź, powiedz chłopakom, jaka jest sytuacja - Martin wysłał mnie do muzyków.
- Chłopaki, jest szansa, że Saul wyjdzie
- Co? Ale jak? - ożywił się Hudson
- Trzeba wpłacić kaucję. Tylko, że jak udowodnią Ci gwałt, znowu Cię zamkną..
- Ile wynosi kaucja? - zapytał basista
- Nie wiem. Martin powiedział, że się tym zajmie. Bam, a Ciebie za co zamknęli?
- Za niewinność kurwa. Zgarnęli mnie z ulicy, bez żadnych wytłumaczeń, tak po prostu. Tylko że ja nic nie zrobiłem!
- To tak jak w Seattle kiedyś, pamiętasz? - Duff spojrzał na Travisa - Zamknęli nas, bo szliśmy trochę nawaleni    
- Jak mógłbym zapomnieć? Matka to mnie chciała zabić - chłopak na samo wspomnienie tej sytuacji się uśmiechnął
- Ej, ja tego nie pamiętam.. dlaczego?
- Nie pamiętasz, bo się najebałaś. To był pierwszy raz, kiedy tyle wypiłaś, Dash
- Tak? Ale mnie nie zamknęli, nie?
- No jak nie? Zamknęli, tylko, że jak powiadomili Twoich rodziców, że siedzisz w takim stanie w areszcie, to Oni od razu po Ciebie przyjechali i musieli Cię wypuścić - wytłumaczył Travis
- Aaaa już pamiętam. Miałam karę na wychodzenie z Wami gdziekolwiek, nawet na ogródek nie mogłam.
- Wychodzić.. Ty się z nami spotykać nie mogłaś, dziewczyno!
- Ale Duff i tak do mnie w nocy przychodził..
- Pamiętam. Wchodziłem przez okno.. po drzewie. No i raz musiałem na tym drzewie przez 45 minut bez ruchu siedzieć, bo Twojemu bratu zachciało się z Tobą w karty grać
- No i wtedy wszystko się wydało - dodał Bam - Przyszedłem do Ciebie wieczorem, Twoja mama poszła ze mną do Twojego pokoju, patrzy : otwarte okno, wygląda przez nie, a Ty sobie na drzewie siedzisz - zaczął się śmiać
- Taa.. i wtedy ja miałem karę, bo niby podglądałem Dash
- I wtedy to ja musiałam skakać po drzewach, żeby się do Ciebie dostać. Brakuje mi tych czasów
- Mi też. Ale teraz też jest dobrze, no może z małymi wyjątkami
- Dobra, wszystko załatwione. Jutro wpłacę kaucję, Saul będzie mógł wyjść - oznajmił Martin
- Naprawdę? Dziękuję braciszku! - rzuciłam mu się na szyję
- Dzięki, stary
- Nie ma sprawy, Slash. Tylko więcej nie rób takich głupot
- Się wie
- Dobra, w takim razie my już Cię Saul zostawiamy, bo mamy mały wyjazd. Jutro dołączysz, nie?
- Wyjazd? Ale o czym Ty gadasz, Duff?
- Jedziemy nad jezioro. Dojedziesz do nas jutro, nie mów, że nie
- No dojadę, tylko powiedz, gdzie to jezioro?
- Pamiętasz, jak kiedyś byliśmy z moim wujkiem na wakacjach? To tam, w domu zostawię Ci mapę
- Ok. Podrzućcie mi teraz fajki, bo jeden z tych skurwieli mi zajebał, a ja muszę zapalić.
- Dobra, na razie masz moje - basista wyciągnął z kieszeni koszuli Marlboro i wręczył je Kudłatemu - Dobra, idziemy, bo jak dalej będziemy się tak zbierać, to zajedziemy tam na wieczór. Cześć, chłopaki - pożegnaliśmy się z Travisem i Hudsonem i udaliśmy się do domu.    

   Dzisiaj jedziemy nad jezioro, cholernie się cieszę, bo może Brack w końcu będzie chciała ze mną normalnie gadać. Brakuje mi jej, ale to wszystko przeze mnie, więc nie mogę mieć do nikogo pretensji. Mieliśmy wyjechać rano, a jakoś nie widzę, żeby ktoś się szykował. Za to słyszę jakieś krzyki. Zszedłem na dół, Rose śmiał się jak popierdolony, leżąc na podłodze, uderzał o nią pięściami, Mary siedziała spokojnie na kanapie, malując paznokcie, a Steven stał nad nią, wrzeszcząc i gestykulując
- Przyjmę Twoje nazwisko, kochanie
- No tssaa.. jasne! Jeszcze kurwa tego brakowało, żebyś mi takie zajebiste nazwisko spierdoliła swoją wiedźmowatą osobą!
- Steven, ale nasze dzieci i tak będą nosiły Twoje nazwisko, będziemy rodziną, więc przy swoim nazwisku nie zostanę
- Nie będziemy rodziną! Nie będziemy mieć dzieci! I NIE BĘDZIESZ NOSIĆ MOJEGO NAZWISKA, rozumiesz?! Nie ma mowy, kurwa, nie zgadzam się! - krzyczał, chodząc to w prawą, to w lewą stronę, trzymając się za głowę, wyglądał, jakby chciał wyrwać sobie wszystkie włosy
- Stevenku, ale co Ty mówisz? Będziemy mieli dzieci.. dwójkę, albo trójkę uroczych dzieciaków! - Mary wstała z kanapy i ucieszona przytuliła się do Adlera, który natychmiast ją odepchnął. Upadła na fotel.
- Nie będziemy małżeństwem, jasne?! - poszedł do kuchni. Do Hellhouse wszedł Duff, zaraz za nim Dash, blondynka, słysząc lamentującego perkusistę, od razu udała się do kuchni.
- Wszyscy gotowi? - zapytał basista
- Bo ja wiem, Mary gotowa od wczoraj, Adler ryczy w kuchni, a Brack i Rose.. nie mam pojęcia
- To chodź, sprawdzimy i przy okazji weźmiemy bagaże. - poszliśmy na górę. Jak się okazało, Axl smacznie sobie spał, a Brack siedziała w moim pokoju na parapecie i słuchając jakiejś płyty Aerosmith, patrzyła przez okno.
- Duff, budź rudzielca, a ja zajmę się Bracket. - wszedłem do pokoju, wystraszona dziewczyna spojrzała na mnie i szybkim ruchem otarła łzę, która spadła na jej policzek - Brack, Ty płaczesz?
- Nie. - zeszła z parapetu - Duff i Dash już są?
- Tak. Zaraz wyjeżdżamy, Brack.. - zatrzymałem ją, gdy wychodziła - ..porozmawiaj ze mną
- Nie.
- Ty, Izzy, weź coś zrób, bo Rudy się burzy, nie wiem, wyciągnij go z łóżka, czy coś. Ja idę pozbierać rzeczy dziewczyn - McKagan poszedł do sypialni Dash i mojej dziewczyny. Powlokłem się do Rose'a. Leżał, cały przykryty, spod kołdry widać było tylko kawałek czoła i wystającą, zgiętą nogę.
- Rose, budź się, jedziemy nad jezioro - szturchnąłem jego kolano
- Jezu.. - zaczął mamrotać coś niezrozumiałego, stłumionego kołdrą
- No nie Jezuj mi tu, tylko podnoś tyłek z łóżka, idź się ogarnąć i jedziemy! - jakoś wyszarpałem mu z rąk kołdrę, a jak mnie zignorował, przywaliłem mu po łbie poduszką
- Kurwa, Izzy - usiadł na łóżku - Odpier.. - znowu przyjebałem mu poduszką - Już wstaję - niechętnie zszedł (sturlał się) z łóżka, wziął jakieś ciuchy i poczłapał do łazienki - Moje torby są przy krześle, weź znieś je do samochodu.    
- Jasne.. w końcu po to tu jestem - powiedziałem do siebie, wziąłem bagaże wokalisty i zszedłem na dół.

   - Steven, co jest? - pochyliłam się nad rozpaczającym Popcornem i położyłam dłoń na jego ramieniu
- Mary - odpowiedział krótko
- Oj Steven, potraktuj to jak zabawę, jak wrócimy, to się tym zajmiemy, co? Chodź - wyciągnęłam rękę w jego stronę - No chodź - wyszliśmy z kuchni
- Jak jedziemy? - zapytała brunetka
- Nie wiem Brack, jest nas siódemka, jedziemy moim samochodem i samochodem Mary.. chyba się pomieścimy, nie?
- Ja kieruję Twoim autem - Duff zniósł ostatnie torby do salonu - Więc jadę z Tobą, Brack, zabierasz się z nami? - dziewczyna twierdząco pokiwała głową - Steven jedzie z Mary - perkusista, z wymalowaną na twarzy rozpaczą, kręcił głową - Tak, Steven. Zostaje Izzy i Rose. To jak?
- Obojętnie - Axl odpowiedział znudzony, schodząc powoli po schodach
- To ja jadę z Duffem
- Nie, Dash proszę, niech On jedzie z Mary - szepnęła Bracket
- Sorry Izzy, ale dzisiaj Rose jedzie z nami
- Ale..
- Izzy.. - spojrzałam wzrokiem, który mam nadzieję zrozumiał, bo chciałam go nim przeprosić
- Jasne.. - wyszedł z domu, Duff położył mapę i jakąś kartkę zapewne z wiadomością do Slasha na stole w kuchni, chłopcy wzięli torby i wyszli na dwór, z Brack wyszłyśmy ostatnie, przekręciłam klucz w zamku, Rose i Stradlin wkładali walizki do bagażnika mojego wozu (bo oczywiście Mary cały bagażnik miała zasrany swoimi duperelami), zapakowaliśmy się do aut i wyjechaliśmy.

________________________________________
Przepraszam Was bardzo, że znowu tak długo czekaliście na nowy, nie wiem, dlaczego tak długo zajmuje mi pisanie tych rozdziałów, cholera ;/ W każdym bądź razie, dziękuję, że o moim blogu nie zapomnieliście i czasami tu wchodzicie, jednocześnie proszę Was o komentowanie, taki komentarz to dla Was nic wielkiego, a mnie strasznie cieszy i motywuje. :) Hm, to chyba wszystko na dzisiaj, mam nadzieję, że nie ma błędów (a jak są, to przepraszam) a  rozdział choć trochę się spodobał. Kocham Was ;*

Dash.

niedziela, 4 sierpnia 2013

3.08.13

W związku z tym, że dzisiaj James Hetfield ma urodziny (Jezu, no teraz to już wczoraj kurde, ale jak zaczynałam to jeszcze było dzisiaj), wstawiam to:

 ..wstawiłam też na besty, (na główną pewnie nie ma szans) a później się zorientowałam, że cholera "TH" nie dopisałam, ale chuj tam xD Liczą się chęci ;D 

I to: 


P.S. James miał wczoraj (jak moja mama xd), ja mam dzisiaj ;D
Dash.

środa, 24 lipca 2013

R.48 / Slash

ROZDZIAŁ 48

   Wyszedłem z nawaloną Dash z Roxy, zostawiając tam Kirka, który nie mógł rozstać się z alkoholem. Blondynka momentami była lekko zamroczona i zostawała z tyłu, więc często musiałem na nią czekać.
- Dash, chodź
- Nie idę
- Nie wygłupiaj się, chodź
- Nie idę - powtórzyła, opierając się o ścianę jakiegoś budynku
- Czemu?
- Nie mogę
- Dash..
- No nie mogę - niezdarnie usiadła na ziemi. Mimo wszystko wyglądała słodko, kiedy jej blond włosy opadały na twarz pochyloną lekko w dół
- Oj, Dash.. - podszedłem i wyciągnąłem do niej dłoń - wstawaj
- Podnieś mnie - powiedziała jak małe dziecko
- Mała.. - rzekłem niepewnie, wypita wódka i Daniels zaczęły mi szumieć w głowie
- No Michael - spojrzała na mnie i zatrzepotała rzęsami. Boże, że Ona jeszcze pamięta, jak ja naprawdę mam na imię.. nawet mama mówi na mnie Duff! - Podnieś
- No chodź - wypuściłem powietrze, pochyliłem się i pomogłem jej wstać
- Dzięki.. oj - Zachwiała się. Objąłem ją i chciałem iść do domu, ale dziewczyna się zatrzymała
- Dash, co jest?
- Nic
- To czemu stoisz?
- Bo nie chce mi się iść - powiedziała jak mała dziewczynka, uniosła twarz i spojrzała na mnie uśmiechając się zalotnie
- To co.. mam Cię zanieść? - przytaknęła. Ruchem głowy pokazałem, żeby podeszła bliżej. Pocałowała mnie w policzek i wskoczyła na moje plecy
- Chodźmy jeszcze do sklepu
- Po co?
- Po picie
- W domu się napijesz
- Ale przecież w domu nie ma już żadnego alkoholu! - tłumaczyła, jak jakiemuś debilowi
- Tobie na dzisiaj wystarczy
- Nie. Chodźmy do sklepu
- Nie
- Taaak - krzyknęła i zakryła mi oczy dłońmi
- Dash! Bo będziesz szła
- Nie, nie, proszę nie
- No to się uspokój
- Dobrze - powiedziała i zaczęła śpiewać fragmenty piosenek Aerosmith (jak zapominała tekst, zmieniała utwór), słysząc to, po prostu nie mogłem się nie śmiać.


   Wbiegłem do domu. Nigdzie na dole nie widziałem Brack
- Ej, gdzie Bracket? - zapytałem przybitego Stevena, siedzącego w salonie
-  Na górze
- Dzięki ! - podbiegłem do schodów - Ej, co jest? - wróciłem do przyjaciela. Siedział smutny
- No Izzy, jutro jest mój ślub, którego wcale nie chcę. Mary nie kocham. Przyczepiła się do mnie jak rzep psiego ogona i nie chce się odczepić. Co ja mam zrobić? - zapytał prawie płacząc, przetarł ręką oczy i położył się na kanapie.
- Nie wiem stary, naprawdę nie wiem. Porozmawiaj z nią
- Przecież już jej mówiłem, że nie chcę brać z nią ślubu, że jej nie kocham.. do niej to nie dociera kompletnie.
- Jak coś, to pójdziemy z tym na policję, albo wyślemy ją do psychiatryka - uśmiechnąłem się - sorry, muszę pogadać z Brack - poszedłem na górę. Wszedłem do pokoju dziewczyn. Podszedłem do łóżka - Brack, musimy.. - no tak, do kogo ja mówię? Przecież Ona śpi.  Delikatnie ucałowałem jej czoło i wyszedłem z pokoju, zamykając drzwi. Poszedłem do siebie, położyłem się na łóżku i długo myślałem. Kocham Bracket i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Nie chcę też, żebyśmy się kłócili.. nie z takim skutkiem. Nie chcę, żeby mnie zdradzała, choć teraz  naprawdę nie jestem pewien, czy do czegoś doszło między nią a Larsem. Naprawdę w to wątpię. Ale czasu nie cofnę. Nie zmienię tego, że ją uderzyłem. Że nie ufałem. Cholerny dupek ze mnie, przecież Ona mnie kocha. Chwyciłem gitarę i zacząłem brzdąkać. Dźwięki stawały się coraz bardziej płynne, a w głowie pojawiały się słowa. Obym tylko ich nie zapomniał

There wasn't much in this heart of mine
There was a little left and babe you found it
It's funny how I never felt so high
It's a feelin' that I know
I know I'll never forget
Ooh, it was the best time I can remember
Ooh, and the love we shared -
is lovin' that'll last forever..

Ktoś otworzył drzwi. To była Brack. Zaspana oparła się o ścianę, dłonią przeczesała włosy.
- Co Ty robisz? - zapytała półgłosem. Chyba ją obudziłem
- Cześć kochanie. Gram. Usiądziesz?
- Nie mam ochoty
- Proszę, musimy porozmawiać
- Nie chcę
- Ale Brack..
- Nie teraz - wyszła z pokoju.

I think about you
Honey all the time my heart says yes
I think about you
Deep inside I love you best
I think about you
You know you're the one I want
I think about you
Darlin' you're the only one
I think about you..                                            


   -Duff weź mnie.. - wydukała
- Co?! - zapytałem zdziwiony słowami przyjaciółki
- Weź mnie postaw
- Aaa - zatrzymałem się, dziewczyna zsunęła się z moich barków
- Berek! Gonisz! - krzyknęła i zaczęła uciekać
- Co? - stałem przez kilka sekund, a potem ruszyłem za blondynką. Dogoniłem ją po przebiegnięciu z dwóch lub trzech metrów, w sumie trudno nie było - Mam Cię - stanąłem za nią i objąłem w pasie, odwróciła się, patrzyła na mnie uśmiechnięta i powoli zbliżała się do moich ust. Zetknęliśmy się w delikatnym pocałunku i pomimo procentów szalejących w mojej głowie, przypomniałem sobie, że McRivery nie jest trzeźwa i pewnie nie do końca wie, co robi. A ja nie chciałem jej w żaden sposób wykorzystać. - Chodźmy do domu
- Eh, no dobrze
- Proszę, proszę. Kochanka mojego przyszłego męża. - Z Rainbow wyszła Mary -  Jesteś pijana! A przecież jesteś w ciąży! Steven wie?
-  Wie
- Patologia! Jesteś kompletne nieodpowiedzialna! - wrzasnęła zbulwersowana -  Dobrze, że jutro wszystko się skończy.. Steven przeprowadzi się do mnie - odeszła, mówiąc do siebie
- Raz się człowiek nawali i od razu patologia - blondynka krzyknęła, rozkładając ręce - Masz fajki, Duff?
- Nie mam. Ale przecież Ty nie palisz
- W sumie, to bez znaczenia. I tak nie chciało mi się palić.
- Chodź Dash. Chodź, chodź.. - odwróciłem ją w dobrą stronę i mogliśmy iść do domu. Żeby było szybciej poszliśmy przez park. A w parku trafiliśmy na Dave'a Sabo. Akurat bzykał na ławce jakąś laskę, nawet nas nie zauważył.  


   Dopiero wstałam, Dash miała wyjść na kilka godzin i jeszcze nie wróciła. Duff i Axl też się chyba gdzieś zmyli, bo nigdzie ich nie widzę, nawet nie słyszę, Izzy wyje coś na górze.. Tylko Steven  siedzi przygnębiony.
- Ej, Popcorn, co jest? -zapytałam, kładąc dłoń na ramieniu wiecznie zacieszającego, teraz jednak smutnego przyjaciela
- Mary.. ślub jutro.. zabiłbym się, tylko nie chce mi się ruszać dupy z kanapy
- Aa. O co w ogóle chodzi z tą Mary? Bo ja nie ogarniam
- Ja też nie, przyjebała się, bo przez przypadek dałem jej swój numer.. a miałem go dać jej córce - powiedział cicho, i podparł głowę rękoma, które spoczywały na jego kolanach
- Chyba nasz numer, Steven. Nasz
- Nasz - powtórzył po mnie, delikatnie się przy tym uśmiechając - A co z Tobą i Izzym? - zapytał zaciekawiony
- Nie wiem. Myślę, że coraz gorzej. Nie wiem, co mam robić
- No to oboje mamy problem
- Tak.. - stwierdziłam i położyłam głowę na ramieniu przyjaciela. Siedzieliśmy w milczeniu i w prawie perfekcyjnej ciszy. Prawie, bo rytmiczny przeniósł się teraz z gitary, na perkusję siedzącego ze mną pudla. Otworzyły się drzwi, a naszym oczom ukazał się jakże "słodki" obrazek - McRivery tak najebana, że aż prowadzona przez McKagana, który też wyglądał na pijanego, ale nie w takim stopniu, jak blondynka. Weszli do domu, Dash śmiała się z czegoś, Duff ją podtrzymywał
- Duff, ile wypiłeś? - zapytał perkusista
- Za mało ..- odpowiedział cicho
- A Ty Dash?
- ZA MAŁO ! - krzyknęła zacieszając - Jest wódka?
- Nie ma, dla Ciebie już nie ma - powiedziałam, zaniepokojona stenem przyjaciółki
- Dlaczego? - zapytała, siadając na podłodze, robiąc smutną minę i wywijając przy tym dolną wargę, aby uczynić smutek wiarygodniejszym
- Dash, wypiłaś zbyt dużo
- Aj tam, pierdolisz Brack. Napiłabyś się ze mną
- Dash, miałyśmy pogadać
- To chodźmy na miasto, przecież tam też można pogadać - skierowała się w stronę drzwi i kiedy już miała wychodzić  basista chwycił ją mocno, nie chcąc wypuścić z domu - Duff, no co Ty robisz? Puść mnie, chcę pójść się napić
- Wypiłaś wystarczająco dużo, mała. Chodź na górę
- Na górę? Kuszące.. ok! - chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą, zostawiając mnie samą ze Stevenem.


   Weszliśmy na górę. Dash jest tak pijana, że chyba nie dokońca wie, co dokładnie się z nią dzieje. Zaprowadziłem ją do jej pokoju
- Dash, kładź się spać
- A położysz się ze mną? - uśmiechając się, usiadła na łóżku. Usiadłem obok
- Nie, Dash
- Dlaczego? - jej dłoń powoli przesuwała się po mojej klatce, ta pieprzona krew zaczęła przepływać w moim ciele (głównie do jednego miejsca), alkohol szumiał w głowie, podniecenie rosło.. ale rozsądek nie dawał mi spokoju. Przecież jej nie przelecę. Nie wykorzystam.. - Duff, dlaczego? - zapytała ponownie
- Dash, bo ja nie chcę, żebyś zrobiła coś, czego później będziesz żałować - zsunąłem z siebie jej dłoń, która majstrowała już coś przy moim rozporku. Wyszedłem z pokoju. Jutro będę tego żałować. Ba, już zaczynam.. 
- McKagan, ale ja chcę! - wyszła za mną
- Jesteś pijana
- Nie jestem
- Jesteś
- Nie prawda - stanęła za mną, a jej dłonie ponownie zsuwały się do mojego rozporka
- Dasshy, przestań - z trudem odciągnąłem ją od siebie i zszedłem na dół. Blondynka zrobiła to samo.


   Dopiero co McKagan wrócił do Hellhouse z Dash, a już Hammett - równie nawalony jak McRivery, wbił nam do chaty jak do siebie. Wiem, że basista i blondynka są zajebiści, ale żeby stęsknić się tak po kilkudziesięciu minutach od rozstania?!
- Siemka..  - gitarzysta Metalliki usiadł obok mnie na kanapie
- No cześć Kirk, mógłbyś się ode mnie odsunąć? Albo chociaż na mnie nie chuchać? Przecież jak ja się tego nawdycham, to będę pijany! - fuknąłem, odwracając twarz Hammetta w drugą stronę
- A tssak, jasne. Nie możesz być pi-ijany, bo jutro wyjeż-ż-żdzasz - zaraz, czy On powiedział, że jutro wyjeżdżam?!
- Co?! Ale gdzie? Kirk, weź.. no nie śpij chuju. Gdzie wyjeżdżam? - szturchnąłem chłopaka, który przymknął oczy. Oburzył się i powiedział, że nie wie, że Dash i Duff mówili coś o Mary.. ja mam nadzieję, że nie chodzi o żadną podróż poślubną z tą wiedźmą, czy coś w tym rodzaju! A właśnie - Duff i Dash, dopiero wchodzili na górę i już tu lezą..
- Cześć Kirk! Jak ja Cię dawno nie widziałam - McRivery uściskała Hammetta
- Ej Duff, bo Ty z tej Waszej trójki jesteś chyba teraz najbardziej rozgarnięty, choć jak tak na Ciebie patrzę, to sam nie wiem.. możesz mi powiedzieć GDZIE JA JUTRO WYJEŻDŻAM?!
- Wyjeżdżamy Stevenku
- Wyjeżdżamy. Wyjeżdżamy?! O czym Ty mówisz, McKagan? - zapytałem, udając zdenerwowanie, choć tak naprawdę humor mi się poprawił
- Jedziemy nad jezioro, skarbie! - krzyknął podekscytowany
- Co?
- No nad jezioro. Tylko Ty chyba jutro bierzesz ślub, nie? To ja nie wiem, Mary zabierasz ze sobą, czy zostawiasz? - zaczął się chichotać
- Ale.. jak, czemu nad jezioro? Co Wy wymyśliliście? - dopytywałem, ale nie dostałem odpowiedzi, bo Dash zaciągnęła basistę na schody - Brack, słyszałaś? - szturchnąłem brunetkę, która śmiała się z żartów Hammetta
- Co słyszałam?
- Jedziemy nad jezioro!
- No Hammett coś mówił
- Ale Duff potwierdził. Tylko nie wiem, po co jedziemy - zacząłem się zastanawiać (tak, ja też czasem myślę!). Do Hellhouse, kompletnie bez pukania wbiegła Mary. Ależ my tu dzisiaj mamy ruch
- Steven! Ta panienka.. Dash jest pijana! - wrzasnęła gestykulując
- Serio? - zrobiłem zdziwioną minę i dodałem znudzony, wskazując palcem na blondynkę siedzącą z gitarzystą na schodach - Przecież widzę
- I mówisz to tak spokojnie?!
- Nie zabronię jej - wzruszyłem ramionami - Od jakiegoś czasu jest już dorosła, wiesz?
- Ale Ona jest w ciąży!
- W ciąży?! Dash, czego ja się tu dowiaduję. Kto jest ojcem? Duff czy James? Czy może ja? - zacieszał gitarzysta Metalliki
- Steven mówi, że On.. - wybuchnęła śmiechem a każdy, kto był w pobliżu, patrząc na blondynkę, śmiał się razem z nią. Tylko Mary przyglądała jej się wściekłym wzrokiem.
- Dobra, nie obchodzi mnie ta mała dziwka. Stevenku, jutro wszystko się skończy, weźmiemy ślub, wprowadzisz się do mnie.. może postaramy się o potomstwo..
- Mary, zwariowałaś? Za stara jesteś na potomstwo - odpowiedziałem. Brzuch zaczął mnie boleć ze śmiechu - A tak poza tym, ja jutro wyjeżdżam
- No to dobrze, to pojadę z Tobą. To będzie taka nasza podróż poślubna, chociaż może bardziej przedślubna. Datę ślubu zmienię, nie martw się. - zadowolona z siebie przysiadła się do mnie. - To o której wyjeżdżamy? I gdzie?
- Nad jezioro!
- Zamknij się Kirk - fuknąłem
- Nad jezioro? Pięknie! To idę się spakować i do Was wracam, pa kochanie - pchała się z pyskiem w stronę mojej zacnej mordki, ale zrobiłem  sprytny unik i szybko odprowadziłem ją do drzwi.


   - Dash, idź spać. Ja idę pogadać z Izzym o jutrzejszym wyjeździe - ponownie zaprowadziłem przyjaciółkę na górę
- To ja idę z Tobą
- Nie, Ty możesz co najwyżej porozmawiać z Brack
- A z Izzym? No weź, Duff..
- Noo.. chodź.. - Jezu, jaki ja jestem uległy. Weszliśmy do sypialni rytmicznego, ale tam go nie było, więc szukaliśmy go po pokojach, weszliśmy do Rudego, później do Saula, ale Stradlina tam nie było. Poszliśmy do Adlera i zobaczyliśmy Izzy'ego leżącego na łóżku z jakąś kartką w ręce. Schował ją natychmiast, gdy nas zobaczył. - Cześć Izzy. Mamy dla Ciebie propozycję
- Jaką?
- Chodzi o to, że.. - zacząłem
- Szykuje się wyjazd - wtrąciła McRivery - Tylko.. nie wiem, po co my tu do Ciebie przyszliśmy - stała zamyślona przed łóżkiem, przeczesując włosy
- Oj Dash, mówiłem, żebyś poszła spać. Izzy, chodzi o to, że my Wam, to znaczy Tobie i Brack chcemy pomóc. No i ten wyjazd ma się do tego przysłużyć, tylko musimy wiedzieć, czy masz ochotę w ogóle gdzieś jechać, rozumiesz?
- Właściwie tu nie ma niczego do rozumienia. I nie ważne, czy masz ochotę, czy nie i tak JEDZIESZ - Dash usiadła obok gitarzysty
- Skoro tak mówisz, to chyba rzeczywiście nie mam wyjścia.. A gdzie jedziemy?
- Nad jezioro - odpowiedziałem - Także pakuj się i jutro rano wyjeżdżamy
- A Brack wie?
- Dash ma z nią porozmawiać, więc się dowie.
- Noo.. to ja idę do Brack - dziewczyna wyszła z pokoju.


   O Matko, jak mi się kręci w głowie, no ale jak mam porozmawiać z Bracket, to porozmawiam. Zeszłam do salonu i usiadłam w fotelu. Kirk zasnął przyklejony do Adlera, Brack miała z tego niezły ubaw, bo gitarzysta gadał coś przez sen.
- Ej Brack, musimy porozmawiać
- Mówiłam Ci to już wcześniej
- Tak, ale nie o to chodzi. Jest sprawa, właściwie chodzi o wyjazd
- No wiem, jedziemy gdzieś ze Stevenem i Mary
- Tak. Znaczy raczej Steven jedzie z nami. Stradlin się cieszy, tylko nie wiem jak Ty.. Ej, zaraz! Mary?!
- No. Wpieprzyła się. Poszła do domu się spakować i ma do nas wrócić. Ale Dash, ja nie wiem, czy chce jechać z Izzym.. - dziewczyna posmutniała
- Ej, ale my ten wyjazd organizujemy specjalnie dla Was, żebyście się pogodzili. Brack, spróbuj chociaż, jak nie będzie Ci się podobać, to wrócimy. Jak będziesz chciała, to zostawimy tam chłopaków i wrócimy same.
- No nie wiem
- Brackie.. no proszę. Przecież nie będziesz siedzieć tu sama
- No dobrze, ale jak coś, to wrócimy
- Oczywiście. Chodź się pakować - wstałam i podałam rękę przyjaciółce - Steven a Ty? Aaa w sumie.. Mary Cię spakuje
- Weź, wyjdź mi stąd! - rzucił we mnie puszką po coli - Sam się spakuję, rano.. albo jak tylko ten kudłacz mnie opuści - szeptał do siebie.


   Wchodząc z Dasshy do naszego pokoju usłyszałam rozmowę Stradlina z McKaganem. Mówił, że nie chce mnie stracić. Zobaczymy, co będzie jutro.
- A tak w ogóle na ile dni jedziemy? - zapytałam
- Dziewczyno, ja nawet nie wiem, gdzie będziemy spać, a Ty pytasz na ile jedziemy? Nie wiem, Duff chyba jest głównym organizatorem, zaraz go zapytam
- Ok - Dash wyszła z pokoju. Wyjęłam jakieś torby i zaczęłam wybierać ubrania.


   Gadałem z blondynem w pokoju. Dash nieco chwiejnym krokiem przyszła do nas i zapytała
- Duff, a na ile my jedziemy?
- Nie wiem. Aż nam się znudzi - uśmiechnął się
- Czyli Brack się zgodziła? - zapytałem
- Jakoś ją przekonałam. Powiedziałam, że jak się jej nie spodoba, to wrócimy do domu.. bez Was - blondynka dosłownie wyskoczyła z pokoju, zacieszając oczywiście. Co do chuja Ona dzisiaj brała?!


   - Brack! Już jestem. McKagan powiedział, że będziemy tam, aż nam się znudzi
- Czyli co? Wracamy jutro?
- Nie, nie, nie.. no Brack, nie psuj tego wyjazdu
- Spróbuję. Ale niczego nie obiecuję
- Brack.. - dłoń blondynki zacisnęła się lekko na moim karku
- No co, przecież powiedziałam, że spróbuję - potargałam jej włosy i zabrałam się za pakowanie. Dash zrobiła to samo, jednak po  kilku jakże "męczących" minutach padła na łóżko - Dash, co Ci?
- Zmęczyłam się. Chcę spać
- No przestań, a kto Cię spakuje? Nie, nawet na mnie nie patrz - zagroziłam palcem, widząc spojrzenie przyjaciółki
- No Bracket, proszę
- Nie
- No weź
- Jezu, dobra. Ale tylko dlatego, że tak się starasz pogodzić mnie i Stradlina
- Dziękuję ! - leżała na łóżku i wydawała polecenia.


   Siedzę z tym kudłaczem opartym o moje ramię w salonie już z godzinę, a On dalej śpi i jeszcze bezczelnie udziela się przez sen. Chociaż, jakby się tak zastanowić, to wolę towarzystwo pijanego, śpiącego Hammetta niż wiecznie upierdliwej Mary, która zresztą chyba właśnie przyszła. Tak, to niestety Ona. Weszła jak do siebie. Co to ma być?! Każdy wbija kiedy chce i jak chce, śpi gdzie chce, wypija nasz alkohol.. no totalna samowolka.
- Kochanie, nie wiem na ile dni jedziemy, więc wzięłam trochę ubrań
- Trochę, to znaczy ile?
- No.. cały bagażnik
- Co?! Mary, jedziemy na kilka dni! - darłem się jak poparzony, aż dziwne, że te moje krzyki nie zbudziły Kirka.

- Nie denerwuj się. Dzwoniłam już do odpowiedniej osoby i ustaliłam nową datę ślubu, kochanie. - dumna z siebie wepchnęła mi się na kolana. Nie, no ja się kiedyś zabiję..

_____________________________________
Przepraszam, że tak długo czekaliście. Sama jestem na siebie zła, że tyle to trwało ; /. Ten rozdział jest trochę pokręcony (a może tylko tak mi się wydaje?), ale myślę, że będzie wiadomo o co chodzi. :) No i przepraszam za błędy jak są. Zapomniałabym - kocham Was, wiecie? ;D <3

Slash miał wczoraj urodziny, niestety nie załapałam się na filmik z fotkami od polskich fanów dla niego, bo za długo się zbierałam z wysłaniem zdjęcia -.- Ale moim prezentem dla niego jest, a raczej miało być to:
 .. no ale chuj, mój net chyba nie lubi Hudsona, bo nie pozwolił mi na wstawienie tego na twittera. Cóż za ironia losu ;c

Dash.

sobota, 6 lipca 2013

R.47

Przepraszam, że dodaję rozdział z tak wielkim opóźnieniem, ale jakoś nie było czasu, ostatnio tyle rzeczy się wydarzyło no i oczywiście leń w dupie xd Dziękuję za wytrwałość ;*
Możliwe, że teraz rozdziały będą pojawiać się częściej, bo rodzice w końcu kupili mi laptopa (!), a jedyną przeszkodą może być internet ( brat mi go zabiera, bo mu mniej muli w grach -.-), ale nie ma co się teraz tym przejmować :] 
Nie wiem, jak wyszedł mi ten rozdział, może Wam się spodoba.. Życzę miłego czytania! Kocham Was <3

Dash.

btw. kupiłam sobie ostatnio kubek z AC/DC xD

ROZDZIAŁ 47

   Poszedłem z Sebą pod łazienkę i lekko zapukałem w drzwi - Brack, Dash wróciła. Otwórz
- Ej Brack, kochanie, otwórz - pisnął cieniutkim głosem Bach
- Jasne. Seba przestań udawać, wcale nie brzmisz jak Dash
- Ale Brack, przecież to ja. Dash McRivery. Seba poszedł do domu.. - powiedział, nakręcając kosmyk włosów na palec
- Tak, to Dash i mówi prawdę, Bach polazł do domu - rzekłem jak najbardziej przekonywująco
- Jasne. Dopóki PRAWDZIWA Dash tu nie przyjdzie, nie wyjdę!
- Ale to naprawdę ja! - Sebastian nie dawał za wygraną.
- Yy.. ej Seba, ja wcale tak nie mówię - oburzyła się Dash, która dopiero wpadła do domu
- Nie? - blondynka pokręciła głową. Zrezygnowany Sebastian zrobił smutną minkę
- Dash! - Bracket wybiegła z łazienki, chwyciła dziewczynę za rękę i pociągnęła za sobą.

   Dopiero wróciłam. Usłyszałam, że na górze gada się o mnie, więc pobiegłam to sprawdzić no i od razu Brack pociągnęła mnie do łazienki.
- Co jest?
- Dash, Izzy.. - dziewczyna zaczęła płakać, przytuliłam ją
- Co Izzy?
- On.. on..
- No co On?
- Uderzył mnie - wykrztusiła i znów zaczęła płakać. Oderwałam ją na chwilę od siebie i przyjrzałam się. Dopiero teraz zobaczyłam ślad po uderzeniu.
- Ale dlaczego? Brack czy Ty spałaś z Larsem?
- Nie - odsunęła się ode mnie - Ja tylko spałam u niego w pokoju
- A On?
- No z Hammettem.
- To dlaczego ten idiota Cię uderzył?
- Bo - zaczęła siadając na szafce - wróciliśmy do domu i On chciał się bzykać, ale ja nie chciałam, pokłóciliśmy się, nazwał mnie dziwką, a później uderzył.. - z jej oczu ponownie wypłynęły łzy. Stradlin darł japę, wołając mnie. Zostawiłam Bracket na chwilę samą i wyszłam z łazienki sprawdzić, czemu On tak krzyczy.

   Siedziałem w salonie z Izzym, na górze Axl, Dash, Brack i chyba Bach coś do siebie krzyczeli. Dopiero wróciliśmy, a Oni już drą japy. Co za ludzie. Z kim ja mieszkam?! Alkoholicy i awanturnicy. Steven jeszcze nie wrócił z tej całej randki z Mary. Biedak, dobrze by było, gdyby wrócił cały i zdrowy.. no i w żaden sposób niewykorzystany seksualnie. Pijany Stradlin mruczał pod nosem coś, że Brack go zdradziła, że ją uderzył, że jednak nie jest pewny, czy na pewno z kimś spała i tysiące innych dziwnych  rzeczy, a w międzyczasie zadzwonił telefon, który zagłuszył rytmicznego. No dom wariatów
- No? - podniosłem słuchawkę, wyrywając wódkę z ręki przyjaciela
- Siema, jest Dasshy? - usłyszałem znajomy głos w słuchawce, ale nie mogłem skojarzyć z kim gadam, po chwili zorientowałem się, że to gitarzysta Metalliki
- Cześć Kirk, no jest, a co?
- Zawołasz ją?
- Ale jest teraz zajęta.. trochę.. Izzy, odsuń się - poprosiłem gitarzystę, który chcąc podsłuchać rozmowę, przykleił się do mnie i chuchał w moją twarz dymem z papierosa, którego przed chwilą z wielkim trudem zapalił ( nie obeszło się bez przekleństw i wyzywania zapalniczki)
- Daaaaaash - wrzasnął Stradlin
- Izzy, kurwa, nie drzyj mi się nad uchem, chuju! - warknąłem, odsuwając go od siebie  
- To co, przyjdzie, czy nie? - zapytał zniecierpliwiony Hammett
- Nie wiem, jak pewnie słyszałeś, Izzy ją wołał, więc..
- Mam wołać Dash? - zapytał zadowolony rytmiczny - Kurwa, McRivery, mam Ci zaproszenie wysłać? Chodź tu - krzyknął ponownie, nie licząc się z moimi protestami. Prawie ogłuchłem przez te jego dzikie krzyki
- Dobra, to powiedz jej, że ze mną wychodzi. Będę za pół godziny. Cześć - rozłączył się
- Co chcieliście? - po jakichś 5 minutach blondynka zbiegła na dół
- Kirk dzwonił. Przyjdzie po Ciebie za 30 minut
- Ok. Stradlin, musimy porozmawiać. Dlaczego do cholery jasnej uderzyłeś Bracket?! - zapytała podchodząc do gitarzysty
- Nie muszę Ci się tłumaczyć - warknął - ale dobrze, jeśli chcesz wiedzieć.. zdradziła mnie suka! - usiadł w fotelu i ukrył twarz w dłoniach
- Stradlin, idioto, czy Ty jesteś normalny?! Nie zdradziła Cię!
- Jasne. Przecież wiadomo, że będziesz  jej bronić,jesteście jak siostry, wiadomo, że jej nie wsypiesz - mówił zdenerwowany
- Nie.. Ty pojebany jesteś - powiedziała, jakby nie dowierzając - No jebnięty. Ona Cię kocha!
- Pewnie. Dobra, wiesz co Dash? Weź się odpierdol - wyszedł popychając blondynkę.
- Izzy! - wrzasnęła, ale nawet się nie zatrzymał.

   - Stevenku, kochanie - zatrzymaliśmy się na światłach - A może wrócimy do mnie? - szepnęła mi do ucha, a jej dłoń zacisnęła się delikatnie na moim karku
- Nie. Jak nie masz apetytu, to nie musimy jeść, po prostu zawieź mnie do domu
- Mam apetyt.. ale na Ciebie - szepnęła, lekko gryząc mnie w ucho. Skąd Ona te teksty w ogóle bierze?
- A ja mam apetyt na destrukcję.. najlepiej na samodestrukcję - fuknąłem i odwróciłem głowę w stronę okna
- Och skarbie..
- Zielone! - wrzasnąłem, wskazując palcem na sygnalizację
- Co? - zapytała zdezorientowana?
- No jeeeedź.. - odpowiedziałem znudzony.

   Kiedy Stradlin wychodził z Hellhouse, do naszych drzwi zawitał Kirk Hammett. Chłopak minął się z Izzym w progu i bez słowa rzucił się na fotel
- Hej Kirk, co jest? Co Cię do mnie sprowadza? - zapytałam
- Wyjdziesz się napić?
- Ale miałeś być za pół godziny..
- Wiem, ale.. stęskniłem się za Tobą - podszedł bliżej, obejmując mnie
- Coś się stało, Kirk? - zapytałam zdziwiona zachowaniem gitarzysty
- Eee.. nie, ja tylko chcę się napić - odpowiedział po dłuższym zastanowieniu się
- No to co się do mnie tulisz? Myślałam, że coś się stało!
- Tulę się, bo lubię. A poza tym, potrzebowałem tego - oznajmił uśmiechając się szatańsko  
- Ach, potrzebowałeś. Czyli wszystko z Tobą w porządku..- udawałam zamyślenie
- Tak. W porządku. Idziemy?    
- Za chwilę, pójdę tylko do Brack i wychodzimy
- Spoko. Tylko się pospiesz, bo ja nadal potrzebuję przytulania się do Ciebie
- Jasne - uśmiechnęłam się i pobiegłam na górę, Brack przeniosła się już z łazienki do naszego pokoju. Siedziała na łóżku i patrzyła przed siebie, na bliżej nieokreśloną dla mnie rzecz.
- Brack, dobrze się czujesz?
- Powiedzmy, że nie najgorzej.. - odpowiedziała cicho, nie spuszczając wzroku ze zdjęcia. Zdjęcia, na którym była razem ze Stradlinem.
- Ale.. to znaczy.. mogę Cię zostawić na kilka godzin? Bo Kirk chce się ze mną napić. Wydaje mi się, że coś się stało, jest jakiś dziwny.. trochę
- Jasne, przecież nie musisz ze mną ciągle siedzieć. Zresztą, chcę się przespać - odpowiedziała kładąc się powoli
- Ale na pewno? Jak nie, to powiem Hammettowi, że zostaję w domu
- Idź, bo się rozmyślę - wymusiła na sobie uśmiech i rzuciła w moją stronę poduszką. Wyszłam z pokoju zamykając drzwi i zeszłam na dół. Hammett i McKagan siedzieli na kanapie, gadając o gitarach
- Kirk, idziemy?
- Jasne - wstał i ruszył za mną.

   Pałętałem się z Bachem po ulicach Los Angeles bez celu. Pomyśleliśmy, że skoro i tak nie mamy co robić, a co za tym idzie - nudzimy się, pójdziemy do jakiegoś baru, czy sklepu i Sebastian odkupi Jack'a Danielsa. Weszliśmy do pierwszego lepszego OTWARTEGO sklepu, ale nie dostaliśmy tego, czego chcieliśmy.
- Axl, a może pójdziemy się zabawić? - zaproponował całkiem poważnym głosem
- Seba, niedawno jęczałeś, że Bolan się do Ciebie dobierał, a sam co mi proponujesz?! - wrzasnąłem, odsuwając się od niego na w miarę bezpieczną odległość
- O jeny Axl, wiem, że Ci się podobam - zbliżył się do mnie, uśmiechając się - ale nie o to mi chodziło
- Uff - wypuściłem powietrze z ulgą i otarłem ręką czoło - To co kombinujesz, przyjacielu?
- No nie wiem, zamówmy sobie jakieś dziwki, albo pójdźmy do klubu ze striptizem, co?
- To może striptiz, bo na dziwki to może mi kasy nie starczyć. Nawet mi się bzykać nie chce, samo patrzenie wystarczy..
- No to chodź - pociągnął mnie za sobą i zacieszajac śpiewał coś pod nosem.

   - Steven, jesteś pewien, że chcesz zostać w domu? - Mary zatrzymała samochód pod Hellhouse
- Tak, jestem pewien - oznajmiłem otwierając drzwiczki
- Czekaj.. Pamiętaj, że jutro nasz ślub - szepnęła mierzwiąc moje włosy
- Mary, ja z Tobą nie wezmę ślubu. Ja Cię nie kocham
- Kotku, ja wiem, że ta cała Dash Cię opętała. Ja to nawet rozumiem, ale proszę, daj nam szansę
- Mary, proszę Cię.. - wyszedłem z auta
- Przyjadę po Ciebie jutro, skarbie.

   Siedzę z Kirkiem w Roxy już 20 minut a nie zamieniliśmy przez ten czas właściwie ani jednego słowa. Jest jakiś taki cichy, przygaszony, zamyślony.. no jakby nieobecny.
- Kirk, coś się stało? - zapytałam, siadając bliżej gitarzysty
- Nie
- To czemu taki smutny jesteś?
- Nie wiem, jakiś taki dzień chyba, bo od rana taki jestem.. odwrócił twarz w moją stronę, a jeden z niesfornych kosmyków jego kręconych włosów zabawnie opadł mu na oczy. Przypominał mi Slasha, brakowało tylko cylindra i fajki w ustach. Uśmiechnęłam się - Co? - zapytał zmieszany
- A nic, przypominasz mi trochę Slasha
- A wiesz, że czasem nas mylą ? - na jego twarzy pojawił się długo przeze mnie oczekiwany uśmiech, kiwnęłam głową, przytakując
- Kiedyś, jak jechałam z Saulem samochodem, to policjanci pomylili go z Tobą. Zabawna sytuacja, chociaż trochę mnie wtedy wkurzyli
- Saul coś kiedyś wspominał.. Kiedy go wypuszczą?
- Nie wiem.. - spuściłam głowę - Obiecał, że szybko wyjdzie, a nie ma go już kilka dni
- Nie martw się, poradzi sobie - objął mnie
- Wiem - położyłam głowę na jego ramieniu, zamknęłam oczy i powtórzyłam ciszej - wiem.

   Weszliśmy do Troubadour'a. Sebastian od razu upatrzył sobie jakąś laskę - wysoką brunetkę z dużym biustem, która kręciła tyłkiem przed grupką napalonych facetów. Mój wzrok przykuła znajoma sylwetka. Podszedłem bliżej przywołując do siebie Baz'a, który nie był tym faktem jakoś specjalnie zadowolony, ze względu na brunetkę, kręcącą się teraz obok niego. Znajomym osobnikiem okazał się być nie kto inny, jak mój rytmiczny - Izzy Stradlin. Chuj zostawił Brack samą w domu i zabawia się z jakąś tanią dziwką. Na pewno tanią, bo ostatnio nie jesteśmy przy kasie. Dziewczyna siedziała na nim okrakiem, dłonie miała wplecione w jego włosy, On natomiast ręce miał oparte na jej biodrach a głowę pochyloną tak, by usta mogły całować jej szyję. Seba, który przyjrzał się im lepiej, zauważył, że ta dziewczyna, to Lucy, była laska Larsa. Nie lubię jej, zresztą nawet nie znam jej zbyt dobrze, w przeciwieństwie do Bacha. Lucy przychodziła kiedyś do Skid Row, kręciła się nawet koło Dave'a, zresztą nieważne, przecież pogonili ją, kiedy sprowadziła im do chaty swoich pierdolniętych znajomych (oraz znajomych znajomych) i ukradła im kasę
- Stradlin, co Ty wyprawiasz?! - szarpnąłem nim
- Odpierdol się, nie Twoja sprawa - warknął i wpił się w usta szatynki
- Izzy, no co do cholery się z Tobą dzieje? Wyżywasz się na Bracket, a później zabawiasz się z jakąś dziwką?!
- Tylko nie dziwką! - oburzyła się towarzyszka gitarzysty
- Z Tobą nie rozmawiam. Izzy, wracaj do domu i zadbaj, by Brack w końcu poczuła się przy Tobie dobrze! - krzyknąłem, by zagłuszyć tą pieprzoną sukę, która szeptała coś Stradlinowi do ucha
- Rose, zajmij się swoimi sprawami, co?
- Ale Izzy, zrozum z łaski swojej, Ona Cię kocha, Ty ją chyba też, więc może ruszysz swój PODOBNO zgrabny tyłek, pójdziesz do Hellhouse i ją przeprosisz!
- Już przepraszałem.. - wstał, odpychając od siebie szatynkę
- Ii..?
- I co? I nic. Pytałeś, co się ze mną dzieje - nie wiem, ale czuję, że zaczynam wszystko pieprzyć - oznajmił skruszony
- To zacznij naprawiać - niedobrze, chyba włączył mi się syndrom psychologa - idź do domu i zajmij się Brack
- Przecież Ona nawet nie będzie chciała ze mną gadać.. na pewno
- Izzy.. - Seba objął go ramieniem - jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Już, zmykaj do niej
- No idź - ponagliłem. Gitarzysta bez słowa dosłownie wybiegł z budynku. Mam nadzieję, że do domu.

   Kurwa, latam po całym Sunset jak pojebany, szukając Dasshy i Hammetta. Nigdzie ich nie ma a do sprawdzenia zostało mi tylko Rainbow i Roxy, no i Troubadour. Jak ich tam nie znajdę, to chyba będzie oznaczało tylko jedno. Wszedłem do Rainbow, rozejrzałem się, ale ich nie zobaczyłem. Wyszedłem i zobaczyłem biegnącego Stradlina
- Izzy, gdzie Ty lecisz? - zatrzymałem przyjaciela
- Do domu
- Coś się stało?
- Nie. Tak. To zależy. Nieważne. Sorry, muszę porozmawiać z Bracket  - powiedział łapiąc oddech i pobiegł dalej. Wstąpiłem do Roxy i bum! Są! Znalazłem McRivery i Hammetta, trochę jakby przytulonych do siebie
- O, tu jesteście. Myślałem, że będziecie w Rainbow..
- Duffie! - blondynka otworzyła oczy i uśmiechnęła się entuzjastycznie
- Z mojego przyjścia się tak cieszysz, mała?
- Tak! Bo się stęskniłam
- Ej, brałaś coś?
- Nie
- Piłaś?
- Jeszcze nie.. znaczy, no wcześniej z Tobą ale..
- To co jest?
- No nic
- Na pewno? - zapytałem podejrzliwie, dziewczyna kiwnęła głową
- Kirk, co żeś Ty jej zrobił?
- No nic, naprawdę.    
- Tak? Dobra. Wiesz co Dash.. trzeba się chyba przejść do Saula
- Racja.. tylko kiedy? Oni nas w ogóle do niego wpuszczą?
- Muszą, tylko trzeba się chyba umówić, czy coś
- A będę mógł iść z Wami? - zapytał Kirk
- Jasne
- I trzeba zrobić coś z Brack i Izzym - oznajmiła blondynka
- Przed chwilą widziałem Stradlina biegnącego do domu, mówił, że musi porozmawiać z Bracket
- No i świetnie. Tylko co, jak się nie pogodzą? - zapytała zatroskana, Hammett poszedł zamówić coś do picia
- Nie wiem.. a może.. nie to głupie
- Ale co? Duff, powiedz
- Może wyjechalibyśmy gdzieś wszyscy na kilka dni?
-Jak? Przecież nie mamy kasy.. - oparła łokcie na stole
- Ale taki wyjazd nad jezioro.. właściwie nic nie kosztuje
- Duff! Jesteś genialny! - rzuciła mi się na szyję - .. chyba, bo całkiem za darmo, to on nie będzie..
- Jakąś kasę wykombinujemy - uśmiechnąłem się
- A co ze ślubem Stevena i Mary..? - zapytała z rozbrajającą miną
- Hmm.. nie wiem, coś się wymyśli. Albo nie weźmiemy Stevena, albo nie będzie ślubu..
- Ta.. Mary na to nie pozwoli

- Coś wymyślimy - objąłem przyjaciółkę, Hammett przyniósł Danielsa, którego piliśmy prawie bez przerwy przez mniej więcej 2 godziny (a najwięcej wypiła Dash).