OSTRZEŻENIE!

Wszystkie sytuacje zawarte w zakładce ExtraGuns. nie mają żadnych powiązań z opowiadaniem głównym. Bez obaw. :)

sobota, 23 lipca 2016

R.62

***MIŁEGO CZYTANIA!***MIŁEGO CZYTANIA!***MIŁEGO CZYTANIA!*** 
(wyobraźcie sobie, że to taki mały telebim z ruchomymi napisami :p)

______________________________________________________________________

ROZDZIAŁ 62

     Impreza ledwo się zaczęła, a Axl zaskoczył mnie jeszcze jednym miłym prezentem. Oprócz Metalliki, Skid Row i jak zwykle przypadkowych ludzi, Hellhouse odwiedzili również...
- Ola! - przytuliłem matkę, która właśnie stanęła w drzwiach - Cieszę się, że w końcu znowu cię widzę!
- Nawet nie wiesz synku, jak ja się cieszę. Axl to naprawdę miły młodzieniec. To cudowne, że zorganizował te urodziny dla ciebie... No i że nie zapomniał o twojej rodzinie - kątem oka spojrzała na Rose'a, który słysząc wszystkie te pochlebstwa, rumienił się bardziej, a czerwień na jego twarzy kontrastowała z zielonymi oczami. - Ale Saul, nie myślisz chyba, że przyjechałam sama?
- Ash tu jest? 
- W samochodzie.
- O kurwa! - uradowany rzuciłem się w stronę drzwi, Ola natychmiast zareagowała na to, co powiedziałem.
- Saul! - skarciła.
- Przepraszam, mamo! Ale się, kurwa, cieszę! Ash! - zeskoczyłem ze schodów i wpadłem na brata, który szedł w moją stronę - Ależ ty urosłeś! 
- Slash - odsunął mnie od siebie delikatnie, ale z lekkim podirytowaniem w głosie - nie przesadzaj, aż tak dawno się nie widzieliśmy.
- Oj, daj się nacieszyć rodziną, młodszy głupszy bracie! - leciutko uderzyłem najpierw prawą, później lewą pięścią w brzuch chłopaka, prychnął z uśmiechem i chwycił mnie za szyję, chcąc sprowadzić mnie do parteru.
- No dobra może młodszy i może głupszy, ale za to silniejszy, przystojniejszy i to mnie! mama bardziej kocha! 
- Chciałbyś.
- Tak? A przekonamy się? Maaamooooo! 
- Olaa! - przepychając się, pobiegliśmy do Hellhouse.
- No i czuję się jak za dawnych lat - roześmiała się - o co chodzi, dzieci?
- Którego z nas bardziej kochasz?
- Ale to chyba oczywiste...
- Widzisz?! Mnie kocha bardziej!
- Debilu, nie wymówiła nawet twojego imienia!
- Mów co chcesz, ale ja tam wyraźnie słyszałem "Ash".
- Mhm. Pff.
- Chłooopcy, kocham was obu tak samo.
- Ale mamooooo - opuściłem głowę i wydąłem usta - to mnie pierwszego urodziłaś... To nic nie znaczy?
- Saul, no tak wyszło, że ty urodziłeś się pierwszy... Zresztą, nie jesteście dziećmi, rozumiecie takie rzeczy, co ja będę wam tłumaczyć... Chodźcie tu - rozłożyła ramiona i objęła nas obu - Kocham was, dzieciaki. 
     

     - No nieźle Rudemu to wszystko wyszło, nie? Bmx, wisiorek, tort, mama i Ash... Nie spodziewałem się, że ten dupek coś takiego wymyśli - Duff zaśmiał się i oparł o parapet - Chodź do mnie, maleńka.
- No muszę przyznać, że jestem z niego dumna. Ale wiesz? On był dzisiaj jakiś... dziwny... Momentami nieobecny, kiedy indziej jakby czymś zakłopotany, niepewny... Nie mam pojęcia, co mogło się stać - oparłam głowę o tors chłopaka.
- Może po prostu martwił się tymi urodzinami... Ale Dash, musimy o czymś porozmawiać. Nie, nie odsuwaj się - złączył dłonie nad moim prawym biodrem i oparł policzek na mojej głowie - Skarbie, dlaczego wzięłaś kokę? - westchnęłam i przymknęłam oczy - Skarbie - chwycił delikatnie mój podbródek, odchylił się do tyłu, by móc dokładnie mnie widzieć - Nie chcę, żebyś bawiła się w to gówno. Rozumiesz? Nie chcę, żebyś miała z tym cokolwiek wspólnego, tak? - zapytał, kiwnęłam głową - Grzeczna dziewczynka - przytulił mnie - To powiedz mi teraz, dlaczego to zrobiłaś.
- No bo Duff... Znalazłam w twoich spodniach działkę, byłam wkurwiona i zawiedziona... myślałam, że wróciłeś do tego gówna. Nie wróciłeś, prawda?
- Nie - delikatnie pokręcił głową i przejechał kciukiem po moich drżących ustach - Nie zrobiłbym tego. Obiecałem. 
- Więc co to robiło w twoich spodniach?
- Wziąłem od Izzy'ego. A on zgarnął to na ostatniej imprezie jakiemuś kolesiowi, który u nas spał. Kochanie, nie wiem, wziąłem to, żeby ratować tyłek Stradlinowi. Tyle. Chyba nawet nie zamierzałem tego brać. 
- Chciałabym ci wierzyć.
- Skarbie - westchnął. Pochylił głowę i zaczął delikatnie muskać ustami mój policzek - Przysięgam. Jestem czysty od dawna.


     Czas mijał, a na urodzinach pojawiali się wciąż nowi i nowi goście, zawitali Stonesi, przyszła też Mary.
- Mary, jak miło cię  spotkać.
- Yy, Lennon?
- Ta, McCartney, kurwa - prychnął Richards - KOBIETO - ostentacyjnie zapukał pięścią w jej czoło - przecież to Jagger, nie widzisz?
- Ah, tak, zawsze myliłam tych Ramonesów.
- Ugh, Mick, trzymaj mnie, bo zaraz jej przyłożę. No nie wytrzymam! - Keith wyrzucił ręce ku górze.
- Daj spokój, tyle już było tych zespołów, każdy może się pomylić. Przydaj się do czegoś i lepiej przynieś nam po lampce wina, proszę.
- Jasne - prychnął i odszedł, mrucząc coś pod nosem.
- No, Mary, muszę przyznać, że cudownie dziś wyglądasz, a jak ładnie pachniesz -  zachwycił się, chwytając w palce jej włosy - cóż to za perfumy?
- Nie użyłam dziś żadnych, zapomniałam.
- Naprawdę? No niesamowite! O, Richards, nareszcie.
- Wina nie było, więc przyniosłem wam wódkę - gitarzysta podał im alkohol tak, że zawartość szklanki kioskarki wylądowała na jej czerwonej sukience. Keith dyskretnie puścił oczko koledze.
- O matko, Richards! Co ty na robiłeś?! Mary, wszystko w porządku?
- W porządku?! Nie widzisz jak ja wyglądam?!
- Pięknie jak zawsze.
- Zamknij się!! Jak ja się teraz Stevenowi pokażę?
- Idź do łazienki i nie rób afery - gitarzysta Stonesów odpowiedział najspokojniej w świecie i po raz kolejny przechylił szklankę spoczywającą w dłoni zdezorientowanego kolegi z zespołu, by upić kolejny łyk.
- Niech cię szlag, Vicious, cholera jasna!
- Ma-mary, ja-a pójdę z Tobą - Mick poleciał za kobietą.
- Vicious - Richards z politowaniem pokręcił głową.


     Kurwa, no nie, czy ja dobrze słyszę? Mary się zbliża, będą kłopoty...
- Przecież jak on mnie zobaczy, to - stanęła w drzwiach jak wryta - Steven!?
- Kurwa, wiedziałem, że tak będzie.
- Co ta wywłoka tutaj robi?!
- Nie nazywaj mnie tak, jestem twoją siostrą!
- Ja od jakiegoś czasu nie mam już siostry -  powiedziała. -  Steven, załóż te spodnie, a ty, Lisa, wstawaj i wynoś się stąd. Nie chcę cię widzieć - wyszła słaniając się, i opadając co chwilę na ścianę. Jagger szedł krok w krok za nią, by w razie czego złapać kobietę. Lisa popatrzyła na mnie spokojnie i uśmiechnęła się zalotnie.
- Myślisz, że teraz wyjdę? Nie ma mowy, dokończmy to, w czym nam przeszkodzili - przygryzła wargę, jej nagie piersi spoczęły na moim torsie. Umieściłem dłoń w zagłębieniu jej pleców, a delikatna kobieca dłoń spoczęła na moim rozporku, by ponownie go rozpiąć.


     - Dlaczego on mi to robi, Mick? - zaszlochała gdy weszliśmy do łazienki na parterze Hellhouse. Choć było mi jej szkoda, ucieszyłem się, że w końcu zapamiętała moje imię. Przekręciłem klucz i podszedłem do kobiety.
- Słuchaj, Mary, nie wiem, ale to chyba nie pierwszy raz.  Adler to jeszcze gówniarz, ma mleko pod nosem. A może... skoro Steve potrafił zrobić to po raz kolejny, to może... może i ty... - przesunąłem się bliżej rozpłakanej kobiety - może ty - zbliżyłem się do jej pomalowanych czerwoną szminką ust i kiedy już zwątpiłem i chciałem się wycofać, Mary przylgnęła do moich warg. Ogarnęło mnie przeogromne zdziwienie i dopiero po chwili jakby ocknąłem się i doszło do mnie, że powinienem odwzajemnić pocałunek.


     Na urodzinach zjawił się Bam. Fajnie, tylko czemu on mi podrywa Slasha? Nie mam siły... - opadłem na kanapę, a raczej na puszkę po coli. Wyciągnąłem ją spod siebie i rzuciłem za łóżko. Hammett i Bach przysiedli się do mnie.
- Co jest, Axl? Jak tam wasze supporty Stonesów? - zapytał wokalista.
- Nie mam teraz do tego głowy - odpowiedziałem smętnie, mężczyźni spojrzeli po sobie. Kirk się odezwał:
- Słyszeliśmy wrzaski na górze, Mary z Jaggerem zeszli na dół, co tam się stało?
- Nie mam pojęcia. Pewnie Adler pieprzy siostrę Mary. Za dużo tu ludzi, idę do siebie.


     - Wiesz, Bam, miło że przyszedłeś, ale ja muszę coś sprawdzić. Także wybacz, ale idę - skierowałem się w stronę schodów. Lubię Bama, ale chyba jest za bardzo nachalny. Gdzie zniknął ten rudzielec? Wchodząc po schodach minąłem się z jakimiś dziewczynami, znowu ludzie, których nie znam plączą mi się po chacie, czy tak już będzie zawsze? Kiedy już dotarłem, zobaczyłem, że drzwi pokoju rudzielca są przymknięte, pchnąłem je delikatnie, Axl siedział w półmroku na parapecie, jego lewa noga zwisała na zewnątrz, a kłąb dymu papierosowego, który przed chwilą powoli wypuścił z ust, rozpłynął się w gorącym powietrzu. Rose odwrócił głowę i uraczył mnie delikatnym, a przy tym bardzo smutnym uśmiechem. Jego zielone oczy wydawały się być szklane, a przy tym niezmiernie spokojne.
- Co tam? - oparłem się o skrawek parapetu - Rose... płakałeś?
- Nie... - odparł ledwo słyszalnie. Odchrząknął i powtórzył już pewniej tym swoim niskim głosem  - Nie.
- Słuchaj, chciałbym ci bardzo podziękować za to, co dla mnie dzisiaj zrobiłeś, nawet nie wiesz, jakie to miłe i... Axl? Dobrze się czujesz?
- Jasne, ja tylko... - spuścił wzrok - jestem strasznie zmęczony, za duży tu ruch, gwar... Przepraszam.
- Za co?
- Powinieneś się bawić, świętować, a nie siedzieć tu z jakimś smętnym wokalistą. Do tego rudym.
- Lubię smętnych wokalistów. Do tego rudych - uniósł głowę i spojrzał na mnie, uśmiechnąłem się i mrugnąłem okiem - Słuchaj, Rose, a może przeszedłbyś się ze mną, hm? Z chęcią też uciekłbym chociaż na chwilę z tej imprezy, za dużo się tu dzieje jak dla mnie. Co ty na to? - spojrzałem pytająco. Axl odwrócił wzrok, przełknął ślinę, spojrzał ponownie na mnie i jakby weselszy pokiwał głową.


     - Jak się bawicie, przyjaciele? - Duff, lekko już podchmielony, zaczął sprawować obowiązki pana domu i pytał każdego po kolei, jak się bawi i czy aby niczego nie brakuje. Tym razem dotarł do niepełnego składu Metalliki i jednego z dwóch obecnych członków Stonesów.
- Świetnie - James skończył właśnie pić piwo z plastikowego kubeczka. Lars uśmiechnął się przelotnie do jakiejś laski, by zaraz po tym jak przeszła, szepnąć do nas Nie lubię tej suki, irytuje mnie strasznie. - A kogo ty ostatnio lubisz, co? - zarechotał wokalista. Naburmuszony Duńczyk skrzyżował ramiona i przewracając oczami bezgłośnie przedrzeźnił kolegę, co u całej grupki wywołało niemały wybuch śmiechu.
- Gdzie Jason? - zapytałam.
- Gdzieś poszedł, mówił, że musi coś załatwić - Kirk próbował zdmuchnąć niesforny loczek zwisający mu tuż przy oku. Robił przy tym takiego zeza, że musiałam ich opuścić z obawy o mój pełny pęcherz.


     Kiedy przechadzaliśmy się po Sunset Strip, słońce dawno już zaszło, a lampy dawały miłą, aczkolwiek trochę rażącą poświatę. Rose nucił coś pod nosem, a ja opowiadałem mu, jak było w areszcie. Niekoniecznie chciałem o tym gadać w swoje urodziny, ale Rudy bardzo nalegał. Kiedy skończyłem, poprosił, abym opowiedział o czymś jeszcze, ale tym razem o czymś przyjemnym. Przystanąłem na chwilę, odchyliłem głowę i przymknąłem oczy, wsłuchując się w ciszę, która nieczęsto witała w tym mieście, a już na pewno nie tu, nie w samym środku Sunset. Nagle na twarzy poczułem kilka łagodnych kropli deszczu, a na swoich luźno zwisających dłoniach delikatną skórę i całkiem miłe ciepło dłoni. Kiedy otworzyłem oczy, Axl wpatrywał się we mnie tymi swoimi zielonymi oczami, które zakorzeniły we mnie niesamowity spokój.
- Wiesz, Axl? Chętnie poopowiadałbym ci o moim dzieciństwie, ale nie zawsze było przyjemne, zresztą, wiesz o tym, kilka historii już słyszałeś i...
- Hej, ty! Ty jesteś Axl Rose, ta? - barczysty mężczyzna szarpnął Rosem.
- Ej, ale o co chodzi? - wrzasnąłem. - Zostaw go!
- Nie rozmawiam z tobą, pierdolony kudłaczu - warknął.


     - Hej, kochany, jak impreza?
- Cześć - Jason musnął ustami policzek ciemnowłosej dziewczyny i uśmiechnął się - całkiem nieźle, ale wiesz, jak to zawsze u Gunsów, pół L.A. się zleciało, strasznie duży ruch, wolę spokój z tobą.
- Spokój? Jesteś pewien? - dziewczyna uśmiechnęła się zalotnie i dyskretnie przejechała palcami po udzie basisty. Mężczyzna przymknął oczy i delikatny mruk zlał się z cichym westchnięciem. Ciemnowłosa musnęła ustami jego szyję, zostawiając na niej ślad różowej szminki. Złapała jego dłoń i delikatnie pociągnęła w stronę dobrze znanego obojgu hotelu.


     - Możesz mi, kurwa, powiedzieć, co do cholery zrobiłem? - rozwścieczony Rose podniósł się z betonu. W tej chwili w niczym nie przypominał Axla sprzed piętnastu minut, zniknęło wszystko, pogodny wyraz twarzy, spokój jego zielonych oczu, wyrównany i spokojny oddech, wszystko było na odwrót, a naderwany rękaw flanelowej koszuli i potargane włosy, dodawały całej sytuacji dramatyzmu.
- Właśnie, wytłumacz nam, o chuj ci chodzi, stary - starałem się mówić jak najbardziej opanowanym tonem.
- Skurwiel już dobrze wie - warknął i splunął prosto pod nogi Axla. Rzucił mu złowieszcze spojrzenie i odszedł ciężkim krokiem. Obaj staliśmy jak wryci, po chwili posłałem przyjacielowi pytające spojrzenie. Wzruszył ramionami i wpatrywał się we mnie rozwartymi oczami. Bezgłośnie zawołałem go do siebie i przytuliłem, westchnął i schował głowę w moich ramionach, jakby chciał ukryć się przed światem. Pogładziłem jego potargane włosy. Staliśmy tak dłuższą chwilę.


     Uwielbiam ją. Niby ma chłopaka, ale chyba się zakochałem. A nawet jeśli nie, to chuj z tym, dobry romans nie jest zły, jak to mówią.
- Co się tak cieszysz, Newsted? - zapytała i zwilżyła usta, przygryzając je delikatnie.
- Nic - przesuwał dłonie po ciepłych ramionach dziewczyny, prawą ręką chwycił lekko jej opaloną szyję, później zjechał nią między małe, ale przez kształt idealne piersi, następnie na brzuch, a później jeszcze niżej.


     Kiedy byliśmy już pod domem, Axl złapał moją dłoń i delikatnie pociągnął mnie do tyłu.
- Coś nie tak? - zapytałem spokojnie. Odezwał się delikatnym półszeptem.
- Ja tylko... Saul, bo ja chyba wiem, o co mu chodziło.
- Temu osiłkowi?
- Mhm.
- No? Słucham - zachęciłem. Widać było, że bije się z myślami, analizuje w głowie każde słowo, które zaraz wyjdzie z jego dziwnie spierzchniętych ust... ogromne skupienie pojawiło się na jego twarzy, poznałem to po tym, jak marszczył czoło i brwi. Niespodziewanie drzwi Hellhouse otworzyły się z impetem, a na schody wypadł jakiś koleś.
- I żebym cię tu więcej nie widział - wrzasnął Izzy i trzasnął drzwiami tak mocno, aż okno się zatrzęsło. Albo może tylko mi się wydawało. Strasznie chudy chłopak podniósł się na bladych i równie kościstych rękach, okrytych podwiniętymi na przedramieniu rękawami jeansowej kurtki, długimi nogami zrobił 4 ogromne kroki, każdy co 3 schodki i potykając się przy samym zejściu, podparł się ponownie na bladych rękach i pobiegł w ciemność. Spojrzałem na Axla. Jak się okazało, stale wpatrywał się we mnie. Przejechałem dłonią po jego czerwonym policzku, zatrzymałem się przy dolnej wardze i tuż pod nią przetarłem kciukiem zaschniętą krew. Uśmiechnąłem się delikatnie, by dodać mu odwagi.
- No, to o co chodziło, Axl? Powiesz mi?
- Już... już nieważne - odwrócił wzrok i chwycił klamkę zatrzaśniętych niedawno przez Stradlina drzwi - wracajmy do domu, proszę - nacisnął klamkę i pchnął drzwi, które jednak natychmiast zamknąłem. Wpatrywałem się w niego. Wypuściłem powietrze i położyłem dłonie na jego ramionach, by łatwiej było mi spojrzeć mu w rozbiegane oczy.
- Axl, proszę, powiedz mi. Nie ukrywam, że zaniepokoiła mnie ta cała sytuacja.
- Slash... mogę jutro? Jestem zmęczony, chcę się umyć i pójść spać. Mogę? - błagalnie podniósł wzrok. Zielone oczy znów wydawały się być szklane, tak jak przedtem w pokoju.
- Jasne. - Weszliśmy do Hellhouse. W domu byli już tylko jego mieszkańcy, moja rodzina i najbliżsi przyjaciele, rzecz jasna z duetem ze Stonesów i niepokonaną Mary. Axl prawie nie podnosząc nóg, udał się na górę, w odpowiedzi na pytające spojrzenia, pokręciłem tylko głową. Wyglądająca na smutną, Mary, ukradkiem spojrzała na w pełni zrelaksowanego Adlera i powoli wyszła z domu. Zaraz za nią udał się Jagger, a chwilę po nim, z przepraszającym spojrzeniem Keith.
- Coś się stało? - zapytała mama. Wzruszyłem tylko ramionami.
- A tutaj? Izzy, co to za akcja?
- Skurwiel próbował dorwać się do Dash i Bracket - warknął wściekły McKagan.
- I wcisnąć nam herę - wyglądający na znudzonego, Izzy, podparł głowę wspartą na kolanie ręką. - Poza tym, wszystko świetnie - wyprostował się, kiedy Brack przyszła, by usiąść mu na kolanach. Wszyscy wyglądali na zmęczonych, tylko Duff był zły, ale przy tym jednak też wyczerpany.
- Slash, nie widzieliście gdzieś na mieście Jasona?
- Nie, James. Nie widzieliśmy go - odparłem. Westchnął i przeciągnął się, a potem rzekł:
- To co, chłopaki, zwijamy się, nie?
- Noo, przydałoby się trochę pomieszkać u siebie - Lars z trudem wygramolił się z fotela, spychając przy tym Kirka, przysypiającego już na podłokietniku
- Co? Co? - wydał z siebie najpierw odgłos przypominający chrapnięcie, a później zdezorientowane pytania - już idziemy?
- Tak, Kirk, już idziemy.
- Świetnie. Slash, a mogę z okazji twoich urodzin wziąć sobie do domu rozpoczętą butelkę Danielsa?
- Kirk, przecież, jak sam zauważyłeś, to urodziny Slasha, powinieneś mu coś zostawić, a nie podbierać alkohol.
- Spoko Lars, niech bierze - uniosłem prawy kącik ust w smutnym uśmiechu. - Bardzo dziękuję, że przyszliście, naprawdę. Dzięki, chłopaki.
- Luzik, niedługo moje urodziny, to się zrewanżujemy - Hetfield uścisnął prawą dłonią moją dłoń, a lewą, poklepał mnie po ramieniu, później przeszedł do reszty. Reszta zespołu też się z wszystkimi pożegnała - Bach, a wy jeszcze zostajecie?
- Nie wiem, widzę, że wszyscy zmęczeni, to może lepiej pójdziemy...
- To dawajcie z nami na podbój Sunset Strip! - James wzniósł pięść do góry.
- Niestety, James, jedyne co Kirk w tej chwili jest w stanie podbić, to łóżko - perkusista podtrzymywał Hammeta - albo oko, jeśli się wypieprzy.
- Odstawimy go do domu i ruszymy na podbój!
- Dokładnie - Bach wyszczerzył zęby - gdzie Rob?
- Jak go ostatni raz widziałam, to spał pod łazienką - Brack wtuliła się mocniej w przysypiającego chłopaka - Niech tu śpi, odstawcie Kirka i lećcie na ten swój podbój. Wypijcie za nas i za zdrowie Slasha.
- Popieram!
- I ja! - wokalista Metalliki objął równie rozentuzjazmowanego co on blondyna ze Skid Row i prawie że skocznym krokiem wyszli z Hellhouse. Za nimi powlokło się śpiące towarzystwo.


     Przebudziłem się w środku nocy. Pomimo prób, nie mogłem już zasnąć, więc zszedłem na dół. Widziałem, że drzwi do pokoju Axla były otwarte, nigdzie na dole go nie było, więc najciszej jak mogłem otworzyłem drzwi i wyszedłem na dwór. Rose siedział na schodach z papierosem w trzęsącej się (raczej nie z zimna, bo noc była niemal tak ciepła, jak dzień) dłoni. Położyłem dłoń na jego nagim ramieniu, wzdrygnął się i odwrócił twarz w moją stronę.
- Przepraszam, nie chciałem cię wystr... Axl? Płakałeś? - zapytałem, gdy dostrzegłem smugi po łzach na jego oświetlonych światłem księżyca w pełni policzkach. Chłopak patrzył na mnie jeszcze chwilę, a później mocniej objął ramionami kolana i ułożył głowę na przedramieniu. Wyjąłem dymiącego papierosa z jego nieruchomej dłoni, wypaliłem do końca i przydeptałem butem. - Powiesz mi w końcu, co się stało?
- Przepraszam - szepnął.
- Za co?
- Że zepsułem ci urodziny.
- Nie zepsułeś. Przygotowałeś to wszystko, zaprosiłeś gości, moją mamę, Asha, odkopałeś mojego starego bmx'a no i ten... - chwyciłem kciukiem i palcem wskazującym wisiorek spoczywający na moim torsie - ten naszyjnik. Jest świetny, naprawdę genialny, wiesz? To co zrobiłeś jest naprawdę cudowne i jestem ci bardzo wdzięczny, Axl. Urządziłeś mi prześwietne urodziny. Ja sam o nich zapomniałem... - spojrzałem w bezgraniczną dal, ukrytą w prawie zupełnej ciemności - Ale Axl, tu przecież nie chodzi o moje urodziny, i ty doskonale o tym wiesz. Co to był za koleś? Czego chciał?
- Ja... ja nie jestem pewny, ale on chyba był...
- Był? ...kim, Axl?
- Gachem Eriki.
- Eriki..? - nic mi to w tej chwili nie mówiło.
- No tak, wiesz, ja się z nią jakiś czas temu przespałem. Ale to był błąd, do tej pory żałuję, nie wiem czemu to zrobiłem - zaczął mówić coraz szybciej, dotknąłem dłonią jego ramienia, by choć trochę go uspokoić. Chłopak jednak zaczął pociągać nosem, przytuliłem go, zacząłem głaskać po włosach i uciszać.
- Cśś, no już, spokojnie. Powiesz mi, co się dokładnie stało? Inaczej ci nie pomogę, a nie chcę, byś został z tym sam.
- Bo dzisiaj, kiedy latałem po mieście, załatwiając sprawy związane z twoimi urodzinami - mówił pomiędzy kolejnymi łkaniami a łapczywym łapaniem oddechu.
- ... spokojnie, oddychaj, Axl.
- Spotkałem ją. Ja... wiesz? Ja myślę, że ona nie jest do końca normalna, od początku mówiłem jej, że nic z tego nie będzie, ale ona tego chyba nie rozumie i... i zdenerwowała mnie, uderzyłem ją, później popchnąłem i - słuchałem, nie wiedząc czego się spodziewać. Axl urwał. Zaciął się i przez chwilę nic nie mówił.
- I?
- I... Slash - złapał mocno moją dłoń i spojrzał na mnie oczami pełnymi strachu - Slash, ja nie wiem co się stało, ale... krew... dużo krwi... krwawiła, nie wiem czemu, ja ją tylko popchnąłem - zaniósł się płaczem - Saul, dlaczego? - nie wiedziałem, co myśleć.
- Nie myśl teraz o tym - próbowałem go uspokoić, ale płakał coraz bardziej i coraz mocniej wbijał chude palce w moje ramiona. Odsunąłem go, spojrzałem na jego dziwnie bladą twarz, zielone oczy po raz trzeci tego dnia wyglądały na szklane. Miałem w sobie pragnienie, którego nie potrafiłem w tej chwili pohamować, zbliżyłem twarz blisko jego twarzy, na której każdy mięsień drżał i wtedy drzwi Hellhouse się uchyliły.
- Dzieci, a co wy tu robicie? Nie możecie spać? Axl, wszystko w porządku?
- Mamo, wszystko okej, już wracamy, idź spać - uspokoiłem, Ola podejrzliwie, ale też z wielką troską przyglądała się Rose'owi, ocierającemu mokrą twarz.
- Ale na pewno?
- Na pewno.
- No dobrze. - wróciła do środka. Zostaliśmy na zewnątrz jeszcze chwilę, do czasu, aż Axl choć trochę się uspokoił. Wstałem i wyciągnąłem dłoń w jego stronę
- Chodź. Nie ma co tu siedzieć i się zadręczać, to nic nie da. - chwycił moją rękę, pomogłem mu wstać. Zanim otworzyłem drzwi, cichym, niepewnym głosem zapytał: Saul, boję się sam spać. Zostaniesz ze mną na tę jedną noc? Zawahałem się, ale tylko przez chwilę, a później uśmiechnąłem się, by dodać przyjacielowi otuchy - Jasne - odpowiedziałem i weszliśmy do domu.

_____________________________________________________
Nareszcie. Po bodajże 5 miesiącach dokończyłam ten rozdział. Fajnie się złożyło, że traktuje on o urodzinach Slasha, które zresztą jakimś trafem dzisiaj są :D Nie będę się rozpisywać, bo jestem zmęczona, siedziałam nad tym około 4-5 (tak, po sprawdzaniu całego tekstu, to chyba nawet ponad 5) godzin i chyba czas spać. Mam nadzieję, że się spodoba, tradycyjnie proszę o komentarze i również tradycyjnie przepraszam, że tyle to trwało. :/ :( 
Także czytajcie, komentujcie, cieszcie się moją pracą! :D



Peace,
Dash


*btw. chyba tylko u mnie dzień może trwać 5 miesięcy, pół roku, a nawet rok. XDDDD

*PRZEPRASZAM ZA EWENTUALNE BŁĘDY, SPRAWDZAM TO, ALE JESTEM ZMĘCZONA (TAK BARDZO, ŻE PISZĘ NA CAPS LOCKU, BO AKURAT BYŁ WŁĄCZONY, A MI NIE CHCE SIĘ GO WYŁĄCZAĆ #LEŃLEVELHARD)

*Not In This Lifetime - hm, miła sprawa, chciałabym zobaczyć miny wszystkich, którzy mówili, że Axl i Slash już się nie pogodzą, a Gunsi się nie reaktywują ;) reaktywowali się co prawda tylko w 3/5 składu (raz nawet w 4/5, na dwie piosenki xD) ale zawsze coś :3 teraz tylko czekać na europejską trasę i przyjazd do Polski, nie ma co, tym razem przyjadę, chociaż miałabym jechać rowerem.

*A, no i zapomniałam... WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, BOGU GITARY!!







(kradnę zdjęcia z własnego tumblra... ;____; przynajmniej niektóre )

I po co ja wpierdalam tu tyle zdjęć? Ciężko się zdecydować...








*No i jeszcze Gunsi, wiecie dlaczego :v


wtorek, 26 stycznia 2016

R.61


ROZDZIAŁ 61

     Dash zasnęła wyczerpana po dłuższym czasie natrętnego dobierania się do mnie. Nie, że nie miałem ochoty... Nie no, nie miałem, wiedziałem, że w rzeczywistości jest na mnie zła, i że nakręca ją koka. Chwilę przed wzmożonymi atakami napaści seksualnej, dziewczyna była przecież w zupełnie innym, nie pozwalającym na myślenie o seksie, stanie. Była załamana, wystraszona i niespokojna. Próbowałem coś z tym zrobić, jakoś jej pomóc, ale po chwili wszystko to minęło i McRivery zaczęła się do mnie przesadnie tulić, żeby nie powiedzieć - wieszać na mnie. Rozbierała się pospiesznie, obsypując mnie gorącymi pocałunkami, na początku chciałem ją z siebie zrzucić, nie poddawała się jednak, a ja dałem się ponieść chwili i emocjom dziewczyny, pozwoliłem zdjąć z siebie koszulkę. Bo przecież nigdy niczego nie pragnąłem tak jak jej. Przywarła nagimi piersiami do mojego torsu, ogrzewając mnie piekącym wręcz ciepłem. Odwzajemniłem kolejny pocałunek i chwyciłem jej włosy by odciągnąć głowę dziewczyny, przygryzłem przy tym jej dolną wargę. Naruszyłem ranę na jej ustach i poczułem smak ciepłej krwi. Nic sobie z tego nie robiła, przywarła do mnie mocniej, na tyle mocno, że plecami wylądowałem na łóżku. Dash ścisnęła udami moje biodra, ale nie nie oderwała ust od pocałunku. Błądziłem dłońmi po jej ciele, po delikatnej skórze - od ramion, poprzez kręgosłup i biodra, do ud i pośladków, zaciskając co chwilę dłonie pod którymi wyczuwałem miękką skórę.

     
     Obudził mnie znajomy śmiech i dopóki nie otworzyłem i trzy razy nie przetarłem oczu, nie byłem pewny czy to sen, czy naprawdę słyszę to co słyszę. To nie sen! Znajome loki na znajomej twarzy! Pełne usta ułożone w uśmiech odsłaniający zęby i ten połyskujący kolczyk w nosie. Slash stał w wejściu  mojego pokoju, oparty o futrynę białych drzwi.
- Cześć Rudzielcu!
- Saul! To naprawdę ty!? Co ty tu... Kurwa, jak?! I co cię tak bawi?
- Ty. Spałeś tak słodko, że nie mogłem się powstrzymać! I jeszcze ten kciuk...
- Jaki kciuk?!
- Ten, który ssałeś - odparł najpoważniej jak tylko w tej chwili umiał, a gdy skończył, ponownie wybuchł śmiechem. Zmarszczyłem brwi i cisnąłem w niego poduszką. Złapał ją i rozłożył ramiona.
- Tęskniłeś, prawda? No chodź tu.
- Wiedziałem, że wrócisz! Oni nie wierzyli, ale ja... - wyskoczyłem z łóżka, rzuciłem się na Slasha i poprawiłem włosy, które mi rozczochrał.


     - Lisa? Eee, hej. Wiesz, całkiem miło było w nocy i...
- LISA?! - wściekła Mary zaczęła okładać mnie pięściami, podniosła z podłogi słuchawkę, którą przed chwilą upuściłem i wrzasnęła - Jak mogłaś? Jak mogłaś mi to zrobić?! Miło było w nocy? Lisa, przecież to mój narzeczony!! Jak... mogłaś... - wypuściła powoli słuchawkę z dłoni, delikatnie opadła na kanapę i schowała twarz w dłoniach. Po chwili spojrzała na mnie - A ty? Steven, jak mogłeś? Kocham cię! - zalała się łzami. Zdezorientowany najpierw szukałem wzrokiem ucieczki, ale szkoda mi się zrobiło płaczącej kioskarki i w końcu usiadłem przy niej. Wziąłem głęboki oddech i powoli wypuściłem powietrze z ust.
- Mary, musimy porozmawiać. Może ja będę mówić... Posłuchaj, ja ci nie chcę dawać żadnych złudnych nadziei. Nigdy ci nie dawałem, tak myślę. Mary, ja cię nie kocham.
- Steven, nie zgrywaj się.
- Mówię poważnie. Nie licz na nic więcej niż przyjaźń... Ale z tą przyjaźnią to też nie przesadzaj, nie? - szybko chciałem wycofać się z tego, co przed chwilą powiedziałem.
- Stevie, ja wiem że ci głupio, ale ja ci wybaczam to, co zrobiłeś z Lisą. Tej suce nie wybaczę. Ale tobie, kochanie, zawsze. No, daj buziaka - rzuciła się na mnie z ustami ułożonymi w dzióbek i czekała aż ją pocałuję. Pokręciłem głową i odepchnąłem ją delikatnie.
- Mary, ty nic nie rozumiesz. Jak ja mam ci to inaczej wytłumaczyć?
- Skarbie, nie musisz mi niczego tłumaczyć. Ja ci wybaczyłam, teraz tylko czekajmy na nasz ślub.
- Ale ja cię nie kocham.
- Miłość przyjdzie z czasem - zadowolona przytuliła się do mojego ramienia.

 
      - Da się na dzisiaj załatwić?
- Nie wcześniej niż na 17.
- Doskonale! Będę! Do widzenia! - pożegnałem się z przemiłą ekspedientką i gwiżdżąc wyszedłem ze sklepu.
- Cześć Axl.
- Kto mówi Axl, gdy idę ja? O, siemanko! - przywitałem się z Bachem i Bolanem - Chłopaki, mam sprawę, bo wiecie... - przekazałem im pewną informację - ...To jak, przyjdziecie?
- No pewnie! Mów tylko, na którą mamy być.
- Eee, generalnie to przyjdźcie, o której chcecie, tylko nie wcześniej niż 18.
- Będziemy.
- Świetnie! Muszę coś jeszcze załatwić, spadam - pożegnaliśmy się i poszedłem dalej. Chodząc po Sunset Strip, w pewnym momencie ujrzałem znajomą twarz, wyłaniającą się zza budynku jakiegoś klubu. Na początku nie byłem pewien, ale całkiem szybko ogarnąłem, że była to Erica. Szła w zupełnie innym kierunku, niż ja, więc postanowiłem pobiec za nią. Gdy już ją dogoniłem, złapałem jej ramię. Wrzasnęła.
- Co do... Axl? Oszalałeś?! Puść mnie. Wiedziałam, że wrócisz - wygięła prawy kącik ust, odsłaniając część białych zębów.
- Po prostu zobaczyłem, że idziesz i postanowiłem podejść - czułem, że się czerwienię.
- Mhm - przejechała zgrabnym palcem po moim udzie, rozzłościło mnie to trochę - Podobało ci się ostatnio, prawda?
- Erica...
- Tak, skarbie? - zapytała słodkim głosem, warknąłem.
- Nie mów tak do mnie!
- O co ci chodzi? Ostatnio nie narzekałeś.
- Mówiłem ci, że kogoś kocham - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
- I co? Ja mówiłam, że zmienisz zdanie i proszę, wróciłeś.
- Jesteś szurnięta! - sam nie wiem dlaczego, ale uderzyłem ją w twarz. Później popchnąłem, straciła równowagę i nim się obejrzałem, leżała na chodniku. Upadając, uderzyła o ogromny kosz, stojący tuż pod ścianą budynku. Na jej jasnych spodniach nagle pojawiła się plama krwi. Powiększała się. Nikogo nie było w pobliżu, spanikowałem i uciekłem, zostawiając ją samą.


    - Skarbie, nie śpisz? Wiesz, kto wrócił?! - wbiegłem do sypialni, blondynka leżała na łóżku. Powoli pokręciła głową na znak, że nie wie, a chwilę później jakby ją olśniło?
- Slash?!!
- Tak!
- Jezu, Duff, tak się cieszę! - rzuciła mi się na szyję i zaraz pociągnęła mnie na dół.
- Saaaaauuul! - wskoczyła Mulatowi na plecy.
- Cześć, mała.
- Jak dobrze, że cię wypuścili!
- Też się cieszę - uśmiechnął się.


     Przebiegłem dość spory kawałek i zatrzymałem się przy budce telefonicznej. Nie miałem tego w planach. Chwilę walczyłem ze sobą, aby w końcu do niej wejść. Znalazłem w kieszeni jakieś monety, wrzuciłem je do automatu i wykręciłem numer pogotowia. Cholera, no odbierzcie. Szybciej!
- Pogotowie ratunkowe, słucham? 
- Pomocy, zróbcie coś. ...młoda kobieta... przy Rainbow... na tyłach budynku... Nie mam pojęcia czemu, ale krwawi, pomóżcie jej! - spanikowany, z trzęsącym się głosem, nie potrafiłem zbudować poprawnego zdania.
- Proszę podać swoje dane osobowe.
- Wolałbym zostać anonimowy. Pomóżcie jej!
- Dobrze, już wysyłam karetkę. Na pewno nie poda mi pan swoich danych? Halo? ...proszę pana, halo? - zapytała ponownie, wypuściłem słuchawkę, wyszedłem z budki i powoli osunąłem się na ziemię przy ścianie jakiegoś budynku. Przejechałem dłońmi po twarzy, wziąłem kilka głębokich wdechów, wstałem i chwiejnym krokiem poszedłem w dół ulicy.


   - O, Axl, wróciłeś. - Dash uśmiechnęła się na mój widok - Coś się stało?
- Nic. Która godzina?
- Piętnasta trzydzieści. Co jest?
- Nic. Idę spać. Obudzisz mnie za godzinę?
- Jasne.
- Super, dzięki. - smętnym krokiem udałem się na górę. Wszedłem do swojego pokoju i walnąłem się na łóżko. Schowałem głowę pod poduszkę. Cały czas przed oczami miałem obraz Eriki i pełno krwi. O co do cholery chodzi? Nagle poczułem, że powieki mam jak z ołowiu i zasnąłem. Dash obudziła mnie tak, jak chciałem, postanowiłem powiedzieć przyjaciółce o swoich planach i poprosiłem, żeby mi przy ich realizacji pomogła. Wciąż dręczył mnie obraz Eriki.


    Kiedy już jechaliśmy do domu, Axl poprosił mnie, żebym zatrzymała się pod sklepem jubilerskim. Wyskoczył z auta, przebiegł przez ulicę i za piętnaście minut był już z powrotem.
- Co tam masz?
- Dowiesz się jak wrócimy do domu - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Chwilę później jednak wydawał się być zakłopotany. Jakby coś go dręczyło. - Możemy już jechać?
- Jasne. Axl, na pewno wszystko w porządku?
- Ta.


   Siedziałem ze Slashem w salonie, w telewizji leciała właśnie powtórka koncertu Stonesów, emitowanego jakiś czas temu.
- Duff, kiedy my w końcu z nimi zagramy?
- Nie wiem, nie ustalaliśmy jeszcze?                          
- Nie pamiętam - Hudson dopił colę z puszki, zgniótł ją i rzucił pod drzwi, które nagle otworzyły się z impetem. Aż podskoczyliśmy.
- Słyszałem, że cię wypuścili, sukinsynie. Jak to, kurwa, możliwe?
- Nie mają dowodów,bo jestem niewinny, więc po co mieliby mnie dalej trzymać? Kto ci tu w ogóle pozwolił wejść, Sabo?
- Chuj cię to obchodzi, Slash. Lepiej powiedz, gdzie jest Anastasia, bo jakoś do tej pory nie wróciła. Co z nią zrobiłeś?
- Sabo, kurwa! Nic! Nic jej nie zrobiłem. Nie mam pojęcia gdzie jest, zrozum to w końcu. To twoja dziewczyna, trzeba było jej pilnować!
- Slash, mógłbyś - Dash weszła do Hellhouse - Sabo? Co ty tu robisz? Nieważne. Wypierdalaj, i tak nie masz nic ciekawego do powiedzenia. Slash, pomożesz mi w czymś? Chodźmy na górę - blondynka położyła dłonie na barkach gitarzysty i popychając go w stronę schodów, odwróciła ku mnie głowę i puściła oczko uśmiechając się delikatnie. Spojrzałem na nieproszonego gościa.
- No, nie słyszałeś? Wypierdalaj - lekceważąco wygiąłem kącik ust.
- Jesteście posrani. WSZYSCY. - wychodząc, trącił wchodzącego do domu Rose'a.
- Nie ma Slasha? - zapytał niemal szeptem.
- Dash zabrała go na górę.
- Świetnie! Pomożesz?


   Siedzieliśmy z Dash u mnie w pokoju i rozmawialiśmy o koncertach, które Guns n Roses mają zagrać jako support The Rolling Stones i nagle dobiegły nas wrzaski, docierające prawdopodobnie z salonu:
- Pomocy! Slash! Dasshy, chodźcie tu! Pomocy! - słysząc krzyk Axla, wybiegłem z pokoju. Chwila, coś mi tu nie pasuje.. Zatrzymałem się w połowie schodów, z prawą stopą w powietrzu. Salon pełen był ludzi, gdy mnie zobaczyli, zaczęli śpiewać Sto lat, dopiero po chwili ogarnąłem, co się dzieje, zszedłem kilka schodków i usiadłem na trzecim od dołu, niedowierzając, że pamiętali o moich urodzinach, w dniu, w którym ja o nich zapomniałem. Wstałem uśmiechnięty i pobiegłem do przyjaciół. Wszyscy składali mi życzenia, śmiali się i klepali po ramieniu, tylko Axl siedział wycofany przy swoim fortepianie, stojącym przy oknie. Przedarłem się przez tłum gości i podszedłem do niego.
- Hej, Axl, chłopaki mówią, że to ty wszystko zorganizowałeś. Dziękuję - uśmiechnąłem się, gdy nieśmiało na mnie spojrzał.
- Mam dla ciebie prezent, Saul. Wszystkiego najlepszego - wręczył mi małe białe pudełeczko. Otworzyłem je. W pudełeczku był srebrny wisiorek z wężem układającym się w symbol nieskończoności.
 - Wow, Axl! Ej, dzięki! Piękne to jest. Dziękuję - w jego zielonych oczach ujrzałem coś w rodzaju ulgi, a jego usta lekko uniosły się w uśmiechu.
- To nie wszystko! - wstał energicznie, złapał za rękaw mojej ciemnej koszuli i pociągnął mnie za rękę ku wyjściu. Na zewnątrz, naprzeciwko schodów, stał mój stary bmx, ozdobiony wielką czerwoną kokardą. Axl spojrzał na mnie, szczerząc zęby. Odwzajemniłem uśmiech, dałem mu białe pudełeczko i pobiegłem do drugiego prezentu.
- Skąd żeś go wytrzasnął? Ha, niewiarygodne! Tyle lat go nie widziałem! - usiadłem na siodełku, po chwili zszedłem, podbiegłem do rudego chłopaka i go przytuliłem. Przez chwilę jego ręce zwisały bezczynnie, aż w końcu zaczęły obejmować moje biodra. Głowa Axla spoczęła spokojnie na moim ramieniu. - Dziękuję, aniołku.

___________________________________
Przepraszam, że znowu tak późno, i że rozdział znowu nie jest jakoś specjalnie długi (ani w ogóle taki, jaki bym chciała), ale chciałam go już wstawić. Mam pewne plany na następny i mam ferie, więc mam też nadzieję, że pomimo mojego lenia wstawię nowy rozdział w najbliższym czasie. Ale nic nie obiecuję.
***********************************
Choć grudzień 2015 i styczeń 2016 nie były zbyt radosne z powodu śmierci legend takich jak Lemmy, czy Bowie, a także m.in. kolegi chłopaków z Velvet Revolver, wokalisty - Scotta Weilanda, to jednak jakaś radosna wiadomość obiegła świat. Otóż, kurde, it's happening! Guns n' Roses powracają w oryginalnym składzie! No, prawie. Na razie tylko Axl, Duff i Slash, ale miejmy nadzieję, że reunion będzie pełne i powrócą również Izzy i Steven. A jak nie Adler, to chociaż Matt. Dobre i to. Nie wiem jak wy, ale ja się z tego powodu strasznie cieszę. Czekałam na to długo.
************************************
Tradycyjnie, proszę o pozostawienie komentarza, lubię je czytać, więc nie szczędźcie klawiatury! :D
Mam nadzieję, że tym razem komentarzy będzie więcej, niż ostatnio. :) I że pojawią się szybciej.
Dla sprostowania, ciężko jest wrócić do  historii, żeby było w miarę spójnie, jeśli nie pisało się przez tak długi czas, więc niestety, efekty są takie jak widać.
************************************
Peace,

Dash.

środa, 12 sierpnia 2015

R.60

Cholera jasna, cholernie źle czuję się z tym, że tyle czasu nie wstawiłam kompletnie NIC. Kiedy nie pisze się miesiącami, ciężko później się do tego zabrać, nie tracić wątków, pisać cokolwiek z sensem i na średnim chociaż poziomie. Ten rozdział pisałam przez.... nie wiem, DŁUGO. Trudno mi się zabrać do pisania, ze względu właśnie na przerwę, jaką sobie zrobiłam, ale też przez to, że mam miliony kartek i karteczek z pozapisywanymi sytuacjami, opisami, dialogami, których nie chce mi się przeszukiwać. Przeczytałam dzisiaj kilka ostatnich komentarzy i pomyślałam, że muszę spiąć dupę i wstawić kolejny rozdział koniecznie DZISIAJ. Tak więc...

...

   ROZDZIAŁ 60


Kiedy wyszłam z łazienki, Duff już był w salonie i spijał resztki wina z butelek, zostawionych przez Mary i jej koleżanki. Swoją drogą, nie tylko butelki zostawiły owe panie (w rogu pokoju leżała czyjaś bielizna), ciekawe co tu się działo w nocy...
- Skarbie, otwórz drzwi.
- Ale po co? - spytałam.
- No otwórz.
- Okej - pociągnęłam za klamkę - Kurwa! - prawie dostałam zawału.. - Ona żyje? -.. widząc jedną z przyjaciółek Mary, leżącą pod naszymi schodami.
- Żyje. Co ciekawsze, na górze jest jeszcze jedna.
- Gdzie?
- U Popcorna - ruchem głowy wskazał piętro - i nie jest to Mary.
- Pewnie ona zostawiła tu bieliznę - pomyślałam - Nie Mary? Jakoś mnie to nie dziwi.
- Szczerze? - szepnął - Mnie też nie - dodał głośniej wtórując mi szerokim uśmiechem. - Chodź tu do mnie - zachęcił. Usiadłam przodem do niego i splotłam dłonie na karku blondyna, wpatrując się w głębie niebieskich oczu. - Kocham cię, mała.


     Obudziłem się ogrzany ciepłem bijącym zza okna. Słońce tak pięknie świeci, aż chce się żyć! Ale... Co?! Kim jest ta kobieta, leżąca w moim łóżku i w mojej koszulce?? Szturchnąłem niepewnie palcem ramię ciemnej blondynki - Kim ty jesteś i co robisz w moim łóżku??!
- Steve, nie wygłupiaj się misiaku, Lisa. Nie pamiętasz? - jej twarz nagle z promiennego zmieniła wyraz na zawiedziony.
- Aaah tak, Lisa, pewnie, że pamiętam, droczę się tylko - przykryłem zażenowanie sztucznym uśmiechem. Lisa, siostra Mary. W ogóle nie podobna. Ni chuja!
- Podobało ci się, słodziaku?
- C-co? Co miało mi się podobać?
- No, nasze zabawy w nocy - kobieta przejechała zgrabnym palcem po swoim ramieniu i delikatnie przeniosła na mnie wzrok.
- Jeśli mam być szczery... nic nie pamiętam.
- Hm. Możemy to powtórzyć! - krzyknęła i nim się obejrzałem, leżałem z piękną (jak na siostrę Mary) nagą kobietą, siedzącą na moim ciele.
- Skoro taka kobieta proponuje, grzechem byłoby odmówić! - uśmiechnąłem się i przystąpiłem do pieszczenia, bijącego cholernym gorącem, ciała Lisy.


     - Kurwa no, gdzie to jest?! - zbiegłem na dół, gdzie siedzieli Dash i McKagan.
- Czego szukasz, Axl? - dziewczyna spytała przyjemnym głosem.
- Zeszytu z moimi zapiskami. Widziałaś? - warknąłem.
- Rudy, w tym domu jest tyle zeszytów z twoimi "zapiskami", że i tak nie wiem, o którym mówisz.
- Ale tam był przepisany tekst do November rain! A pierwowzór też gdzieś zgubiłem, kurwa mać.
- Poszukaj na strychu, Izzy coś tam ostatnio wynosił.
- Głupi skurwiel! - pojęczałem pod nosem i poczłapałem z powrotem na górę. W tym domu nigdy nie można niczego znaleźć. Przechodząc obok pokoju Adlera, usłyszałem dość intrygujące dźwięki, czyżby przekonał się do Mary?


     Duff pojechał do sklepu, żeby zaopatrzyć Hellhouse w wódkę i jakieś żarcie. Po wczorajszej imprezie przyszłej Pani Adler, w lodówce nic prócz światła nie ma. Pustka. Axl krząta się po strychu, klnie jak szewc, wyzywając wszystkich, oprócz Slasha. Największe hejty spływają na osobę Stradlina. Siedząc samotnie, przypomniałam sobie o torebeczce schowanej w tylnej kieszeni moich spodni. Sięgnęłam dłonią i wyciągnęłam ją z jeansów, by ponownie przewracać w palcach, tak jak wcześniej w łazience. Tak bardzo mnie to pochłonęło, że przez dłuższą chwilę nie słyszałam pukania do drzwi. Ocknęłam się ze swoistego letargu dopiero, gdy w drzwi zaczęto uderzać pięścią. No przecież kurwa idę. Schowałam torebeczkę do kieszeni, pociągnęłam za klamkę i myślałam, że mam jebane zwidy. Znowu?
- Dzień dobry. My do Saula Hudsona.
- Poczekaj, może do Kirka Hammetta. Oni są tacy podobni - niższy policjant szturchnął wyższego, szepcząc.
- Niee, Hammett jest chyba w Metallice.
- Może lepiej niech panowie przyjdą, jak się już dogadają, hm?
- Nie, Hudson... zamknij się już, wiem, kogo mamy zabrać - wyższy z mężczyzn półgłosem sprzeczał się z kolegą - Już się dogadaliśmy. Saul Hudson. Jest w domu?
- A o co chodzi?
- Jest?
- O co chodzi? - zapytałam ponownie znacznie ostrzej.
- Ważna sprawa, mamy nowe zarzuty - niższy policjant, wyglądający przed chwilą na zwykłą ofiarę, odepchnął mnie ręką i wszedł do środka - Hudson! - wrzasnął - Sam zejdziesz, czy mam cię przyciągnąć za te twoje skołtunione kudły, sukinkocie?
- Co jest? - Slash wynurzył się wybudzony ze snu, ocierał dłonią zaspane oczy. Zszedł po schodach i szurając nogami podszedł do policjanta.
- Idziesz z nami - warknął i nie zwracając uwagi na jakiekolwiek nasze protesty i pytania, wraz z kolegą wyprowadził Slasha z Hellhouse w samych spodenkach. Gitarzysta nie miał na stopach nawet butów. Wybiegłam za nimi.
- Ej, no co wy, powiedzcie najpierw o co chodzi! - policjant, którego pociągnęłam za kurtkę, odepchnął mnie i warknął niemiło:
- Spierdalaj.
- Co się stało? - Rose zszedł z kilku schodków i oparł się o poręcz - Gdzie Slash?
- Nie ma - rozłożyłam ręce wchodząc do Hellhouse - Zabrali go - trzasnęłam drzwiami.
- Kto?
- Policja.
- Dlaczego?
- Nie mam pojęcia. Nic nie chcieli powiedzieć. - w oczach Rudego widziałam łzy, odwrócił się i pobiegł na górę.


     Nie mam pojęcia, co robimy pod komendą policji, ale Dash mówiła, że Slasha znowu zabrali.
- Brack, idziesz? - blondynka nachyliła się przy drzwiczkach od strony pasażera, przytaknęłam głową - Świetnie - rzuciła kluczyki na dach auta i wbiegła po schodach. Zamknęłam samochód i ruszyłam za nią, pchnęłam ciężkie drzwi wejściowe i rozejrzałam się za przyjaciółką. Rozmawiała z całkiem młodą policjantką.
- Nie możemy ujawniać szczegółów, pan Hudson sam się wszystkiego dowie. Pewnie już się dowiedział.
- Ale ja mam to w dupie, zabraliście go z domu, bez żadnych wyjaśnień, nawet nie zdążył się ubrać! Czy wy jesteście normalni?
- Dasshy, zamknij się, bo jeszcze ciebie wsadzą - powiedziałam półgłosem i odciągnęłam blondynkę od kobiety. McRivery zamknęła oczy, zacisnęła pięści i wzięła głęboki oddech.
- Dobra, jeszcze raz. O co tym razem oskarżacie Saula?
- Nie możemy...
- Kurwa mać! Nie wkurwiaj mnie. Wsadzać do aresztu bez żadnych wyjaśnień też nie możecie!
-  Pan Hudson został o wszystkim poinformowany.
- Ale...
- Dash - przerwałam jej przed kolejnym wybuchem - zamknij się już! Możemy z nim porozmawiać?
- W tej chwili jest przesłuchiwany... Ale - policjantka przeraziła się chyba nieco spojrzenia blondynki - zobaczę, co da się zrobić.
- Świetnie! - dziewczyna krzyknęła i usiadła na krześle, po chwili jednak wstała - Ty! Ty przyszedłeś po Slasha, możesz nam kurwa powiedzieć CZEMU??
- Nie mogę - warknął.
- Kurwa. Ja pierdolę, człowieku, w takim razie puśćcie go do domu. Jesteście niedojebani czy co? Nie ignoruj mnie popierdoleńcu!
-  Dash!
- Co?!
- Zamknij się, bo...
- Dobra, myślę, że areszt trochę cię ostudzi - policjant złapał blondynkę za ramię, i mimo iż szarpała się tak mocno, że prawie mu uciekła, udało mu się ją wyprowadzić z długiego korytarza i zamknąć w celi.


     - Nie znalazłem zeszytu, ale patrzcie co mam! - Rudy wydobył zza ściany rower. Dokładnie BMX Slasha.
- No, ale po co to wytrzasnąłeś? Skąd?
- Ze strychu - prychnął - Slash ma jutro urodziny, dawno nie jeździł, będzie mu miło - wyszczerzył zęby.
- Przecież Slash jest w areszcie, debilu.
- Wróci.
- Nie wiesz kiedy.
- Wróci - powiedział stanowczo i poszedł na górę. Nagle do Hellhouse wbiegła Brack.
- Chłopaki! Dash siedzi w areszcie!
- Co? - Duff się zakrztusił; wódka, którą wypluł spływała po jego brodzie, otarł ją wierzchem dłoni i powtórzył - Co?
- Noo... trochę pyskowała i policjant ją zamknął.
- Brack, czemu jej na to pozwoliłaś?
- Duff, kazałam jej się uspokoić, ale znasz ją, jak już się nakręci...
- Wiem. Kurwa mać. Co teraz?


     - Mamy dowody, Hudson, a ty nie masz alibi.
- Co? - prychnąłem z niedowierzaniem - Niby jakie dowody? I NA CO?
- Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.
- W co wy próbujecie mnie wpierdolić? - syknąłem spoglądając na niższego z policjantów, tego samego, który pod Hellhouse odepchnął Dash - Jesteście posrani.
- Zamknij się! - policjant sprzedał mi liścia tak mocnego, że na chwilę miałem mroczki przed oczami. Nie wygląda na silnego, skurwiel.
- Pozory jednak mylą - odpowiedziałem drwiąco unosząc prawy kącik ust.
- Obraza funkcjonariusza na służbie grozi karą. Ciesz się, że na razie tylko taką.
- Pff, litość, kurwa mać - prychnąłem pod nosem.
- Co?
- Pstro.
- Chuju, myślisz, że jak jesteś...
- Zostaw go już i chodź na lunch - wyższy policjant wypchnął kolegę za drzwi - Zabierz Hudsona do celi - rozkazał ochroniarzowi.


     - Dash McRivery, wychodzisz.
- Co? - wstałam z niewygodnej ławeczki - co? - powtórzyłam, trzymając ręce na metalowych szczeblach kraty, policjant przewracał kluczami, aż w końcu znalazł odpowiedni.
- Podziękuj chłopakowi i przyjaciółce.


     Życie jest bez sensu, czemu oni go tam trzymają, przecież jest niewinny! Chcę go zobaczyć, jeśli nie wypuszczą go do jutra, do jego urodzin, to będzie najgorszy dzień w moim życiu. Nie wiem, jak długo leżałem słuchając w kółko naszego Appetite, godzinę, dwie, może trzy, ale ostatnimi słowami jakie do mnie dotarły, były They're out ta get me. They won't catch me, I'm fucking innocent, they won't break me! Później już nic nie pamiętam. Zasnąłem.


     - Wcale nie musieliście mnie wyciągać, odsiedziałabym te 48 godzin i by mnie wypuścili. Całkiem tam miło.
- Nawet mnie nie wkurwiaj, Dash.
- Skarbie, zaoszczędzilibyśmy pieniądze, ale okej. Już siedzę cicho.
- A od kiedy ty się tak o pieniądze martwisz?
- Od zawsze. Dobra, przepraszam, żartowałam przecież.
- Miałaś rację, mogliśmy cię nie wyciągać.
- Duff, kurwa! Żartowałam.
- Jakoś mnie ten żart nie śmieszył - wściekły wyrzucił papierosa za okno i docisnął pedał gazu.
- Możecie się nie kłócić?!
- Ktoś tu się nie zna na żartach - odwróciłam głowę w bok i spojrzałam na blondyna - Nie poznaję cię, kochanie.
- No kurwa mać, Dash! Przestań mnie wkurwiać! O co ci do chuja chodzi?
- Duff...
- Zamknij się Brack. Dash, chcieliśmy ci pomóc, o co ty masz jeszcze pretensje?!
- McKagan!! - wrzasnęłam.
- Co?! Kurwa... - w jednym, krótkim momencie przed naszym samochodem wyrosła ogromna ciężarówka, basista zahamował gwałtownie, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi, zamknęłam oczy, modląc się, by tylko przeżyć.


     Obudziłem się zdyszany i cały zlany potem. To okropne uczucie, kiedy nagle panicznie czegoś się boisz, odczuwasz niewyobrażalny chłód, coś przygniata ci klatkę piersiową tak bardzo, że coraz trudniej ci oddychać, próbujesz krzyczeć, ale nie potrafisz wydobyć z siebie choćby najcichszego jęku. Czujesz jak każda część twojego ciała drętwieje. Centymetr po centymetrze. Nie możesz się ruszyć. Nie możesz się obudzić. Myślisz, że wiesz co się wokół ciebie dzieje, ale nie możesz otworzyć oczu. I to nieodparte wrażenie, że ktoś cię obserwuje. Ktoś stoi nad twoim łóżkiem i powoli wysysa z ciebie życie. Wiesz, że coś się stało. Ale czekasz. Czekasz. Tylko czekasz. Aż minie. Aż to minie. Bo w końcu minie. Kiedy obudziłem się z tego koszmaru (a może to nie był sen?), w pierwszej chwili nie wiedziałem gdzie jestem. Kiedy udało mi się trochę uspokoić oddech, w moich myślach pojawili się McKagan, Dash i Bracket, Nie wiem dlaczego, ale strasznie się o nich bałem. Spojrzałem na zegarek i było ledwie po 22. Bałem się ruszyć, czułem, że upadnę i czułem czyjąś obecność. Zostałem w pokoju. W moim łóżku. A powieki znowu zdawały się być z ołowiu - coraz cięższe, aż w końcu nie dałem rady już dłużej na siłę ich otwierać. 


     - Dziewczyny, WSZYSTKO w porządku? Dash? - nerwowo spojrzałem w prawo, moja dziewczyna siedziała w bezruchu z szeroko otwartymi oczami, powoli uspokajała oddech. Dopiero po chwili zobaczyłem, że z dolnej wargi jej pełnych ust wycieka stróżka krwi - gwałtowne zahamowanie musiało spowodować, że blondynka uderzyła w deskę rozdzielczą. Boże święty, przecież mogłem nas pozabijać, jestem idiotą! Dotknąłem jej dłoni, ale zabrała ją szybko i ostentacyjnie. Spojrzałem lusterko - Brack, w porządku? - kiwnęła tylko głową.


     - Zadzwoń - Lisa posłała mi buziaka wychodząc. Rozmarzony padłem na kanapę obok Stradlina.
- Ahhh.
- Co tam, Steve?
- Zmęczony jestem. Cały dzień nie wychodziliśmy z łóżka.
- Kto to właściwie był?
- Lisa.
- Lisa?
- Lisa.
- Coś więcej?
- Siostra Mary.
- Co?! - Izzy wypluł colę z ust i łapczywie próbował zaczerpnąć oddech, który właśnie mu uciekł. - Siostra Mary??
- No siostra Mary.
- Niepodobna.
- Oj miałem szansę się o tym przekonać na własnej skórze. Naprawdę!
- Kurwa mać, ja pierdzielę, mogliśmy zginąć - McRivery, wkurwiona jak nigdy, mamrotała pod nosem i pierdolnęła drzwiami przed McKaganem, który szedł krok w krok za nią.
- Dash no! Zaczekaj!
- Coś się stało, kochanie? - Stradlin zatrzymał brunetkę, gdy weszła do Hellhouse - Skarbie? - nie odezwała się ani słowem, złożyła tylko twarz na jego piersi. 


     - Dash, przepraszam - złapałem ją za rękę, gdy wchodziła do naszej sypialni. Odwróciła się w moją stronę.
- Co? Piłeś. Kurwa, Duff, chlałeś wódę pół dnia.
- Nieprawda. Rano tylko resztki wina, przecież wiesz, maleńka - odgarnąłem delikatnie kosmyk blond włosów z dziwnie bladej twarzy blondynki.
- Nie dotykaj mnie - usiadła na łóżku i schowała głowę w dłoniach. Uklęknąłem przy niej.
- Misiu. Ja byłem po prostu zły. Ciężko się przyznać, ale wściekły wręcz.
- Wściekły bo co?? - stanęła przy drzwiach, opadłem na łóżko wypuszczając gorące powietrze z ust.
- Bo... No kurwa, ktoś mi podpierdolił...
- Działkę? - uniosła niewysoko woreczek z białym proszkiem. Zerwałem się.
- Skąd to masz?
- Nieważne. Skąd TY to miałeś?
- Dostałem. Oddaj mi to.
- Nie. Nie, Duff.
- Skarbie... - podszedłem do dziewczyny powoli i spokojnie, spojrzałem jej w oczy, nachyliłem się nad jej uchem i szepnąłem - Nie chcę, żebyś się w to bawiła. Daj mi to.
- Nie! - uciekła do łazienki.
- Dash!!! Kurwa - kopnąłem drzwi. Jebane wyłamały zawiasy.
- Duuuuuuuuuuuuff!? Możesz mi kurwa powiedzieć, CO SIĘ DO CHUJA STAŁO?
- Zaraz, tylko...
- Kurwa, nie zaraz! Teraz! - warknął, po czym pierdolnął mi pięścią w twarz. Czarne plamy zawitały wszędzie gdzie tylko próbowałem spojrzeć, poczułem tępy ból i z trudem potrząsłem głową, by plamy zniknęły i bym mógł zobaczyć cokolwiek, poczułem stróżkę ciepłej krwi, spływającej z dolnej wargi po brodzie - Boże, przepraszam... - Izzy rzucił się w moją stronę, ale uniosłem otwartą dłoń w geście, że wszystko w porządku.
- Mieliśmy wypadek. Stłuczkę w sumie...


     Uciekłam. Zamknęłam się w łazience, a Duff nawet nie próbował tam podejść. Ogarniała mnie wściekłość i niepohamowane rozczarowanie. Skąd? Skąd u niego narkotyki? Te myśli nie dawały mi spokoju, nie opuszczały mojej głowy, nie mogłam ich niczym zakryć, wypędzić, zniszczyć. Byłam tak bezsilna i zdesperowana, że w końcu rozsypałam proszek na brzegu wanny i jednym pociągnięciem wciągnęłam całą działkę. Kokaina zawitała w moim organizmie i nawet na jakiś czas poczułam ulgę. Poczułam się szczęśliwa.


     - Czyli tak naprawdę nic poważnego się nie stało? - upewniał się rytmiczny.
- Nic - odpowiedziałem. Cholera jasna, nic?! Mogłem nas Z A B I Ć! Albo gorzej, mogłem stracić Dash. Mogłem stracić jedyną miłość mojego życia. - Dash. Kurwa mać, Stradlin! Przecież ona zamknęła się w łazience z twoimi narkotykami!
- Z moimi? Co? Wziąłeś je, są twoje - prychnął.
- Dobra, nieważne, wiesz? Kurwa mać - pobiegłem na koniec korytarza, pociągnąłem za klamkę, drzwi nawet nie były zamknięte. Zrobiła to celowo? Chciała, żebym wszedł i ją powstrzymał? Chciała, a ja tak po prostu tłumaczyłem Izzy'emu co się wydarzyło? Chciała..? - Dasshy? - siedziała na podłodze, oparta o wannę i wyginała kącik ust w dziwnym uśmiechu. Zaraz po tym jak mnie zobaczyła, jej oczy otworzyły się szeroko, jakby ze strachu, odsłaniając rozszerzone źrenice; chciała odepchnął się dłońmi w tył, ale będąca tuż za nią wanna jej to uniemożliwiła, kręciła głową, jakby chciała odwrócić wzrok, albo uchronić się przed uderzeniem, doskoczyłem do niej i przykucnąłem, łapiąc ją za ramiona - Dash, kochanie, co się dzieje? Dasshy?!
- Odejdź! Wyjdź stąd!
- Nigdzie się nie ruszę.
- Wyjdź!! - wrzasnęła. Chciałem się odsunąć, żeby sprawdzić jej reakcję, ale chwyciła mój nadgarstek i mocno zacisnęła na nim dłoń.
- Dash, do kogo mówisz?
- Do dziewczynki. Julie. Ona znowu tu jest - szepnęła z obłędem goszczącym w zawsze niebieskich, teraz jednak prawie czarnych oczach.
- Boże, Dash, dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego to wzięłaś? Nikogo tu nie ma! Skarbie... - objąłem ją mocno i pogładziłem po włosach, próbując uspokoić dziewczynę, a może bardziej samego siebie. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, co widzi.     

___________________________________________

Taa, miałam to wstawić w niedzielę. Nie wyszło ;_; Miał być dłuższy. Nie wyszło. Ale przynajmniej wiem, jak zacząć kolejny rozdział. Nie będę się znowu rozpisywać, wiecie co robić! :D

K O M E N T U J C I E ! 

Tradycyjna gadka na koniec (tak, powtarzam się) - jeśli przeczytałaś/-eś tę notkę, proszę zostaw komentarz, opinię, jakiś znak, COKOLWIEK! Obserwuj.To motywuje.. i miło jest przeczytać coś na temat tym moich wypocin. Więc wiecie, co robić :). 



 Peace, 
Dash

P.S. już chyba nigdy nie dobiję do więcej, niż 5 komentarzy pod jednym rozdziałem :c

niedziela, 8 lutego 2015

R.59

       ROZDZIAŁ 59

  Wydawało mi się, że w skrócie wydarzeń z wiadomości mignęła mi na ekranie Dash. Ale co ona miałaby tam robić? Nie, to na pewno nie ona.
- A teraz fragmenty wywiadu z Dash McRivery, dziewczyną Duffa McKagana z Guns n' Roses, przyjaciółką zespołu i byłą fotomodelką. 
- Dash?! - krzyknąłem z Duffem, widząc na ekranie blondynkę z Jasonem na rękach, Stevena i dzieciaki obok.
- Dziewczyny muzyków rockowych i metalowych giną z rąk szaleńca; ich cechy wspólne, na przykład kolor włosów, świadczą o tym, że nie jest to przypadek...
- I co w związku z tym?
- No, nie boisz się, że możesz być następna? - ironiczny śmiech blondynki, błysk światła i tv sprawnie przeskoczyło do kolejnego fragmentu rozmowy.
- Czy się boję? Nie. Nie, kurwa, nie mam czego.
- ...Duff McKagan nie boi się o ciebie? Nie boi się o życie swojej dziewczyny? 
- Zapytaj go o to. - powrót do studia programu.
- Tak... A cały materiał już po wiadomościach w autorskim programie Nicka Loggana. Zapraszamy. 
- Ja pierdolę, Axl, co to miało być?
- Nie wiem, Duff, ale uważaj na Dash.
- Myślisz, że nie będę? Kocham ją i nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby ją skrzywdzić... - drzwi Hellhouse skrzypnęły niemiło i do środka weszli Steven, Dash i dzieciaki.
- Cześć, kochanie - Dash nachyliła się nad basistą, położyła dłonie na jego ramionach i musnęła usta, blondyn chwycił dłonią jej biodro - Siemka, Axl.
- Widzieliśmy kawałek wywiadu...
- Co? Rose, o czym ty...?
- Puścili fragmenty w wiadomościach.
- Kurwa, chuje. Dorwali nas, jak wychodziliśmy z baru - Adler opadł na kanapę - Dzieci, idźcie na górę, tam chyba jest Izzy - zadzwonił telefon, dzieciaki bez marudzenia posłuchały perkusisty, który podnosił już słuchawkę - Dobra, przyjdź kiedy chcesz, sorry Mary, muszę kończyć.

     - Dash, wybierasz się gdzieś? - zapytałem po 15 minutach ciszy, w których dziewczyna stała przed lustrem.
- Idę z Brack na próbę do chłopaków.
- Do Metalliki?
- No tak.
- Nie idziesz sama.
- No oczywiście, że nie sama. Przecież mówiłam, że z Brack. Duff, ty mnie nie słuchasz.
- Nie o to mi chodzi.
- A o co? - odwróciła się przez ramię. Przeniknęło mnie jej pytające, a jednocześnie podejrzliwe i trochę zirytowane spojrzenie.
- Nie pójdziesz tam beze mnie.
- Niby dlaczego? - prychnęła niewzruszona.
- Bo nie. Widzisz chyba co się teraz dzieje.
- Obejrzałeś jakiś głupi wywiad i zamierzasz zamknąć mnie w domu?!
- Dash - wstałem z łóżka i zacząłem spokojnie - nie chcę cię nigdzie zamykać, chcę tylko - objąłem dłońmi jej twarz i spojrzałem w niebieskie oczy - żebyś była bezpieczna.
- Jestem.
- Nie chcę ryzykować.


     - Słuchaj, Mary, zawołaj mnie jak już przyjdą twoje koleżanki.
- Dobrze, kochanie. Dziękuję, że to dla mnie robisz.
- Drobnostka - pocałowałem kobietę w policzek i uciekłem na górę - Chłopaki! Szykujmy się.
- Zadzwońmy do Jaggera, może da się namówić na małą zabawę - Izzy wziął telefon na kolana i wykręcił numer - Mick? Cześć, mamy dla ciebie małą propozycję. Pamiętasz Mary? No, to świetnie... chciałbyś się z nią spotkać? Sam na sam.
- Stradlin, co ty...
- Ciii..! - Hudson szturchnął mnie łokciem i wyszczerzył zęby.
- ... tylko wiesz, ona ma pewną fantazję i chcemy pomóc jej w jej spełnieniu. Co masz robić? Przyjdź za jakieś 2 godziny pod Hellhouse. Tylko nie dzwoń do drzwi, idź od razu na tył podwórka, tam powiemy ci, co masz robić. Świetnie. To jesteśmy umówieni! Dzięki, stary - odłożył słuchawkę - No, to Jagger załatwiony. Steve, za ile przyjdą przyjaciółki Mary?
- Nie jestem pewien, ale jak wcześniej dzwoniła, mówiła coś, że koło 19.
- Spoko, mamy jeszcze godzinę. Już nie mogę się doczekać!
- A co z Dash i Brack? Co jeśli zaraz przyjdą?
- Nie przyjdą. Poszły do Mety na próbę. Jak znam chłopaków, to będą grać do późna.
- Zajebiście - Rose zatarł dłonie - Teraz tylko zadzwońmy do Skid Row, może zgodzą się popilnować Jasona, Joshuę i Kelly.


     - No, dziewczyny, jak supporty Stonesów? Wszystko obgadane? - James, w przerwie między graniem utworów ze stosunkowo niedawno wydanego Mastera, a słuchaniem kirkowych riffów, otworzył piwo i usiadł z nami.
- Chyba tak. Supporty mają pomóc w promocji Appetite, wcześniej nie było jak, sam dobrze wiesz, co się działo - upiłam łyk Danielsa, którego przed wyjściem podpieprzyłam Slashowi.
- Raczej co się dzieje, Dash. Widzieliśmy wywiad w telewizji...
- Wywiad? Czy ktoś się ze mną na to umówił? Czy ktoś mnie poinformował? I najważniejsze, czy ja chciałam tego pożal się Boże wywiadu, a tym bardziej, czy zgodziłam się na publikowanie go gdziekolwiek? Eh, Lars, Loggan jest chujem...
- To prawda.
- Dobra, dziewczyny, chcecie usłyszeć nowy kawałek? - w głosie Hammetta bardzo wyczuwalny był entuzjazm. Ogromny, którego mnie akurat w tej chwili brakowało.
- No pewnie - Brack -lekko już wstawiona- klasnęła w dłonie.
- No to jedziemy!

I can't remember anything
Can't tell if this is true or dream
Deep down inside I feel to scream
This terrible silence stops me

Now that the war is through with me
I'm waking up, I cannot see
That there is not much left of me
Nothing is real but pain now

Hold my breath as I wish for death
Oh please, God, wake me

Back in the womb it's much
too real
In pumps life that I must feel
But can't look forward to reveal
Look to the time when I'll live

Fed through the tube that sticks in me
Just like a wartime novelty
Tied to machines that make me be
Cut this life off from me

Hold my breath as I wish for death
Oh please, God, wake me

- No i w tym momencie nam czegoś brakuje, tu musi być tekst, cholera - James tupnął nogą. Trochę alkoholu, wrodzony talent no i oczywiście mieszkanie z Gunsami tchnęły we mnie wenę.
- Jak tam było? Hold my breath as I wish for death 
- Oh please, God, wake me. Tak - zgodnie krzyknął cały zespół.
- To może Now the world is gone, I'm just one, oh, God, help me i znowu  Hold my breath as I wish for death, oh please, God, wake me..
Now the world is gone, I'm just one, podoba mi się. Nawet bardzo. I chyba pasuje do końcówki. Chłopaki, gramy dalej! Od drugiego Hold my breath - Hetfield wydał komendę, gitary i perkusja zabrzmiały, blondyn zaczął z ustami przy mikrofonie:

Hold my breath as I wish for death
Oh please, God, wake me

Now the world is gone, I'm just one
Oh God, help me
Hold my breath as I wish for death
Oh please, God, help me

Darkness imprisoning me
All that I see
Absolute horror
I cannot live
I cannot die
Trapped in myself
Body my holding cell

Landmine has 
Taken my sight
Taken my speech
Taken my hearing
Taken my arms
Taken my legs
Taken my soul
Left me with life in hell.

- No, no, no, nie wiem jak wam dziewczyny, ale mnie się bardzo podoba - do garażu wszedł Mustaine.
- Co ty tu robisz, Dave?
- Otóż, mój kochany Jamesie, mam sprawę. Nawet wiadomość. Ważną.
- Jaką?
- Wracam do zespołu!
- Sorry, Dave, ale chyba nie ty o tym decydujesz.
- Ale ja wracam - rudzielec odpowiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz w świecie i otworzył puszkę z piwem, stojącą na półce.
- Nie, nie wracasz, trzeba było ogarnąć sprawę z alkoholem, nie pić tyle... Teraz się kurwa wal. - Lars rzucił pałeczkami o talerze, które zabrzęczały wyjątkowo niemiło.
- Te, Ulrich, spokojnie, chciałem się dogadać.
- Po tylu, kurwa, latach?!
- Lars - Hetfield położył dłoń na ramieniu perkusisty - Stary, nie ma mowy, Kirk gra od kiedy wyleciałeś i zostanie z nami.
- Ale czy ja mówię, że on ma nie grać? Niech sobie gra, ale ja też chcę być w Metallice.
- Po 4 latach? Dave...
- Co?
- Nie żartuj sobie. Nie ma mowy, skład jest ustalony: ja, Lars, Kirk i od śmierci Cliffa - Jason i nic, NIC się nie zmienia. Dotarło?
- Pff - prychnął, wykrzywiając twarz, skrzyżował ręce i odwrócił głowę w lewo, ruszając przy tym nogą.
- Nie zachowuj się jak dziecko, Mustaine.
- Zamknij się. Co słychać, dziewczyny? - usiadł na podłodze, tuż przy nogach Brack. Lars wyszedł na zewnątrz. Wzięłam piwo i poszłam za nim, zostawiając Dave'a i Brack ze sobą, a Jamesa, Kirka i Jasona z gitarami i pewnie myślami krążącymi w ich głowach.
- Lars, co jest?
- Nic - warknął i wyrwał ramię z mojej dłoni - Wkurwił mnie - dodał spokojniej.
- Nie przejmuj się, przyszedł, pogadał i zaraz pójdzie.
- Nie chcę go w zespole, Dash. Lubię Kirka.
- James i Jason też go lubią. Wszyscy go lubimy. A Dave miał już swoją szansę, bez zgody całego zespołu James go nie przyjmie. Chodź do środka - zwróciłam się ku wejściu, chłopak złapał za rękaw mojej ramoneski.
- Nie, jeszcze nie. Zostań ze mną - poprosił. Usiadłam przy nim, posyłając mu uśmiech.

     - Dobra, koleżanki Mary są już od pół godziny, gdzie jest Mick? - lekko zdenerwowany ale i podniecony Stradlin zaczął krążyć po pokoju i palić kolejne papierosy.
- Tu jest - Rose usiadł na parapecie i pomachał Jaggerowi z otwartego okna. Tak się wychyla, oby tylko nie wypadł... Martwię się o tego idiotę, cholera...
- Axl, złaź - ...i coraz bardziej mi się to nie podoba. - Dobra, to co robimy? - zwróciłem się do chłopaków.
- Złazimy na dół, na tyły i...
- Którędy??? - spytał Adler.
- No schodami, pudlu.
- Sam jesteś pudel, debilu! - krzyknął obrażony. Posłałem mu buziaka.
- Żeby nie było żadnych podejrzeń część wyjdzie normalnie, reszta oknem.
- Izzy, jak ty do chuja chcesz zejść oknem?
- Normalnie, po drzewie - wtrącił McKagan.
- Bingo, stary!
- To ja oknem! - Duff ochoczo zerwał się z łóżka - Kto ze mną?
- Ja - Rose z uśmiechem uniósł dłoń.
- No to i ja - zgłosiłem się - Ale zaraz. Czy to dobry pomysł, żeby Steven szedł normalnie?
- Fakt... to ja idę sam, Adler z wami, oknem.
- W razie, gdybym się zabił, czy coś, to nic mojego, chuju nie dostaniesz.


     - Chłopaki, fajny ten nowy kawałek. Macie już tytuł? - zapytałam.
- W zasadzie to... tak. Mamy. One - James był dzisiaj zdecydowanie najbardziej rozmowny. Ale i Dave rozkręcił się w rozmowie z moją przyjaciółką. Wiedziałam, że zostawianie ich razem bez większej opieki może mieć złe skutki, ale Lars potrzebował pomocy. Teraz potrzebuje jej Brack. Chociaż sama pewnie jeszcze o tym nie wie. Mustaine, będący już po kilku piwach, zaczął niebezpiecznie zbliżać się do brunetki, nachylać nad jej uchem, kłaść dłoń na jej ramieniu, czy udzie. Brack się to zresztą chyba podobało. Na pewno nie wyrażała dezaprobaty, dlatego musiałam coś zrobić.
- Wiecie co, ja muszę Bracket odseparować od Dave'a, bo źle mi się to zapowiada. Jest pijana, a wtedy łatwo ją do wielu rzeczy namówić. Brack, chodź na chwilę - wychodząc z garażu pociągnęłam za sobą zapatrzoną w rudowłosego chłopaka przyjaciółkę. - No co ty robisz? - zapytałam z politowaniem w głosie. Brack naprawdę była nawalona. Izzy mnie zabije, że pozwoliłam do tego doprowadzić.
- Ale co?
- No, flirtujesz z Davem.
- Co? O czym ty mówisz?
- Brack, skarbie, podrywa cię, a ty nic z tym nie robisz. I jeszcze dałaś się upić. Przecież wiesz, że ty jesteś później podatna na różne prośby i propozycje.
- Nieprawda.
- Prawda, Brackie, niestety prawda.


     Opowiedzieliśmy wokaliście The Rolling Stones o "fantazji" Mary i o tym, że tak naprawdę tu nie o rzekomą fantazję chodzi, a o to, żeby kioskarka w końcu odczepiła się od naszego perkusisty. "Fantazja" sama w sobie spodobała mu się, choć na początku, gdy dowiedział się o koleżankach kioskarki, był raczej negatywnie nastawiony, ale po kilku łykach wódki, którą McKagan zabrał ze sobą na dwór "dla odwagi" , jakoś nie miały one dla niego większego znaczenia. Liczyła się tylko Mary. Od niedawna jego muza. Widział w tym swoją szansę. Szansę na związek, albo chociaż jakąś przygodę z kobietą, przez którą od kilku dni jego serce bije mocniej. A więc już czas, by wcielić nasz plan w życie.


    Siedziałam z przyjaciółkami w salonie Hellhouse, piłyśmy wino, w tle leciała muzyka, opowiadałam im o tym, jak bardzo mój Steven jest cudowny, jaki przystojny, romantyczny. Słuchały historii z naszego życia, również intymnego, z zaciekawieniem, prawie nie mrugając, ale za to chichocząc co chwilę. Margaret tak się wsłuchała, że kiedy chciała się napić, wylała na siebie wino. W momencie, w którym opowiadałam o planach dotyczących naszej nocy poślubnej, drzwi otworzyły się i do salonu wbiegli Gunsi i ten, cholera, Jagger albo Lennon, zawsze mi się mylą. Wbiegli dosłownie nadzy, ten rudy miał na sobie tylko kapelusz kowbojski, swoje białe kowbojki i zegarek na nadgarstku, ten wysoki, farbowany blondyn tylko, TYLKO! bandanę na głowie i kowbojki, Hammett, czy Slash (oni też mi się mylą), tylko i wyłącznie cylinder na kręconych kłakach. Nawet butów nie miał! Cała trójka miała jeszcze okulary. Nawet ten ich rytmiczny, moim zdaniem, wiecznie poważny i chyba najmądrzejszy z całej piątki, latał teraz między moją siostrą Samanthą, a jedną z przyjaciółek, Sabriną, z pewną częścią ciała całkowicie odsłoniętą, będącą ZA BLISKO ich twarzy! Nie miał na sobie nic, prócz jakiejś apaszki na szyi, podobnie jak Slash (albo Hammett) też nie miał na stopach butów. Znajomy muzyków latał tylko w jakimś prześcieradle, jakby udawał Supermana, wszystko w rytm muzyki oczywiście. No i na koniec. Steven. Steven Adler. Mój przyszły mąż, ojciec moich dzieci. Miał na sobie tylko biały podkoszulek z siatki... Podnieciło mnie to strasznie i gdyby nie przyjaciółki i reszta muzyków, zapewne byłoby gorąco. Może cała sytuacja nawet by mi się podobała, gdyby nie to, że Steve prawie wcale przy mnie nie latał, Pan Superman natomiast ciągle epatował przed moimi oczami swoim przyrodzeniem i ciałem tak chudym, że było widać żebra. Cała szóstka wymachiwała ciałami w rytm muzyki, która zmieniła się ze spokojnej na skoczną, a z ich gardeł wydobywały się słowa lecącej w tej chwili piosenki oraz dzikie okrzyki. Drzwi Hellhouse ponowne się otworzyły i do domu weszły Dash McRivery i trochę nietrzeźwa Bracket Elen. Gdy już dotarło do nich, co się dzieje, na ich twarzy zagościło zdziwienie, przegonione prawie natychmiast najpierw grymasem, później zaś wybuchem śmiechu. Oczywiście tylko Adler wczuł się taniec tak, że mimo iż muzyka ucichła i wszyscy przestali się wygłupiać, on dalej podskakiwał z rękoma w górze, śpiewając "Livin' on a Prayer" Bon Jovi
- Ooh, we're half way there! Whoah, livin' on a prayer.. Take my hand.. - przycichł nieco, gdy w końcu odwrócił się przodem do współlokatorek i zobaczył ich miny - ...and we'll make it, I swear, ooh... Dlaczego tylko ja śpiewam? - wydukał cieniutkim i cichutkim głosikiem, takim, jakim wyśpiewał ostatni wers. Patrząc na kolegów, postanowił pójść ich śladem i zakryć przyrodzenie, niestety tylko dłońmi. Ani on ani Izzy, nie byli w tak dogodnej sytuacji jak reszta, Axl zakrył się kapeluszem, Kudłaty podobnie, żyrafa w blond kłakach zdjęła z głowy bandanę i jako tako przysłoniła to miejsce, Jagger natomiast zakrył się prześcieradłem cały. Nie mam pojęcia co ich tak zawstydziło, przecież jeszcze chwilę temu bez żadnego skrępowania wywijali przed nami każdą częścią ciała, teraz nagle speszyli się i czerwony rumień przykrył ich policzki.
- Chodź na górę, musimy porozmawiać - blondynka wskazała basiście schody, uśmiechając się przy tym do przyjaciółki, przygryzając wargę i unosząc chwilowo brwi. Gdy byli już na schodach i szła za chłopakiem, klepnęła go w tyłek. Odwrócił się zmieszany - Sorry, musiałam kochanie!
- Dzięki, czuję się jak tancerka go-go...
- Poczułbyś się, gdybym ci zapłaciła... Niestety, nie mam gdzie ci tej kasy włożyć - zachichotała.

     Późnym wieczorem, właściwie to koło 22, kiedy Mary jeszcze gościła swoje przyjaciółki, postanowiłem wyciągnąć Dasshy na dwór. No, i chciałem zapalić. Przemknęliśmy przez salon, podpieprzyliśmy jedno otwarte, ledwo zaczęte wino kobietom goszczącym w naszym domu i wyszliśmy na zewnątrz. Na schodach pod domem siedzieli już Izzy i Bracket. Dziewczyna wtulała się w rytmicznego i miałem wrażenie, że zaraz zaśnie w jego ramionach. Nawet jeśli miało się tak stać, to skrzypnięcie drzwi ją ożywiło.
- Sorry, Brack, ale sama wiesz, że te drzwi...
- Wiem, spoko.
- Jak się czujesz? - Dash z troską zapytała przyjaciółkę.
- Łeb mnie napierdala - jęknęła, przymykając oczy.
- Tak to jest, kochanie, jak się pije z Metalliką, a później siedzi na "wieczorze panieńskim przyszłej żony Popcorna".
- Zamknij się - klepnęła Izziego w udo - Nawet fajne ma te koleżanki - wszyscy, oprócz brunetki wybuchliśmy śmiechem - Co?
- Nic, Brackie. Izzy, palisz? - zapytałem, wyciągając Marlboro z kieszeni koszuli.
- Jasne, dzięki.
- Ej, który dzisiaj?
- Coś koło dwudziestego...
- To Saul ma niedługo urodziny! - Dash wzięła kilka łyków wina - Robimy imprezę!
- Pomyślimy, kochanie - uniosłem twarz ku górze, by wypuścić dym z ust, a później zabrałem blondynce butelkę i upiłem kilka, czy kilkanaście łyków - Brack, Mary zadowolona z występu? - zapytałem z zacieszem.
- Raczej wątpię. Gdyby Steve jej zatańczył sam, na pewno byłaby w niebo wzięta. Ale to Mick kręcił jej przed twarzą tyłkiem i nie tylko... - zaśmiała się krótko, a później złapała za głowę. Później siedzieliśmy w prawie absolutnym milczeniu, tylko Izzy co jakiś czas szeptał coś brunetce do ucha, wywołując tym jej szeroki uśmiech.
- Duff, wracamy? Zimno mi - blondynka wtuliła się bardziej w moje ramiona, ucałowałem jej czoło i przytaknąłem.
- Stradlin, idziecie?
- Nie, zostaniemy jeszcze trochę.
- Okej - wstałem.
- McKagan...!
- Co?
- Zostaw nam wino, co?
- Skoro prosisz - postawiłem butelkę przy nodze Izziego i pomogłem wstać blondynce.
- I fajki.
- Masz - rzuciłem paczkę rytmicznemu. Otworzyłem drzwi przed blondynką i weszliśmy do środka.


     Gdy weszliśmy do Hellhouse wgłąb naszych uszu i umysłów przebiły się delikatne, ciche dźwięki I have nothing* Whitney Houston.
Share my life, take me for what I am...

Duff złapał mnie delikatnie i zaczęliśmy tańczyć. Oparłam głowę na jego ramieniu i zamknęłam oczy, wsłuchując się całkowicie w tekst utworu. 
...Cause I'll never change all my colors for you
Take my love, I'll never ask for too much
Just all that you are and everything that you do...

Przetańczyliśmy całą piosenkę, a kiedy się skończyła basista musnął moje usta i zaniósł mnie na górę do sypialni, gdzie całkiem miło spędziliśmy noc.


     Ale ten Slash ma ciało! Wiadomo, ja mam lepsze. Najlepsze, ale na Hudsona mógłbym patrzeć godzinami. Tylko może bez Mary. I bez jej koleżanek. No i jeszcze bez Bracket i Dash i reszty Gunsów. Położyłem się na łóżku i sięgnąłem do szuflady po zdjęcie Saula. Schowane głęboko, żeby nikt się na nie nie natknął. A już na pewno nie on. W głowie ciągle mam ten pocałunek spod Rainbow. A w ustach smak wódki zmieszanej z Danielsem. To ciągle do mnie wraca. Slash jest tak blisko, a ja wciąż za nim tęsknię. 


     Obudziłam się przed Duffem i kiedy chciałam wyciągnąć swoje jeansy spod jeansów McKagana wiszących na oparciu krzesła, z jego spodni wyleciała torebeczka.
- Kurwa... - zaklęłam cicho, ale basista zaczął się przebudzać. Niewiele myśląc schowałam woreczek w dłoni.
- Cześć, kochanie - usłyszałam za sobą. Odwróciłam się przez ramię i uśmiechnęłam przelotnie.
- Hej, Duffy. Idę do łazienki - wyszłam z pokoju. W łazience puściłam wodę i czekając, aż naleci jej wystarczająco dużo, siedziałam na brzegu wanny wpatrując się w torebeczkę, którą przewracałam w palcach niedowierzając - Kurwa, znowu wrócił do tego gówna? Niemożliwe, zorientowałabym się przecież... - mówiłam do siebie. - Cholera! - Pisnęłam. Jeszcze chwila i zalałabym łazienkę, albo i całe Hellhouse. Odłożyłam woreczek do kieszeni spodni, rozebrałam się i zanurzyłam w gorącej wodzie. Chciałam utopić w niej myśli. 

____________________________________________

Ostatni raz! Ostatni raz piszę tak krótki rozdział. Przysięgam. (Tak, piszę to dzisiaj drugi raz, miałam małe problemy z zapisaniem całości... Nieważne. Nie pamiętam co tu pisałam ;/) Przepraszam, że tyle czekaliście i pewnie ten rozdział nie będzie dla was wynagrodzeniem, jest chujowy, nie oszukujmy się (no chyba, że się mylę? Jestem negatywnie nastawiona, bo połowę musiałam pisać jeszcze raz -.-). Gdybym miała jeszcze ten tydzień ferii, rozdział na pewno byłby dłuższy, ale nie, musiałam przepieprzyć całe dwa tygodnie. Nie potrafiłam się zabrać do pisania. Ciężko po takim czasie, w końcu pół roku to... dużo. Nie chciało mi się czytać i przypominać ostatnich rozdziałów, przez to nie miałam pojęcia co pisać, jak zacząć...

Dzięki za pisanie do mnie na gg (Lili :] - możliwe, że ktoś jeszcze, ale no, pół roku, nie pamiętam), gdyby nie to, pewnie wcale bym się do pisania nie zabrała. Na komentarze, które w ostatnim czasie dodawaliście pewnie już nie odpiszę, ale miło, że ciągle o mnie pamiętacie. :3 

Zmieniam absolutnie zdanie na temat mojej klasy! Jest najlepsza! ♥ Nie zamieniłabym jej na żadną inną. Tym bardziej, że jest w niej mój chłopak - kochany, to tak na marginesie (wcale się nie podlizuję, co z tego, że prawdopodobnie to zobaczy ;D) ♥

* Wiem, że I have nothing pochodzi z filmu Bodyguard (Kevin Costner ♥), czyli powstała we wczesnych latach '90, a jesteśmy w roku chyba '87, ale uwielbiam ją i pamiętam, że podczas jej słuchania wpadłam na pomysł tego wieczoru panieńskiego (no albo jakoś tak, w każdym razie słuchałam jej, pisząc akurat ten fragment) i po prostu nie mogłam, musiałam ją tutaj wpieprzyć i zrobić romantyczną scenkę! :D

Dobra, koniec, bo to zaraz będzie dłuższe niż cały rozdział -.- Aa! Nie! Jeszcze coś. 
Duff i Axl mieli niedawno urodziny! 49 i 53, jeśli umiem liczyć :D Noo, to ja chciałabym im życzyć (szkoda, że nigdy się o tym nie dowiedzą) wielu sukcesów, wydania świetnych płyt, grania genialnych koncertów (również w Polsce, tylko błagam, na litość boską gdzieś, gdzie będę mogła pojechać no) no i oczywiście reaktywacji najlepszego składu GN'R!  ♥♥♥

Duff ♥


Axl ♥


No i obaj panowie ♥


I jeszcze jedno :D 


I jeszcze :D 


Mogłabym wstawić tysiąc zdjęć i obrazków z nimi, ale może lepiej już się ogarnę XD 

No i jak zawsze na koniec 
 jeśli przeczytałaś/-eś tę notkę, proszę zostaw komentarz, opinię, jakiś znak, COKOLWIEK! Obserwuj.To motywuje.. i miło jest przeczytać coś na temat tym moich wypocin. Więc wiecie, co robić :). 



Peace,
Dash

A tak w ogóle to take me down to the Paradise City! 

piątek, 12 września 2014

Permanent vacation? No chyba nie.

Wakacje się skończyły, wraz z nimi skończył się czas na siedzenie na blogu, wychodzenie wieczorami i chęć na życie, bo kurwa nie wiem, jak Wy, ale ja już mam dość. 32 osoby w klasie. Nowa szkoła. Ludzie w grupkach. Mają wspólne tematy. Nie mam o czym rozmawiać, bo nie chcę się im wpierdalać. Prawie wszyscy w klasie są z jednej szkoły (tylko nie ja - oczywiście. To jest ten mój jebany brak szczęścia! :/) Jedyny plus - wiele osób z klasy słucha rocka/metalu. :D
Postaram się pisać rozdziały. Wieczorami. W weekendy. Bo w tygodniu nie mam czasu i jestem zbyt zmęczona..
A tymczasem - trzymajcie się, czytajcie, czekajcie na rozdział...
Peace,
Dash