OSTRZEŻENIE!

Wszystkie sytuacje zawarte w zakładce ExtraGuns. nie mają żadnych powiązań z opowiadaniem głównym. Bez obaw. :)

wtorek, 26 stycznia 2016

R.61


ROZDZIAŁ 61

     Dash zasnęła wyczerpana po dłuższym czasie natrętnego dobierania się do mnie. Nie, że nie miałem ochoty... Nie no, nie miałem, wiedziałem, że w rzeczywistości jest na mnie zła, i że nakręca ją koka. Chwilę przed wzmożonymi atakami napaści seksualnej, dziewczyna była przecież w zupełnie innym, nie pozwalającym na myślenie o seksie, stanie. Była załamana, wystraszona i niespokojna. Próbowałem coś z tym zrobić, jakoś jej pomóc, ale po chwili wszystko to minęło i McRivery zaczęła się do mnie przesadnie tulić, żeby nie powiedzieć - wieszać na mnie. Rozbierała się pospiesznie, obsypując mnie gorącymi pocałunkami, na początku chciałem ją z siebie zrzucić, nie poddawała się jednak, a ja dałem się ponieść chwili i emocjom dziewczyny, pozwoliłem zdjąć z siebie koszulkę. Bo przecież nigdy niczego nie pragnąłem tak jak jej. Przywarła nagimi piersiami do mojego torsu, ogrzewając mnie piekącym wręcz ciepłem. Odwzajemniłem kolejny pocałunek i chwyciłem jej włosy by odciągnąć głowę dziewczyny, przygryzłem przy tym jej dolną wargę. Naruszyłem ranę na jej ustach i poczułem smak ciepłej krwi. Nic sobie z tego nie robiła, przywarła do mnie mocniej, na tyle mocno, że plecami wylądowałem na łóżku. Dash ścisnęła udami moje biodra, ale nie nie oderwała ust od pocałunku. Błądziłem dłońmi po jej ciele, po delikatnej skórze - od ramion, poprzez kręgosłup i biodra, do ud i pośladków, zaciskając co chwilę dłonie pod którymi wyczuwałem miękką skórę.

     
     Obudził mnie znajomy śmiech i dopóki nie otworzyłem i trzy razy nie przetarłem oczu, nie byłem pewny czy to sen, czy naprawdę słyszę to co słyszę. To nie sen! Znajome loki na znajomej twarzy! Pełne usta ułożone w uśmiech odsłaniający zęby i ten połyskujący kolczyk w nosie. Slash stał w wejściu  mojego pokoju, oparty o futrynę białych drzwi.
- Cześć Rudzielcu!
- Saul! To naprawdę ty!? Co ty tu... Kurwa, jak?! I co cię tak bawi?
- Ty. Spałeś tak słodko, że nie mogłem się powstrzymać! I jeszcze ten kciuk...
- Jaki kciuk?!
- Ten, który ssałeś - odparł najpoważniej jak tylko w tej chwili umiał, a gdy skończył, ponownie wybuchł śmiechem. Zmarszczyłem brwi i cisnąłem w niego poduszką. Złapał ją i rozłożył ramiona.
- Tęskniłeś, prawda? No chodź tu.
- Wiedziałem, że wrócisz! Oni nie wierzyli, ale ja... - wyskoczyłem z łóżka, rzuciłem się na Slasha i poprawiłem włosy, które mi rozczochrał.


     - Lisa? Eee, hej. Wiesz, całkiem miło było w nocy i...
- LISA?! - wściekła Mary zaczęła okładać mnie pięściami, podniosła z podłogi słuchawkę, którą przed chwilą upuściłem i wrzasnęła - Jak mogłaś? Jak mogłaś mi to zrobić?! Miło było w nocy? Lisa, przecież to mój narzeczony!! Jak... mogłaś... - wypuściła powoli słuchawkę z dłoni, delikatnie opadła na kanapę i schowała twarz w dłoniach. Po chwili spojrzała na mnie - A ty? Steven, jak mogłeś? Kocham cię! - zalała się łzami. Zdezorientowany najpierw szukałem wzrokiem ucieczki, ale szkoda mi się zrobiło płaczącej kioskarki i w końcu usiadłem przy niej. Wziąłem głęboki oddech i powoli wypuściłem powietrze z ust.
- Mary, musimy porozmawiać. Może ja będę mówić... Posłuchaj, ja ci nie chcę dawać żadnych złudnych nadziei. Nigdy ci nie dawałem, tak myślę. Mary, ja cię nie kocham.
- Steven, nie zgrywaj się.
- Mówię poważnie. Nie licz na nic więcej niż przyjaźń... Ale z tą przyjaźnią to też nie przesadzaj, nie? - szybko chciałem wycofać się z tego, co przed chwilą powiedziałem.
- Stevie, ja wiem że ci głupio, ale ja ci wybaczam to, co zrobiłeś z Lisą. Tej suce nie wybaczę. Ale tobie, kochanie, zawsze. No, daj buziaka - rzuciła się na mnie z ustami ułożonymi w dzióbek i czekała aż ją pocałuję. Pokręciłem głową i odepchnąłem ją delikatnie.
- Mary, ty nic nie rozumiesz. Jak ja mam ci to inaczej wytłumaczyć?
- Skarbie, nie musisz mi niczego tłumaczyć. Ja ci wybaczyłam, teraz tylko czekajmy na nasz ślub.
- Ale ja cię nie kocham.
- Miłość przyjdzie z czasem - zadowolona przytuliła się do mojego ramienia.

 
      - Da się na dzisiaj załatwić?
- Nie wcześniej niż na 17.
- Doskonale! Będę! Do widzenia! - pożegnałem się z przemiłą ekspedientką i gwiżdżąc wyszedłem ze sklepu.
- Cześć Axl.
- Kto mówi Axl, gdy idę ja? O, siemanko! - przywitałem się z Bachem i Bolanem - Chłopaki, mam sprawę, bo wiecie... - przekazałem im pewną informację - ...To jak, przyjdziecie?
- No pewnie! Mów tylko, na którą mamy być.
- Eee, generalnie to przyjdźcie, o której chcecie, tylko nie wcześniej niż 18.
- Będziemy.
- Świetnie! Muszę coś jeszcze załatwić, spadam - pożegnaliśmy się i poszedłem dalej. Chodząc po Sunset Strip, w pewnym momencie ujrzałem znajomą twarz, wyłaniającą się zza budynku jakiegoś klubu. Na początku nie byłem pewien, ale całkiem szybko ogarnąłem, że była to Erica. Szła w zupełnie innym kierunku, niż ja, więc postanowiłem pobiec za nią. Gdy już ją dogoniłem, złapałem jej ramię. Wrzasnęła.
- Co do... Axl? Oszalałeś?! Puść mnie. Wiedziałam, że wrócisz - wygięła prawy kącik ust, odsłaniając część białych zębów.
- Po prostu zobaczyłem, że idziesz i postanowiłem podejść - czułem, że się czerwienię.
- Mhm - przejechała zgrabnym palcem po moim udzie, rozzłościło mnie to trochę - Podobało ci się ostatnio, prawda?
- Erica...
- Tak, skarbie? - zapytała słodkim głosem, warknąłem.
- Nie mów tak do mnie!
- O co ci chodzi? Ostatnio nie narzekałeś.
- Mówiłem ci, że kogoś kocham - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
- I co? Ja mówiłam, że zmienisz zdanie i proszę, wróciłeś.
- Jesteś szurnięta! - sam nie wiem dlaczego, ale uderzyłem ją w twarz. Później popchnąłem, straciła równowagę i nim się obejrzałem, leżała na chodniku. Upadając, uderzyła o ogromny kosz, stojący tuż pod ścianą budynku. Na jej jasnych spodniach nagle pojawiła się plama krwi. Powiększała się. Nikogo nie było w pobliżu, spanikowałem i uciekłem, zostawiając ją samą.


    - Skarbie, nie śpisz? Wiesz, kto wrócił?! - wbiegłem do sypialni, blondynka leżała na łóżku. Powoli pokręciła głową na znak, że nie wie, a chwilę później jakby ją olśniło?
- Slash?!!
- Tak!
- Jezu, Duff, tak się cieszę! - rzuciła mi się na szyję i zaraz pociągnęła mnie na dół.
- Saaaaauuul! - wskoczyła Mulatowi na plecy.
- Cześć, mała.
- Jak dobrze, że cię wypuścili!
- Też się cieszę - uśmiechnął się.


     Przebiegłem dość spory kawałek i zatrzymałem się przy budce telefonicznej. Nie miałem tego w planach. Chwilę walczyłem ze sobą, aby w końcu do niej wejść. Znalazłem w kieszeni jakieś monety, wrzuciłem je do automatu i wykręciłem numer pogotowia. Cholera, no odbierzcie. Szybciej!
- Pogotowie ratunkowe, słucham? 
- Pomocy, zróbcie coś. ...młoda kobieta... przy Rainbow... na tyłach budynku... Nie mam pojęcia czemu, ale krwawi, pomóżcie jej! - spanikowany, z trzęsącym się głosem, nie potrafiłem zbudować poprawnego zdania.
- Proszę podać swoje dane osobowe.
- Wolałbym zostać anonimowy. Pomóżcie jej!
- Dobrze, już wysyłam karetkę. Na pewno nie poda mi pan swoich danych? Halo? ...proszę pana, halo? - zapytała ponownie, wypuściłem słuchawkę, wyszedłem z budki i powoli osunąłem się na ziemię przy ścianie jakiegoś budynku. Przejechałem dłońmi po twarzy, wziąłem kilka głębokich wdechów, wstałem i chwiejnym krokiem poszedłem w dół ulicy.


   - O, Axl, wróciłeś. - Dash uśmiechnęła się na mój widok - Coś się stało?
- Nic. Która godzina?
- Piętnasta trzydzieści. Co jest?
- Nic. Idę spać. Obudzisz mnie za godzinę?
- Jasne.
- Super, dzięki. - smętnym krokiem udałem się na górę. Wszedłem do swojego pokoju i walnąłem się na łóżko. Schowałem głowę pod poduszkę. Cały czas przed oczami miałem obraz Eriki i pełno krwi. O co do cholery chodzi? Nagle poczułem, że powieki mam jak z ołowiu i zasnąłem. Dash obudziła mnie tak, jak chciałem, postanowiłem powiedzieć przyjaciółce o swoich planach i poprosiłem, żeby mi przy ich realizacji pomogła. Wciąż dręczył mnie obraz Eriki.


    Kiedy już jechaliśmy do domu, Axl poprosił mnie, żebym zatrzymała się pod sklepem jubilerskim. Wyskoczył z auta, przebiegł przez ulicę i za piętnaście minut był już z powrotem.
- Co tam masz?
- Dowiesz się jak wrócimy do domu - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Chwilę później jednak wydawał się być zakłopotany. Jakby coś go dręczyło. - Możemy już jechać?
- Jasne. Axl, na pewno wszystko w porządku?
- Ta.


   Siedziałem ze Slashem w salonie, w telewizji leciała właśnie powtórka koncertu Stonesów, emitowanego jakiś czas temu.
- Duff, kiedy my w końcu z nimi zagramy?
- Nie wiem, nie ustalaliśmy jeszcze?                          
- Nie pamiętam - Hudson dopił colę z puszki, zgniótł ją i rzucił pod drzwi, które nagle otworzyły się z impetem. Aż podskoczyliśmy.
- Słyszałem, że cię wypuścili, sukinsynie. Jak to, kurwa, możliwe?
- Nie mają dowodów,bo jestem niewinny, więc po co mieliby mnie dalej trzymać? Kto ci tu w ogóle pozwolił wejść, Sabo?
- Chuj cię to obchodzi, Slash. Lepiej powiedz, gdzie jest Anastasia, bo jakoś do tej pory nie wróciła. Co z nią zrobiłeś?
- Sabo, kurwa! Nic! Nic jej nie zrobiłem. Nie mam pojęcia gdzie jest, zrozum to w końcu. To twoja dziewczyna, trzeba było jej pilnować!
- Slash, mógłbyś - Dash weszła do Hellhouse - Sabo? Co ty tu robisz? Nieważne. Wypierdalaj, i tak nie masz nic ciekawego do powiedzenia. Slash, pomożesz mi w czymś? Chodźmy na górę - blondynka położyła dłonie na barkach gitarzysty i popychając go w stronę schodów, odwróciła ku mnie głowę i puściła oczko uśmiechając się delikatnie. Spojrzałem na nieproszonego gościa.
- No, nie słyszałeś? Wypierdalaj - lekceważąco wygiąłem kącik ust.
- Jesteście posrani. WSZYSCY. - wychodząc, trącił wchodzącego do domu Rose'a.
- Nie ma Slasha? - zapytał niemal szeptem.
- Dash zabrała go na górę.
- Świetnie! Pomożesz?


   Siedzieliśmy z Dash u mnie w pokoju i rozmawialiśmy o koncertach, które Guns n Roses mają zagrać jako support The Rolling Stones i nagle dobiegły nas wrzaski, docierające prawdopodobnie z salonu:
- Pomocy! Slash! Dasshy, chodźcie tu! Pomocy! - słysząc krzyk Axla, wybiegłem z pokoju. Chwila, coś mi tu nie pasuje.. Zatrzymałem się w połowie schodów, z prawą stopą w powietrzu. Salon pełen był ludzi, gdy mnie zobaczyli, zaczęli śpiewać Sto lat, dopiero po chwili ogarnąłem, co się dzieje, zszedłem kilka schodków i usiadłem na trzecim od dołu, niedowierzając, że pamiętali o moich urodzinach, w dniu, w którym ja o nich zapomniałem. Wstałem uśmiechnięty i pobiegłem do przyjaciół. Wszyscy składali mi życzenia, śmiali się i klepali po ramieniu, tylko Axl siedział wycofany przy swoim fortepianie, stojącym przy oknie. Przedarłem się przez tłum gości i podszedłem do niego.
- Hej, Axl, chłopaki mówią, że to ty wszystko zorganizowałeś. Dziękuję - uśmiechnąłem się, gdy nieśmiało na mnie spojrzał.
- Mam dla ciebie prezent, Saul. Wszystkiego najlepszego - wręczył mi małe białe pudełeczko. Otworzyłem je. W pudełeczku był srebrny wisiorek z wężem układającym się w symbol nieskończoności.
 - Wow, Axl! Ej, dzięki! Piękne to jest. Dziękuję - w jego zielonych oczach ujrzałem coś w rodzaju ulgi, a jego usta lekko uniosły się w uśmiechu.
- To nie wszystko! - wstał energicznie, złapał za rękaw mojej ciemnej koszuli i pociągnął mnie za rękę ku wyjściu. Na zewnątrz, naprzeciwko schodów, stał mój stary bmx, ozdobiony wielką czerwoną kokardą. Axl spojrzał na mnie, szczerząc zęby. Odwzajemniłem uśmiech, dałem mu białe pudełeczko i pobiegłem do drugiego prezentu.
- Skąd żeś go wytrzasnął? Ha, niewiarygodne! Tyle lat go nie widziałem! - usiadłem na siodełku, po chwili zszedłem, podbiegłem do rudego chłopaka i go przytuliłem. Przez chwilę jego ręce zwisały bezczynnie, aż w końcu zaczęły obejmować moje biodra. Głowa Axla spoczęła spokojnie na moim ramieniu. - Dziękuję, aniołku.

___________________________________
Przepraszam, że znowu tak późno, i że rozdział znowu nie jest jakoś specjalnie długi (ani w ogóle taki, jaki bym chciała), ale chciałam go już wstawić. Mam pewne plany na następny i mam ferie, więc mam też nadzieję, że pomimo mojego lenia wstawię nowy rozdział w najbliższym czasie. Ale nic nie obiecuję.
***********************************
Choć grudzień 2015 i styczeń 2016 nie były zbyt radosne z powodu śmierci legend takich jak Lemmy, czy Bowie, a także m.in. kolegi chłopaków z Velvet Revolver, wokalisty - Scotta Weilanda, to jednak jakaś radosna wiadomość obiegła świat. Otóż, kurde, it's happening! Guns n' Roses powracają w oryginalnym składzie! No, prawie. Na razie tylko Axl, Duff i Slash, ale miejmy nadzieję, że reunion będzie pełne i powrócą również Izzy i Steven. A jak nie Adler, to chociaż Matt. Dobre i to. Nie wiem jak wy, ale ja się z tego powodu strasznie cieszę. Czekałam na to długo.
************************************
Tradycyjnie, proszę o pozostawienie komentarza, lubię je czytać, więc nie szczędźcie klawiatury! :D
Mam nadzieję, że tym razem komentarzy będzie więcej, niż ostatnio. :) I że pojawią się szybciej.
Dla sprostowania, ciężko jest wrócić do  historii, żeby było w miarę spójnie, jeśli nie pisało się przez tak długi czas, więc niestety, efekty są takie jak widać.
************************************
Peace,

Dash.

środa, 12 sierpnia 2015

R.60

Cholera jasna, cholernie źle czuję się z tym, że tyle czasu nie wstawiłam kompletnie NIC. Kiedy nie pisze się miesiącami, ciężko później się do tego zabrać, nie tracić wątków, pisać cokolwiek z sensem i na średnim chociaż poziomie. Ten rozdział pisałam przez.... nie wiem, DŁUGO. Trudno mi się zabrać do pisania, ze względu właśnie na przerwę, jaką sobie zrobiłam, ale też przez to, że mam miliony kartek i karteczek z pozapisywanymi sytuacjami, opisami, dialogami, których nie chce mi się przeszukiwać. Przeczytałam dzisiaj kilka ostatnich komentarzy i pomyślałam, że muszę spiąć dupę i wstawić kolejny rozdział koniecznie DZISIAJ. Tak więc...

...

   ROZDZIAŁ 60


Kiedy wyszłam z łazienki, Duff już był w salonie i spijał resztki wina z butelek, zostawionych przez Mary i jej koleżanki. Swoją drogą, nie tylko butelki zostawiły owe panie (w rogu pokoju leżała czyjaś bielizna), ciekawe co tu się działo w nocy...
- Skarbie, otwórz drzwi.
- Ale po co? - spytałam.
- No otwórz.
- Okej - pociągnęłam za klamkę - Kurwa! - prawie dostałam zawału.. - Ona żyje? -.. widząc jedną z przyjaciółek Mary, leżącą pod naszymi schodami.
- Żyje. Co ciekawsze, na górze jest jeszcze jedna.
- Gdzie?
- U Popcorna - ruchem głowy wskazał piętro - i nie jest to Mary.
- Pewnie ona zostawiła tu bieliznę - pomyślałam - Nie Mary? Jakoś mnie to nie dziwi.
- Szczerze? - szepnął - Mnie też nie - dodał głośniej wtórując mi szerokim uśmiechem. - Chodź tu do mnie - zachęcił. Usiadłam przodem do niego i splotłam dłonie na karku blondyna, wpatrując się w głębie niebieskich oczu. - Kocham cię, mała.


     Obudziłem się ogrzany ciepłem bijącym zza okna. Słońce tak pięknie świeci, aż chce się żyć! Ale... Co?! Kim jest ta kobieta, leżąca w moim łóżku i w mojej koszulce?? Szturchnąłem niepewnie palcem ramię ciemnej blondynki - Kim ty jesteś i co robisz w moim łóżku??!
- Steve, nie wygłupiaj się misiaku, Lisa. Nie pamiętasz? - jej twarz nagle z promiennego zmieniła wyraz na zawiedziony.
- Aaah tak, Lisa, pewnie, że pamiętam, droczę się tylko - przykryłem zażenowanie sztucznym uśmiechem. Lisa, siostra Mary. W ogóle nie podobna. Ni chuja!
- Podobało ci się, słodziaku?
- C-co? Co miało mi się podobać?
- No, nasze zabawy w nocy - kobieta przejechała zgrabnym palcem po swoim ramieniu i delikatnie przeniosła na mnie wzrok.
- Jeśli mam być szczery... nic nie pamiętam.
- Hm. Możemy to powtórzyć! - krzyknęła i nim się obejrzałem, leżałem z piękną (jak na siostrę Mary) nagą kobietą, siedzącą na moim ciele.
- Skoro taka kobieta proponuje, grzechem byłoby odmówić! - uśmiechnąłem się i przystąpiłem do pieszczenia, bijącego cholernym gorącem, ciała Lisy.


     - Kurwa no, gdzie to jest?! - zbiegłem na dół, gdzie siedzieli Dash i McKagan.
- Czego szukasz, Axl? - dziewczyna spytała przyjemnym głosem.
- Zeszytu z moimi zapiskami. Widziałaś? - warknąłem.
- Rudy, w tym domu jest tyle zeszytów z twoimi "zapiskami", że i tak nie wiem, o którym mówisz.
- Ale tam był przepisany tekst do November rain! A pierwowzór też gdzieś zgubiłem, kurwa mać.
- Poszukaj na strychu, Izzy coś tam ostatnio wynosił.
- Głupi skurwiel! - pojęczałem pod nosem i poczłapałem z powrotem na górę. W tym domu nigdy nie można niczego znaleźć. Przechodząc obok pokoju Adlera, usłyszałem dość intrygujące dźwięki, czyżby przekonał się do Mary?


     Duff pojechał do sklepu, żeby zaopatrzyć Hellhouse w wódkę i jakieś żarcie. Po wczorajszej imprezie przyszłej Pani Adler, w lodówce nic prócz światła nie ma. Pustka. Axl krząta się po strychu, klnie jak szewc, wyzywając wszystkich, oprócz Slasha. Największe hejty spływają na osobę Stradlina. Siedząc samotnie, przypomniałam sobie o torebeczce schowanej w tylnej kieszeni moich spodni. Sięgnęłam dłonią i wyciągnęłam ją z jeansów, by ponownie przewracać w palcach, tak jak wcześniej w łazience. Tak bardzo mnie to pochłonęło, że przez dłuższą chwilę nie słyszałam pukania do drzwi. Ocknęłam się ze swoistego letargu dopiero, gdy w drzwi zaczęto uderzać pięścią. No przecież kurwa idę. Schowałam torebeczkę do kieszeni, pociągnęłam za klamkę i myślałam, że mam jebane zwidy. Znowu?
- Dzień dobry. My do Saula Hudsona.
- Poczekaj, może do Kirka Hammetta. Oni są tacy podobni - niższy policjant szturchnął wyższego, szepcząc.
- Niee, Hammett jest chyba w Metallice.
- Może lepiej niech panowie przyjdą, jak się już dogadają, hm?
- Nie, Hudson... zamknij się już, wiem, kogo mamy zabrać - wyższy z mężczyzn półgłosem sprzeczał się z kolegą - Już się dogadaliśmy. Saul Hudson. Jest w domu?
- A o co chodzi?
- Jest?
- O co chodzi? - zapytałam ponownie znacznie ostrzej.
- Ważna sprawa, mamy nowe zarzuty - niższy policjant, wyglądający przed chwilą na zwykłą ofiarę, odepchnął mnie ręką i wszedł do środka - Hudson! - wrzasnął - Sam zejdziesz, czy mam cię przyciągnąć za te twoje skołtunione kudły, sukinkocie?
- Co jest? - Slash wynurzył się wybudzony ze snu, ocierał dłonią zaspane oczy. Zszedł po schodach i szurając nogami podszedł do policjanta.
- Idziesz z nami - warknął i nie zwracając uwagi na jakiekolwiek nasze protesty i pytania, wraz z kolegą wyprowadził Slasha z Hellhouse w samych spodenkach. Gitarzysta nie miał na stopach nawet butów. Wybiegłam za nimi.
- Ej, no co wy, powiedzcie najpierw o co chodzi! - policjant, którego pociągnęłam za kurtkę, odepchnął mnie i warknął niemiło:
- Spierdalaj.
- Co się stało? - Rose zszedł z kilku schodków i oparł się o poręcz - Gdzie Slash?
- Nie ma - rozłożyłam ręce wchodząc do Hellhouse - Zabrali go - trzasnęłam drzwiami.
- Kto?
- Policja.
- Dlaczego?
- Nie mam pojęcia. Nic nie chcieli powiedzieć. - w oczach Rudego widziałam łzy, odwrócił się i pobiegł na górę.


     Nie mam pojęcia, co robimy pod komendą policji, ale Dash mówiła, że Slasha znowu zabrali.
- Brack, idziesz? - blondynka nachyliła się przy drzwiczkach od strony pasażera, przytaknęłam głową - Świetnie - rzuciła kluczyki na dach auta i wbiegła po schodach. Zamknęłam samochód i ruszyłam za nią, pchnęłam ciężkie drzwi wejściowe i rozejrzałam się za przyjaciółką. Rozmawiała z całkiem młodą policjantką.
- Nie możemy ujawniać szczegółów, pan Hudson sam się wszystkiego dowie. Pewnie już się dowiedział.
- Ale ja mam to w dupie, zabraliście go z domu, bez żadnych wyjaśnień, nawet nie zdążył się ubrać! Czy wy jesteście normalni?
- Dasshy, zamknij się, bo jeszcze ciebie wsadzą - powiedziałam półgłosem i odciągnęłam blondynkę od kobiety. McRivery zamknęła oczy, zacisnęła pięści i wzięła głęboki oddech.
- Dobra, jeszcze raz. O co tym razem oskarżacie Saula?
- Nie możemy...
- Kurwa mać! Nie wkurwiaj mnie. Wsadzać do aresztu bez żadnych wyjaśnień też nie możecie!
-  Pan Hudson został o wszystkim poinformowany.
- Ale...
- Dash - przerwałam jej przed kolejnym wybuchem - zamknij się już! Możemy z nim porozmawiać?
- W tej chwili jest przesłuchiwany... Ale - policjantka przeraziła się chyba nieco spojrzenia blondynki - zobaczę, co da się zrobić.
- Świetnie! - dziewczyna krzyknęła i usiadła na krześle, po chwili jednak wstała - Ty! Ty przyszedłeś po Slasha, możesz nam kurwa powiedzieć CZEMU??
- Nie mogę - warknął.
- Kurwa. Ja pierdolę, człowieku, w takim razie puśćcie go do domu. Jesteście niedojebani czy co? Nie ignoruj mnie popierdoleńcu!
-  Dash!
- Co?!
- Zamknij się, bo...
- Dobra, myślę, że areszt trochę cię ostudzi - policjant złapał blondynkę za ramię, i mimo iż szarpała się tak mocno, że prawie mu uciekła, udało mu się ją wyprowadzić z długiego korytarza i zamknąć w celi.


     - Nie znalazłem zeszytu, ale patrzcie co mam! - Rudy wydobył zza ściany rower. Dokładnie BMX Slasha.
- No, ale po co to wytrzasnąłeś? Skąd?
- Ze strychu - prychnął - Slash ma jutro urodziny, dawno nie jeździł, będzie mu miło - wyszczerzył zęby.
- Przecież Slash jest w areszcie, debilu.
- Wróci.
- Nie wiesz kiedy.
- Wróci - powiedział stanowczo i poszedł na górę. Nagle do Hellhouse wbiegła Brack.
- Chłopaki! Dash siedzi w areszcie!
- Co? - Duff się zakrztusił; wódka, którą wypluł spływała po jego brodzie, otarł ją wierzchem dłoni i powtórzył - Co?
- Noo... trochę pyskowała i policjant ją zamknął.
- Brack, czemu jej na to pozwoliłaś?
- Duff, kazałam jej się uspokoić, ale znasz ją, jak już się nakręci...
- Wiem. Kurwa mać. Co teraz?


     - Mamy dowody, Hudson, a ty nie masz alibi.
- Co? - prychnąłem z niedowierzaniem - Niby jakie dowody? I NA CO?
- Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.
- W co wy próbujecie mnie wpierdolić? - syknąłem spoglądając na niższego z policjantów, tego samego, który pod Hellhouse odepchnął Dash - Jesteście posrani.
- Zamknij się! - policjant sprzedał mi liścia tak mocnego, że na chwilę miałem mroczki przed oczami. Nie wygląda na silnego, skurwiel.
- Pozory jednak mylą - odpowiedziałem drwiąco unosząc prawy kącik ust.
- Obraza funkcjonariusza na służbie grozi karą. Ciesz się, że na razie tylko taką.
- Pff, litość, kurwa mać - prychnąłem pod nosem.
- Co?
- Pstro.
- Chuju, myślisz, że jak jesteś...
- Zostaw go już i chodź na lunch - wyższy policjant wypchnął kolegę za drzwi - Zabierz Hudsona do celi - rozkazał ochroniarzowi.


     - Dash McRivery, wychodzisz.
- Co? - wstałam z niewygodnej ławeczki - co? - powtórzyłam, trzymając ręce na metalowych szczeblach kraty, policjant przewracał kluczami, aż w końcu znalazł odpowiedni.
- Podziękuj chłopakowi i przyjaciółce.


     Życie jest bez sensu, czemu oni go tam trzymają, przecież jest niewinny! Chcę go zobaczyć, jeśli nie wypuszczą go do jutra, do jego urodzin, to będzie najgorszy dzień w moim życiu. Nie wiem, jak długo leżałem słuchając w kółko naszego Appetite, godzinę, dwie, może trzy, ale ostatnimi słowami jakie do mnie dotarły, były They're out ta get me. They won't catch me, I'm fucking innocent, they won't break me! Później już nic nie pamiętam. Zasnąłem.


     - Wcale nie musieliście mnie wyciągać, odsiedziałabym te 48 godzin i by mnie wypuścili. Całkiem tam miło.
- Nawet mnie nie wkurwiaj, Dash.
- Skarbie, zaoszczędzilibyśmy pieniądze, ale okej. Już siedzę cicho.
- A od kiedy ty się tak o pieniądze martwisz?
- Od zawsze. Dobra, przepraszam, żartowałam przecież.
- Miałaś rację, mogliśmy cię nie wyciągać.
- Duff, kurwa! Żartowałam.
- Jakoś mnie ten żart nie śmieszył - wściekły wyrzucił papierosa za okno i docisnął pedał gazu.
- Możecie się nie kłócić?!
- Ktoś tu się nie zna na żartach - odwróciłam głowę w bok i spojrzałam na blondyna - Nie poznaję cię, kochanie.
- No kurwa mać, Dash! Przestań mnie wkurwiać! O co ci do chuja chodzi?
- Duff...
- Zamknij się Brack. Dash, chcieliśmy ci pomóc, o co ty masz jeszcze pretensje?!
- McKagan!! - wrzasnęłam.
- Co?! Kurwa... - w jednym, krótkim momencie przed naszym samochodem wyrosła ogromna ciężarówka, basista zahamował gwałtownie, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi, zamknęłam oczy, modląc się, by tylko przeżyć.


     Obudziłem się zdyszany i cały zlany potem. To okropne uczucie, kiedy nagle panicznie czegoś się boisz, odczuwasz niewyobrażalny chłód, coś przygniata ci klatkę piersiową tak bardzo, że coraz trudniej ci oddychać, próbujesz krzyczeć, ale nie potrafisz wydobyć z siebie choćby najcichszego jęku. Czujesz jak każda część twojego ciała drętwieje. Centymetr po centymetrze. Nie możesz się ruszyć. Nie możesz się obudzić. Myślisz, że wiesz co się wokół ciebie dzieje, ale nie możesz otworzyć oczu. I to nieodparte wrażenie, że ktoś cię obserwuje. Ktoś stoi nad twoim łóżkiem i powoli wysysa z ciebie życie. Wiesz, że coś się stało. Ale czekasz. Czekasz. Tylko czekasz. Aż minie. Aż to minie. Bo w końcu minie. Kiedy obudziłem się z tego koszmaru (a może to nie był sen?), w pierwszej chwili nie wiedziałem gdzie jestem. Kiedy udało mi się trochę uspokoić oddech, w moich myślach pojawili się McKagan, Dash i Bracket, Nie wiem dlaczego, ale strasznie się o nich bałem. Spojrzałem na zegarek i było ledwie po 22. Bałem się ruszyć, czułem, że upadnę i czułem czyjąś obecność. Zostałem w pokoju. W moim łóżku. A powieki znowu zdawały się być z ołowiu - coraz cięższe, aż w końcu nie dałem rady już dłużej na siłę ich otwierać. 


     - Dziewczyny, WSZYSTKO w porządku? Dash? - nerwowo spojrzałem w prawo, moja dziewczyna siedziała w bezruchu z szeroko otwartymi oczami, powoli uspokajała oddech. Dopiero po chwili zobaczyłem, że z dolnej wargi jej pełnych ust wycieka stróżka krwi - gwałtowne zahamowanie musiało spowodować, że blondynka uderzyła w deskę rozdzielczą. Boże święty, przecież mogłem nas pozabijać, jestem idiotą! Dotknąłem jej dłoni, ale zabrała ją szybko i ostentacyjnie. Spojrzałem lusterko - Brack, w porządku? - kiwnęła tylko głową.


     - Zadzwoń - Lisa posłała mi buziaka wychodząc. Rozmarzony padłem na kanapę obok Stradlina.
- Ahhh.
- Co tam, Steve?
- Zmęczony jestem. Cały dzień nie wychodziliśmy z łóżka.
- Kto to właściwie był?
- Lisa.
- Lisa?
- Lisa.
- Coś więcej?
- Siostra Mary.
- Co?! - Izzy wypluł colę z ust i łapczywie próbował zaczerpnąć oddech, który właśnie mu uciekł. - Siostra Mary??
- No siostra Mary.
- Niepodobna.
- Oj miałem szansę się o tym przekonać na własnej skórze. Naprawdę!
- Kurwa mać, ja pierdzielę, mogliśmy zginąć - McRivery, wkurwiona jak nigdy, mamrotała pod nosem i pierdolnęła drzwiami przed McKaganem, który szedł krok w krok za nią.
- Dash no! Zaczekaj!
- Coś się stało, kochanie? - Stradlin zatrzymał brunetkę, gdy weszła do Hellhouse - Skarbie? - nie odezwała się ani słowem, złożyła tylko twarz na jego piersi. 


     - Dash, przepraszam - złapałem ją za rękę, gdy wchodziła do naszej sypialni. Odwróciła się w moją stronę.
- Co? Piłeś. Kurwa, Duff, chlałeś wódę pół dnia.
- Nieprawda. Rano tylko resztki wina, przecież wiesz, maleńka - odgarnąłem delikatnie kosmyk blond włosów z dziwnie bladej twarzy blondynki.
- Nie dotykaj mnie - usiadła na łóżku i schowała głowę w dłoniach. Uklęknąłem przy niej.
- Misiu. Ja byłem po prostu zły. Ciężko się przyznać, ale wściekły wręcz.
- Wściekły bo co?? - stanęła przy drzwiach, opadłem na łóżko wypuszczając gorące powietrze z ust.
- Bo... No kurwa, ktoś mi podpierdolił...
- Działkę? - uniosła niewysoko woreczek z białym proszkiem. Zerwałem się.
- Skąd to masz?
- Nieważne. Skąd TY to miałeś?
- Dostałem. Oddaj mi to.
- Nie. Nie, Duff.
- Skarbie... - podszedłem do dziewczyny powoli i spokojnie, spojrzałem jej w oczy, nachyliłem się nad jej uchem i szepnąłem - Nie chcę, żebyś się w to bawiła. Daj mi to.
- Nie! - uciekła do łazienki.
- Dash!!! Kurwa - kopnąłem drzwi. Jebane wyłamały zawiasy.
- Duuuuuuuuuuuuff!? Możesz mi kurwa powiedzieć, CO SIĘ DO CHUJA STAŁO?
- Zaraz, tylko...
- Kurwa, nie zaraz! Teraz! - warknął, po czym pierdolnął mi pięścią w twarz. Czarne plamy zawitały wszędzie gdzie tylko próbowałem spojrzeć, poczułem tępy ból i z trudem potrząsłem głową, by plamy zniknęły i bym mógł zobaczyć cokolwiek, poczułem stróżkę ciepłej krwi, spływającej z dolnej wargi po brodzie - Boże, przepraszam... - Izzy rzucił się w moją stronę, ale uniosłem otwartą dłoń w geście, że wszystko w porządku.
- Mieliśmy wypadek. Stłuczkę w sumie...


     Uciekłam. Zamknęłam się w łazience, a Duff nawet nie próbował tam podejść. Ogarniała mnie wściekłość i niepohamowane rozczarowanie. Skąd? Skąd u niego narkotyki? Te myśli nie dawały mi spokoju, nie opuszczały mojej głowy, nie mogłam ich niczym zakryć, wypędzić, zniszczyć. Byłam tak bezsilna i zdesperowana, że w końcu rozsypałam proszek na brzegu wanny i jednym pociągnięciem wciągnęłam całą działkę. Kokaina zawitała w moim organizmie i nawet na jakiś czas poczułam ulgę. Poczułam się szczęśliwa.


     - Czyli tak naprawdę nic poważnego się nie stało? - upewniał się rytmiczny.
- Nic - odpowiedziałem. Cholera jasna, nic?! Mogłem nas Z A B I Ć! Albo gorzej, mogłem stracić Dash. Mogłem stracić jedyną miłość mojego życia. - Dash. Kurwa mać, Stradlin! Przecież ona zamknęła się w łazience z twoimi narkotykami!
- Z moimi? Co? Wziąłeś je, są twoje - prychnął.
- Dobra, nieważne, wiesz? Kurwa mać - pobiegłem na koniec korytarza, pociągnąłem za klamkę, drzwi nawet nie były zamknięte. Zrobiła to celowo? Chciała, żebym wszedł i ją powstrzymał? Chciała, a ja tak po prostu tłumaczyłem Izzy'emu co się wydarzyło? Chciała..? - Dasshy? - siedziała na podłodze, oparta o wannę i wyginała kącik ust w dziwnym uśmiechu. Zaraz po tym jak mnie zobaczyła, jej oczy otworzyły się szeroko, jakby ze strachu, odsłaniając rozszerzone źrenice; chciała odepchnął się dłońmi w tył, ale będąca tuż za nią wanna jej to uniemożliwiła, kręciła głową, jakby chciała odwrócić wzrok, albo uchronić się przed uderzeniem, doskoczyłem do niej i przykucnąłem, łapiąc ją za ramiona - Dash, kochanie, co się dzieje? Dasshy?!
- Odejdź! Wyjdź stąd!
- Nigdzie się nie ruszę.
- Wyjdź!! - wrzasnęła. Chciałem się odsunąć, żeby sprawdzić jej reakcję, ale chwyciła mój nadgarstek i mocno zacisnęła na nim dłoń.
- Dash, do kogo mówisz?
- Do dziewczynki. Julie. Ona znowu tu jest - szepnęła z obłędem goszczącym w zawsze niebieskich, teraz jednak prawie czarnych oczach.
- Boże, Dash, dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego to wzięłaś? Nikogo tu nie ma! Skarbie... - objąłem ją mocno i pogładziłem po włosach, próbując uspokoić dziewczynę, a może bardziej samego siebie. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, co widzi.     

___________________________________________

Taa, miałam to wstawić w niedzielę. Nie wyszło ;_; Miał być dłuższy. Nie wyszło. Ale przynajmniej wiem, jak zacząć kolejny rozdział. Nie będę się znowu rozpisywać, wiecie co robić! :D

K O M E N T U J C I E ! 

Tradycyjna gadka na koniec (tak, powtarzam się) - jeśli przeczytałaś/-eś tę notkę, proszę zostaw komentarz, opinię, jakiś znak, COKOLWIEK! Obserwuj.To motywuje.. i miło jest przeczytać coś na temat tym moich wypocin. Więc wiecie, co robić :). 



 Peace, 
Dash

P.S. już chyba nigdy nie dobiję do więcej, niż 5 komentarzy pod jednym rozdziałem :c

niedziela, 8 lutego 2015

R.59

       ROZDZIAŁ 59

  Wydawało mi się, że w skrócie wydarzeń z wiadomości mignęła mi na ekranie Dash. Ale co ona miałaby tam robić? Nie, to na pewno nie ona.
- A teraz fragmenty wywiadu z Dash McRivery, dziewczyną Duffa McKagana z Guns n' Roses, przyjaciółką zespołu i byłą fotomodelką. 
- Dash?! - krzyknąłem z Duffem, widząc na ekranie blondynkę z Jasonem na rękach, Stevena i dzieciaki obok.
- Dziewczyny muzyków rockowych i metalowych giną z rąk szaleńca; ich cechy wspólne, na przykład kolor włosów, świadczą o tym, że nie jest to przypadek...
- I co w związku z tym?
- No, nie boisz się, że możesz być następna? - ironiczny śmiech blondynki, błysk światła i tv sprawnie przeskoczyło do kolejnego fragmentu rozmowy.
- Czy się boję? Nie. Nie, kurwa, nie mam czego.
- ...Duff McKagan nie boi się o ciebie? Nie boi się o życie swojej dziewczyny? 
- Zapytaj go o to. - powrót do studia programu.
- Tak... A cały materiał już po wiadomościach w autorskim programie Nicka Loggana. Zapraszamy. 
- Ja pierdolę, Axl, co to miało być?
- Nie wiem, Duff, ale uważaj na Dash.
- Myślisz, że nie będę? Kocham ją i nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby ją skrzywdzić... - drzwi Hellhouse skrzypnęły niemiło i do środka weszli Steven, Dash i dzieciaki.
- Cześć, kochanie - Dash nachyliła się nad basistą, położyła dłonie na jego ramionach i musnęła usta, blondyn chwycił dłonią jej biodro - Siemka, Axl.
- Widzieliśmy kawałek wywiadu...
- Co? Rose, o czym ty...?
- Puścili fragmenty w wiadomościach.
- Kurwa, chuje. Dorwali nas, jak wychodziliśmy z baru - Adler opadł na kanapę - Dzieci, idźcie na górę, tam chyba jest Izzy - zadzwonił telefon, dzieciaki bez marudzenia posłuchały perkusisty, który podnosił już słuchawkę - Dobra, przyjdź kiedy chcesz, sorry Mary, muszę kończyć.

     - Dash, wybierasz się gdzieś? - zapytałem po 15 minutach ciszy, w których dziewczyna stała przed lustrem.
- Idę z Brack na próbę do chłopaków.
- Do Metalliki?
- No tak.
- Nie idziesz sama.
- No oczywiście, że nie sama. Przecież mówiłam, że z Brack. Duff, ty mnie nie słuchasz.
- Nie o to mi chodzi.
- A o co? - odwróciła się przez ramię. Przeniknęło mnie jej pytające, a jednocześnie podejrzliwe i trochę zirytowane spojrzenie.
- Nie pójdziesz tam beze mnie.
- Niby dlaczego? - prychnęła niewzruszona.
- Bo nie. Widzisz chyba co się teraz dzieje.
- Obejrzałeś jakiś głupi wywiad i zamierzasz zamknąć mnie w domu?!
- Dash - wstałem z łóżka i zacząłem spokojnie - nie chcę cię nigdzie zamykać, chcę tylko - objąłem dłońmi jej twarz i spojrzałem w niebieskie oczy - żebyś była bezpieczna.
- Jestem.
- Nie chcę ryzykować.


     - Słuchaj, Mary, zawołaj mnie jak już przyjdą twoje koleżanki.
- Dobrze, kochanie. Dziękuję, że to dla mnie robisz.
- Drobnostka - pocałowałem kobietę w policzek i uciekłem na górę - Chłopaki! Szykujmy się.
- Zadzwońmy do Jaggera, może da się namówić na małą zabawę - Izzy wziął telefon na kolana i wykręcił numer - Mick? Cześć, mamy dla ciebie małą propozycję. Pamiętasz Mary? No, to świetnie... chciałbyś się z nią spotkać? Sam na sam.
- Stradlin, co ty...
- Ciii..! - Hudson szturchnął mnie łokciem i wyszczerzył zęby.
- ... tylko wiesz, ona ma pewną fantazję i chcemy pomóc jej w jej spełnieniu. Co masz robić? Przyjdź za jakieś 2 godziny pod Hellhouse. Tylko nie dzwoń do drzwi, idź od razu na tył podwórka, tam powiemy ci, co masz robić. Świetnie. To jesteśmy umówieni! Dzięki, stary - odłożył słuchawkę - No, to Jagger załatwiony. Steve, za ile przyjdą przyjaciółki Mary?
- Nie jestem pewien, ale jak wcześniej dzwoniła, mówiła coś, że koło 19.
- Spoko, mamy jeszcze godzinę. Już nie mogę się doczekać!
- A co z Dash i Brack? Co jeśli zaraz przyjdą?
- Nie przyjdą. Poszły do Mety na próbę. Jak znam chłopaków, to będą grać do późna.
- Zajebiście - Rose zatarł dłonie - Teraz tylko zadzwońmy do Skid Row, może zgodzą się popilnować Jasona, Joshuę i Kelly.


     - No, dziewczyny, jak supporty Stonesów? Wszystko obgadane? - James, w przerwie między graniem utworów ze stosunkowo niedawno wydanego Mastera, a słuchaniem kirkowych riffów, otworzył piwo i usiadł z nami.
- Chyba tak. Supporty mają pomóc w promocji Appetite, wcześniej nie było jak, sam dobrze wiesz, co się działo - upiłam łyk Danielsa, którego przed wyjściem podpieprzyłam Slashowi.
- Raczej co się dzieje, Dash. Widzieliśmy wywiad w telewizji...
- Wywiad? Czy ktoś się ze mną na to umówił? Czy ktoś mnie poinformował? I najważniejsze, czy ja chciałam tego pożal się Boże wywiadu, a tym bardziej, czy zgodziłam się na publikowanie go gdziekolwiek? Eh, Lars, Loggan jest chujem...
- To prawda.
- Dobra, dziewczyny, chcecie usłyszeć nowy kawałek? - w głosie Hammetta bardzo wyczuwalny był entuzjazm. Ogromny, którego mnie akurat w tej chwili brakowało.
- No pewnie - Brack -lekko już wstawiona- klasnęła w dłonie.
- No to jedziemy!

I can't remember anything
Can't tell if this is true or dream
Deep down inside I feel to scream
This terrible silence stops me

Now that the war is through with me
I'm waking up, I cannot see
That there is not much left of me
Nothing is real but pain now

Hold my breath as I wish for death
Oh please, God, wake me

Back in the womb it's much
too real
In pumps life that I must feel
But can't look forward to reveal
Look to the time when I'll live

Fed through the tube that sticks in me
Just like a wartime novelty
Tied to machines that make me be
Cut this life off from me

Hold my breath as I wish for death
Oh please, God, wake me

- No i w tym momencie nam czegoś brakuje, tu musi być tekst, cholera - James tupnął nogą. Trochę alkoholu, wrodzony talent no i oczywiście mieszkanie z Gunsami tchnęły we mnie wenę.
- Jak tam było? Hold my breath as I wish for death 
- Oh please, God, wake me. Tak - zgodnie krzyknął cały zespół.
- To może Now the world is gone, I'm just one, oh, God, help me i znowu  Hold my breath as I wish for death, oh please, God, wake me..
Now the world is gone, I'm just one, podoba mi się. Nawet bardzo. I chyba pasuje do końcówki. Chłopaki, gramy dalej! Od drugiego Hold my breath - Hetfield wydał komendę, gitary i perkusja zabrzmiały, blondyn zaczął z ustami przy mikrofonie:

Hold my breath as I wish for death
Oh please, God, wake me

Now the world is gone, I'm just one
Oh God, help me
Hold my breath as I wish for death
Oh please, God, help me

Darkness imprisoning me
All that I see
Absolute horror
I cannot live
I cannot die
Trapped in myself
Body my holding cell

Landmine has 
Taken my sight
Taken my speech
Taken my hearing
Taken my arms
Taken my legs
Taken my soul
Left me with life in hell.

- No, no, no, nie wiem jak wam dziewczyny, ale mnie się bardzo podoba - do garażu wszedł Mustaine.
- Co ty tu robisz, Dave?
- Otóż, mój kochany Jamesie, mam sprawę. Nawet wiadomość. Ważną.
- Jaką?
- Wracam do zespołu!
- Sorry, Dave, ale chyba nie ty o tym decydujesz.
- Ale ja wracam - rudzielec odpowiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz w świecie i otworzył puszkę z piwem, stojącą na półce.
- Nie, nie wracasz, trzeba było ogarnąć sprawę z alkoholem, nie pić tyle... Teraz się kurwa wal. - Lars rzucił pałeczkami o talerze, które zabrzęczały wyjątkowo niemiło.
- Te, Ulrich, spokojnie, chciałem się dogadać.
- Po tylu, kurwa, latach?!
- Lars - Hetfield położył dłoń na ramieniu perkusisty - Stary, nie ma mowy, Kirk gra od kiedy wyleciałeś i zostanie z nami.
- Ale czy ja mówię, że on ma nie grać? Niech sobie gra, ale ja też chcę być w Metallice.
- Po 4 latach? Dave...
- Co?
- Nie żartuj sobie. Nie ma mowy, skład jest ustalony: ja, Lars, Kirk i od śmierci Cliffa - Jason i nic, NIC się nie zmienia. Dotarło?
- Pff - prychnął, wykrzywiając twarz, skrzyżował ręce i odwrócił głowę w lewo, ruszając przy tym nogą.
- Nie zachowuj się jak dziecko, Mustaine.
- Zamknij się. Co słychać, dziewczyny? - usiadł na podłodze, tuż przy nogach Brack. Lars wyszedł na zewnątrz. Wzięłam piwo i poszłam za nim, zostawiając Dave'a i Brack ze sobą, a Jamesa, Kirka i Jasona z gitarami i pewnie myślami krążącymi w ich głowach.
- Lars, co jest?
- Nic - warknął i wyrwał ramię z mojej dłoni - Wkurwił mnie - dodał spokojniej.
- Nie przejmuj się, przyszedł, pogadał i zaraz pójdzie.
- Nie chcę go w zespole, Dash. Lubię Kirka.
- James i Jason też go lubią. Wszyscy go lubimy. A Dave miał już swoją szansę, bez zgody całego zespołu James go nie przyjmie. Chodź do środka - zwróciłam się ku wejściu, chłopak złapał za rękaw mojej ramoneski.
- Nie, jeszcze nie. Zostań ze mną - poprosił. Usiadłam przy nim, posyłając mu uśmiech.

     - Dobra, koleżanki Mary są już od pół godziny, gdzie jest Mick? - lekko zdenerwowany ale i podniecony Stradlin zaczął krążyć po pokoju i palić kolejne papierosy.
- Tu jest - Rose usiadł na parapecie i pomachał Jaggerowi z otwartego okna. Tak się wychyla, oby tylko nie wypadł... Martwię się o tego idiotę, cholera...
- Axl, złaź - ...i coraz bardziej mi się to nie podoba. - Dobra, to co robimy? - zwróciłem się do chłopaków.
- Złazimy na dół, na tyły i...
- Którędy??? - spytał Adler.
- No schodami, pudlu.
- Sam jesteś pudel, debilu! - krzyknął obrażony. Posłałem mu buziaka.
- Żeby nie było żadnych podejrzeń część wyjdzie normalnie, reszta oknem.
- Izzy, jak ty do chuja chcesz zejść oknem?
- Normalnie, po drzewie - wtrącił McKagan.
- Bingo, stary!
- To ja oknem! - Duff ochoczo zerwał się z łóżka - Kto ze mną?
- Ja - Rose z uśmiechem uniósł dłoń.
- No to i ja - zgłosiłem się - Ale zaraz. Czy to dobry pomysł, żeby Steven szedł normalnie?
- Fakt... to ja idę sam, Adler z wami, oknem.
- W razie, gdybym się zabił, czy coś, to nic mojego, chuju nie dostaniesz.


     - Chłopaki, fajny ten nowy kawałek. Macie już tytuł? - zapytałam.
- W zasadzie to... tak. Mamy. One - James był dzisiaj zdecydowanie najbardziej rozmowny. Ale i Dave rozkręcił się w rozmowie z moją przyjaciółką. Wiedziałam, że zostawianie ich razem bez większej opieki może mieć złe skutki, ale Lars potrzebował pomocy. Teraz potrzebuje jej Brack. Chociaż sama pewnie jeszcze o tym nie wie. Mustaine, będący już po kilku piwach, zaczął niebezpiecznie zbliżać się do brunetki, nachylać nad jej uchem, kłaść dłoń na jej ramieniu, czy udzie. Brack się to zresztą chyba podobało. Na pewno nie wyrażała dezaprobaty, dlatego musiałam coś zrobić.
- Wiecie co, ja muszę Bracket odseparować od Dave'a, bo źle mi się to zapowiada. Jest pijana, a wtedy łatwo ją do wielu rzeczy namówić. Brack, chodź na chwilę - wychodząc z garażu pociągnęłam za sobą zapatrzoną w rudowłosego chłopaka przyjaciółkę. - No co ty robisz? - zapytałam z politowaniem w głosie. Brack naprawdę była nawalona. Izzy mnie zabije, że pozwoliłam do tego doprowadzić.
- Ale co?
- No, flirtujesz z Davem.
- Co? O czym ty mówisz?
- Brack, skarbie, podrywa cię, a ty nic z tym nie robisz. I jeszcze dałaś się upić. Przecież wiesz, że ty jesteś później podatna na różne prośby i propozycje.
- Nieprawda.
- Prawda, Brackie, niestety prawda.


     Opowiedzieliśmy wokaliście The Rolling Stones o "fantazji" Mary i o tym, że tak naprawdę tu nie o rzekomą fantazję chodzi, a o to, żeby kioskarka w końcu odczepiła się od naszego perkusisty. "Fantazja" sama w sobie spodobała mu się, choć na początku, gdy dowiedział się o koleżankach kioskarki, był raczej negatywnie nastawiony, ale po kilku łykach wódki, którą McKagan zabrał ze sobą na dwór "dla odwagi" , jakoś nie miały one dla niego większego znaczenia. Liczyła się tylko Mary. Od niedawna jego muza. Widział w tym swoją szansę. Szansę na związek, albo chociaż jakąś przygodę z kobietą, przez którą od kilku dni jego serce bije mocniej. A więc już czas, by wcielić nasz plan w życie.


    Siedziałam z przyjaciółkami w salonie Hellhouse, piłyśmy wino, w tle leciała muzyka, opowiadałam im o tym, jak bardzo mój Steven jest cudowny, jaki przystojny, romantyczny. Słuchały historii z naszego życia, również intymnego, z zaciekawieniem, prawie nie mrugając, ale za to chichocząc co chwilę. Margaret tak się wsłuchała, że kiedy chciała się napić, wylała na siebie wino. W momencie, w którym opowiadałam o planach dotyczących naszej nocy poślubnej, drzwi otworzyły się i do salonu wbiegli Gunsi i ten, cholera, Jagger albo Lennon, zawsze mi się mylą. Wbiegli dosłownie nadzy, ten rudy miał na sobie tylko kapelusz kowbojski, swoje białe kowbojki i zegarek na nadgarstku, ten wysoki, farbowany blondyn tylko, TYLKO! bandanę na głowie i kowbojki, Hammett, czy Slash (oni też mi się mylą), tylko i wyłącznie cylinder na kręconych kłakach. Nawet butów nie miał! Cała trójka miała jeszcze okulary. Nawet ten ich rytmiczny, moim zdaniem, wiecznie poważny i chyba najmądrzejszy z całej piątki, latał teraz między moją siostrą Samanthą, a jedną z przyjaciółek, Sabriną, z pewną częścią ciała całkowicie odsłoniętą, będącą ZA BLISKO ich twarzy! Nie miał na sobie nic, prócz jakiejś apaszki na szyi, podobnie jak Slash (albo Hammett) też nie miał na stopach butów. Znajomy muzyków latał tylko w jakimś prześcieradle, jakby udawał Supermana, wszystko w rytm muzyki oczywiście. No i na koniec. Steven. Steven Adler. Mój przyszły mąż, ojciec moich dzieci. Miał na sobie tylko biały podkoszulek z siatki... Podnieciło mnie to strasznie i gdyby nie przyjaciółki i reszta muzyków, zapewne byłoby gorąco. Może cała sytuacja nawet by mi się podobała, gdyby nie to, że Steve prawie wcale przy mnie nie latał, Pan Superman natomiast ciągle epatował przed moimi oczami swoim przyrodzeniem i ciałem tak chudym, że było widać żebra. Cała szóstka wymachiwała ciałami w rytm muzyki, która zmieniła się ze spokojnej na skoczną, a z ich gardeł wydobywały się słowa lecącej w tej chwili piosenki oraz dzikie okrzyki. Drzwi Hellhouse ponowne się otworzyły i do domu weszły Dash McRivery i trochę nietrzeźwa Bracket Elen. Gdy już dotarło do nich, co się dzieje, na ich twarzy zagościło zdziwienie, przegonione prawie natychmiast najpierw grymasem, później zaś wybuchem śmiechu. Oczywiście tylko Adler wczuł się taniec tak, że mimo iż muzyka ucichła i wszyscy przestali się wygłupiać, on dalej podskakiwał z rękoma w górze, śpiewając "Livin' on a Prayer" Bon Jovi
- Ooh, we're half way there! Whoah, livin' on a prayer.. Take my hand.. - przycichł nieco, gdy w końcu odwrócił się przodem do współlokatorek i zobaczył ich miny - ...and we'll make it, I swear, ooh... Dlaczego tylko ja śpiewam? - wydukał cieniutkim i cichutkim głosikiem, takim, jakim wyśpiewał ostatni wers. Patrząc na kolegów, postanowił pójść ich śladem i zakryć przyrodzenie, niestety tylko dłońmi. Ani on ani Izzy, nie byli w tak dogodnej sytuacji jak reszta, Axl zakrył się kapeluszem, Kudłaty podobnie, żyrafa w blond kłakach zdjęła z głowy bandanę i jako tako przysłoniła to miejsce, Jagger natomiast zakrył się prześcieradłem cały. Nie mam pojęcia co ich tak zawstydziło, przecież jeszcze chwilę temu bez żadnego skrępowania wywijali przed nami każdą częścią ciała, teraz nagle speszyli się i czerwony rumień przykrył ich policzki.
- Chodź na górę, musimy porozmawiać - blondynka wskazała basiście schody, uśmiechając się przy tym do przyjaciółki, przygryzając wargę i unosząc chwilowo brwi. Gdy byli już na schodach i szła za chłopakiem, klepnęła go w tyłek. Odwrócił się zmieszany - Sorry, musiałam kochanie!
- Dzięki, czuję się jak tancerka go-go...
- Poczułbyś się, gdybym ci zapłaciła... Niestety, nie mam gdzie ci tej kasy włożyć - zachichotała.

     Późnym wieczorem, właściwie to koło 22, kiedy Mary jeszcze gościła swoje przyjaciółki, postanowiłem wyciągnąć Dasshy na dwór. No, i chciałem zapalić. Przemknęliśmy przez salon, podpieprzyliśmy jedno otwarte, ledwo zaczęte wino kobietom goszczącym w naszym domu i wyszliśmy na zewnątrz. Na schodach pod domem siedzieli już Izzy i Bracket. Dziewczyna wtulała się w rytmicznego i miałem wrażenie, że zaraz zaśnie w jego ramionach. Nawet jeśli miało się tak stać, to skrzypnięcie drzwi ją ożywiło.
- Sorry, Brack, ale sama wiesz, że te drzwi...
- Wiem, spoko.
- Jak się czujesz? - Dash z troską zapytała przyjaciółkę.
- Łeb mnie napierdala - jęknęła, przymykając oczy.
- Tak to jest, kochanie, jak się pije z Metalliką, a później siedzi na "wieczorze panieńskim przyszłej żony Popcorna".
- Zamknij się - klepnęła Izziego w udo - Nawet fajne ma te koleżanki - wszyscy, oprócz brunetki wybuchliśmy śmiechem - Co?
- Nic, Brackie. Izzy, palisz? - zapytałem, wyciągając Marlboro z kieszeni koszuli.
- Jasne, dzięki.
- Ej, który dzisiaj?
- Coś koło dwudziestego...
- To Saul ma niedługo urodziny! - Dash wzięła kilka łyków wina - Robimy imprezę!
- Pomyślimy, kochanie - uniosłem twarz ku górze, by wypuścić dym z ust, a później zabrałem blondynce butelkę i upiłem kilka, czy kilkanaście łyków - Brack, Mary zadowolona z występu? - zapytałem z zacieszem.
- Raczej wątpię. Gdyby Steve jej zatańczył sam, na pewno byłaby w niebo wzięta. Ale to Mick kręcił jej przed twarzą tyłkiem i nie tylko... - zaśmiała się krótko, a później złapała za głowę. Później siedzieliśmy w prawie absolutnym milczeniu, tylko Izzy co jakiś czas szeptał coś brunetce do ucha, wywołując tym jej szeroki uśmiech.
- Duff, wracamy? Zimno mi - blondynka wtuliła się bardziej w moje ramiona, ucałowałem jej czoło i przytaknąłem.
- Stradlin, idziecie?
- Nie, zostaniemy jeszcze trochę.
- Okej - wstałem.
- McKagan...!
- Co?
- Zostaw nam wino, co?
- Skoro prosisz - postawiłem butelkę przy nodze Izziego i pomogłem wstać blondynce.
- I fajki.
- Masz - rzuciłem paczkę rytmicznemu. Otworzyłem drzwi przed blondynką i weszliśmy do środka.


     Gdy weszliśmy do Hellhouse wgłąb naszych uszu i umysłów przebiły się delikatne, ciche dźwięki I have nothing* Whitney Houston.
Share my life, take me for what I am...

Duff złapał mnie delikatnie i zaczęliśmy tańczyć. Oparłam głowę na jego ramieniu i zamknęłam oczy, wsłuchując się całkowicie w tekst utworu. 
...Cause I'll never change all my colors for you
Take my love, I'll never ask for too much
Just all that you are and everything that you do...

Przetańczyliśmy całą piosenkę, a kiedy się skończyła basista musnął moje usta i zaniósł mnie na górę do sypialni, gdzie całkiem miło spędziliśmy noc.


     Ale ten Slash ma ciało! Wiadomo, ja mam lepsze. Najlepsze, ale na Hudsona mógłbym patrzeć godzinami. Tylko może bez Mary. I bez jej koleżanek. No i jeszcze bez Bracket i Dash i reszty Gunsów. Położyłem się na łóżku i sięgnąłem do szuflady po zdjęcie Saula. Schowane głęboko, żeby nikt się na nie nie natknął. A już na pewno nie on. W głowie ciągle mam ten pocałunek spod Rainbow. A w ustach smak wódki zmieszanej z Danielsem. To ciągle do mnie wraca. Slash jest tak blisko, a ja wciąż za nim tęsknię. 


     Obudziłam się przed Duffem i kiedy chciałam wyciągnąć swoje jeansy spod jeansów McKagana wiszących na oparciu krzesła, z jego spodni wyleciała torebeczka.
- Kurwa... - zaklęłam cicho, ale basista zaczął się przebudzać. Niewiele myśląc schowałam woreczek w dłoni.
- Cześć, kochanie - usłyszałam za sobą. Odwróciłam się przez ramię i uśmiechnęłam przelotnie.
- Hej, Duffy. Idę do łazienki - wyszłam z pokoju. W łazience puściłam wodę i czekając, aż naleci jej wystarczająco dużo, siedziałam na brzegu wanny wpatrując się w torebeczkę, którą przewracałam w palcach niedowierzając - Kurwa, znowu wrócił do tego gówna? Niemożliwe, zorientowałabym się przecież... - mówiłam do siebie. - Cholera! - Pisnęłam. Jeszcze chwila i zalałabym łazienkę, albo i całe Hellhouse. Odłożyłam woreczek do kieszeni spodni, rozebrałam się i zanurzyłam w gorącej wodzie. Chciałam utopić w niej myśli. 

____________________________________________

Ostatni raz! Ostatni raz piszę tak krótki rozdział. Przysięgam. (Tak, piszę to dzisiaj drugi raz, miałam małe problemy z zapisaniem całości... Nieważne. Nie pamiętam co tu pisałam ;/) Przepraszam, że tyle czekaliście i pewnie ten rozdział nie będzie dla was wynagrodzeniem, jest chujowy, nie oszukujmy się (no chyba, że się mylę? Jestem negatywnie nastawiona, bo połowę musiałam pisać jeszcze raz -.-). Gdybym miała jeszcze ten tydzień ferii, rozdział na pewno byłby dłuższy, ale nie, musiałam przepieprzyć całe dwa tygodnie. Nie potrafiłam się zabrać do pisania. Ciężko po takim czasie, w końcu pół roku to... dużo. Nie chciało mi się czytać i przypominać ostatnich rozdziałów, przez to nie miałam pojęcia co pisać, jak zacząć...

Dzięki za pisanie do mnie na gg (Lili :] - możliwe, że ktoś jeszcze, ale no, pół roku, nie pamiętam), gdyby nie to, pewnie wcale bym się do pisania nie zabrała. Na komentarze, które w ostatnim czasie dodawaliście pewnie już nie odpiszę, ale miło, że ciągle o mnie pamiętacie. :3 

Zmieniam absolutnie zdanie na temat mojej klasy! Jest najlepsza! ♥ Nie zamieniłabym jej na żadną inną. Tym bardziej, że jest w niej mój chłopak - kochany, to tak na marginesie (wcale się nie podlizuję, co z tego, że prawdopodobnie to zobaczy ;D) ♥

* Wiem, że I have nothing pochodzi z filmu Bodyguard (Kevin Costner ♥), czyli powstała we wczesnych latach '90, a jesteśmy w roku chyba '87, ale uwielbiam ją i pamiętam, że podczas jej słuchania wpadłam na pomysł tego wieczoru panieńskiego (no albo jakoś tak, w każdym razie słuchałam jej, pisząc akurat ten fragment) i po prostu nie mogłam, musiałam ją tutaj wpieprzyć i zrobić romantyczną scenkę! :D

Dobra, koniec, bo to zaraz będzie dłuższe niż cały rozdział -.- Aa! Nie! Jeszcze coś. 
Duff i Axl mieli niedawno urodziny! 49 i 53, jeśli umiem liczyć :D Noo, to ja chciałabym im życzyć (szkoda, że nigdy się o tym nie dowiedzą) wielu sukcesów, wydania świetnych płyt, grania genialnych koncertów (również w Polsce, tylko błagam, na litość boską gdzieś, gdzie będę mogła pojechać no) no i oczywiście reaktywacji najlepszego składu GN'R!  ♥♥♥

Duff ♥


Axl ♥


No i obaj panowie ♥


I jeszcze jedno :D 


I jeszcze :D 


Mogłabym wstawić tysiąc zdjęć i obrazków z nimi, ale może lepiej już się ogarnę XD 

No i jak zawsze na koniec 
 jeśli przeczytałaś/-eś tę notkę, proszę zostaw komentarz, opinię, jakiś znak, COKOLWIEK! Obserwuj.To motywuje.. i miło jest przeczytać coś na temat tym moich wypocin. Więc wiecie, co robić :). 



Peace,
Dash

A tak w ogóle to take me down to the Paradise City! 

piątek, 12 września 2014

Permanent vacation? No chyba nie.

Wakacje się skończyły, wraz z nimi skończył się czas na siedzenie na blogu, wychodzenie wieczorami i chęć na życie, bo kurwa nie wiem, jak Wy, ale ja już mam dość. 32 osoby w klasie. Nowa szkoła. Ludzie w grupkach. Mają wspólne tematy. Nie mam o czym rozmawiać, bo nie chcę się im wpierdalać. Prawie wszyscy w klasie są z jednej szkoły (tylko nie ja - oczywiście. To jest ten mój jebany brak szczęścia! :/) Jedyny plus - wiele osób z klasy słucha rocka/metalu. :D
Postaram się pisać rozdziały. Wieczorami. W weekendy. Bo w tygodniu nie mam czasu i jestem zbyt zmęczona..
A tymczasem - trzymajcie się, czytajcie, czekajcie na rozdział...
Peace,
Dash

środa, 27 sierpnia 2014

R.58

ROZDZIAŁ 58

     - Że co? Jagger powiedział, że Mary jest piękna?
- Powiedział, że mam piękną matkę - sprostował Steven.
- I powiedział, że ty i Duff macie szczęście, bo tak śliczne i mądre kobiety, jak ja i Dash, są waszymi dziewczynami.
- No i miał rację, skarbie - Izzy, który opanował właśnie śmiech wywołany wiadomością, iż Mary jest piękna, objął mnie i pocałował - W ogóle ślicznie wyglądacie, kurwa, naprawdę ślicznie!
- Dziękujemy.
- No akurat nie mówiłem o tobie, Mary... - oznajmił i wszyscy prócz kioskarki wybuchliśmy śmiechem.
- Wypiłbym coś jeszcze.
- Slash, przecież idziemy do Rainbow.
- Co ty gadasz, Duffy?
- No.
- Zapomniałem, myślałem, że już wracamy do... - zamilkł - do... - ponownie zamilkł, pstryknął palcami i podjął kolejną próbę - do, no... Axl, jak się nazywa to, gdzie, a już wiem! Hellhouse!
- No, i ty chyba już wracasz do Hellhouse, Saul...
- Dlaczegooo? - Slash bezradnie rozłożył ręce.
- Bo - zaczął Rudy - średnio kontaktujesz, nawet nie wiesz, gdzie mieszkamy...
- Przypomniałem sobie, że w Hellhouse! I ja, kuźwa, idę się napić! - wchodząc do Rainbow, zahaczył nogą o stopień przy wejściu - Kurwa! Kto to tu postawił?
- Chodź Slash, chodź. I nie krzycz - wokalista zaprowadził gitarzystę do naszego, już stałego stolika, poszliśmy za nimi, McKagan poszedł po wódkę, Danielsa i o wyproszonego przez Adlera Nightraina.
- Slash nie chce tu. Slash chce pod bar - Hudson zaczął mówić o sobie w trzeciej osobie, Rose westchnął.
- Dobra, chodź.
- Jestem - basista postawił trzy butelki na stole - szklanki mam zaraz doniosą. A oni gdzie? - wskazał na Rudego i Mulata i usiadł przy blondynce, palącej papierosa. Poszli do baru, bo Slash chciał, a Rose chyba boi się go samego zostawić powiedziałam. Duff zabrał dziewczynie papierosa, spoglądając karcąco - Nie pal, kochanie.
- Dlaczego?
- Bo nie chcę, żebyś psuła sobie zdrowie.
- Oj, Mike - uśmiechnęła się i musnęła jego usta.
- Co? Przecież masz być matką moich dzieci.
- Dash, jesteś w ciąży?! - aż wstałam. Kurde, mój głos jakoś dziwnie zapiszczał, cholera. Blondynka zaczęła się śmiać i szturchnęła blondyna, który natychmiast odpowiedział:
- Jeszcze nie jest, ale kiedyś... prawda, mała?
- Prawda - uśmiechnęła się i przytuliła do basisty - Ale wypić i tak muszę!

     - Axl, wiesz co? Masz, kurde, fajne nogi, skubańcu.
- Dzięki, Saul - uśmiechnąłem się delikatnie, Slash zamówił kolejną setkę, a później Danielsa z lodem. Odwrócił twarz w moją stronę i szeroko się uśmiechnął - Co? - zapytałem zmieszany.
- Nic, rudzielcu, nic. Przypomniało mi się coś.
- Co?
- Ty - uśmiech nie schodził mu z twarzy i gdyby nie kolczyk, połyskujący w nosie Mulata, byłoby widać tylko jego zęby, bo loki zakrywały pół twarzy, w tym oczy. Odgarnął niesforne włosy do tyłu, ale nie zostały tam długo - Przypomniało mi się, jak słodko spałeś, jak aniołek, kurczę - mogę przysiąc, że przez ciemne loki chłopaka, widziałem jak świecą mu się oczy. Poczułem motyle w brzuchu i ciepło, przepływające przez moje ciało.

     - Kochanie, ja idę - Mary pocałowała Popcorna w policzek i aż dziwne, że perkusista nie warknął czegoś pod jej adresem, spojrzał tylko na chłopaków, uśmiechając się.
- Do jutra, Mary.
- Co?
- No mówiłaś, że przyprowadzisz przyjaciółki, miałem je poznać.
- Ah, tak. Cieszę się, że jednak chcesz to zrobić, pa, skarbie. Cześć, dzieciaki.
- Cześć - odpowiedzieliśmy, szepnęłam do Duffa - O co chodzi?
- Ale z czym?
- No, Steve nie wyglądał na przybitego, wręcz przeciwnie, uśmiechnął się, był miły.. W stosunku do MARY.
- Nie wiem, o czym mówisz, kochanie. Zachowywał się normalnie.
- Co wy knujecie?
- Nic - odpowiedział i upił kilka łyków Danielsa.

     Wyszłam z Rainbow, czy jak tam nazywa się to miejsce. Ta noc jest idealna, by pójść do domu spacerkiem.
- Mary - usłyszałam za sobą.
- Lennon?
- Gdzie?! - mężczyzna nerwowo rozejrzał się wokoło - Widziałaś ducha Johna Lennona?
- Słucham?
- No, powiedziałaś Lennon, a przecież John nie żyje od 8 lat.
- A bo mi się pomyliło, jesteś ze Stonesów, a nie z Beatlesów...
- Ja nawet nie jestem podobny do świętej pamięci Lennona, ale nieważne - machnął ręką, uśmiechając się - Czekałem pod Rainbow, aż wyjdziesz. Już miałem odpuścić, ale się pojawiłaś..!
- Możesz mi przypomnieć swe imię, złotko?
- Mick - odpowiedział z lekką irytacją zmieszaną z niedowierzaniem.
- A! Jagger! - jak dobrze, że ostatnio w radiu przedstawiali sylwetki Stonesów.
- Tak! Pozwolisz, że odprowadzę cię do domu, piękna kobieto...
- Jeśli musisz - wzruszyłam ramionami.

     - Slash - szarpnąłem ramię przyjaciela.
- Ciii, Axelku, cichutko, Slashuś zasypia - znowu mówił o sobie w trzeciej osobie, tym razem strasznie bełkotał. Wstałem od baru i podszedłem do stolika, przy którym siedziała reszta.
- Co jest, Rose? - Izzy oderwał się od ust brunetki.
- Wracajmy już do domu.
- Jestem za. Dash mi tutaj chyba zaraz zaśnie... co, mała? - McKagan przejechał kciukiem po policzku przysypiającej blondynki.
- Uhmm - mruknęła, zatrzęsła się lekko i wtuliła mocniej w ramię chłopaka. Przykrył ją swoją ramoneską.
- Axl, to ogarnij Hudsona i idziemy.
- Adler, żeby to było takie łatwe...
- Użyj całego swojego uroku, rudzielcu.
- Spróbuję - odszedłem od stolika, zostawiając przyjaciół z resztkami Danielsa i wódki. Gdy podszedłem do baru, Slash już pochrapywał. Jedna ręka zwisała swobodnie tuż przy kolanie chłopaka, a na drugiej, leżącej na blacie, spoczywała głowa Mulata - Saul. Kurde, Saul, wracamy do domu - szarpnąłem nim. Odpowiedziało mi głośne chrapnięcie. Bezradny odwróciłem się i spojrzałem na przyjaciół - Chodź tu ktoś!
- Już idę, sieroto - Izzy podszedł do mnie i Slasha - Co? Nie możesz go obudzić?
- Dlaczego? Niee, po prostu chciałem kogoś upić i zaciągnąć do kibla. Myślałem, że przyjdzie któraś z dziewczyn, ale przylazłeś ty i nici z bzykania...
- Heh, zabawne.
- Po co się głupio pytasz? - burknąłem.
- Spokojnie. Ej, Axl, zaraz go obudzę. Jerry - zwrócił się do podstarzałego barmana - szklankę wody, poproszę. Dzięki - uniósł głowę gitarzysty, pociągając go za włosy - Śpisz, Hudson? - zapytał nad uchem Mulata. Nie usłyszał odpowiedzi. Pociągnął loki mocniej i chlusnął wodą w twarz chłopaka.
- C-co-co do diabła?! - Hudson łapał powietrze, jakby dopiero się wynurzył. Przetarł twarz i z przerażeniem spojrzał na mnie i Stradlina. Po chwili w bezruchu, odsunąłem się od rytmicznego i wskazałem go palcem, Saul wymamrotał:
- Nie żyjesz, Izzy.

     - Tutaj mieszkam.
- Nie zaprosisz mnie na herbatę? - Mick szepnął, obejmując mnie w pasie, udałam, że się zastanawiam.
- Yhm, nie, nie sądzę.
- Dlaczego? - wymruczał i przejechał językiem po moim policzku. Odepchnęłam go, zachwiał się lekko.
- Biorę ślub! Co ty myślisz? Że jak biegasz po scenie, bo jesteś jakimś tam Stonesem, to możesz mi się wpychać do łóżka?!
- Chciałem tylko pogadać przy herbacie...
- Tak się zaczyna. A ja Stevena nie zdradzę.
- Z tego, co mówił, to nie jesteście razem - zdenerwował mnie. Jak może tak mówić? Uderzyłam go w twarz. - Za co? - dotknął policzka, a na twarzy pojawił się grymas bólu.
- Idź już.
- Dlaczego?
- Idź!
- Dobrze, jeśli... tego chcesz. Dobranoc, Mary.

     Wyszliśmy z Rainbow prawie ostatni, za nami szedł już tylko Izzy. Slash ledwo wytoczył się z baru, schodząc po schodach, wleciał na moje plecy.
- Oj, przepraszam, Axl.
- Nic się nie stało.
- Wiecie co? - Stradlin wpatrywał się w coś za budynkiem - Poczekajcie chwilę na mnie - ruszył na tyły Rainbow. Kiedy chciałem podejść do reszty, Slash złapał mnie za rękę i pociągnął do siebie. Odwrócił mnie, zacisnął palce na mojej rozpiętej kurtce...
- Axl... - ...wyszeptał i wpił się w moje usta. Zatrząsłem się, kolana się ugięły, przed oczami zawitały czarne punkciki, a po całym ciele przebiegł dreszcz. Slash odkleił się od moich ust, a ja dopiero po chwili odważyłem się otworzyć oczy. Cały nasz pocałunek trwał zapewne niedługo, ale dla mnie trwał prawie wieczność. Ujrzałem twarz Mulata, jego ciemne loki słodko opadały na czoło i oczy, kolczyk w nosie połyskiwał w świetle księżyca. Chłopak uśmiechnął się delikatnie, przelotnie musnął moje usta i odszedł.

     - Joshua, co ty tutaj robisz o tej godzinie?
- Mama przyjmuje dzisiaj trzech klientów naraz, nie chcieliśmy na to patrzeć, a jeden z nich, nie wiem, z pięćdziesiąt lat chyba ma, zaczął się dowalać do Kelly. Zamknął się z nią w pokoju, ledwo udało mi się tam wejść i młodą zabrać... - pociągnął nosem i spojrzał w lewo.
- Jesteś tu z siostrą?
- Tak. Przysypia tam - wskazał palcem na dziewczynkę, leżącą przy ścianie - Kelly, chodź tu, poznam cię z kimś - zawołał. Mała szatynka z dużymi oczami podeszła nieśmiało i spojrzała na mnie nieufnie.
- Cześć, jestem Izzy - przykucnąłem i z uśmiechem wyciągnąłem dłoń w stronę dziewczynki, powoli podała mi rękę i kątem oka spojrzała na brata.
- Josh, a ten pan nie jest zły? - szepnęła, Joshua się zaśmiał.
- Nie, mała. On jest dobry. I pomocny.
- Wracacie dzisiaj do domu?
- Nie wiem, matka pewnie śpi z klientami, pijana. Kiedy się obudzą, będzie kłótnia, znowu będzie ich wyganiać, a oni będą się sprzeciwiać. Z tą trójką zawsze tak jest. Nie pierwszy raz są u nas w domu i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek czegoś nie odjebali.
- Josh, zimno mi - Kelly skrzyżowała ręce. Nastolatek zdjął kurtkę i założył ją siostrze, która chwilę później przytuliła się do brata, opierając głowę na jego brzuchu.
- Wiecie co, mam małą propozycję.

     - Gdzie ten Izzy? Musimy jeszcze pójść po Jasona do Metalliki - Dash odsunęła się od McKagana.
- Nie będziemy na niego czekać, idziemy po małego, a wy tu zostaniecie i wrócicie do domu z Izzym.
- Ej, a jak oni już śpią?
- Niemożliwe. Lars pewnie ogląda TV. Chodź, kochanie - Duff splótł dłoń z dłonią blondynki i odeszli.

     - Myślisz, że się zgodzą? - zapytał Josh.
- Tak. Słuchaj, to świetni ludzie. I lubią dzieci. Brat naszej przyjaciółki, Dash, zostawił u nas czteroletniego synka. Dwójka kolejnych dzieci nie będzie im przeszkadzać.

     - Siema, Lars - drzwi otworzył nie kto inny, jak perkusista - widzisz, Dash, mówiłem, że Lars pewnie ogląda TV - zmierzwiłem włosy kolegi.
- Cześć, dopiero wróciliście z tej kolacji?
- Nie, siedzieliśmy jeszcze w Rainbow, żeby to uczcić.
- Siema - za plecami Ulricha z dłonią w kieszeni i puszką coli przy ustach mignął nowy członek zespołu, Jason Newsted.
- Hej - Dash pomachała chłopakowi, który usiadł na kanapie.
- Lars, zaraz będzie powtórka tego horroru o zombiakach.
- Spoko.
- Lars, kochanie, bo my w sumie przyszliśmy po Jasona...
- Po mnie? - Newsted wyszczerzył zęby, blondynka odwzajemniła uśmiech.
- Noo, nie koniecznie. Po małego Jasona. Grzeczny był?
- Jak zawsze, anioł nie dzieciak. Po cioci zresztą.
- Po cioci? Lars, przecież Dash, to diabeł wcielony - zaśmiałem się, Dasshy spojrzała na mnie, odwracając powoli głowę...
- Sssss - ...i syknęła groźnie, pokazując przy tym białe ząbki i zabawnie marszcząc nosek.
-  Ojej, jaka groźna, niebezpieczna..! - chwyciłem twarz dziewczyny w dłonie i nachyliłem się, by ją pocałować.
- Ugryzę cię!
- Hm - przymknąłem oko i udałem, że coś kalkuluję - trudno! - pocałowałem blondynkę - Ha! Nie ugryzłaś!
- Nie zdąrzyłam. Poczekaj tylko, aż wrócimy do domu.
- Uu, groźba.
- Ostrzeżenie, skarbie - musnęła moje usta - Jason śpi, nie?
- Nie śpię!
- Nie ty, debilu - Lars przejechał dłońmi po twarzy i zachichotał - Śpi. Myślę, że nie powinniśmy go budzić. Wracajcie do Hellhouse, wyśpijcie się, a my go jutro podrzucimy.
- Na pewno? To nie kłopot?
- Dash, jaki kłopot? Sama przyjemność, James jest wprost zapatrzony w małego, cały wieczór się z nim bawił.
- Świetnie, dzięki, Lars - Dash pocałowała perkusistę w policzek, odciągnąłem ją delikatnie do tyłu.
- No, już, kochanie, starczy, dzięki, Lars - poklepałem go po ramieniu - zbieramy się, cześć.

     - Ludzie, chcę wam kogoś przedstawić - orzekł Izzy, wszyscy unieśliśmy głowy i z zaciekawieniem spojrzeliśmy na rytmicznego - Dzieciaki, chodźcie - zachęcił i zza budynku ostrożnie wyłonili się nastoletni chłopiec i mała dziewczynka, Steven natychmiast się z nimi przywitał, uraczając niepewne istoty swoim sławnym, uroczym zacieszem, szybko znaleźli kontakt, szczególnie małej dziewczynce Popcorn przypadł do gustu. I vice-versa - Będą dzisiaj u nas spać.
- Izzy, o co chodzi? Co to za dzieci? - szepnęłam.
- Spokojnie, kochanie, to Josh i jego siostra, Kelly. W domu wam wszystko wytłumaczę. Jutro, bo chcę, żeby wszyscy byli przy tej rozmowie.
- Mam tylko nadzieję, że to nie twoje dzieci - zaśmiałam się, Izzy splótł nasze dłonie.
- Kochanie, na pewno nie moje. Za młody jestem, żeby mieć tak duże dzieci, młody ma piętnaście lat, a piętnaście lat temu nie było mnie jeszcze w LA. No i jak dzieci, to tylko z tobą, skarbie - pocałował mnie - To co ekipo, wracamy do Hellhouse!

     Wracając, postanowiliśmy połazić jeszcze po mieście. Koło 2 byliśmy już w domu, wszyscy spali, więc my też się położyliśmy.

     Jezu, to był chyba najbardziej nietrzeźwy pocałunek w moim życiu. I jeden z ulubionych, choć poczułem wódkę zmieszaną z Danielsem, gdy tylko nasze usta się spotkały i pewnie przeszło na mnie kilka procentów z ciała Saula. I tak chciałbym to powtórzyć. Ale teraz Slash śpi u siebie, a jutro pewnie nawet nie będzie pamiętał o tym, co się stało. I będzie się ze mną kłócił, że to nie prawda, że zmyślam, albo mi się przyśniło...

     Cholera, nie mogę zasnąć, coś mnie niepokoi, nie wiem co. Siedziałem na dole z 15 minut i piłem. Wodę. Tylko. Kiedy wracałem z kuchni, idąc po schodach, usłyszałem, że Dash z kimś rozmawia. Trochę zdziwiony, bo w końcu jest 2 w nocy, pospiesznie wszedłem do pokoju i spojrzałem na dziewczynę. Leżała na plecach i jakby wpatrywała się w sufit. Miała jednak zamknięte oczy. Pomyślałem, że gada przez sen. Wróciłem do łóżka i siedząc, przysłuchiwałem się dziewczynie, wpatrując się w nią. Dopiero po czasie zorientowałem się, że to co mówi, to jakby odpowiedzi. Odpowiadała komuś. Tylko komu?
- Nikt nie chciał tego zrobić. To był wypadek. Ale to nie twoja wina. To był wypadek – mówiła półgłosem, ciężko przy tym dysząc. Przestraszyło mnie to trochę.
- Dash, mała, co ty gadasz? – zapytałem, kładąc dłoń na jej ramieniu – Z kim rozmawiasz?
- Duff..! – powiedziała głośniej – Ona tu jest – dokończyła szeptem.
- Co? Ale o czym ty mówisz, kochanie?
- Ona tu jest – powtórzyła, zwracając twarz w moją stronę, jakby nie chcąc, by to coś, a może raczej ten ktoś, ją usłyszał.
- Kto?
- Julie.
- Skarbie, to niemożliwe, to dziecko zginęło. Nie możesz z nią rozmawiać.
- Nie Duff... to możliwe. Ona żyje. Jest tu.
- Gdzie? – no dobra, zaczynam się naprawdę bać. Moja dziewczyna wariuje. To co mówi, nie jest normalne. Zacząłem nerwowo rozglądać się po pokoju, ale niczego, a już na pewno nikogo nie widziałem.
- Stoi nade mną.
- Co... Dash, tu nikogo nie ma.
- Jest. Julie. Stoi tu, patrzy na mnie. Mówi, że ten wypadek to jej wina, Duff.
- Dash, tu nikogo nie ma – powtórzyłem nieco zdenerwowany.
- Boi się, że spotka ją za to kara. Duff, powiedz jej, że to nie jest jej wina.
- Dash, tu nikogo NIE MA. Rozumiesz?
- Ona tu jest. Czuję jej obecność. Powiedz, że ty też to czujesz. Stoi obok ciebie.
- Co?! – odwróciłem się wystraszony. Znowu nikogo nie było – Dash, to nie jest śmieszne, przestań. Jesteśmy tu sami. Nie ma Julie. Pochowali ją. Dash, jej NIE MA! – podniosłem głos. Blondynka wstała z łóżka i idąc powoli w stronę drzwi, znowu rozmawiała z dziewczynką.
- Chodź, tutaj nie możemy rozmawiać. Duff mówi, że cię nie ma. Nie słuchaj go… Ale nie denerwuj się i nie płacz, ja mu wszystko wytłumaczę, uwierzy – mówiła.
- Dash, wracaj do łóżka. Słyszysz? – McRivery nie zwracała na mnie uwagi. Wstałem i podszedłem do niej – Kochanie, chodź – złapałem ją w pasie - Tu naprawdę nikogo nie ma, kładź się spać.
- Nie. Dlaczego kłamiesz? Próbujesz mi wmówić, że Julie nie żyje. Ale Ona tu jest, no, nie słyszysz jej?
- Nie – spojrzałem jej w oczy - Dash, wracaj do łóżka.
- Stoi obok ciebie. Chce złapać cię za rękę  – oznajmiła chłodnym głosem. Przeszedł mnie dreszcz.
- Dash, to naprawdę nie jest śmieszne, rozumiesz? Przestań.
- Ale ona tu jest.
- Przestań!
- Ale...
- Przestań – znowu zaczęła nerwowo oddychać, chwyciłem ją mocno w ramiona – Przestań... uspokój się. Dash, spokojnie – ucałowałem jej czoło – Chodźmy spać – wróciliśmy do łóżka. Długo nie mogłem zasnąć, w przeciwieństwie do Dasshy, która usnęła prawie natychmiast. Myślałem o tym, co miało miejsce. Przecież w pokoju, oprócz nas nikogo nie było, a dziewczyna gotowa była wyjść za kimś z pokoju. Nie wierzę w duchy, ale teraz naprawdę się boję. Boję się o Dash.

     Wstałam rano z bólem głowy i zmęczona, jakbym nie spała w ogóle i to z dwie doby. Było mi strasznie zimno, założyłam bluzę McKagana i zeszłam na dół. W salonie ktoś siedział na kanapie. Ale nie był to ani Izzy, ani Slash, a już na pewno nie Axl czy Steven. Podeszłam powoli do przodu, chłopak odwrócił głowę i spojrzał na mnie. To był dzieciak! Tylko skąd?
- Co ty robisz w Hellhouse?
- Izzy mnie tu przyprowadził... i moją młodszą siostrę, mamy problemy w domu - spuścił głowę, usiadłam obok niego.
- Jakie problemy? - zapytałam. Uniósł głowę i spojrzał na mnie oczami, przepełnionymi już łzami, położyłam dłoń na jego ramieniu i wysłuchałam historii.

     Schodząc na dół, usłyszałem za sobą cichutki głosik. Odwróciłem się i ujrzałem Kelly.
- Jestem głodna.
- Głodna? Hm, to może pójdziemy z twoim bratem na pizzę, co ty na to?
- Tak! Pizza! - dziewczynka zaklaskała w dłonie, uśmiechnąłem się i wyciągnąłem rękę w stronę dziewczynki.
- No to chodź - na dole Dash rozmawiała z Joshuą.
- A więc to twoja siostra. Cześć, jestem Dash - blondynka pochyliła się przy dziewczynce i wyciągnęła dłoń - A ty pewnie jesteś Kelly... - mała z uśmiechem pokiwała głową.
- Idziemy na pizzę, ktoś chętny?
- Ja!
- Ciebie Josh, i tak byśmy wzięli - zmierzwiłem włosy chłopaka.
- Ja bym się przeszła, ale muszę poczekać, aż - McRivery przerwał dzwonek do drzwi, otworzyła je - O, właśnie na nich. Cześć James, dzięki że go przyprowadziłeś - wzięła bratanka na ręce.
- Nie ma sprawy, to super dzieciak!
- To prawda. Jason, a skąd ty masz taką fajną bluzę, hm? - zapytała, widząc siwą bluzę z logiem Metalliki.
- Dostałem od wujków.
- Ah, dostałeś od wujków - spojrzała na Hetfielda i uśmiechnęła się.
- Taki mały prezent - wokalista odwzajemnił uśmiech.
- Jas, a podziękowałeś?
- Podziękował, przecież to grzeczny chłopak.
- Chcesz iść do Stevena? - zapytała, widząc, jam młody patrzy w stronę moją i rodzeństwa. Jason pokiwał głową - To zmykaj.

     - Dzięki, James.
- Daj spokój, nie masz za co.
- Mam. Pilnowaliście Jasona, no i dostał od was bluzę, na marginesie - świetną! Też taką chcę.
- Załatwię, obiecuję - uśmiechnął się.
- Dzięki.
- A wy się chyba gdzieś zbieracie...
- Tak, na pizzę... Może chcesz się z nami zabrać?
- Z chęcią, ale muszę wracać do domu, robimy próbę. Pierwszą z Newstedem.
- Jasne. Dzięki jeszcze raz - pocałowałam go w policzek - wpadajcie częściej, ostatnio rzadko do nas przychodzicie.
- Dobra, będziemy wpadać. Cześć wszystkim - krzyknął - Pa, Dash - dodał i wyszedł.
- Jason, kochanie, jesteś głodny? Idziemy na pizzę.

     - Cześć, Saul - uśmiechnąłem się na widok Slasha, wynurzającego się z pokoju.
- Hej, rudzielcu - odpowiedział, przecierając oczy i cmoknął mnie w policzek, czyniąc mnie jeszcze bardziej szczęśliwym - Ale mnie łeb napieprza...
- Dziwisz się? Byłeś tak pijany, że w Rainbow, zasnąłeś z głową na blacie.
- Serio? - zrobił wielkie oczy, po czym zasyczał z bólu i złapał się za głowę - Nie pamiętam. Zjadłbym coś.
- Zjesz jajecznicę?
- Z chęcią.
- Ja też. To weź zrób!
- Zabawne, kurwa, zabawne - pokazałem mu język - Dlaczego ja? - zapytał.
- Bo tobie to lepiej wychodzi, maleńki.
- Wcale nie maleńki! - oburzył się, cmoknąłem w jego stronę - dobra, zrobię jajecznicę - poczłapał do kuchni. Usiadłem na kanapie, tuż przy Duffie, pijącym colę z puszki.
- Co tam, stary?
- Nie wiem, Dash gdzieś wyszła, zabrała Jasona, Steven poszedł z nimi. W TV nic nie ma, nudzę się.
- Ty to masz problemy...
- No widzisz? - wymusił uśmiech - Wiesz co, zgadnij, co mi się śniło.
- Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia, powiedz.
- Śniło mi się, że pod Rainbow całowałeś się ze Slashem - zaśmiał się.
- McKagan, to nie był sen - spojrzałem na przyjaciela, wypluł całą zawartość napoju, jaką miał w ustach. Otarł brodę wierzchem dłoni, okrytej materiałem flanelowej koszuli.
- Co?! To wy..? Ej, wy jesteście..? No, kurwa, serio, pedały? Axl...
- Co? I jakie pedały, cholera? Jeśli już, to homoseksualiści, jasne?
- Dobra, Rose. Ale wy jesteście razem? - zapytał. Zamilkłem, by po chwili odpowiedzieć cicho i z żalem w głosie.
- Nie.
- Wasza sprawa. Wiesz? Boję się o Dash.
- Czemu? Co jest?
- W nocy gadała z... duchem.
- Co? Z czyim... duchem?
- Julie.
- Tej małej, która... - przed oczami miałem wypadek. To znowu wróciło. Próbowałem wyprzeć ten obraz ze świadomości, mówiąc - Przestań, pewnie się schlała, przecież piła i w Rainbow i wcześniej ze Stonesami.
- Nie wiem. Ale była gotowa wyjść za kimś z pokoju.
- Axl, śniadanie - zawołał Hudson.
- Przyniesiesz?
- Może mam też za ciebie zjeść?
- Nie, wystarczy, że przyniesiesz, no iii... możesz mnie pokarmić, jeśli chcesz.
- Spadaj. Proszę - postawił kubek z herbatą oraz talerz z jajecznicą na stoliku przede mną - Smacznego.
- Dziękuję - uśmiechnąłem się, Slash puścił mi oczko, usiadł na fotelu i zabrał się za swoją porcję jajecznicy. Duff włączył telewizor i wtedy na dół zeszli Brack i Izzy.
- Dobrze, że jesteście, muszę z wami porozmawiać - zaczął rytmiczny.

     - Czyli chcesz pomóc tym dzieciakom?
- Tak, Duff. I chciałbym, żebyście mi pomogli.
- Jesteś kochany - Brack ujęła w dłonie moją twarz i pocałowała w usta.
- Chyba jest kolejna ofiara - Rose podgłośnił telewizor.

  - Dzieciaki, chyba niedługo musimy powtórzyć ten wypad, co? - przepuściłem w drzwiach Dash z Jasonem na rękach, Kelly i Joshuę. Chłopak uśmiechnął się, ale po chwili na jego twarzy zawitał smutek i przygnębienie.
- My chyba musimy wracać do domu, mama nie wie, co się z nami dzieje...
- Na razie nic nie musicie, porozmawiamy o tym, jak wrócimy do domu, hm? - Dash powiedziała ciepło i zmierzwiła włosy nastolatka. Podszedł do nas jakiś koleś, zaraz po nim podeszli mężczyzna z kamerą i koleś od dźwięku.
- Dzień dobry, Dash McRivery, prawda? Jestem Nick Loggan, mam do pani kilka pytań.
- Jakich pytań? O co chodzi? - zapytała zdezorientowana, dziennikarz przybliżył mikrofon, w drugiej ręce miał jeszcze dyktafon.
- Kobiety muzyków rockowych i metalowych giną z rąk jakiegoś szaleńca; ich cechy wspólne, na przykład kolor włosów, świadczą o tym, że nie jest to przypadek...
- I co w związku z tym? - przerwała podirytowana.
- No, nie boisz się, że możesz być następna?
- Następna? A niby czemu?
- Cechy wspólne...
- Cechy wspólne? Ale jakie? Kolor włosów to za mało. Czy się boję? Nie. Nie, kurwa, nie mam czego.
- Alice Highrisk była twoją koleżanką, tak jak ty pochodziła ze Seattle, tak jak ty, była blondynką i tak jak ty, była w związku z rockmanem. Duff McKagan nie boi się o ciebie? Nie boi się o życie swojej dziewczyny?
- Zapytaj go o to.
- Dziewczyny, poza Maryse, giną regularnie, dzisiaj dowiedzieliśmy się o kolejnej ofierze, Madelaine Willton, przyjaciółce zespołu W.A.S.P. Naprawdę jesteś spokojna?
- Dasz mi spokój? Mam cię dość, wkurzasz mnie.
- Więc zadam ci pytanie na temat twojej przeszłości. Jako nastolatka brałaś udział w wielu sesjach zdjęciowych do magazynów młodzieżowych. Rozważasz powrót do modelingu? Podobno jedna z poważnych agencji zaproponowała ci kontrakt na kilka sesji, jaka jest twoja decyzja? Zostawiasz ten zawód, czy wracasz po 3-letniej przerwie?
- Kurczę, o co ci chodzi? A co do jakiegokolwiek kontraktu, czy czegokolwiek, do mnie taka wiadomość nie dotarła, nie wiem skąd to wiecie.
- To dziecko, to twój syn? - zapytał, wskazując Jasona, stale trzymanego na rękach przez Dash - Ojcem jest McKagan?
- To mój bratanek. Daj mi już spokój - przebiła się między mężczyznami, przepuściłem przed sobą Kelly i Josha. Podąrzyliśmy za Dash. Prezenter mówił coś do kamery.

___________________________________________
Koniec rozdziału. Chciałam go wstawić kilka dni temu, ale stwierdziłam, że jest za krótki, a później nie miałam czasu na pisanie. Więc przepraszam, że tyle to trwało :< .
Teraz jak zwykle :) jeśli przeczytałaś/-eś tę notkę, proszę zostaw komentarz, opinię, jakiś znak, COKOLWIEK! Obserwuj.To motywuje.. i miło jest przeczytać coś na temat tym moich wypocin. Więc wiecie, co robić :). 

To już wszystko na dziś.

Peace,
Dash

wtorek, 12 sierpnia 2014

R.57

ROZDZIAŁ 57

     - Słyszałaś? - zszedłem na dół, zostawiając Rose'a i Hudsona samych - O, cześć młody. Przywitasz się z wujkiem? - stanąłem przed Dash, która trzymała Jasona na kolanach i wziąłem małego na ręce.
- Co słyszałam? Steven? STEVEN!
- Oj, czemu krzyczysz?
- No nie wiem, hm, bo się nie odzywasz? - prychnęła.
- Zginęła kolejna dziewczyna. Tym razem - drzwi się otworzyły i do środka weszli Duff i Izzy - kochanka Vince'a Neila.
- Co kochanka Vince'a? - Stradlin wyszedł z kuchni z dwiema puszkami coli. Jedną podał basiście.
 - Izzy, może jest już wolna, widziałem ją raz na żywo, całkiem niezła, nawet bardzo, w łóżku podobno też...
- Duff!?
- Ej, żartuję przecież, skarbie, tylko ciebie kocham - usiadł na podłodze, oparł podbródek o kolana blondynki, a dłonie zacisnął na jej udach - Skarbuś, spójrz na mnie. Dash...
- Spadaj.
- Mała.
- Nie.
- Ej, no przestań. Przecież wiesz, że cię kocham.
- Nie wiem - uśmiechnęła się nieśmiało i uciekła wzrokiem.
- Wiesz, wiesz, moja słodka dziecino - basista podciągnął się i pocałował dziewczynę, a później usiadł przy niej, by ją objąć.
- To co z tą kochanką Vince'a, Steve? - spytał rytmiczny.
- Nie żyje.
- Ja pierdolę, to nie jest normalne - Duff podszedł do okna i upił łyk coli.

     - Slash - podjąłem cichym głosem - dzisiaj też będziesz ze mną spał?
- Nie przesadzasz przypadkiem?
- Myślałem, że nie, ale... nie wiem. Może. Przepraszam, to nie był dobry pomysł... przepraszam, Saul.
- Nic się nie stało - wyszczerzył białe zęby w uśmiechu i zmierzwił moje rude włosy - Ale mogę z tobą zostać, dopóki nie zaśniesz.
- Naprawdę?
- Naprawdę, rudzielcu - dopóki nie zasnę? No to nie zasnę w ogóle.

     - Izzy, byłeś tu na dole, właściwie po co Mary przyszła?
- Nie wiem, ale posprzątała i się zmyła. Po co wiedzieć więcej?
- Po to, żeby wiedzieć, co ta wiedźma knuje. Ja nie chcę... - telefon przerwał perkusiście, podniosłem słuchawkę.
- Słucham? Tak, przy telefonie. Nie, nie pomyłka... Kiedy i gdzie? Nie ma sprawy, będę.
- Kto dzwonił? - Bracket zeszła do salonu, usiadła na moim kolanie, oparła łokieć na ramieniu i delikatnie szarpała moje włosy.
- Nikt ważny, kochanie. Słyszałaś, co się stało? - odwróciłem jej uwagę od rozmowy telefonicznej, bo wiedziałem, że pewnie nie odpuści.
- Nie.
- Kochanka Vince'a z Mötley Crüe nie żyje.
- Mój Boże, kolejna ofiara? Co się, cholera dzieje?
- Nie mam pojęcia.
- A gdzie Dash?
- Poszła na spacer z Jasonem i Duffem.
- Ja też chciałem iść! Ale ktoś - Popcorn powoli odwracał głowę w moją stronę i patrzył złowieszczo - kazał mi zostać...
- Nie kazałem! Prosiłem tylko... w sumie błagałem.
- Taa, Adler, pierdolony pudlu, zostajesz tu ze mną, kurwa, i nawet nie chcę słyszeć sprzeciwu! Ty to nazywasz błaganiem?
- Wybacz, Steve. Kochanie, ja muszę wyjść - pocałowałem brunetkę i pobiegłem na górę. Schodząc, usłyszałem jak dziewczyna przeprasza Steve'a za moje zachowanie. Gdy już byłem w salonie zapytała:
- Kiedy wrócisz?
- Za godzinę, może szybciej, ale zostawiam ci Adlera, nie będziesz się nudzić - rzuciłem jej uśmiech i wyszedłem, zakładając kurtkę.

     Wracaliśmy od Metalliki. Pewnie zostalibyśmy dłużej, ale byliśmy z Jasonem, a Metallica nie była za bardzo trzeźwa (oblewali przyjęcie Newsteda do zespołu), ogólnie byli głośni, a mały zrobił się śpiący, zaczął marudzić i płakać. Zasnął dopiero, gdy weszliśmy do parku. Noc była przyjemna, choć trochę chłodna, ale jasna przez światło księżyca, będącego w pełni. Odbijał się w tafli wody w fontannie. McKagan trzymał chłopca na rękach. Okrył go swoją ramoneską.
- Szkoda, że tak rzadko nam przywożą młodego.
- Mhm.
- Całkiem miło jest mieć takiego słodkiego dzieciaka w domu.
- Tak.
- Dash, ale ty mnie w ogóle słuchasz?
- Tak, skarbie.
- Przepraszam za to, co dzisiaj powiedziałem, żartowałem. Ja naprawdę tylko ciebie kocham.
- Wiem - uśmiechnęłam się, McKagan się zatrzymał - coś się stało?
- Nie, tylko... wiesz? Chciałbym, żeby noc taka jak ta, się powtórzyła. Ale zamiast Jasona chciałbym trzymać... nasze dziecko, Dash - na chwilę zamarłam. To brzmiało śmiertelnie poważnie.
- Duff, ty mówisz poważnie? Chciałbyś mieć ze mną dziecko?
- Bardzo. Marzę o tym.
- Michael... - wspięłam się na palce i pocałowałam go w policzek; objął mnie w pasie prawą ręką i musnął ustami czoło.
- Kocham cię, mała.

     Miałem przyjść pod Roxy. Zjawiłem się równo o wskazanym czasie, przynajmniej tak wskazywał zegarek na moim nadgarstku. Pod budynkiem nie widziałem nikogo. Spóźnia się jak Richards! A może to ktoś inny z gromadki Stonesów?
- Proszę pana... - ktoś poklepał mnie po ramieniu, odwróciłem się i ujrzałem dzieciaka, na oko miał może z 16 lat. I strasznie niski, męski głos.
- Sorry, dzieciaku, nie mam czasu, czekam na kogoś.
- Na mnie! - krzyknął, a jego głos z męskiego zmienił się w piszczący głosik małej dziewczynki - To znaczy... na mnie - powtórzył, wracając do niskiej barwy.
- Słucham?
- O rany...  no, dzwoniłem do pana.
- Ty?
- Ja. To jak? Sprzeda mi pan działkę?
- Nie - odwróciłem się i odszedłem, dzieciak po chwili pobiegł za mną.
- Dlaczego? Przecież zapłacę.
- Nie o to chodzi. Ile ty masz w ogóle lat?
- Piętnaście - ponownie zapiszczał jak mała dziewczynka; odchrząknął i powtórzył niższym głosem - Piętnaście.
- Nie, nie dam ci tego gówna. Jesteś dzieckiem. Pójdę siedzieć, jak ktoś się dowie.
- Pójdziesz siedzieć, jeśli mi nie sprzedasz, to jak? - uśmiechnął się szelmowsko.
- Szantaż?
- Może.
- Nic z tego, dzieciaku. Spadaj do domu, pewnie twoi rodzice się martwią.
- Mam tylko mamę, ojciec odszedł od nas, kiedy skończyłem 3 lata.
- W takim razie mama się martwi.
- Nie sądzę. Jest zajęta - wyjął paczkę Marlboro, wystającą z kieszeni mojej kurtki, zapalił papierosa, po czym odłożył paczkę na miejsce.
- Ej, oddawaj!
- Muszę zapalić.
- Whatever, skoro musisz. Wracając do twojej matki. Zajęta? Czym?
- Obsługą kolejnego klienta.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że jest... -  Prostytutką? wtrącił, pokiwałem głową.
- Jest. Musi. Ma na utrzymaniu mnie i moją młodszą siostrę, a ani mój ojciec, ani ojciec Kelly nie płaci alimentów. Matka nie chce, żebyśmy wylądowali na ulicy, dlatego zajęła się prostytucją, nie płacimy za mieszkanie, bo regularnie sypia z jego właścicielem... Nie chcę, żeby to robiła, ale ona mówi, że jeśli nie będzie zarabiać, to jej nas zabiorą.
- Wkręcasz mnie, czy mówisz serio?
- Absolutnie serio.
- Gdzie jest teraz twoja siostra?
- W domu.
- I co, wy tak widzicie, jak wasza matka przyjmuje klientów?
- Często tak, ja to tam jakoś wytrzymuję, albo wychodzę, ale Kelly... boi się, mówi Ci panowie krzywdzą mamusię i zaczyna płakać. Czasami ma koszmary. Mama dorabia też w klubie ze striptizem.
- Ile lat ma twoja siostra? - zapytałem zaciekawiony.
- Niedawno skończyła siedem.
- Nie macie tutaj w pobliżu jakiejś babci, cioci, która mogłaby wam pomóc?
- Rodzice mamy mieszkają w Nowym Jorku, reszta rodziny raczej ma nas gdzieś. Dziadkowie przysyłają pieniądze, ale mama wydaje je głównie na alkohol i dragi. Żeby łatwiej jej było... no wie pan.
- Jasne. Młody, młody, pokaż się - dopiero teraz, gdy światła przejeżdżającego samochodu padły na twarz chłopaka, zobaczyłem, że ma podbite prawe oko i rozciętą wargę - kto cię tak urządził?
- To nic - próbował zbyć mnie machnięciem ręki.
- Młody. Pójdę na policję i powiem, co dzieje się u ciebie w domu, jeśli mi tego nie wyjaśnisz.
- Tylko nie policja, proszę! - pisnął.
- No to powiedz, co się stało.
- Ale niech to zostanie między nami. Ci kolesie... oni czasami... próbują się dobierać do Kelly - szepnął.
- Skurczybyki jebane. I co, ty jej bronisz?
- A mam inne wyjście? To jeszcze dziecko, poza tym, to moja siostra, nie chcę, żeby spotkał ją taki sam los, jak naszą matkę, nie chcę, żeby ktoś ją skrzywdził - Sięgnął po kolejnego papierosa z mojej kieszeni. Tym razem zabrałem mu paczkę i spojrzałem karcąco, wbił wzrok w ziemię. Ma rację, Kelly to dziecko, ale umknęło mu chyba, że też jest jeszcze dzieckiem.
- Młody, ja ci nie sprzedam działki, pieniądze powinieneś wydać na jedzenie dla siebie i siostry, a nie...
- Ja wiem, wiem, ale to mi bardzo pomaga... uciec od tego, co dzieje się w domu.
- Dlaczego dziadkowie nie zabiorą was do siebie?
- Bo mama przepuściła wszystkie pieniądze, które przysłali nam, żebyśmy kupili bilety.
 - Cholera! - spojrzałem na zegarek - Muszę wracać do domu, obiecałem dziewczynie, że szybko się uwinę... Będziesz się tutaj jutro kręcił?
- Pewnie tak, godzinami potrafię przesiadywać na Sunset.
- Świetnie! - odszedłem. Zatrzymałem się i wróciłem do chłopaka, który siedział na śmietniku - Izzy jestem - wyciągnąłem dłoń w jego kierunku.
- Joshua.
- Zapamiętam. Miło było cię poznać, dzieciaku, mimo wszystko. Zwijam się, cześć.
- Do widzenia. - gdy wróciłem Brack spała na kanapie w salonie przy włączonym telewizorze, Dash i McKagan najwyraźniej też już wrócili z małym, bo na fotelu leżały ich kurtki. Nachyliłem się nad brunetką i szepnąłem Kochanie...
- Już wróciłeś? - zarzuciła dłonie na mój kark - Gdzie byłeś?
- Musiałem coś załatwić... Ale już jestem i możemy pójść na górę.
- Ja się stąd nie ruszam, całkiem fajnie się tu śpi.
- Nie ruszasz się?
- Uhm.
- To ja cię ruszę! - złapałem ją, przerzuciłem sobie przez ramię i ruszyłem po schodach. Brack śmiała się i wrzeszczała, żebym ją puścił, uderzając przy tym dłońmi w moje plecy - Ciiichoo, skarbie, pobudzisz wszystkich.
- To mnie puść.
- Za chwilę.
- Teraz, Izzy.
- No już, już - weszliśmy do pokoju, postawiłem ją i upadłem na łóżko. Nachyliła się, przyciągnąłem ją do siebie; usiadła na mnie, podniosłem się na łokciach, by ją pocałować, ale odchyliła się, ostentacyjnie pchnęła mnie dłonią i układając usta w uśmiech, zdjęła bluzkę. Dopadła moje usta i przygryzła wargę tak, że przeszedł po mnie dreszcz i poczułem własną ciepłą krew na języku. Syknąłem. Zacisnęła dłonie na moich włosach. Błądziłem rękoma po plecach dziewczyny, całowałem i lizałem jej szyję, aż pod palcami wyczułem zapięcie stanika. Odpiąłem go i rzuciłem na podłogę. Chwyciłem Brack delikatnie za szyję i zmusiłem, by się wyprostowała, dzięki temu moim oczom ukazały się jej piersi. Podniosłem się i całowałem szyję oraz dekolt dziewczyny, odepchnęła mnie po chwili, znowu przygryzła moją wargę, zjechała niżej na tors, błądziła po nim językiem, wywołując u mnie coraz przyjemniejsze ciepło; uniosła głowę i przejechała językiem po ustach, po czym ponownie zaczęła schodzić niżej i niżej, aż doszła do rozporka moich spodni. Rozpięła go, ponownie uniosła głowę i gdy dosłownie zdarła ze mnie spodnie, a jednocześnie i bokserki, byłem już mega podniecony, a kiedy przejechała dłonią po moim członku i zaczęła dotykać ud, myślałem, że za chwilę odlecę! Wiedziałem co chce zrobić i zdziwiło mnie to strasznie, bo nigdy tego nie proponowała. Nigdy też nie zaczynałem tego tematu, bo bałem się jej reakcji - Brack, jesteś pewna? - zapytałem, dysząc z podniecenia.
- Tak.

     Obudziło mnie głośne pukanie, wręcz walenie do drzwi i aż dziwne, że nikt do tej pory nie zszedł na dół. Wypełznąłem z łóżka, założyłem spodnie, spojrzałem na zegarek. 13:13. Na schodach mało się nie zabiłem, miałem w chuj niewyraźny obraz przed oczami i schodząc "zrobiłem" naraz 4 schodki, wypieprzając się oczywiście, Bo jakże mogłoby być inaczej, kurwa? - Idę przecież! Nie słychać? - otworzyłem drzwi i natychmiast nimi trzasnąłem. Usłyszałem stłumione za drzwiami Steven! i szarpanie za klamkę. Kurwa mać, czego ona znowu do chuja pana chce? Przecież... no ile razy mam jej powtarzać, że jej NIE KOCHAM. Ja pierdolę.
- Kochanie, otwórz, mam ci coś ważnego do powiedzenia.
- Nie jesteś ze mną w ciąży! Już ci to kiedyś mówiłem. Nie można mieć dziecka z dinozaurem. I to jeszcze bez seksu!
- Nie o to chodzi, skarbeńku. Wpuść mnie.
- Nie mogę, mamusia mnie uczyła, żeby nie wpuszczać nieznajomych.
- Ale my się znamy! Bierzemy ślub!
- Nie bierzemy!
- Bierzemy!
- Jeśli bierzemy, to cię nie wpuszczam!
- Nie bierzemy, tylko mnie wpuść.
- Dobra - otworzyłem drzwi. Wparowała do środka w mgnieniu oka, A ślub i tak weźmiemy oznajmiła i pocałowała mnie w policzek - No nie!
- Tak. I ja w tej sprawie. Chcę, żebyś poznał moje przyjaciółki. Wpadniemy tutaj jutro, urządzimy sobie babski wieczór, te twoje przyjaciółki mogą się do nas wprosić, raczej nie powinny przeszkadzać...
- Mary, one tutaj mieszkają - warknąłem - jeżeli ktoś tu się wprasza, to TY! I te twoje przyjaciółeczki.
- Kocham cię - cmoknęła - przyjdziemy jutro, pa kochanie - wyszła z Hellhouse. Opadłem na fotel. Nie opłaca się wracać na górę, i tak już nie zasnę.
*Dryń, dryyń*
- Serio? Najpierw ta psychopatka, a teraz telefon? Czego? - podniosłem słuchawkę i usłyszałem znajomy głos. Znajomy, mimo to nie wiedziałem, z kim rozmawiam - nie, nie Izzy Stradlin. Tak, jest. Proszę zaczekać, zaraz go zawołam. Tylko to może trochę potrwać, bo on chyba śpi - odłożyłem słuchawkę na stolik i pobiegłem na górę. Zapukałem do pokoju rytmicznego.
- Właź.
- Siema, ktoś dzwo... ooo, Brack, słodka nimfo - wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, widząc nagą brunetkę, której zgrabna noga spoczywała na udzie Stradlina. Chłopak widząc pożądanie zamknięte w moich oczach, natychmiast okrył dziewczynę kołdrą - Yyh, Izzy, dzwonił ktoś do ciebie. Zejdź na dół, zostawiłem słuchawkę na stole.
- Dobra, ale - zszedł z łóżka i wciągnął spodnie - idziesz ze mną.
- Muszę?
- Żartowniś z ciebie - zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu.

     Kolejną noc przespałem w pokoju Axla. To chyba jednak jest trochę dziwne, zważając na to, że miałem z nim zostać tylko do czasu, aż zaśnie. Właśnie zdałem sobie sprawę, że od dłuższego czasu wgapiam się w śpiącego wokalistę, który wydał mi się strasznie słodki z delikatnie otwartymi ustami i płynnym oddechem, który miarowo unosił jego klatkę piersiową. Zaczynam bać się tego, co się dzieje. Z wewnętrznego monologu wyrwały mnie uderzenia czegoś o patelnię i krzyki Stradlina Ej, wszyscy! Zbiórka w salonie za 5 minut! Wstawaaaać! Rose niespokojnie zamachał głową i szeroko otworzył zielone oczy.
- Co się dzieje?
- Stradlin drze mordę. - 3 i pół minuty, skurwysyny! Dasshy i Brack, wy też! dobiegło nas w pokoju, a chwilę później usłyszeliśmy szuranie ciągnące się po korytarzu, schodzące po schodach. - To co, idziemy? - zapytałem, Axl pokiwał głową, rozejrzał się, wypatrzył jeansy i po chwili byliśmy już na dole.

     - Co jest? Czemu tak krzyczysz i czemu mnie obudziłeś? - przytuliłam się do Izzy'ego.
- Przepraszam, skarbie - szepnął, musnął ustami czoło i przytulił mnie mocniej, zamknęłam oczy - Mam informację. Myślę, że ważną i że was to, szczególnie ciebie, Axlu, zainteresuje. Niektórzy z was już o tym wiedzą, ale nie wszyscy.
- Stradlin, mógłbyś już przejść do rzeczy?
- No właśnie próbuję, Rose.
- Więc..?
- Będziemy supportować Stonesów na czterech występach w LA! I załatwił to nie kto inny, jak niechwalący się Izzy Stradlin, rytmiczny zespołu Guns n' Roses, czyli ja!
- Se-se-serioo? - Rudy nie dowierzając usiadł w fotelu - Załatwiłeś nam supportowanie The Rolling Stones i dopiero teraz o tym mówisz?!
- A kiedy miałem powiedzieć, przecież cały czas siedziałeś z Hudsonem w pokoju. Ale wiesz co, powiem więcej. Zjemy dzisiaj z nimi kolację.
- Nie mów mi tylko, że będziemy z Brack musiały tę kolację zrobić.
- Nie, no co ty, Dash? Stonesi to wielki zespół, zapraszają nas do restauracji.
- Świetnie. Ale nas, czy was?
- Nie no, jak was ? Zapraszają Gunsów z dziewczynami, a że tylko mnie i twojemu chłopakowi się poszczęściło, to idziecie z nami. Ewentualnie Steven może zaprosić Mary, w końcu przyszła żona i w ogóle...
- Spierdalaj - perkusista chwycił poduszkę w dłonie - masz szczęście, że Brack stoi tam, gdzie stoi, bo już bym dawno w ciebie rzucił.
- Mój Boże! - oderwałam się od Stradlina.
- Co się stało?
- Izzy, w co ja się ubiorę? - no i się zaczęło. Dam sobie obie ręce uciąć, że właśnie to sobie w tej chwili pomyśleli Gunsi.
- Kurwa, ja też nie bardzo mam co włożyć, w końcu to The Rolling Stones, żyjąca legenda, nie mogę ubrać się byle jak. Bracket, jedziemy na zakupy!
- Jestem jak najbardziej za, kochana.

     Dziewczyny pojechały na zakupy, a ja mam problem. Mary. Nie wiem, co jej zrobiłem, ale chcę, żeby znikła.
- Co jest, Pudelku? - Izzy przysiadł się do mnie na kanapę i położył mi dłoń na ramieniu.
- Mary... Chłopaki, musicie mi jakoś pomóc.
- Co znowu zrobiła?
- Chce, żebym poznał jej przyjaciółki, wymyśliła sobie, że przyprowadzi je tutaj i urządzi babski wieczór.
- Słuchaj, niech przyjdzie, wytnie jej się jakiś numer.
- Ale jaki? - zapytałem, tracąc już wszelką nadzieję, Stradlin nachylił się i szepnął mi do ucha swój plan - Ohohoh, Izzy! Tego to się po tobie nie spodziewałem! - wyszczerzył zęby w dumie.
- Ale co, może być, nie?
- No raczej!
-A możecie nas wtajemniczyć?
- Już się robi, Axl. Chodźcie tu wszyscy.

     Wróciłyśmy po jakichś 2 godzinach, szczerze nie wiem, czy to, co kupiłyśmy, nie jest lekką przesadą. W pewnym sensie, to biznesowe spotkanie, restauracja ... z drugiej strony to spotkanie z rockmanami.
- A ty gdzieś się wybierasz? - zapytałam, widząc Izzy'ego krzątającego się po kuchni w kurtce. Gdy mnie usłyszał, wydał się być nieco zagubiony, albo wystraszony.
- Wychodzę na chwilę. Zakupy udane?
- Chyba tak.
- To się cieszę - objął mnie, splatając długie palce na moich lędźwiach - Kochanie, ludzie od Stonesów po was przyjadą, nie czekajcie na mnie w Hellhouse, przyjadę sam.
- Dlaczego?
- Bo pewnie się nie wyrobię. Lecę - pocałował mnie przelotnie - pa - i wyszedł.

     Szukając Josha, wstąpiłem do Rainbow i spotkałem tam Sabo. Siedział przy barze z głową prawie w kieliszku i nieobecnym wzrokiem, gdy odwrócił głowę i mnie zobaczył, zsunął się z wysokiego stołka i na miękkich nogach, podtrzymując się blatu, próbował do mnie podejść.
- Setkę, poproszę. O, cześć Dave - udałem, że dopiero go zauważyłem - co słychać?
- Ty. Gdzie ją trzymacie, skurwielu? - zacisnął dłonie przy kołnierzu mojej koszuli.
- Te, ej, uważaj, bo pognieciesz, a ja mam dzisiaj spotkanie. O kim ty mówisz?
- O Anastasii, nie udawaj głupszego, niż jesteś! - wycedził.
- Nie udaję. Słuchaj, nie wiem, gdzie jest twoja dziewczyna, ale NIE U NAS. I nie wiem, co się z nią dzieje, rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem, kurwa! Może ten twój pierdolnięty Mulat ją zabił? A może ją gdzieś wywiózł, albo znowu zgwałcił, co?
- Nie waż się go o to posądzać, jasne?
- Bo co?
- Bo tego, kurwa, nie zrobił. Nikt z Hellhouse nie wie, gdzie jest twoja dziewczyna, stary, ogarnij się. A może ty ją gdzieś wywiozłeś i teraz udajesz, że się martwisz, żeby nie być w kręgu podejrzanych? - uniosłem prawy kącik ust w prowokacyjnym uśmiechu. Snake rzucił się na mnie z pięściami.
- Ochujałeś? Kocham ją, nigdy bym tego nie zrobił!
- Kto wie, w końcu do wielu rzeczy jesteś zdolny, wykorzystałeś chwilową nietrzeźwość Dash i ją zgwałciłeś... a może nie tylko ją, co, Dave, jak było naprawdę? Dash była jedyną, którą skrzywdziłeś?
- To Slash skrzywdził Anastasię.
- Ale ja nie mówię o Anastasii, mówię o Dash McRivery. I jeszcze miałeś czelność prosić ją o pomoc - zakpiłem. Chwycił w dłoń kieliszek, z którego kilka minut temu pił, rozbił go na blacie i większymi kawałkami szkła rzucił we mnie; jeden z nich rozciął mi dolną wargę i kawałek brody.
- Ej, co wy wyprawiacie, jak chcecie się bić, to wypad z baru, jasne? Pierdolone dzieciaki, kurwa mać... - burknął pod nosem podstarzały barman, a później krzyknął - Sabo, dopiszę ci ten rozbity kieliszek do rachunku!
- Nie odpuszczę, Stradlin, nie odpuszczę, słyszysz? - gitarzysta Skid Row oznajmił z wyczuwalnym żalem, opętaniem ale też groźbą w głosie i zataczając się, wyszedł z budynku. Wypiłem wódkę, zapłaciłem i wyszedłem. Skierowałem się w miejsce, w którym zostawiłem wczoraj piętnastolatka. Siedział na krawężniku, a jego oko dalej zdobił fioletowy kolor, który w niektórych miejscach, przechodził już w zieleń.
- Joshua.
- Dzień dobry, panie Stradlin.
- Cześć. Nie przypominam sobie, żebym ujawnił ci swoje nazwisko...
- Bo nie ujawniłeś. Kiedy odszedłeś, uświadomiłem sobie, że gdzieś cię już widziałem, że skądś cię znam, i wiesz co, gdybyś nie powiedział mi swojego imienia, do tej pory bym się nie kapnął, a tak, gdy wróciłem do domu, olśniło mnie, zdałem sobie sprawę, że pokrótce historię mojego życia usłyszał Izzy Stradlin - jego entuzjazm był tak wielki, że głos chłopaka z męskiego znów przeszedł w piszczący głosik małej dziewczynki, gdy wypowiadał ostatnią część zdania. Przyjrzał mi się dokładnie i zapytał podejrzliwie - Co ci się stało?
- Co... a to - dotknąłem wargi, z której ciekła stróżka krwi - to nic, mała sprzeczka ze znajomym. Słuchaj, młody, ja muszę iść, jestem już spóźniony...
- Znowu dziewczyna?
- Po części tak. Masz - wcisnąłem w dłoń chłopaka jakieś pieniądze wygrzebane z kieszeni kurtki - mam nadzieję, że wystarczy na jedzenie dla ciebie i siostry.

     Limuzyna podjechała pod Hellhouse równo o 19. Szofer zapukał do drzwi. Otworzyłem, przywitałem się, zwołałem resztę ekipy i wyszliśmy z domu. W samochodzie przywitała nas miła muzyka i szampan. Dziewczyny chyba serio trafiły z tymi sukienkami. Strasznie uroczyście to wszystko wygląda, a te ich długie suknie podkreślają całą tę sytuację. Dash w czarnej, przylegającej, sięgającej do ziemi sukni, odkrywającej ramiona, część dekoltu i pleców, McKagan nie może oderwać od niej wzroku. Bracket, również w czarnej, ale nieodkrywającej aż tyle ciała, za to z rozcięciem ciągnącym się do połowy uda. Po jakimś czasie i kilku lampkach szampana spostrzegłem, że zmierzamy w dziwnie niebezpiecznym kierunku. Zatrzymaliśmy się pod domkiem jednorodzinnym, kierowca wysiadł, otworzył drzwi i pomógł...
- Mary?! - ...wejść do środka.
- Witaj, kochanie - kioskarka usiadła obok mnie i wyjęła mi z dłoni kieliszek z szampanem, wzięła kilka łyków i odłożyła na mały stolik.
- Co ty tutaj robisz?
- Izzy dzwonił, że macie to spotkanie z Beatlesami i... - z kim kurwa? Z Beatlesami?
- Ze Stonesami - Dash westchnęła i przejechała dłonią po twarzy - Mary, wiem, że jesteś blondynką, ale ja też jestem i nie mylę The Beatles z The Rolling Stones!
- Bo ty, kochanie, zaliczasz się do grona tych inteligentnych blondynek - Duff pocałował dziewczynę.
- Dzięki, kocie.
- A jaka to różnica, The Beatles, czy The Rolling Stones? Dużo się przecież nie pomyliłam - kobieta machnęła ręką. No, dużo nie... oznajmiłem - Zatem, dzwonił Izzy i zaprosił mnie na tą kolację z Beatlesami czy Stonesami, wszystko jedno, kazał mi się przyszykować, bo przed 20 podeślą po mnie limuzynę, i o to jestem! - oznajmiła ucieszona, dziewczyny zachichotały, Gunsi, poza mną śmiali się głośno.
- Zatłukę go - powiedziałem do siebie - Brack, słyszysz? Zatłukę twojego chłopaka.
- Dobrze - pokiwała głową i na widok Mary poprawiającej makijaż w małym lusterku puderniczki, wybuchła śmiechem. Gdy zatrzymaliśmy się pod restauracją, kierowca otworzył drzwi limuzyny, pomógł wyjść dziewczynom i Mary, jakiś mężczyzna przeprowadził nas przez długi, oświetlony korytarz i otworzył przed nami drzwi sali, wewnątrz siedzieli zwykli ludzie. Mężczyzna wskazał nam stolik stojący za parawanem.

     Kurwa, jak są potrzebni, to ich nie ma! Uporczywie próbowałem złapać jakąś taksówkę, ale nie jechała ani jedna. Ani jeden pieprzony, żółty samochodzik. Spojrzałem na zegarek Już ponad pół godziny siedzą ze Stonesami, cholera. Jeśli dobrze się orientuję, to do Hellhouse mam dalej, niż do restauracji, przejdę się. Na nosie i policzku poczułem malutkie kropelki deszczu. Albo lepiej się przebiegnę, pomyślałem, a niebo stało się ciemniejsze.

     - Spóźnia się - szepnęłam do Slasha.
- Spokojnie, pewnie zaraz przyjdzie - odpowiedział. Jagger, oczywiście, tak jak reszta zespołu pochwalił nasze stroje, stwierdził, że Duff i nieobecny Izzy mają wielkie szczęście, że tak urocze i mądre kobiety są ich dziewczynami, ale... od dłuższego czasu przyglądał się Mary. Ona natomiast w Stevena, rozmawiającego z Charliem Wattsem, wpatrzona była jak w obrazek.
- Steven, muszę ci powiedzieć, że masz piękną matkę - Mick w końcu się odezwał i uśmiechnął, odsłaniając przy tym wszystkie zęby.
- Ja nie jestem jego matką! - oburzyła się, a następnie maślanymi oczkami spojrzała na Adlera i położyła dłoń na jego dłoni - Jestem jego narzeczoną.
- Mary, nie możesz być moją narzeczoną, bo ja nigdy się tobie nie oświadczyłem.
- Oh, Steven uwielbia się tak ze mną droczyć - delikatnie, prawie niezauważalnie machnęła dłonią i rzuciła uśmiech w stronę Stonesów, a w tym zauroczonego Micka Jaggera.
- Matka, nie matka, narzeczona czy nie, jest olśniewająca.
- Mogę ci ją pożyczyć. Albo lepiej oddać.
- Na szczęście to nie ty o tym decydujesz, kochanie. Zostaję z tobą - Mary przytuliła się do perkusisty, a właściwie bardziej do jego przedramienia. Spojrzałam w lewo i ujrzałam tego samego mężczyznę, który nas tutaj przyprowadził. Wskazał Izzy'emu stolik, przy którym siedzimy i odszedł. Mój chłopak był mokry i z rozcięciem ciągnącym się od dolnej wargi, po kawałek brody.
- Przepraszam za spóźnienie - przywitał się po kolei z każdym członkiem The Rolling Stones - i za swój wygląd. Mała sprawa na mieście, a później nie mogłem złapać taksówki, bo żadna nie kursowała, więc stwierdziłem, że się przejdę, bo do Hellhouse daleko i nie opłaca się iść taki kawał po samochód, no, ale zaczął padać deszcz...
- Jak pech, to pech - zaśmiał się chyba najbardziej rozgadany (przynajmniej dzisiejszego wieczoru) z całego zespołu, Mick.
- Dokładnie.
- Izzy, co ci się stało? - szepnęłam.
- Później wam wszystkim opowiem, ale to nic takiego, skarbie - odpowiedział szeptem - Ślicznie wyglądasz - pocałował mnie i położył rękę na oparciu mojego krzesła - To jak? Obgadaliście już coś?
- Czekaliśmy na ciebie, Izzy. Axl pod żadnym warunkiem nie chciał zacząć rozmowy na temat występów, dopóki nie przyjdziesz - Keith kończył przeżuwać sałatkę.

________________________________________________

Wiem, że koniec taki jakiś niedokończony, ale chciałam już wstawić rozdział i nie trzymać Was tak długo bez nowego... Ale wiem już chyba, jak zacząć kolejny, więc może dzisiaj się za niego zabiorę. :) DZIĘKUJĘ ZA WEJŚCIA I KOMENTARZE! JESZCZE TYLKO JEDEN I DOBIJEMY DO 1000! :D
Tradycyjnie już, prośba: jeśli przeczytałaś/-eś tę notkę, proszę zostaw komentarz, opinię, jakiś znak, COKOLWIEK! Obserwuj.To motywuje.. i miło jest przeczytać coś na temat tym moich wypocin. Więc wiecie, co robić. :)  

Pewnie miałam coś jeszcze napisać, tylko wypadło mi z głowy ;/ No cóż, mam nadzieję, że rozdział się podobał. Ale jakiś taki krótki, nie? Hm... :/

Mała reedycja, bo mi się przypomniało. XD Kogoś informować o nowych? Jeśli ktoś odczuwa taką potrzebę, to zgłaszajcie się w nowej zakładce - Give me a sign, czyli INFORMOWANI. ;)
Peace,
Dash